piątek, 25 marca 2022
Omnom Chocolate Lakkris + Sea Salt mleczna 38% z lukrecją, salmiakiem i solą
poniedziałek, 7 lutego 2022
Domori Chacao Latte mleczna 38% Wybrzeże Kości Słoniowej
piątek, 28 stycznia 2022
Omnom Chocolate Spiced White + Caramel biała 38% ze słonym karmelem, skórką pomarańczy, cynamonem i słodem jęczmiennym
sobota, 1 maja 2021
Martin Mayer Schokoladen Weichsel Koriander mleczna 38% nadziewana kremem wiśniowym z kolendrą i kirschwasser
Matrin Mayer Schokoladen jest austriacką utytułowaną manufakturą, z którą stawiam dopiero pierwsze kroki - to kolejna po Goodnow Farms marka, z którą świeżo zapoznaję się dzięki rozszerzeniu oferty sklepu Sekretów Czekolady. Prócz oferty Zottera, rzadko obecnie mam okazję próbować Prawdziwych Czekolad z nadzieniem, toteż chętnie zamówiłam przekrój nadziewanych tabliczek znajdujących się w asortymencie Martin Mayer. Weichsel Koriander to mleczna czekolada o 38% zawartości kakao, nadziewana maślanym kremem z wiśniami (12%), trunkiem kirchwasser oraz kolendrą. Połączenie wiśni z kolendrą znam już sprzed lat z czekolady innej austriackiej marki, a mianowicie Berger.
Opakowanie naszego smakołyku jest zarówno eleganckie, jak i praktyczne - co się chwali. Sama tabliczka jasnej mlecznej czekolady również prezentuje się estetycznie. Po jej przełamaniu ukazuje się różowawe, miękkie nadzienie. Kompozycja pachnie cudownie dokładnie tym, czym powinna pachnieć, nie serwując w tej kwestii żadnych niespodzianek - kolendrą, wiśniami i mleczną czekoladą. Nie wyczułam sugestii alkoholu.
Nadzienie zdominowało wszystko. Nawet chcąc spróbować solo mlecznej czekolady czujemy, jak przesiąknęła smakiem nadzienia. Jest sama w sobie bardzo delikatna, mocno mleczna - zamarzyłam sobie o wyższej zawartości kakao w tej kompozycji, dla wyraźniejszego kontrastu. Wszystko odbierałam bowiem jako bardzo słodkie, choć na szczęście owa słodycz nie przyćmiła charakterystyki bardzo smacznego i naturalnego w smaku nadzienia. Było ono mięciutkie, niemal płynne, ale nie lejące się - ewidentnie maślane. Wiśnia z kolendrą połączyły się w ekscytującym uścisku, pieszcząc kubki smakowe. Spodziewałam się, iż obecność kirchwasser podbije wiśniowość nadzienia, jednakże w ciemno zupełnie nie zidentyfikowałabym tutaj alkoholu. Zdawało się wręcz, iż łagodność mlecznej czekolady modyfikowała wiśnie gdzieś w stronę słodziutkich truskawek.
Spokojna i smaczna tabliczka, zaspokajająca apetyt na słodkości z klasą - tak będę wspominać moje pierwsze doświadczenie z Martin Mayer Schokoladen.
Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, wiśnie 12%, masło, kirschwasser, kolendra, sól, wanilia, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 497 kcal.
BTW: 5,1/32/46.
czwartek, 15 października 2020
Fruition Vanilla Bean Toasted White biała 38% Dominikana z wanilią
Ostatnio próbowana czekolada od nowojorskiego Fruition Chocolate Works wydawała się ucieleśnieniem delikatności - była to Brown Butter Milk mleczna 43% Dominikana z brązowym masłem i wanilią. Dzięki sklepowi Sekretów Czekolady udało mi się zdobyć tabliczkę wypuszczoną spod skrzydeł tej manufaktury, która pretendowała do miana jeszcze subtelniejszej. 38% masła kakaowego Los Bejucos z Republiki Dominikany, cukier trzcinowy, mleko, wanilia oraz sól zostały zaklęte w Vanilla Bean Toasted White - czekoladę o przepięknej, jasnokarmelowej barwie.
