Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 38% kakao. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 38% kakao. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 marca 2022

Omnom Chocolate Lakkris + Sea Salt mleczna 38% z lukrecją, salmiakiem i solą


To już ostatnia lukrecjowa czekolada w moich zapasach... przynajmniej póki co! W sklepie Sekretów Czekolady zakupiłam Lakkris + Sea Salt z islandzkiej manufaktury Omnom Chocolate - to mleczna tabliczka o 38% zawartości kakao (nie wskazano pochodzenia), podkręcona lukrecją, salmiakiem (czyli lukrecją z chlorkiem amonu) oraz morską, islandzką solą Saltverk. Udział salmiaku pozwalał przypuszczać, że tym razem lukrecjowa propozycja może być bezlitosna dla kubków smakowych...


Jasna, niemalże karmelowa czekolada ozdobiona została słonymi kryształkami, co wyglądało dość efektownie. Pachniała ziołową nalewką oraz... świecami. Od pierwszego kęsa fundowała ekscytujące połączenie tłustego mleka, subtelnego kakao, soli oraz bardzo mocnej lukrecji. Rzeczywiście - podrasowana lukrecja w formie salmiaku dała o sobie znać, czyniąc propozycję Omnom jedną z wyrazistszych czekolad lukrecjowych. Była tak bardzo esencjonalna, że aż zdawała się być... nieco alkoholowa. W zasadzie sama słodycz oraz mleczność czekolady została totalnie zmodyfikowana przez lukrecję. Czasem jedynie tłusty i miękki film w ustach przypominał o tym, z czym w gruncie rzeczy mamy do czynienia. No i do tego urokliwe kryształki pełne mocnego smaku... Cała kompozycja smakowała mi, ale zdecydowanie nie jest to wybór dla każdego.


Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lukrecja w proszku, sól morska Saltverk, salmiak, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 60 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 600 kcal.
BTW: 5/42/49.

poniedziałek, 7 lutego 2022

Domori Chacao Latte mleczna 38% Wybrzeże Kości Słoniowej


Mleczną czekoladę od włoskiego Domori wykonaną z ziaren z Wybrzeża Kości Słoniowej kosztowałam już w poprzedniej odsłonie kolekcji Chacao, z 42% zawartością masy kakaowej. Teraz, w nowej odsłonie, klasyczną mleczną tabliczkę uszczuplono o 4% kakao. Już dwa razy zabierałam ją ze sobą na górskie wycieczki i zawsze jakoś zostawała w zapasie - w końcu przyszedł na nią czas w przepięknych okolicznościach przyrody nad stawami rybnymi nieopodal czeskiej Cernej Vody. Wszystkie moje Domori kupiłam w sklepie Sekretów Czekolady.

Cieniutka, jasnej barwy czekolada budziła w zapachu skojarzenia z śmietankowym serkiem topionym przewrotnie skroplonym cytryną. Ogółem tabliczka okazała się mało tłusta, acz nadal otoczona iluzją roztopionego masła, a do tego wszystkiego - bardzo rześka. Przez całą degustację pozostawaliśmy pod wrażeniem jakiegoś gładkiego nabiału przełamanego sokiem cytrynowym. Słodycz, jak to przy tego typu mlecznej czekoladzie, oczywiście odznaczała się, ale była dość dziwaczna i skręcała mocno w stronę pasty do pieczywa z orzechów laskowych. Trudno po dwuletniej przerwie między wypróbowaniem obu Chacao znaleźć konkretne różnice, nie mniej jednak nawet nie mam pewności, czy w nowej, dziś opisywanej propozycji na pewno zastosowano identycznego pochodzenia ziarna.


Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, miazga kakaowa.
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 580 kcal.
BTW: 7,5/39/49.

piątek, 28 stycznia 2022

Omnom Chocolate Spiced White + Caramel biała 38% ze słonym karmelem, skórką pomarańczy, cynamonem i słodem jęczmiennym


Po fantazyjnym opakowaniu można by się spodziewać równie fantazyjnego wnętrza, lecz z islandzką manufakturą Omnom bywa różnie. Dziś przed Wami biała czekolada o 38% zawartości masła kakaowego, wzbogacona o ekstrakt słodu jęczmiennego, skórkę pomarańczy i cynamon. Na swej powierzchni posiada lepkie ciapki ze słonego karmelu, które w odbiorze zewnętrznym okazały się mało estetyczne, ale cóż, może smak miał wszystko zrekompensować? Spiced White + Caramel kupiłam oczywiście w sklepie Sekretów Czekolady.

Tabliczka pachnie krówkowo, zaś w ustach totalnie zalepia słodyczą i tłustością, zintensyfikowanymi przez lekki posmak paloności przełamany pomarańczą, cynamon oraz iluzję wanilii. Czekolada jest bardzo inwazyjna, przypomina esencję z maślanych herbatników z przyprawami. W gruncie rzeczy, gdyby nie przyprawy, jej maślana konsystencja byłaby wręcz nie do zniesienia. Kropelki słonego karmelu zupełnie przepadają przy tym, co oferuje sama biała czekolada; zupełnie w niej giną. Wydaje mi się, że Omnom trochę tu przekombinowała, nie za bardzo wiedząc, co chce przekazać...


Skład: tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, mleko w proszku, syrop glukozowy, masło, śmietanka, wodorowęglan sodu, ekstrakt słodu jęczmiennego, sól, lecytyna słonecznikowa, skórka pomarańczy, cynamon.
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 60 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 585 kcal.
BTW: 5/40/51.

sobota, 1 maja 2021

Martin Mayer Schokoladen Weichsel Koriander mleczna 38% nadziewana kremem wiśniowym z kolendrą i kirschwasser

Matrin Mayer Schokoladen jest austriacką utytułowaną manufakturą, z którą stawiam dopiero pierwsze kroki - to kolejna po Goodnow Farms marka, z którą świeżo zapoznaję się dzięki rozszerzeniu oferty sklepu Sekretów Czekolady. Prócz oferty Zottera, rzadko obecnie mam okazję próbować Prawdziwych Czekolad z nadzieniem, toteż chętnie zamówiłam przekrój nadziewanych tabliczek znajdujących się w asortymencie Martin Mayer. Weichsel Koriander to mleczna czekolada o 38% zawartości kakao, nadziewana maślanym kremem z wiśniami (12%), trunkiem kirchwasser oraz kolendrą. Połączenie wiśni z kolendrą znam już sprzed lat z czekolady innej austriackiej marki, a mianowicie Berger.

Opakowanie naszego smakołyku jest zarówno eleganckie, jak i praktyczne - co się chwali. Sama tabliczka jasnej mlecznej czekolady również prezentuje się estetycznie. Po jej przełamaniu ukazuje się różowawe, miękkie nadzienie. Kompozycja pachnie cudownie dokładnie tym, czym powinna pachnieć, nie serwując w tej kwestii żadnych niespodzianek - kolendrą, wiśniami i mleczną czekoladą. Nie wyczułam sugestii alkoholu.

Nadzienie zdominowało wszystko. Nawet chcąc spróbować solo mlecznej czekolady czujemy, jak przesiąknęła smakiem nadzienia. Jest sama w sobie bardzo delikatna, mocno mleczna - zamarzyłam sobie o wyższej zawartości kakao w tej kompozycji, dla wyraźniejszego kontrastu. Wszystko odbierałam bowiem jako bardzo słodkie, choć na szczęście owa słodycz nie przyćmiła charakterystyki bardzo smacznego i naturalnego w smaku nadzienia. Było ono mięciutkie, niemal płynne, ale nie lejące się - ewidentnie maślane.  Wiśnia z kolendrą połączyły się w ekscytującym uścisku, pieszcząc kubki smakowe. Spodziewałam się, iż obecność kirchwasser podbije wiśniowość nadzienia, jednakże w ciemno zupełnie nie zidentyfikowałabym tutaj alkoholu. Zdawało się wręcz, iż łagodność mlecznej czekolady modyfikowała wiśnie gdzieś w stronę słodziutkich truskawek.

