Pokazywanie postów oznaczonych etykietą limonka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą limonka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 grudnia 2024

Beskid Mohito Sorbet biała 40% kakao z limonką i miętą

 
Historia związana z degustacją iście wakacyjnej Mohito Sorbet od Beskid Chocolate jest rozbrajająca. Piękny, listopadowy dzień; Lilienstein w Szwajcarii Saksońskiej i... kawa z niewypłukanego z płynu do naczyń termosu! I że akurat musiałam spróbować takiej kawy z bąbelkami tuż przed skosztowaniem Mohito Sorbet! Bo Mohito Sorbet jest wielce oryginalna: to wegańska biała czekolada, w której prócz masła kakaowego i cukru mamy jedynie limonkę i miętę! 

Sama w sobie absolutnie nie przypomina płynu do naczyń, żeby nie było! (Dobra, mój mąż myśli inaczej...) To konkretna rzecz, bardzo spójna, obłędnie orzeźwiająca - idealna na lato! Brak mleka sprawa, że masło kakaowe z cukrem tworzą jakąś taką solidną bazę, na której limonka z mięta układają się w wielkiej stałości, uchwytności, mocy. Bardzo unikatowa i odważna propozycja, a przy tym jak prosta.

 
 Skład: tłuszcz kakaowy, cukier, liofilizowana limonka 5%, liofilizowana mięta 0,2%.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 567 kcal.
BTW: 2/41/47.

poniedziałek, 18 marca 2024

Zotter Käse + Mango-Chutney mleczna 60% nadziewana serowym ganaszem i kremem z mango


Kolejna Handscooped od Zottera zapowiadała się genialnie prosto i smakowicie. Käse + Mango-Chutney jest mleczną czekoladą o 60% zawartości kakao, w której wnętrzu kryje się sernikowy ganasz z praliną z orzechów włoskich i odrobiną grappy oraz chutney z filipińskim mango Preda, sokiem limonkowym, białym winem Muscaris z zotterowskiej winnicy oraz mnogością przypraw. Hmm, po tym opisie wydaje się już nie tak prosto, ale zapewniam Was - degustacja tej tabliczki jest esencjonalna i konkretna.

W moim odczuciu liczą się tu tak naprawdę tylko 3 składniki: mleczna czekolada, ser i mango. Reszta miała za zadanie udoskonalić je, uwypuklić. W moim egzemplarzu czekoladowa kuwertura była wyjątkowo gruba i rozkosznie rozpadała się pod naporem zębów, by następnie rozkosznie rozpuścić się swą soczystą słodyczą w ustach. A pod czekoladą kolejne cudowności. Mięciutkie serniczkowy ganasz, w którym orzechy podbiły przytulną serowość oraz aromatycznie błogi krem z mango. Alkohol i limonka? Owszem, wyczuwalne jedynie jako podbicie walorów mango, nie z osobna. Genialna kompozycja. Jedna z tych Handscooped, która mogłaby ważyć tak minimum 5 kilogramów!


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, mleko, syrop cukru inwertowanego, ser topiony 3% (ser, śmietanka, woda, cytrynian trójsodowy), puree z mango 3%, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka, suszone mango 2%, syrop skrobiowy, białe wino Muscaris, orzechy włoskie, odtłuszczone mleko w proszku, orzechy nerkowca, grappa, koncentrat limonkowy, słodka serwatka w proszku, jabłkowy ocet balsamiczny, lecytyna sojowa, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), koncentrat soku cytrynowego, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), sól, pełny cukier trzcinowy, wanilia, anyż, goździki, cynamon, chili Bird's eye.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 505 kcal.
BTW: 6,3/33/44.

środa, 1 czerwca 2022

Raaka Mango Mojito ciemna surowa 68% Tanzania z mango, miętą i skórką limonki


Nowojorska manufaktura Raaka urzeka swoimi edycjami limitowanymi. Dziś mam dla Was jedną z owocowych wariacji, kupioną oczywiście w sklepie Sekretów Czekolady. Mango Mojito to ciemna surowa czekolada o 68% zawartości tanzańskiego kakao Kokoa Kamili, wzbogacona o mango, miętę i skórkę limonki.

Po rozpakowaniu czekolady doznałam zaskoczenia. Nie widać żadnego z dodatków, za to mamy posypkę z cukru trzcinowego. Jakby nie patrzeć, skojarzyła się ona z mojito. Tabliczka pachnie ciepło i przytulnie, czymś na kształt przyprawionych i podgrzanych owoców.


Mango Mojito jest bardzo orzeźwiająca. Tego samego dnia o poranku próbowałam madagaskarską Aruntam i choć to zupełnie dwie inne czekolady, znalazłam w nich wiele podobieństw. Aż dziwiły mnie równie malownicze skojarzenia z galaretkami i landrynkami; w ogóle ich klimat był bardzo podobny w swej jasności i rześkości. Jest jednak od niej bardziej słodziutka, na co niechybnie wpływ na wciągająca posypka z wilgotnego cukru trzcinowego - tak niewiele, a jak wiele! 

Mango, mięta i skórka limonki nie są tu oczywiste. Są na tyle subtelne i zarówno smakowo, jak i strukturalnie wkomponowane w czekoladę, iż można by się pokusić o stwierdzenie, że to samo tanzańskie kakao niesie je ze sobą. Bez wiedzy o tych składnikach nie umiałabym nazwać ich wprost. Po prostu opisałabym czekoladę jako owocową i rześką.


Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mango, mięta, skórka limonki.
Masa kakaowa min. 68%.
Masa netto: 51 g.

wtorek, 4 stycznia 2022

Aruntam Biancomangiare biała 48% migdałowa z wanilią, solą i limonką


Moje pierwsze doświadczenie z włoską marką Aruntam nie było spektakularne - mowa o tabliczce Principino. Drugie podejście dotyczyło bardziej oryginalnego połączenia, niż gianduja. Ekwadorskie masło kakaowe w ilości 48% spleciono z cukrem trzcinowym i kokosowym, aż 25% mielonych migdałów Filippo Cea, wanilią, kwiatem soli morskiej oraz olejkiem limonkowym. Tą jakże nietypową wegańską białą czekoladę kupiłam w sklepie Sekretów Czekolady.