Niezwykle zaskoczyła nas woń tej czekolady, a mianowicie, kojarzyła się z serem topionym w plastrach w jakiejś słodszej wersji. Jeśli chodzi o jej konsystencję, to również spodziewałam się czegoś innego - bardziej maślanego, a tymczasem otrzymałam niebywałą soczystość. Choć w pierwszej kolejności w smaku rzeczywiście do dziwnych przemyśleń prowadził posmak topionego sera w plastrach, później owo nietypowe wrażenie złagodziło się do klasycznych karmelu i wanilii.
Jeszcze większym zaskoczeniem niż ser było chyba bogactwo owoców. Stop, może nie bogactwo, lecz ich wyrazistość - wynikająca ze wspomnianej już soczystości. Były to żółte owoce. Dominująca trójca - mango, papaja i morela - stopniowo nabierały orzechowych przebłysków, co przy podkręcaniu przyprawowością wanilii, ostatecznie dało boski efekt lucumy. Lucuma to bardzo specyficzny owoc, który miałam okazję jeść w Peru. Wspomnienie o nim wróciło do mnie jak żywe...
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 60 g.
wtorek, 20 sierpnia 2019
Willie's Cacao Venezuelan El Blanco Matcha biała 36% z zieloną herbatą
Mocne zderzenie smaków, choć w samym zestawieniu białej czekolady z matchą herbaciana goryczka nie była nazbyt wysoka. Choć Domori Te Matcha jadłam już dawno temu, to ją wspominam jako bardziej natarczywą (w pozytywny sposób). El Blanco z matchą mimo wszystko niosła w sobie nutę przewodnią z dobrej białej czekolady - zielona herbata tylko (i aż) ją obmywała, nie modyfikując znacznie jej bazy. Willie's Cacao po raz kolejny nie sprawiło mi zawodu, co docenić należy szczególnie przy tak niecodziennym połączeniu.
niedziela, 20 marca 2016
Dolfin Lait Nougatine mleczna z karmelizowanymi orzechami laskowymi i Noir Nougatine ciemna z karmelizowanymi orzechami laskowymi
Lait Nougatine, tak jak pozostałe mleczne warianty, zawiera 38% masy kakaowej. Ma ciepły brązowy kolor typowy dla mlecznych Dolfinów. W zapachu ponownie pojawiają się charakterystyczne kwiatowe perfumy, wzbogacone o delikatną nugatową mgiełkę. W smaku orzechy laskowe od razu się odznaczają. Zostały zatopione w czekoladzie w formie małych drobinek, które jednakże w żaden sposób nie zaburzają rozpuszczania się w ustach mlecznej czekolady. Mojemu Mężowi trafił się nawet jeden spory kawałek orzecha, naprawdę solidny w porównaniu do reszty maleństw. Przyznam, że kawa lepiej komponowała się z oryginalną perfumowością mlecznego Dolfina, toteż po wypróbowaniu przystępnej (lecz przeciętnej) Lait Nougatine, nadal w czołówce mlecznych neapolitanek z tego zestawu stawiam Lait Cafe.
Spacerowaliśmy po Choluli jeszcze długo, lecz i tak nie skusiliśmy się na nocne szaleństwo. Wszystko dlatego, że kolejnego dnia o jedenastej godzinie miał przyjechać po nas Moises i mieliśmy ruszyć ponownie w góry. Czekały nas kolejne wyzwania. Wyspaliśmy się w pachnącej pościeli, a rano znów udaliśmy się na rynek celem skonsumowania śniadania. Niestety, byliśmy tam na tyle wcześniej, iż mało która restauracja była otwarta. Żałowałam, że nie zatrzymaliśmy się na jakimś ulicznym meksykańskim żarciu, bo podane nam w nieodwiedzonym wcześniej lokalu fajitas de pollo bardzo nas zawiodło. Zaserwowano nam je w europejskim stylu - z bułkami zamiast tortilli (!!!) i z pomidorowym sosem ledwo dorównującym przyprawowością polskim "pikantnym" ketchupom. Serce mi się krajało, na szczęście jeszcze miałam okazję dogodzić sobie w Meksyku lepszym jedzeniem. Ale o tym później... W kolejnym wpisie ponownie tematem przewodnim będą góry!
Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, orzechy laskowe 7%, wanilia, lecytyna sojowa.