Spokojna i smaczna tabliczka, zaspokajająca apetyt na słodkości z klasą - tak będę wspominać moje pierwsze doświadczenie z Martin Mayer Schokoladen.

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, wiśnie 12%, masło, kirschwasser, kolendra, sól, wanilia, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 497 kcal.
BTW: 5,1/32/46.

czwartek, 15 października 2020

Fruition Vanilla Bean Toasted White biała 38% Dominikana z wanilią

Ostatnio próbowana czekolada od nowojorskiego Fruition Chocolate Works wydawała się ucieleśnieniem delikatności - była to Brown Butter Milk mleczna 43% Dominikana z brązowym masłem i wanilią. Dzięki sklepowi Sekretów Czekolady udało mi się zdobyć tabliczkę wypuszczoną spod skrzydeł tej manufaktury, która pretendowała do miana jeszcze subtelniejszej. 38% masła kakaowego Los Bejucos z Republiki Dominikany, cukier trzcinowy, mleko, wanilia oraz sól zostały zaklęte w Vanilla Bean Toasted White - czekoladę o przepięknej, jasnokarmelowej barwie.

Niezwykle zaskoczyła nas woń tej czekolady, a mianowicie, kojarzyła się z serem topionym w plastrach w jakiejś słodszej wersji. Jeśli chodzi o jej konsystencję, to również spodziewałam się czegoś innego - bardziej maślanego, a tymczasem otrzymałam niebywałą soczystość. Choć w pierwszej kolejności w smaku rzeczywiście do dziwnych przemyśleń prowadził posmak topionego sera w plastrach, później owo nietypowe wrażenie złagodziło się do klasycznych karmelu i wanilii.

Jeszcze większym zaskoczeniem niż ser było chyba bogactwo owoców. Stop, może nie bogactwo, lecz ich wyrazistość - wynikająca ze wspomnianej już soczystości. Były to żółte owoce. Dominująca trójca - mango, papaja i morela - stopniowo nabierały orzechowych przebłysków, co przy podkręcaniu przyprawowością wanilii, ostatecznie dało boski efekt lucumy. Lucuma to bardzo specyficzny owoc, który miałam okazję jeść w Peru. Wspomnienie o nim wróciło do mnie jak żywe...

 Vanilla Bean Toasted White to jedna z tych tabliczek, które jakże dobitnie pokazują, iż białe czekolady w pełni zasługują na miano Prawdziwych Czekolad.
 
Skład: tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, wanilia, sól.
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 60 g.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Willie's Cacao Venezuelan El Blanco Matcha biała 36% z zieloną herbatą


Kultowa dla mnie wenezuelska El Blanco od Willie's Cocoa jeszcze niedawno w Górach Kaczawskich zaprezentowała nam się w wersji z malinami - Raspberries & Cream - która również przypadła nam do gustu. Gdy tylko w sklepie Sekretów Czekolady pojawiła się kolejna wariacja na temat El Blanco, bez zastanowienia zakupiłam ją. Tak oto w pewną lipcową niedzielę, na szczycie sudeckiego Trójgarbu zrobiło nam się baaardzo zielono. Tym razem bowiem, do białej czekolady dodano 0,1% japońskiej zielonej herbaty matcha Kotobuki.


Prześlicznie prezentująca się tabliczka o dziwo pachniała mocno orzechowo, przeplatając w sobie nuty orzechów włoskich i pistacji (skojarzenie potęgowane przez kolor!). Podążały one w stronę akcentów ziemistych oraz maślanych, by finalnie dać nam do zrozumienia, że rzeczywiście mamy do czynienia z dodatkiem zielonej herbaty (choć o ile pamiętam, w zapachu nie zdawał się on tak oczywisty jak w Domori Te Matcha, która już w sferze woni był bardziej herbaciano-ziołowa. Zresztą, Domori była od Willie's nieco ciemniejsza).