Pięknej, migdałowo-karmelowej barwy tabliczka, pachnie egzotyką - limonka zdecydowanie wybija się na pierwszy plan, jedynie lekko złagodzona i zmodyfikowana wanilią oraz migdałami. Tabliczka w ustach układa się twardo i mało tłusto, generalnie jak na swój przytulny bukiet zdając się mało przystępną, wręcz suchą. Bardzo mocno odczuwamy udział migdałów, co z jednej strony jest smaczne, z drugiej zaś ma mocny wpływ na stabilność struktury. Masła kakaowego tu przecież w bród, a maślanie nie jest zupełnie. Mamy skojarzenia z niezbyt dojrzałym awokado. Gdyby nie świeżość limonki, przełamującej kompozycję - byłoby tutaj wręcz smutno. To naprawdę oryginalna tabliczka, lecz nie wywarła na mnie spektakularnego wrażenia.


Skład: tłuszcz kakaowy, migdały 25%, cukier trzcinowy, cukier kokosowy, wanilia burbońska, kwiat soli morskiej, olejek limonkowy 0,05%.
Masa kakaowa min. 48%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 613 kcal.
BTW: 12/50/23.

poniedziałek, 13 grudnia 2021

Kacau Lime, Ginger & Black Pepper ciemna 74% Ekwador z imbirem, limonką i czarnym pieprzem


Dziś przed Wami moja druga czekolada ekwadorskiej marki Kacau - oczywiście druga w nowej odsłonie, od kiedy producent pakuje do jednego pudełka trzy małe tabliczki tego samego smaku. Wcześniej miałam już do czynienia z niejednym kolorowym wariantem smakowym od Kacau, bazującym na ziarnach Arriba Nacional. Za każdym razem, smakołyki od Kacau zdobyłam dzięki sklepowi Sekretów Czekolady. Tym razem sięgnęłam po połączenie z pozoru dość intensywne: w ciemnej czekoladzie o 74% zawartości kakao spotkały się: imbir, olejek limonkowy oraz olejek z czarnego pieprzu.


Patrząc na imbirową kruszonkę gęsto pokrywającą powierzchnie tabliczek, aż trudno nie obawiać się, iż imbir przyćmi dosłownie wszystko. W trakcie degustacji przekonałam się, iż owa kruszonka miała postać czegoś na kształt imbirowego pyłku, jakby złagodzonego czymś neutralnym. Przyznam, to dość zagadkowe - ale forma zdała egzamin. Imbir i limonka położone na kwiatowej czekoladzie tworzą niemal jedność, w przeplataniu się orzeźwiających nut smakowych. Odrobina pieprzu wypływa w tle, nie mając wielkiego wpływu na pikantność kompozycji. Tak, czekolada jest przede wszystkim orzeźwiająca, a nie pikantna. I to było w niej naprawdę dobre.


Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, imbir 13,79%, olejek limonkowy 0,14%, olejek z czarnego pieprzu 0,07%.
Masa kakaowa min. 74%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 590 kcal.
BTW: 8/47/41.

sobota, 14 listopada 2020

Zotter Cola & Popcorn ciemna mleczna 60% nadziewana galaretką z coli, ganaszem z coli, praliną migdałową i popcornem

Ubóstwiam, gdy Zotter sięga po tak banalne, ale jakże odkrywcze zarazem połączenia! Cola i popcorn - klasyk kinowych multipleksów, otrzymał bardziej szlachetną formę na wskutek zaklęcia w tabliczkę Handscooped. Kupiona na biokredens.pl Cola & Popcorn, jest ciemną mleczną czekoladą o 60% zawartości kakao, nadziewaną galaretką z coli (kocham zotterowe galaretki!), ganaszem z coli, praliną migdałową oraz popcornem.

Czekolada pachnie ciastkami typu delicje (wyjątkowo mocny wpływ galaretki na całokształt!) oraz cukierkami o smaku coli. W przekroju tabliczka prezentuje się naprawdę pięknie - niemalże czarna galaretka kontrastuje z beżową migdałową praliną.

Gdy biorę kęs zawierający w sobie wszystkie warstwy czuję się tak, jakbym jadła... posolone ciastka delicje. I nie jest to wcale wielce wyrafinowany smak, lecz rzeczywiście przypominający marketowe słodkości. W pralinie drobinki popcornu (bo niestety został on nieco za bardzo rozdrobiony, by wyraźnie go odczuć) wnoszą odrobinę chrupkości, poza tym czekolada jest generalnie gładka. Posmak coli najbardziej spektakularnie odznacza się dopiero po jakimś czasie, tak jakby dopiero musiał rozlać się w ustach. Sama mięciutka i soczysta galaretka (jak zwykle bardzo udana u Zottera) sprawia wrażenie... rodzynkowej. Tak, rodzynki są tu dominującym skojarzeniem. 

Migdałowych akcentów niestety nie ma wiele, o dziwo, wypadły tu blado. Migdałowa pralina bardziej przypominała niby-śmietankowe nadzienie z ciastek typu Oreo, a to niezbyt górnolotne porównanie... Podsumowując, jak na Zottera fajerwerków tu nie było. Osobiście, nie bałabym się użyć grubszych cząstek popcornu i jeszcze mocniej bym je posoliła. Uderzyłabym też mocniej migdałami i podkręciła colę. Czekoladowa kuwertura również wypadła łagodnie. Generalnie całość oceniam jako zbyt delikatną, nawet nieco mdłą. Z komercyjnych produktów Zotter mógł stworzyć coś naprawdę awangardowego, ale niestety Cola & Popcorn zabrakło temperamentu.