środa, 16 marca 2016
Dolfin Lait mleczna i Lait Cafe mleczna z kawą
Wyjęta z opakowania nie wygląda tak staro jak ciemne warianty. Cechuje się dość głęboką barwą, całkiem atrakcyjną. Zarówno w zapachu, jak i w smaku, odczuwamy znaczną perfumowaną nutę, w kwiatowym tonie. Wszystkie uprzednio jedzone Dolfiny kojarzyły mi się z czymś perfumowanym, lecz w czystej mlecznej ów efekt zdaje się być jeszcze bardziej nasilony. Czekolada nie rozpuszcza się w ustach w mgnieniu oka, robi to powoli, lecz skutecznie i całkiem przyjemnie (choć z coraz to bardziej nasilającą się słodyczą).
Po klasycznej mlecznej przyszedł czas na Lait Cafe. Od poprzedniczki różni się ona jedynie dodatkiem kawy, zawartość masy kakaowej jest taka sama. Na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od wersji czystej, ale już jeden niuch pozwala ją rozszyfrować. Co za zaskoczenie! Owszem, jest to kawa - na szczęście autentyczna i przyjemna, o milion mil oddalona od Heidi Iced Coffee. Ponadto, prócz kawy czuć tutaj przyprawy. Tak, jakby dodano chili i nieco korzeni. Oczywiście w składzie widnieje tylko wanilia, cała reszta to iluzja.
Czekolada rozpuszcza się w ustach podobnie jak poprzedniczka, zostawiając na języku delikatne kawowe drobinki. Kawa zdecydowanie przejmuje stery w smaku i wydobywa z czekolady wyraźną mleczność, której brakowało mi w wersji czystej. Jest naprawdę bardzo kawowo, na jeden z najlepszych sposobów. Świetna, charakterna kawa zamieniła przeciętną mleczną czekoladę w coś naprawdę smacznego. Przyprawowość w zapachu ma swoją kontynuację w smaku - Lait Cafe smakuje jak naturalny kawowo-kakaowy napar z chlustem tłustego mleka, doprawiony chili, cynamonem, kardamonem i innymi cudami. Prawdopodobnie to wrażenie wynika z dziwnej perfumowości czekolad Dolfin, która na tle kawy zaczyna smakować właśnie w taki sposób. Zdecydowanie, uznaję Lait Cafe za najbardziej udaną z wszystkich wypróbowanych neapolitanek Dolfina (Zofija, chyba podzielasz moje zdanie?).


Dolfin Dolfinem, ale czas dokończyć relację ze zdobycia Iztaccihuatl! Po przeprawieniu się przez lodowiec, podążanie w stronę Los Pecho 5230 m n.p.m. przebiegało już w cudnym słońcu i przy świetnej widoczności. Z lewej w dali widziałam zdobyty już szczyt Nevado De Toluca, z prawej uśmiechała się do mnie również zdobyta La Malinche. Za nią stał majestatyczny Pico De Orizaba, którego szczyt był jeszcze przede mną i... zastanawiałam się, jak sobie z nim poradzę. Im bliżej Los Pecho, tym każdy mój krok okupiony był coraz to większą walką. Dziwne uczucie - kondycyjnie jest ok, nogi nie bolą, ale... każdy oddech jest jakby niepełny.
Jak widzicie na zdjęciach, droga z lodowca na Los Pecho była dość falista - naprzemienne podejścia i zejścia dawały mi w kość, po prostu brakowało mi oddechu. Po zdobyciu każdego wzniesienia musiałam przystawać, brać głębsze oddechy. Gdy do Los Pecho brakowało mi już tylko jedno takie zejście i podejście myślałam, że już nie dam rady. Usiadłam, bezradnie patrząc się w dal. Nawet proces myślenia był już jakiś przytłumiony. Moises podszedł do mnie i zupełnie spokojny dopingował mnie: "Jesteś już tak blisko! Tam na szczycie musimy uczcić moje urodziny! Napij się, zjedz coś - to Ci zrobi lepiej". No tak, z emocji zupełnie zapomniałam, że wypadałoby coś zjeść. Wcisnęłam w siebie banana, bo to jedyne jedzenie, które było w stanie mi wtedy przejść przez usta. Mój Mąż również nie czuł się najlepiej, ale jednak radził sobie dzielniej niż ja.
Tuż za nami podążał pewien Włoch wraz ze swoim meksykańskim przewodnikiem. Startowali z innego miejsca niż my i nie weszli w odpowiednim miejscu na właściwą trasę, dlatego nie spotkaliśmy ich wcześniej. Chciałam być choćby o parę kroków przed nimi na szczycie, co mobilizowało mnie do wytrwałego marszu. W końcu - JEST!!! Najwyższy punkt pięknej Iztaccihuatl zdobyty!