Już od pierwszej chwili w ustach, czekolada rozlała się cudowną błogością tak typową dla El Blanco, tak niesamowicie wciągającą i ekskluzywną. El Blanco to wszak nie jest biały słodki ulepek, lecz biała czekolada pełna równowagi i bogactwa zarazem, najczystszy skarb masła kakaowego. Od początku czuć w niej też było wyrazisty udział zielonej herbaty, co z jednej strony stanowiło pewien dysonans, a z drugiej potwornie wciągało. Dodatek zielonej herbaty nie zabijał uroku dobrej białej czekolady, lecz płynął jakby niezależnie obok niej. Czułam się tak, jakbym El Blanco popijała świetnej jakości mocnym naparem z zielonej herbaty. Pojawiło się również skojarzenie z mocną herbatą ziołową podaną z gorącym tłustym mlekiem, w towarzystwie miksu orzechów do przegryzania. Na domiar tego, kawa towarzysząca nam w degustacji cudownie przełamywała ów niebanalny czekoladowo-herbaciany duet.

Mocne zderzenie smaków, choć w samym zestawieniu białej czekolady z matchą herbaciana goryczka nie była nazbyt wysoka. Choć Domori Te Matcha jadłam już dawno temu, to ją wspominam jako bardziej natarczywą (w pozytywny sposób). El Blanco z matchą mimo wszystko niosła w sobie nutę przewodnią z dobrej białej czekolady - zielona herbata tylko (i aż) ją obmywała, nie modyfikując znacznie jej bazy. Willie's Cacao po raz kolejny nie sprawiło mi zawodu, co docenić należy szczególnie przy tak niecodziennym połączeniu.

Skład: tłuszcz kakaowy, mleko w proszku 39%, surowy cukier trzcinowy, matcha 0,1%.
Masa kakaowa min. 36%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 604 kcal.
BTW: 10,6/44,2/40,5.

niedziela, 20 marca 2016

Dolfin Lait Nougatine mleczna z karmelizowanymi orzechami laskowymi i Noir Nougatine ciemna z karmelizowanymi orzechami laskowymi


Dzisiaj przed Wami ostatnie egzemplarze z zestawu neapolitanek belgijskiej firmy Dolfin, który to otrzymałam od Olgi z livingonmyown.pl. Jako, że jestem wielką miłośniczką orzechów, od nugatowych wariantów oczekiwałam najwięcej. Niestety, rysunki na opakowaniach obu nugatowych wersji wprowadzają w błąd. Widzimy na nich zarówno orzechy laskowe, jak i migdały - natomiast w składzie występują jedynie te pierwsze. Mówi się trudno i żyje się dalej. Tuż po wypróbowaniu czystej mlecznej i mlecznej kawowej, sięgnęłam po mleczną nugatową miniaturkę.

Lait Nougatine, tak jak pozostałe mleczne warianty, zawiera 38% masy kakaowej. Ma ciepły brązowy kolor typowy dla mlecznych Dolfinów. W zapachu ponownie pojawiają się charakterystyczne kwiatowe perfumy, wzbogacone o delikatną nugatową mgiełkę. W smaku orzechy laskowe od razu się odznaczają. Zostały zatopione w czekoladzie w formie małych drobinek, które jednakże w żaden sposób nie zaburzają rozpuszczania się w ustach mlecznej czekolady. Mojemu Mężowi trafił się nawet jeden spory kawałek orzecha, naprawdę solidny w porównaniu do reszty maleństw. Przyznam, że kawa lepiej komponowała się z oryginalną perfumowością mlecznego Dolfina, toteż po wypróbowaniu przystępnej (lecz przeciętnej) Lait Nougatine, nadal w czołówce mlecznych neapolitanek z tego zestawu stawiam Lait Cafe.


Noir Nougatine o 60% zawartości kakao, po wyjęciu z opakowania nie sprawiała wrażenia tak bardzo starej jak pozostałe ciemne neapolitanki. Pachniała intensywnie dusznymi perfumami z orzechowym olejkiem, co wcale nie wydawało mi się kuszącym aromatem. Okazała się być chrupka i twarda jednocześnie, chyba najtwardsza spośród wszystkich. Niestety, nie aż tak stary wygląd okazał się być złudny. W smaku Noir Nougatine to starość do potęgi entej. Ta czekolada była po prostu niesmaczna - wiórowata, pozostawiająca posmak stęchłych orzechów. Aż dziwne, że czekolada z orzechami może nie smakować! Ufam, że ów wariant wypuszczony prosto z linii produkcyjnej jest smaczniejszy, ale w tym przypadku pozostawił po sobie niesmak. Zwłaszcza, że został próbowany jako ostatni ze wszystkich Dolfinów...