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, cola (cukier, woda, ekstrakt z cytryny, przyprawy, mięta, wanilia, sok limonkowy, sok cytrynowy, kwas cytrynowy), pełne mleko w proszku, syrop kukurydziany, migdały, odtłuszczone mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, sok cytrynowy, popcorn, pełny cukier trzcinowy, olej kokosowy, masło, koncentrat soku cytrynowego, pektyna jabłkowa, sól, lecytyna sojowa, wanilia, koncentrat limonkowy, cynamon, płatki róż, chili, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier).
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 481 kcal.
BTW: 7,4/29/46.

poniedziałek, 6 lipca 2020

Willie's Cacao Cuban Baracoa Ginger Lime ciemna 70% z imbirem i limonką


 Dotąd z kubańskim kakao miałam do czynienia jedynie dwukrotnie - w czystych ciemnych czekoladach z manufaktur Morin oraz Pralus. Obie te czekolady zaserwowały mi wyjątkowe doznania, pozwalając sugerować, że każda następna tabliczka z tego kakao okaże się równie godna uwagi. Gdy w sklepie Sekretów Czekolady pojawiła się dziś opisywana pozycja, zamówiłam ją bez wahania. Lubię eksplorować asortyment brytyjskiej manufaktury Willie's Cacao i nie widziałam powodu, by prócz czekolad z 100% zawartością kakao pomijać pozostałe jej propozycje. Cuban Baracoa Ginger Lime jest ciemną czekoladą o 70% zawartości kubańskiego kakao, zebranego na plantacjach w okolicach miasta Baracoa. Baracoa to pierwsze miasto, jakie zostało założone na Kubie. Położone jest we wschodniej części wyspy, a jego rejon stanowi najbardziej wilgotny obszar Kuby - z tytułu buzujących życiem lasów tropikalnych.


 Niestety miałam świadomość, iż dodatek tak intensywnych składników jak kandyzowany imbir oraz olejek limonkowy całkowicie odmienią oblicze czekolady i być może zupełnie zniwelują kakaowy bukiet. Nie mniej jednak, Cuban Baracoa Ginger Lime przyciągała mnie swoją barwnością.

W przekroju wiśniowo-brązowej tabliczki wyraźnie odznaczały się kawałki kandyzowanego imbiru. Zapach czekolady był przede wszystkim imbirowy, co w gruncie rzeczy mnie cieszyło, gdyż jest to dla mnie składnik o wiele bardziej atrakcyjny od limonki. Kakao, choćby nie wiem jak było bogate, umknęło jako mało ważne tło jeśli chodzi o sferę aromatu.


Według opisu na opakowaniu, kakao z Baracoa ma cechować się delikatnymi miodowymi nutami. Nie dane było mi ich doświadczyć. Dość słodka czekolada wydaje się być jedynie spoiwem dla kandyzowanego imbiru. Pysznego, wciągającego, soczystego, nieco niczym twardsze galaretki - ale nadal głównie imbiru. Układ imbiru we wnętrzu tabliczki prowokował do tego, by ją chrupać, zamiast prawdziwie rozpuszczać w ustach, niespiesznie. Gdzieś tam udało mi się wyłapać iluzję malin i specyficzną perfumowość, ale jeśli chodzi o tą ostatnią, prawdopodobnie była to suma oddziaływań kakao, imbiru i limonki. Sam olejek limonkowy manewrował w tle, maszerując w jednej linii z imbirem jako mniej silny towarzysz.


 Czekoladę wciągnęliśmy w tempie ekspresowym, bo po prostu imbir stworzył ją niesamowicie przystępną. Moim zdaniem, można było użyć tu jakiegokolwiek innego kakao od Willie's Cacao, gdyż szkoda tej utraconej kubańskości. Cuban Baracoa Ginger Lime okazała się być dokładnie tym, czego się po niej spodziewałam. Gdyby kakao miało okazję dać tutaj większy popis, byłabym bardzo pozytywnie zaskoczona. Tymczasem było smacznie, ale przede wszystkim dlatego, iż po prostu uwielbiam imbir.

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, kandyzowany imbir 12% (imbir, cukier), tłuszcz kakaowy, olejek limonkowy 0,1%.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 502 kcal.
BTW: 7/26,4/56,2.

sobota, 7 marca 2020

Chocolate Tree Pisco Sour Nibs ciemna 70% Peru z kakaowymi nibsami, pisco i olejkiem limonkowym


Dzięki sklepowi Sekretów Czekolady, zaopatrzyłam się w sporo tabliczek od wcześniej dotąd przeze mnie niepróbowanej szkockiej manufaktury Chocolate Tree. Szeroka gama przeróżnych, częstokroć niebanalnych smaków - czekała na rozpieczętowanie w moich czekoladowych zapasach. W pierwszej kolejności postanowiłam sięgnąć po tabliczkę, która w oczywisty sposób kojarzyła mi się z jeszcze świeżym w mej pamięci wyjazdem do Peru. Pisco Sour Nibs to ciemna czekolada o 70% zawartości peruwiańskiego kakao z plantacji wokół miejscowości Chililique w regionie Piura, wzbogacona o nibsy kakaowe, tradycyjny peruwiański napój alkoholowy pisco, olejek z limonki oraz barmański bitter.

Pisco sour to koktajl na bazie pisco, soku z limonki, białek jaj oraz gorzkiego likieru angostura, popularny w Peru i Chile. Miałam okazję spróbować go w Huaraz i niespecjalnie przypadł mi do gustu, aczkolwiek jego specyficzny smak mocno wrył mi się w pamięć. 
 

Urocza 40-gramowa tabliczka w jednorożcowy wzór (choć chciałoby się widzieć tu alpaki, jak na opakowaniu!), od razu po wyciągnięciu jej z folijki rozpostarła wokół siebie silny aromat kojarzący się mi bezpośrednio z pisco sour. Alkohol, limonka, goryczka - a wszystko to złączone w mocnym, zdecydowanym uścisku. Pojawiła się też iluzja zapachu mięty, przez co dla mniej zaznajomionych z pisco czytelników mogłabym pokusić się o skojarzenie z wyjątkowo mocnym wykonaniem mojito.

Każdy kęs prędko rozpada się w ustach na mniejsze kawałeczki, a dzieje się tak za sprawą mięciutkich nibsów. Tak, nibsy kakaowe są tu drobne i wyjątkowo delikatne w strukturze - trudno nawet nazwać je chrupiącymi, nie są mocno wyczuwalne. Nadają całej kompozycji przestrzenności i lekkości, co jest wyjątkowe wśród czekolad z nibsami. Trudno wprost oddzielić je od samej czekolady. Przypominają nieco czekoladową posypkę po prostu wymieszaną z czekoladową masą.


Czekolada zaś jest ogólnie rzecz ujmując mocno kwaskowata, niczym sok - olejek z limonki zrobił swoje, wysycił całość - akcenty limonki oraz gorzkiej pomarańczy przewodzą całości. Siostrzane skrzypce gra alkohol, dość mocny, rozgrzewający - bardzo specyficzny, z goryczkową nutą. W dalszej kolejności pojawia się przyjemna słodycz, owocowo-landrynkowa. Wszystko to jest soczyste, przez co czekoladę je się bardzo dobrze. Daleko w tle przemyka gdzieś posmak lekowy (znów dochodzi do tego iluzja mięty), po zastanowieniu kojarzący się choćby z propolisem na spirytusie.