Trzy wulkany widoczne ze szczytu Iztaccihuatl: od lewej Cofre de Perote, Malinche, Pico de Orizaba.
Byłam najszczęśliwsza na świecie. Wybiła godzina 8:30 - dobry czas. Pogodę i warunki mieliśmy idealne. Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć i wzajemnych gratulacjach usiadłam na kamieniu i rozkoszowałam się chwilą. Nawet nie miałam siły, by zaśpiewać Moisesowi "Sto lat", choć on częstował nas urodzinowym ciastkiem. Pomimo zmęczenia tam na górze czułam się tak wspaniale, że chciałam, aby to uczucie trwało wiecznie. Spoglądałam na wydeptaną dalej drogę, w stronę Głowy Iztaccihuatl. Mało kto tam chodzi, ja zupełnie nie dałabym rady tego dnia - a jednak jakaś wewnętrzna siła pchała mnie dalej... Wariactwo! Oczywiście, po odpoczynku i świętowaniu zdobycia Izty, ruszyliśmy w drogę powrotną.




W miarę oddalania się od Piersi Izty, czułam się coraz lepiej. Raz, że znajdowałam się już niżej, a dwa - ciśnienie związane z pragnieniem zdobycia szczytu już opadło. Teraz, delektowałam się zupełnie odmienionymi widokami - słońce było już całkiem wysoko. Cały czas miałam też dobry widok na wspaniałego Popo, który jakby na cześć naszego sukcesu buchał salwami gęstego dymu. Będąc z powrotem na Brzuchu Izty o godzinie 10:00, czułam już tylko spokój, pełną harmonię. Byłam już na siłach by zjeść coś konkretniejszego, więc posiliłam się - a uśmiech nie schodził z mojej twarzy. Warto wspomnieć, że podchodząc pod górę z lodowca w stronę Brzucha, wraz z Mężem zdecydowaliśmy się na założenie raków (w końcu po coś dźwigaliśmy je w plecakach). Myk, myk po lodzie i już byliśmy na górze. Za to Moises uparcie pchał się do góry po kamienistej części podejścia, co przypłacił kilkukrotnym zjazdem w dół. Przynajmniej mieliśmy więcej czasu na kontemplację widoków gdy czekaliśmy na niego, ha!
Około 11:30 dotarliśmy pod schron. Jacyś mężczyźni przesiadywali na sąsiadujących skałach, pili wino i słuchali spokojnej muzyki - istna sielanka... Obejrzałam się za siebie na trasę, którą nad ranem podchodziliśmy na Kolana i... przeraziłam się. Zdałam sobie sprawę, dlaczego Moises wybrał dla nas inną drogę na zejście z Kolan. Maleńkie punkciki ludzkich ciał wspinały się po paskudnie stromej ścianie, ale żadne moje zdjęcie nie oddało wrażenia, jakie zrobiła ona na mnie na żywo. Wiadomo, to było normalne, niegroźne podejście bez konieczności stosowania zabezpieczeń, ale i tak wzbudzało respekt. Zwłaszcza ze świadomością, iż ufnie podążaliśmy tamtędy po ciemku za przewodnikiem.
Po powiększeniu zdjęcia na horyzoncie widoczny Nevado De Toluca.
Droga spod schronu do La Joya to już czysta trekkingowa przyjemność. Turystów pojawiało się coraz więcej, niemal wszyscy zaopatrzeni byli w śpiwory i karimaty. Była sobota, na niedzielne wejście szykowało się wiele osób. Zastanawiałam się tylko, jak Ci wszyscy ludzie pomieszczą się w schronie Grupo De Los Cien? Wymiana pozdrowień z miłośnikami gór z całego świata, wzajemne uśmiechy - to na nowo pozwalało mi docenić niezwykłą więź, jaka tworzy się między ludźmi w górach. Tam wszyscy stają się równi sobie.
Po dojściu do La Joya w końcu zrzuciliśmy z siebie zakurzone buty i stuptuty. Nareszcie zaśpiewaliśmy "Sto lat" Moisesowi. Dochodziła 14:00 - cała trasa zajęła nam trzynaście godzin. Czuliśmy się spełnieni, szczęśliwi! Spoglądałam na sylwetkę Izty i moje serce przepełniała miłość do tej góry... Wsiedliśmy do samochodu i gdy tylko Moises przejechał kilkaset metrów, od razu zasnęłam. A wiózł nas do miasta Cholula...
Lait.