  
Powróćmy do o wiele przyjemniejszych rzeczy - dalszej relacji z naszych Walentynek spędzonych w meksykańskiej Choluli! Gdy już w końcu oderwaliśmy się od kawiarnianych stolików, obserwując wrzawę karnawałowego tłumu, udaliśmy się na targowisko Mercado De San Pedro w poszukiwaniu tutejszej czekolady. Koniec końców, zakupiliśmy jedynie ziarenka chia, a czekolady spróbowaliśmy... przy bramie kościoła Convento De san Gabriel. Meksykanka w średnim wieku handlowała ręcznie robionymi grubymi krążkami czekolady. Przeznaczone są one przede wszystkim do miksowania z mlekiem i podawania w postaci płynnej. Próbowałam kawałek takiej czekolady i hmm... konsystencją przypominała mi Zotter Cacao Nature 75% with Muscavado Sugar Crackers. Była wprawdzie od niej bardziej miękka i dużo słodsza, ale miała podobną niejednolitą konsystencję. Ktoś sobie nieźle szalał pracując na kamieniu metate. Wyrób nie przypadł mi do gustu, a że nie mam w zwyczaju pijać czekolady, nie zakupiłam egzemplarza dla siebie.





Wstępując po drodze do licznych sklepików z pamiątkami, dotarliśmy w końcu do stóp Wielkiej Piramidy w Choluli, będącej największą objętościowo piramidą na świecie. Jej aztecka nazwa to Tlachihualtepetl - Sztuczna Góra - i to sformułowanie naprawdę dużo o niej mówi. Gdy Hiszpanie dotarli do Meksyku w 1519 roku, był to po prostu zarośnięty szczyt. Aż wierzyć się nie chce, że tak potężny stożek to dzieło rąk ludzkich. Jeszcze przed Aztekami, budowaną ją dokładając kolejne warstwy, a w jej wnętrzu znajduje się sieć korytarzy. Dziś jedynie część piramidy jest odsłonięta. Na jej szczycie wybudowano kościół, jeden z wielu w Choluli. Zupełnie nie miałam ochoty na podziwianie tamtejszych kościołów wiedząc, z czym wiązało się "przywleczenie" chrześcijaństwa do Meksyku. Nie mówiąc już o tym, jak konkwistadorzy zmasakrowali samą Cholulę. Skupiłam się na monumentalnym wyglądzie samej Wielkiej Piramidy oraz na rozległych widokach, jakie się z niej rozciągały. Popijałam wodę kokosową wprost z kokosa i rozkoszowałam się słońcem...



Dalej, spacerując licznymi uliczkami Choluli, co chwila natrafialiśmy na kotłujących się karnawałowych przebierańców, paradujących po mieście przy akompaniamencie wystrzałów z broni czarnoprochowej oraz radosnej muzyki. Szczególnie mocno podobały mi się przebrania z barwnymi podobiznami ludzkich wcieleń Popocatepetl i Iztaccihuatl. Mogłam w nieskończoność krążyć po Choluli, chłonąc jej jakże pozytywny klimat. W końcu jednak ponownie poczuliśmy głód i, wiedzeni ciekawością kolejnych pozycji z menu, wróciliśmy do La Casa Rua, w której to tego samego dnia spożyliśmy obfite śniadanie. Tym razem, mój Mąż zdecydował się na fajitas de pollo, czyli kawałki kurczaka w towarzystwie kolorowych papryk, cebuli i przypraw, zapieczone pod serem, podawane z tortillami. Ja zamówiłam sycącą sopa azteca, czyli zupę na bazie pomidorów z wkładem z awokado i kawałków tortilli. Pyszności! Jakże tęsknię za tymi smakami...