Choć na początku wydawało mi się, że 40-gramowa tabliczka będzie zbyt mała jak na dwie osoby, z końcem degustacji przyznałam, iż ta wielkość okazała się idealna. Czekolada była naprawdę intensywna - większa dawka doznań mogłaby zwyczajnie przytłoczyć. Smaki są wyraziste, tak jak wyraziste jest pisco sour. Należy to potraktować jako wielki plus tej tabliczki, bowiem jej nazwa rzeczywiście opisuje to, czy jest - nie ma tu żadnej zwodniczej kokieterii. Dodatki tak rzetelnie wykonały swoją robotę, iż niewiele mogę napisać o samym kakao - na szczęście w asortymencie Chocolate Tree jest również wiele czekolad bez dodatków. Cieszę się, że czeka mnie jeszcze ich długa eksploracja.

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, nibsy kakaowe 10%, pisco 6%, olejek limonkowy 10%, kwas cytrynowy, bitter.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 40 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 491 kcal.
BTW: 8/37,1/50,3.

środa, 15 stycznia 2020

Zotter Yuzu Citrus From Japan mleczna 50% nadziewana ganaszem z yuzu i białej czekolady


Z owocem yuzu miałam dotychczas do czynienia jedynie w paru piwach rzemieślniczych - jego pojawienie się w jednej z nowych Zotter Handscooped było odświeżającym zaskoczeniem. Kupiona na biokredens.pl Yuzu Citrus from Japan to mleczna czekolada o 50% zawartości kakao nadziewana ganaszem z yuzu i białej czekolady, z dodatkiem limonki, cytryny i mandarynki. Sam owoc yuzu pierwotnie pochodzi z Chin, choć obecnie większą popularnością cieszy się w Japonii i Korei. Posiada wielkość mandarynki, żółtą nieco pomarszczoną skórkę, spore pestki i cierpko-kwaśny smak z kwiatową nutą. Genetycznie jest mieszańcem mandarynki z cytrusem ichang papeda.


Beżowe nadzienie otulone mleczną czekoladą intrygowało cytrusowym aromatem z nutą czegoś... starego. Doprawdy, skojarzenia poszybowały w stronę domu zamieszkanego przez starych ludzi oraz szafy wypełnionej zleżałymi ubraniami.

W smaku obawiałam się nieco dominacji białej czekolady - być może pojawienia się mdlącej, mydlanej słodyczy. Inną obawą był udział limonki oraz cytryny w kompozycji - po doświadczeniach z innymi nowymi Zotter Handscooped wiedziałam, że one mogą nadmiernie namieszać w odbiorze całej tabliczki. Na szczęście wszelkie me obawy były niesłuszne.


Nadzienie okazało się bowiem przede wszystkim bardzo wciągające pod względem struktury - miękkie i śliskie, cudnie rozpuszczające się w ustach niczym owocowy sos. W smaku było specyficzne - rześkie niczym połączenie grejpfruta z limonką, cytryną i mandarynką, z wyraźnym udziałem goryczki typowej dla skórek cytrusowych. Dziwacznym akcentem pozostawała ta znana ze sfery zapachu sugestia czegoś starego, zleżałego, może zbutwiałego i lekko zajętego pleśnią. Nie wypływało to jednak negatywnie na odbiór kompozycji - po prostu paradoksalnie wciągało w nią jeszcze bardziej. Pyszna jak zwykle mleczna czekolada nadawała zaś całości błogiej słodyczy z wyraźnie kakaowym rysem - na szczęście biała czekolada na której bazował ganasz nie zdołała jej zdominować.

To prosta, aczkolwiek ciekawa i oryginalna propozycja od Zottera, dobra dla każdego, kto nie boi się odkrywać nowości - nawet takich mających w sobie odrobinę dziwaczności.


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, sok z yuzu, syrop ryżowy, odtłuszczone mleko w proszku, sok cytrynowy, koncentrat mandarynkowy, słodka serwatka w proszku, koncentrat limonkowy, pełny cukier trzcinowy, wanilia, lecytyna sojowa, sól, cynamon.
Masa kakaowa min. 50%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 489 kcal.
BTW: 6,6/33/42.

niedziela, 8 grudnia 2019

Zotter Lime and Passion Fruit ciemna 70% nadziewana ganaszem marakujowo-limonkowym i ganaszem z białej czekolady, polenty, batatów, cytryny i brandy z cukru trzcinowego


Po jedzonej dzień wcześniej nieudanej Mango Tango z serii Zotter Handscooped, miałam wielkie obawy dotyczące Lime and Passion Fruit. Dlaczego? Ponieważ jest to ciemna czekolada 70% nadziewana ganaszem marakujowo-LIMONKOWYM oraz ganaszem z białej czekolady, batatów, CYTRYNY i brandy z cukru trzcinowego. Poza tym, w nader skomplikowanym składzie wysoko stoi też verjuice, czyli sok z zielonych winogron, znany już z trzech innych przekombinowanych Handscooped: Verjuice Green Grapes, Gourmet Journey to Peru i Tahini Palestine. Dwóch rzeczy więc naprawdę się obawiałam: przysłaniającej wszystko inwazji cytryny i limonki oraz przekombinowania, przytłoczenia licznymi składnikami. A tak pięknie by mogło być, gdyby nadzienie tej czekolady pozostało choćby jedynie połączeniem marakui z polentą...

Wszystkie moje nowe Zottery zakupiłam na biokredens.pl.


Nie będę udawać, iż wyłapałam wszystkie liczne niuanse zawarte w tej tabliczce. Oczywiście tak nie było. Jak zawsze pyszna ciemna czekolada od Zottera ukrywała w sobie bowiem tyle składników, że wręcz musiał zawładnąć nimi chaos. Nie starałam się odróżnić od siebie obu warstw nadzienia, raczyłam się całością naraz. W dolnej, marakujowo-limonkowej warstwie, na szczęście marakuja pokazała większy pazur niż limonka - limonka w istocie stała się tylko dodatkowo nadającej świeżości przyprawą. Mogłam delektować się jej specyficznym, wspaniałym smakiem, choć oczywiście i tak było mi jej za mało.

W górny ganasz powkładano bowiem wszystko i nic. Biała czekolada, bataty, polenta, brandy, cytryna, verjuice, migdały... Czego tam nie było! Słodka na modłę kukurydziano-migdałową, przełamana cytryną i brandy - smakowała, lecz w gruncie rzeczy obierałam ją jako nijaką, kierując cały czas swoją uwagę na marakuję. Ah, jakże żądna byłam tropikalnych owoców innych niż cytrusy po tym, co Zotter zafundował mi w Mango Tango!


Lime and Passion Fruit na szczęście okazała się lepsza od poprzedniczki, choć macham na nią ręką, gdy porównuję ją z licznymi, bardziej atrakcyjnymi nowościami z kolekcji Handscooped.

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, syrop ryżowy, verjuice (sok z zielonych winogron), słodkie ziemniaki, suszone marakuje, sok cytrynowy, pełne mleko w proszku, mleko, odtłuszczone mleko w proszku, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka, polenta, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), brandy z cukru trzcinowego, koncentrat limonkowy, migdały, masło, koncentrat marakujowy, słodka serwatka w proszku, koncentrat soku cytrynowego, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, wanilia, cynamon, olejek cytrynowy, chili, płatki róż, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier).
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 496 kcal.
BTW: 4,9/31/47

niedziela, 21 lipca 2019

Georgia Ramon Limette & Thymian biała 37% Dominikana z limonką i olejkiem tymiankowym


Jedna z nowszych propozycji od niemieckiej Georgia Ramon - Limette & Thymian - była dla mnie szczególnie intrygującą zagadką. Zioła w czekoladach potrafią wypaść różnie (a szczególnie w białych!) i zawsze przy okazji takowych połączeń mam w sobie odrobinę obawy. Jako, że zamówiłam w sklepie Sekretów Czekolady sporo tabliczek Georgia Ramon, również ta musiała znaleźć się w mojej kolekcji. Przypomniała mi całkiem udaną Maracuja & Basilikum i tym wzbudzała nadzieję na coś smacznego. Wprawdzie w przytoczonej czekoladzie marakujowo-bazyliowej, bazylię oceniłam ostatecznie jako przeszkadzajkę dla soczystego popisu marakui - jednak teraz limonka wydawała mi się bardziej plastycznym owocem pod połączenia z ziołami (wystarczyło mi przypomnieć sobie, jak stołowałam się w Meksyku - niemal wszystko co się dało skrapiałam sokiem z limonki).

Georgia Ramon Limette & Thymian to biała czekolada zawierająca 37% masła kakaowego z Republiki Dominikany, stworzona z dodatkiem soku limonkowego oraz olejku tymiankowego. Do degustacji przystąpiliśmy na łonie natury, w karkonoskich Budnikach.

Już dawno nie miałam w swych dłoniach tabliczki Georgia Ramon, która nie byłaby doszczętnie połamana! Limette & Thymian się udało. Jej tafla była lekko żółtawa. Ów odcień był na tyle subtelny, że bez wiedzy o udziale limonki mogłabym ją zrzucić na karb naturalnej barwy białej czekolady. W zapachu uwodziła rześkością limonki, delikatnością mleka oraz subtelnym tchnieniem tymianku (który w sferze aromatu nie wydawał się ani trochę groźny, jedynie odrobinkę sugerując zielarnię tudzież aptekę).


Limette & Thymian okazała się w smaku czystą rozkoszą. Pierwszy kęs rozwiał wszystkie moje obawy. Czekolada była idealnie gładziutka, rozpuszczała się w ustach bez nadmiernej tłustości. Niosła ze sobą słodycz i mleczność, nie była sucha - można by ją określić jako nieco śmietankową. Limonka grała tu ogromnie ważną rolę. Świeża, kwaskowata, aromatyczna, z odrobiną specyficznej goryczki - wspaniale przełamywała słodycz białej czekolady, nie niosąc przy tym żadnych przykrych nut. Była spójna. Przy tak zgranym duecie wydawałoby się, iż olejek tymiankowy tylko niepotrzebnie namiesza. Stało się wręcz przeciwnie.

Tymianek pojawił się jako kropka nad i, jako wisienka na torcie. Istotny element, zwieńczenie świetnej kompozycji. Bezsprzecznie wyczuwalny, ale jednak pozostający na drugim planie, pozwalający białej czekoladzie z limonką zagrać pierwsze skrzypce. Okazał się tu idealnie dobraną przyprawą. Dodał całości jeszcze większej rześkości i lekkości. Sprawił, iż czekoladę jadło się jeszcze lepiej.

Warto nadmienić, iż dotychczas z tymiankiem spotkałam się jedynie w dwóch nadziewańcach Zottera: Passion Fruit and Caramel with Thyme oraz HimbeerBlut. W tej pierwszej tymianek był aż przesadnie intensywny, w drugiej zaś stanowił tylko część złożonej kompozycji ziół. Limette & Thymian jest więc pierwszą moją czekoladą, w której tymianek pokazał się od wyrazistej, lecz tym samym wyważonej strony. Georgia Ramon zrobiła to świetnie.


Skład: tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, suszone limonki w proszku 8% (koncentrat soku limonkowego, skrobia kukurydziana), olejek tymiankowy.
Masa kakaowa min. 37%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 594 kcal.
BTW: 5/42/50.

piątek, 19 października 2018

Zotter Lemon Mousse mleczna 40% nadziewana kremem cytrynowym

 
Bardzo, ale to bardzo już zatęskniłam za nadziewańcami od Zottera. Dlatego, gdy tylko w biokredens.pl pojawiła się kolekcja zupełnie nowych Handscooped, z wielką radością zamówiłam wszystko. Pierwszą nowością, jaką postanowiliśmy wypróbować, była tabliczka o banalnie prostej nazwie: Lemon Mousse. W zeszłym sezonie Zotter namolnie pakował cytrynę do wielu swych Handscooped, co ostatecznie doprowadzało mnie do poirytowania. Zapobiegawczo, z wyjątkowo cytrynową tegoroczną propozycją postanowiłam uporać się w pierwszej kolejności.