Spacerowaliśmy po Choluli jeszcze długo, lecz i tak nie skusiliśmy się na nocne szaleństwo. Wszystko dlatego, że kolejnego dnia o jedenastej godzinie miał przyjechać po nas Moises i mieliśmy ruszyć ponownie w góry. Czekały nas kolejne wyzwania. Wyspaliśmy się w pachnącej pościeli, a rano znów udaliśmy się na rynek celem skonsumowania śniadania. Niestety, byliśmy tam na tyle wcześniej, iż mało która restauracja była otwarta. Żałowałam, że nie zatrzymaliśmy się na jakimś ulicznym meksykańskim żarciu, bo podane nam w nieodwiedzonym wcześniej lokalu fajitas de pollo bardzo nas zawiodło. Zaserwowano nam je w europejskim stylu - z bułkami zamiast tortilli (!!!) i z pomidorowym sosem ledwo dorównującym przyprawowością polskim "pikantnym" ketchupom. Serce mi się krajało, na szczęście jeszcze miałam okazję dogodzić sobie w Meksyku lepszym jedzeniem. Ale o tym później... W kolejnym wpisie ponownie tematem przewodnim będą góry!

 
 

Lait Nougatine.
Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, orzechy laskowe 7%, wanilia, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 4,5 g.

Noir Nougatine.
Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe, wanilia, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 4,5 g.

środa, 16 marca 2016

Dolfin Lait mleczna i Lait Cafe mleczna z kawą


Po degustacji niezbyt porywającego tria ciemnych neapolitanek Dolfin z dodatkami, przyszedł czas na wersje mleczne. Najpierw sięgnęliśmy po klasyka - pełną czekoladę mleczną - Lait. Miłym zaskoczeniem był fakt, iż zawiera ona więcej niż popularne 30% kakao. Mamy tu do czynienia z 38% zawartością masy kakaowej, lecz miazga kakaowa znajduje się dopiero na czwartym miejscu w składzie.

Wyjęta z opakowania nie wygląda tak staro jak ciemne warianty. Cechuje się dość głęboką barwą, całkiem atrakcyjną. Zarówno w zapachu, jak i w smaku, odczuwamy znaczną perfumowaną nutę, w kwiatowym tonie. Wszystkie uprzednio jedzone Dolfiny kojarzyły mi się z czymś perfumowanym, lecz w czystej mlecznej ów efekt zdaje się być jeszcze bardziej nasilony. Czekolada nie rozpuszcza się w ustach w mgnieniu oka, robi to powoli, lecz skutecznie i całkiem przyjemnie (choć z coraz to bardziej nasilającą się słodyczą). 

Dziwne jest to, iż nie wyczuwa się tu typowej głębokiej mleczności. Podwyższona zawartość kakao o perfumowanym zacięciu sprawia, że Dolfin Lait zdaje się być czymś przyprawiona. Nie wiem, jak ten specyficzny posmak zostałby przeze mnie odebrany, gdyby przyszło mi zjeść większą ilość tej czekolady. Nie była to prawdziwa rozkosz podniebienia, a raczej coś dziwacznego. Olga w swojej recenzji zidentyfikowała tu nutę marcepanową, co mi nie do końca pasuje, ale może trzeba by było iść dalej tym tropem.


Po klasycznej mlecznej przyszedł czas na Lait Cafe. Od poprzedniczki różni się ona jedynie dodatkiem kawy, zawartość masy kakaowej jest taka sama. Na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od wersji czystej, ale już jeden niuch pozwala ją rozszyfrować. Co za zaskoczenie! Owszem, jest to kawa - na szczęście autentyczna i przyjemna, o milion mil oddalona od Heidi Iced Coffee. Ponadto, prócz kawy czuć tutaj przyprawy. Tak, jakby dodano chili i nieco korzeni. Oczywiście w składzie widnieje tylko wanilia, cała reszta to iluzja.