Lemon Mousse to mleczna czekolada o 40% zawartości kakao wypełniona kremem cytrynowym na bazie białej czekolady, masła i jaj - z dodatkiem grappy. Zotter nie wytrzymałby, gdyby nie otoczył nadzienia jeszcze cienką warstwą czegoś innego - w tym wypadku ciemnej czekolady - która generalnie nic nie wnosi do całokształtu.

Czekolada pachnie sugestią marcepanu, choć w jej składzie całkowicie brak orzechów. Myślę, że jest to związane z subtelnym akcentem grappy oraz wyraźnym zaznaczeniem wanilii. W przekroju beżowe nadzienie jawiło się jako cudownie puszyste i miękkie. Gdy tylko wzięłam pierwszy kęs, po prostu uniosłam się niczym lekki obłoczek, wprost do nieba...


   
Nadzienie jest w istocie bardzo mięciutkie, piankowe, puszyste. Przypomina bardzo dobrej jakości ptasie mleczko bądź wyśmienite lody na bazie świeżej śmietanki i jaj. Cytryna (w duecie ze orzeźwiającym oddechem limonki, pojawiającym się w tle) jest bardzo przyjemna i naturalna, cudnie zgrywająca się z błogą śmietankowością. Absolutnie nie ma w sobie znamion natrętnego cytrynowego kwasku.

Kuwertura z mlecznej czekolady schodzi na dalszy plan pod naporem tak doskonałego w swej prostocie nadzienia. Alkohol wyczuwalny jest tu w zasadzie tylko w zapachu, w smaku jest ogromnie subtelny. Ogromną zaletą Lemon Mousse prócz pysznej i lekkiej cytryny oraz urokliwej konsystencji jest rola wanilii. Wanilia wspaniale i niemalże pikantnie przełamuje cytrynę i śmietankę, nadając całości bardziej wytrawnego charakteru.




Lemon Mousse zniknęła bardzo prędko w naszych ustach. Nie mogliśmy się powstrzymać. Jeśli kolejne nowe Handscooped będą przedstawiać się podobnie, chyba postawię Zotterowi jakiś mały ołtarzyk. Klasa i brak przekombinowania. Rewelacja.

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, masło, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, syrop ryżowy, odtłuszczone mleko w proszku, grappa, białko jaja, sok cytrynowy, koncentrat limonkowy, żółtko jaja, słodka serwatka w proszku, koncentrat soku cytrynowego, pełny cukier trzcinowy, wanilia w proszku, lecytyna sojowa, sól, cynamon, chili Bird's eye.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 gL 549 kcal.
BTW: 5,8/38/42

wtorek, 6 lutego 2018

La Naya Tanzania Kilombero ciemna 67% z limonką kaffir i trawą cytrynową


 Po ciemnej i mlecznej Vietnam Ben Tre od La Naya, czas na kolejną single-origin w wykonaniu tej litewskiej firmy. Tabliczki marki La Naya możecie zakupić w sklepie Sekretów Czekolady. I choć, jak już wspominałam, ich typowo prezentowa kolekcja pięciu czekolad najbardziej rzuca się w oczy, czekolady single-origin są również warte uwagi. Ba, pokuszę się o stwierdzenie, że są godniejsze polecenia.

Pewnego sobotniego wieczoru sięgnęliśmy po opakowaną w piękną zieleń Tanzanię Kilombero 67%. Mam bardzo małe doświadczenia z tanzańskim kakao, toteż do tej degustacji podchodziłam z wyjątkową ciekawością. Nie mniej jednak miałam świadomość, że tak jak w przypadku tanzańskiej Naive Porcini, w naszej La Naya walory samego kakao mogą zostać znacznie zaburzone na wskutek zastosowanych dodatków - limonki kaffir i trawy cytrynowej. Przyznam, że dodatku limonki kaffir nieco się obawiałam. Ciągle miałam w pamięci Menakao Bright & Citrusy, gdzie owa limonka nie do końca mi przypasowała (a może to była kwestia zestawionego z nią różowego pieprzu?). Czekoladę aromatyzowaną trawą cytrynową (J.D. Gross) jadłam tak dawno, że nie sposób było pamiętać wrażeń - jakoś jednak tej przyprawy mniej się obawiałam się. Na pewno cała degustacja miała być dla mnie pełna nowości.


 Dystrykt Kilombero, z którego pochodzą zastosowane w czekoladzie ziarna, położony jest w tanzańskim regionie Morogoro. Morogoro znam już z zaskakującej Domori Morogoro 70%, jednakże od początku wiedziałam, że nie będzie sensu porównywać La Naya z ową włoską tabliczką. Wszak Domori ciężko jest porównać z czymkolwiek innym... Kilombero zajmuje rozległy zalewowy obszar pomiędzy rzeką o tej samej nazwie, a górami Udzungwa.

Ciekawa byłam, jak tym razem La Naya opisze swoją czekoladę. Tanzańskiemu smakołykowi przewodzi słowo "chrysalism", określające uczucie głębokiego spokoju i ciepła odczuwanego podczas przebywania w domu w trakcie gwałtownej burzy. Hoh! To sugerowało naprawdę ciekawe doznania podczas degustacji. Producent wskazuje na ciepłą i kompleksową słodycz swej czekolady, zbalansowaną z goryczką i odżywczą świeżością. Sugeruje nuty tropikalnych owoców, trawy cytrynowej (co przez uwagę na jej dodatek powinno być oczywiste), dzikie kwiaty i aromatyczny miód.


 Wystarczyło powąchać "górsko rzeźbioną" tabliczkę by wiedzieć, że doznania z nią związane będą wyjątkowe. Pachniała tak samo pikantnie, jak i orzeźwiająco - magicznie przyprawowo, a poza tym kryła w sobie perfumowe wręcz tchnienie kwiatów oraz soczystość owoców. Położony na języku kawałek czekolady rozpuszczał się powoli i w dość zwarty sposób, lecz i tak po chwili wypełnił usta niezapomnianą kompilacją smaków. Sam zapach sugerował ciepło.