Czekolada rozpuszcza się w ustach podobnie jak poprzedniczka, zostawiając na języku delikatne kawowe drobinki. Kawa zdecydowanie przejmuje stery w smaku i wydobywa z czekolady wyraźną mleczność, której brakowało mi w wersji czystej. Jest naprawdę bardzo kawowo, na jeden z najlepszych sposobów. Świetna, charakterna kawa zamieniła przeciętną mleczną czekoladę w coś naprawdę smacznego. Przyprawowość w zapachu ma swoją kontynuację w smaku - Lait Cafe smakuje jak naturalny kawowo-kakaowy napar z chlustem tłustego mleka, doprawiony chili, cynamonem, kardamonem i innymi cudami. Prawdopodobnie to wrażenie wynika z dziwnej perfumowości czekolad Dolfin, która na tle kawy zaczyna smakować właśnie w taki sposób. Zdecydowanie, uznaję Lait Cafe za najbardziej udaną z wszystkich wypróbowanych neapolitanek Dolfina (Zofija, chyba podzielasz moje zdanie?).







Dolfin Dolfinem, ale czas dokończyć relację ze zdobycia Iztaccihuatl! Po przeprawieniu się przez lodowiec, podążanie w stronę Los Pecho 5230 m n.p.m. przebiegało już w cudnym słońcu i przy świetnej widoczności. Z lewej w dali widziałam zdobyty już szczyt Nevado De Toluca, z prawej uśmiechała się do mnie również zdobyta La Malinche. Za nią stał majestatyczny Pico De Orizaba, którego szczyt był jeszcze przede mną i... zastanawiałam się, jak sobie z nim poradzę. Im bliżej Los Pecho, tym każdy mój krok okupiony był coraz to większą walką. Dziwne uczucie - kondycyjnie jest ok, nogi nie bolą, ale... każdy oddech jest jakby niepełny.

Jak widzicie na zdjęciach, droga z lodowca na Los Pecho była dość falista - naprzemienne podejścia i zejścia dawały mi w kość, po prostu brakowało mi oddechu. Po zdobyciu każdego wzniesienia musiałam przystawać, brać głębsze oddechy. Gdy do Los Pecho brakowało mi już tylko jedno takie zejście i podejście myślałam, że już nie dam rady. Usiadłam, bezradnie patrząc się w dal. Nawet proces myślenia był już jakiś przytłumiony. Moises podszedł do mnie i zupełnie spokojny dopingował mnie: "Jesteś już tak blisko! Tam na szczycie musimy uczcić moje urodziny! Napij się, zjedz coś - to Ci zrobi lepiej". No tak, z emocji zupełnie zapomniałam, że wypadałoby coś zjeść. Wcisnęłam w siebie banana, bo to jedyne jedzenie, które było w stanie mi wtedy przejść przez usta. Mój Mąż również nie czuł się najlepiej, ale jednak radził sobie dzielniej niż ja.

Tuż za nami podążał pewien Włoch wraz ze swoim meksykańskim przewodnikiem. Startowali z innego miejsca niż my i nie weszli w odpowiednim miejscu na właściwą trasę, dlatego nie spotkaliśmy ich wcześniej. Chciałam być choćby o parę kroków przed nimi na szczycie, co mobilizowało mnie do wytrwałego marszu. W końcu - JEST!!! Najwyższy punkt pięknej Iztaccihuatl zdobyty!




Trzy wulkany widoczne ze szczytu Iztaccihuatl: od lewej Cofre de Perote, Malinche, Pico de Orizaba.

Byłam najszczęśliwsza na świecie. Wybiła godzina 8:30 - dobry czas. Pogodę i warunki mieliśmy idealne. Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć i wzajemnych gratulacjach usiadłam na kamieniu i rozkoszowałam się chwilą. Nawet nie miałam siły, by zaśpiewać Moisesowi "Sto lat", choć on częstował nas urodzinowym ciastkiem. Pomimo zmęczenia tam na górze czułam się tak wspaniale, że chciałam, aby to uczucie trwało wiecznie. Spoglądałam na wydeptaną dalej drogę, w stronę Głowy Iztaccihuatl. Mało kto tam chodzi, ja zupełnie nie dałabym rady tego dnia - a jednak jakaś wewnętrzna siła pchała mnie dalej... Wariactwo! Oczywiście, po odpoczynku i świętowaniu zdobycia Izty, ruszyliśmy w drogę powrotną.