 Filuterna słodycz kojarząca mi się z bardzo dojrzałą gruszką (A jednak! Jest jakieś podobieństwo z Domori Morogoro!) i wonnym nektarem kwiatowym, przełamana była niebywałą świeżością. Limonka kaffir i trawa cytrynowa wplotły się w kakao mocnym uściskiem, tak mocnym, iż trudno opisywać samą czekoladę bez ich udziału. Mój Mąż nazwał przyprawowość tej czekolady anyżową, jednak dla mnie absolutnie to nie było to (już prędzej jakaś odmiana mięty). Dominowały skojarzenia z łąkowymi kwiatami i bardzo aromatycznymi ziołami, potrząsanymi ciepłym wiatrem - przez co ich zapach roznosił się na szerokiej połaci zielonego terenu. Trawa cytrynowa podkręcała aluzję do gruszki, zaś limonka kaffir modyfikowała kakao w sposób kojarzący się z... różą. A może zieloną herbatą z dodatkiem róży?

Super rześka, super ziołowa - na urzekająco słodkim tle. Słodkim w sposób delikatnie miodowy, kojarzący mi się także z prostymi, lecz smacznymi mlecznymi czekoladami niemieckich marek. A przecież mleka nie ma tu ani śladu! La Naya stworzyła potwornie oryginalną czekoladę i w trakcie degustacji brakło mi słów na dokładne określenie specyficznych nut, jakie zawładnęły moim podniebieniem. Jej nietypowość sprawia, iż barrrdzo szybko i dobrze się ją je. Wciągnęła mnie. Pełna rześkości, przestrzeni, dobrej energii. Po prostu trzeba tego spróbować i przekonać się samemu.


 I choć dobrze znam uczucie "chrysalizm", do tanzańskiej La Naya nie do końca mi ono pasuje. Burza? Owszem, ale na pewno nie obserwowana z bezpiecznego gniazdka. Dziś opisywana czekolada jest dla mnie niczym dziki taniec w trakcie gwałtownej letniej ulewy, gdy deszcz rozrywa nagrzane powietrze, ozon uderza go głowy i wszystko wokół pachnie miliard razy intensywniej niż zazwyczaj. Słodycz życia, gra z żywiołami. Prawdziwa perełka w twórczości La Naya - za nic nie spodziewałam się, iż tak bardzo przypadnie mi do gustu.


Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, liście limonki kaffir 0,7%, trawa cytrynowa 0,4%.
Masa kakaowa min. 67%.
Masa netto: 60 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 552 kcal.
BTW: 7/40/36

piątek, 24 listopada 2017

Zotter Gourmet Journey to Peru ciemna 70% nadziewana czekoladą marakujową, ganaszem batatowo-marakujowym i ganaszem kukurydziano-limonkowym z brandy z cukru trzcinowego


Jak już wspomniałam przy recenzji Yacon Beer & Whisky, w ostatnich poczynaniach Zottera bardzo wyraźnie odznacza się zauroczenie Peru. Dla mnie to świetna nowina i z wielką radością wraz z nim odkrywam peruwiańskie czekoladowe skarby. Tym razem w serii Handscooped stworzył tabliczkę o bardzo kuszącej nazwie: Gourmet Journey to Peru. Poniżej tej nazwy na opakowaniu odnajdziemy wskazówkę, co jakie punkty odwiedzimy podczas owej podróży: marakuja, limonka, batat, kukurydza. Prosta ilustracja zdobiąca front opakowania zdaje się składać wszystkie te składniki w jeden dziwny twór. Niezwykle ciekawiła mnie ta kompozycja, zwłaszcza przez udział uwielbianej przeze mnie marakui. Swoją Gourmet Journey to Peru zakupiłam oczywiście dzięki biokredens.pl.


Zarówno nadzienie, jak i kuwertura, są w tej tabliczce dwuczęściowe. Z wierzchu tabliczkę pokrywa ciemna czekolada o 70% zawartości kakao, zaś pod nią leży cienka warstwa białej czekolady marakujowej. Dolny ganasz jest miękki i mnie zwarty od górnego - odznacza się barwą, która od razu wskazuje na udział marakui. I tak, dolny ganasz to marakujowo-batatowy miks skropiony limonką. Górna, bardziej zbita masa to kukurydziany ganasz wykonany z polenty (kaszy kukurydzianej), białej czekolady, brandy z cukru trzcinowego oraz całego mnóstwa limonek i cytryn. W składzie miejsce swe odnalazł także verjuice, czyli sok z niedojrzałych kwaśnych winogron - znany nam już z Verjuice Green Grapes. Jego dodatek tutaj nieco mnie zdziwił, zwłaszcza, że zdaje się on sporo mieszać w smaku, ale o tym za chwilę...


Tabliczka pachniała przede wszystkim limonkowo, z nutą cytryny i alkoholu. Dopiero na dalszym planie wyczuwaliśmy marakuję oraz samą ciemną czekoladę. Cieszyłam się, iż oba ganasze różnią się od siebie konsystencją, bowiem zależało mi na wypróbowaniu ich z osobna. Część marakujowa, tak jak się spodziewałam, okazała się moja faworytką. Nie tylko ze względu za intensywnie słodki, specyficznie marakujowy smak, ale i przez lekką konsystencję gładkiego musu owocowego. Trudno mi wyrokować, jaki udział w całej kompozycji miały bataty, gdyż to marakuja rządzi w dolnym ganaszu i jest tylko odrobinę przełamana limonką.

Inaczej jest w przypadku górnego ganaszu. W swej konsystencji stoi gdzieś pomiędzy kukurydzianymi ganaszami z Lemon Polenta i Coffee and Grits. W smaku na pewno bliżej jej do Lemon Polenta, szczególnie przez udział brandy z cukru trzcinowego oraz kosmiczny dodatek cytrusów. Ten ganasz jest bardzo mocno cytrynowo-limonkowy, balansujący na granicy przesady i sztuczności (alkohol jeszcze to wrażenie podkręca). Gdy dodamy do tego kwaśny sok z winogron, to w ogóle robi się hardkorowo... Jeszcze raz powtórzę, nie wiem, po co on tam potrzebny?



Przy jedzeniu wszystkich warstw naraz marakuja zupełnie ginie pod natłokiem cytryny i limonki, nawet ciemna czekolada gdzieś umyka (wszak jest jej tak mało! a zastąpienie jej części białą czekoladą marakujową wcale nie dało żadnego efektu wow...). Miałam wrażenie, że i tak czekoladowa kuwertura przesiąknęła limonkami i cytrynami...