 

 

 

 

W miarę oddalania się od Piersi Izty, czułam się coraz lepiej. Raz, że znajdowałam się już niżej, a dwa - ciśnienie związane z pragnieniem zdobycia szczytu już opadło. Teraz, delektowałam się zupełnie odmienionymi widokami - słońce było już całkiem wysoko. Cały czas miałam też dobry widok na wspaniałego Popo, który jakby na cześć naszego sukcesu buchał salwami gęstego dymu. Będąc z powrotem na Brzuchu Izty o godzinie 10:00, czułam już tylko spokój, pełną harmonię. Byłam już na siłach by zjeść coś konkretniejszego, więc posiliłam się - a uśmiech nie schodził z mojej twarzy. Warto wspomnieć, że podchodząc pod górę z lodowca w stronę Brzucha, wraz z Mężem zdecydowaliśmy się na założenie raków (w końcu po coś dźwigaliśmy je w plecakach). Myk, myk po lodzie i już byliśmy na górze. Za to Moises uparcie pchał się do góry po kamienistej części podejścia, co przypłacił kilkukrotnym zjazdem w dół. Przynajmniej mieliśmy więcej czasu na kontemplację widoków gdy czekaliśmy na niego, ha!



 Po dojściu do Kolan obraliśmy inną drogę powrotną do schronu Grupo De Los Cien. Była to bardzo komfortowa trasa, bo po prostu zsuwaliśmy się w dół po piargu. Oczywiście, każdy krok trzeba było przemyśleć, żeby nie zsunąć ze sobą większego kamienia - ale i tak zejście było wyjątkowo przyjemne.

Około 11:30 dotarliśmy pod schron. Jacyś mężczyźni przesiadywali na sąsiadujących skałach, pili wino i słuchali spokojnej muzyki - istna sielanka... Obejrzałam się za siebie na trasę, którą nad ranem podchodziliśmy na Kolana i... przeraziłam się. Zdałam sobie sprawę, dlaczego Moises wybrał dla nas inną drogę na zejście z Kolan. Maleńkie punkciki ludzkich ciał wspinały się po paskudnie stromej ścianie, ale żadne moje zdjęcie nie oddało wrażenia, jakie zrobiła ona na mnie na żywo. Wiadomo, to było normalne, niegroźne podejście bez konieczności stosowania zabezpieczeń, ale i tak wzbudzało respekt. Zwłaszcza ze świadomością, iż ufnie podążaliśmy tamtędy po ciemku za przewodnikiem.



Po powiększeniu zdjęcia na horyzoncie widoczny Nevado De Toluca.

Droga spod schronu do La Joya to już czysta trekkingowa przyjemność. Turystów pojawiało się coraz więcej, niemal wszyscy zaopatrzeni byli w śpiwory i karimaty. Była sobota, na niedzielne wejście szykowało się wiele osób. Zastanawiałam się tylko, jak Ci wszyscy ludzie pomieszczą się w schronie Grupo De Los Cien? Wymiana pozdrowień z miłośnikami gór z całego świata, wzajemne uśmiechy - to na nowo pozwalało mi docenić niezwykłą więź, jaka tworzy się między ludźmi w górach. Tam wszyscy stają się równi sobie.

Po dojściu do La Joya w końcu zrzuciliśmy z siebie zakurzone buty i stuptuty. Nareszcie zaśpiewaliśmy "Sto lat" Moisesowi. Dochodziła 14:00 - cała trasa zajęła nam trzynaście godzin. Czuliśmy się spełnieni, szczęśliwi! Spoglądałam na sylwetkę Izty i moje serce przepełniała miłość do tej góry... Wsiedliśmy do samochodu i gdy tylko Moises przejechał kilkaset metrów, od razu zasnęłam. A wiózł nas do miasta Cholula...


 Lait.
Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, wanilia, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 4,5 g. 

Lait Cafe
Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, kawa, wanilia, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 4,5 g.