Gourmet Journey to Peru generalnie smakowała mi, ale nie była tym, czego się po niej spodziewałam. Wiele obiecująca nazwa tabliczki nie oddaje rzeczywistości. Kompozycja była przesadzona jeśli chodzi o natłok kwaśnych elementów. Większa ilość marakujowo-batatowego ganaszu byłaby zdecydowanie lepszym rozwiązaniem. Może nawet wykorzystanie jej jako jednolite nadzienie?



Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, syrop cukru inwertowanego, verjuice - sok z kwaśnych zielonych winogron, bataty, suszone marakuje, sok cytrynowy, mleko, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat limonkowy, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka, kasza kukurydziana, brandy z cukru trzcinowego, masło, migdały, proszek karmelowy (odtłuszczone mleko, serwatka, cukier, masło), słodka serwatka w proszku, koncentrat soku cytrynowego, skarmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, wanilia, cynamon, olejek cytrynowy, chili Bird's eye, płatki róż, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier).
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 488 kcal.
BTW: 4,8/31/44

czwartek, 10 sierpnia 2017

Seed and Bean Chilli and Lime ciemna Dominikana 72% z chili i limonką


Kolejna tabliczka od brytyjskiego Seed and Bean, którą zakupiłam w biokredens.pl, zawierała jeden z moich ulubionych przypraw, a mianowicie chili. Zawsze ze szczególną uwagą podchodzę do czekolad z chili, czego już nie raz mieliście okazję doświadczyć na moim blogu. W tym wypadku, tabliczkę z zawartością 72% dominikańskiego kakao wzbogacono nie tylko o chili, lecz również o limonkę. Wracając do mojej podroży do Meksyku bezsprzecznie mogę stwierdzić, że to idealnie meksykańskie połączenie. Kakao, chili, limonka... Brakuje tylko tego, by kakao było meksykańskie.


Przyznam, że Seed and Bean Chilli and Lime pozytywnie mnie zaskoczyła, szczególnie przez wzgląd na moc chili. Położone na umiarkowanie słodkiej, mocno ziemistej dominikańskiej czekoladzie, która okazała się być bardziej zwarta niźli aksamitna - uderzało z wyjątkową siłą. Co ważne, nie wykrzywiało przy tym buzi na wszystkie strony, nie wzbudzało obrzydzenia i nie było przesadzone. Fakt faktem, to odczucie może być bardzo subiektywne, w zależności od tolerancji na pikantność. Dla mnie było super i przyznam, że to jedna z czekolad z najbardziej udaną rolę chili, jaką miałam dotąd przyjemność jeść. Plasuje się wysoko na podium wraz z . Urok chili podkręcany był nie tylko przez wspomnianą ziemistość czekolady, ale i przez limonkowy powiew świeżości. Limonka wynurza się z tła, naturalna niczym w świeżo wyciśniętym soku, ujarzmia nieco chili jak w dobrej meksykańskiej potrawie. Chili rozlewa się w buzi swym bukietem, grzejąc intensywnie i powodując wyrzut endorfin - zaś limonka odrobinę ten skwar studzi, zalotnie przekomarzając się. Mogłabym kiedyś powrócić do tej tabliczki, to naprawdę udane połączenie.


Tak jak wspomniałam w poprzednim wpisie, 14 lipca miał być dla nas wyjątkowym dniem na kazachskim szlaku. Po zwinięciu obozu ruszyć mieliśmy lodowcem Uraltcev, a następnie podejść na przełęcz Akgul położoną na wysokości 4500 m n.p.m. Stamtąd mieliśmy wykonać trawers przez kolejne dwie przełęcze leżące również powyżej 4000 m n.p.m. i przejść na lodowiec Korzhenevsky. Tam planowaliśmy założyć bazę przez atakiem na najwyższy szczyt Ałatau Zailijskiego - Talgar (według różnych pomiarów ma on nieco poniżej lub nieco powyżej 5000 m n.p.m.). Nasze plany zostały niestety pokrzyżowane.


Złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze, i najważniejsze - od nocy 14 lipca nieustannie padał śnieg. To, co na naszej morenie na bieżąco topniało, wyżej na lodowcu Uraltcev stworzyło nową solidną czapę, zakrywającą wszelkie szczeliny. Nasze podejście lodowcem trwało więc dłużej niż normalnie, gdyż każdy kolejny krok prowadzącego Jurija okupiony był dokładnym sprawdzeniem stabilności podłoża - a i tak nie obyło się bez przygód typu "siadam na skraju szczeliny" lub "jedna noga w szczelinie, a drugie kolano pod brodą". Uparcie szliśmy dalej, ale śniegu tylko przybywało. W ten ważny dzień trafiła nam się najgorsza pogoda z całego wyjazdu.

Gdy zbliżaliśmy się do podejścia na przełęcz, Jurij zadzwonił z telefonu satelitarnego do Ałmaty po prognozę pogody. Nadal miało padać. Przeciekające buty Weroniki dodatkowo utwierdziły nas w przekonaniu, że należy zmienić plany. Będąc sama z Mężem i chłopakami pewnie upierałabym się na dalszej walce, ale czy to dobrze? Zawróciliśmy po własnych śladach, których i tak już praktycznie nie było widać. Jurij zaproponował nam nowy scenariusz na kolejne dni. Z najwyższego szczytu musieliśmy zrezygnować. Na nowo rozbiliśmy obóz w tym samym miejscu co poprzednio. Na rozgrzanie zaserwowałam ekipie dziś opisywaną czekoladę, która mimo wszystko dla Weroniki i mojego Męża była nieco za mocna (więcej dla mnie!).



Dopiero pod wieczór przestało na dobre padać, przynajmniej na naszej morenie. Poprawa pogody od razu rozbudziła wątpliwości - a może trzeba było iść? Próbowałam je zagłuszyć czytając książkę (na tak malowniczym stanowisku do czytania, jak na zdjęciu powyżej), lecz nie obyło się bez burzliwej dyskusji z Mężem, ba, nawet kłótni. Wyrzuciłam z siebie złe emocje mając nadzieję, że następny dzień przyniesie już tylko słońce, porozumienie i dobry humor...





Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, ekstrakt z wanilii, chili w proszku <1%, limonka <1%.
Masa kakaowa min. 72%.
Masa netto: 85 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 580 kcal.
BTW: 9/44/32