Pokazywanie postów oznaczonych etykietą galaretka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą galaretka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 stycznia 2019

Zotter Redcurrants ciemna 70% nadziewana ganaszem z czerwonych porzeczek i galaretką z czerwonych porzeczek


Redcurrants to jeden z nowszych Zotter Handscooped, którego byłam bardzo ciekawa. Czerwone porzeczki są jednym z moich lubionych letnich owoców, a wzięte na warsztat przez Zottera dają przecudowne efekty. Kupiona na biokredens.pl Redcurrants miała być prawdziwym hołdem dla czerwonych porzeczek - kuwertura z ciemnej czekolady o 70% zawartości okala bowiem dwie warstwy porzeczkowego ganaszu na bazie migdałów i mleka. Ponadto, cieniutkie warstewki tejże czekolady oddzielają ganasz od soczystego środka - galaretki z czerwonych porzeczek.



Czekolada urzekająco pachniała przede wszystkim... czekoladą właśnie. Mocno wytrawną, wyrazistą, pełną orzechowo-ziemistej głębi, soczystą i dynamiczną. Porzeczki wypływały spod bogactwa samej czekolady, zakrawając nieco o wino. W przekroju tabliczka prezentowała się smakowicie, choć zdjęcie tego nie oddaje... Zawsze te warstwowe przeplatańce Zottera z wybornymi galaretkami wyglądają apetycznie i powodują ślinotok. Te galaretki są tak cudownie mięciutkie i naturalne... Kto nie próbował, ten nie wie!

Być może po doświadczeniu z Kir Royale, spodziewałam się tutaj dużej słodyczy. Dostałam zupełnie coś innego, co było miłe. Redcurrant to mocno wytrawna tabliczka. Po pierwsze, stanowi o tym sama ciemna czekolada, która pokazała pazur już w sferze zapachu. Jej płatki oddzielające ganasz od galaretki również wzmagają typowo kakaowe doznania.

 

Natomiast ganasz i galaretka to przede wszystkim typowo porzeczkowa kwaśność i cierpkość. Słodyczy zdaje się tu być tyle, ile w mocno dojrzałych owocach. Ganasz jest mięciutki i delikatny, przyjemnie porzeczkowy, złagodzony mlekiem i migdałami. Galaretka - jak to galaretka od Zottera - ociera się o geniusz w swej kategorii. Nigdy nie spotkałam się z tak dobrymi galaretkami w słodyczach - te zotterowskie są wyjątkowe. Autentyczna owocowość galaretki porażała swym urokiem.

Tabliczka doskonale wpasowała się jako jeden z element zmysłowego wieczoru z czerwonym winem i czarną kawą. Była poważna i wyważona, choć dzięki swej soczystości - zachowująca wystarczającą dynamikę, by nie stać się zbyt ciężką i nużącą.

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, syrop ryżowy, koncentrat z czerwonych porzeczek, mleko, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, migdały, masło, słodka serwatka w proszku, koncentrat soku cytrynowego, pełny cukier trzcinowy, pektyna jabłkowa, lecytyna sojowa, sól, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana).
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 470 kcal.
BTW: 5,7/27/49.

czwartek, 14 grudnia 2017

Zotter "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles ciemna mleczna 60% nadziewana nugatem z orzechów arachidowych i pokrzywową galaretką z chili


Czytając o genezie powstania Zotter "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles miałam dokładnie taką samą myśl jak Kimiko: "Szkoda, że Obama nie mógł walić trzeciej kadencji..." Dlaczego? Po wyborze Obamy na prezydenta USA, Zotter stworzył czekoladę z orzechami arachidowymi i... ketchupem. Bardzo chciałabym spróbować czekolady z ketchupem! Obecnie "Fake Chocolate" została stworzona z myślą o Donaldzie Trumpie. Nie za bardzo rozumiem, dlaczego padło akurat na pokrzywę, no ale dobra - polityka nie leży w gronie moich zainteresowań. Za to ciekawe czekolady na pewno! Tak jak Kimiko, nie mam nic przeciwko "spożywczości" pokrzywy, a napar z tego zioła jest dla mnie bardzo smaczny. Swoją tabliczkę zakupiłam oczywiście poprzez biokredens.pl.


Po niezbyt udanej Peanut Butter and Banana byłam ciekawa użytego tutaj nugatu z orzechów arachidowych, jednak po tamtych doświadczeniach nie spodziewałam się rewelacji. Generalnie, "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles to ciemna mleczna czekolada o 60% zawartości kakao (chyba najczęściej najlepiej sprawdzająca się kuwertura w Zotter Handscooped) nadziewana dwoma warstwami nugatu z orzeszków ziemnych, kryjąca wewnątrz pokrzywową galaretkę doprawioną chili. Kocham galaretki w nadziewańcach Zottera, uwielbiam też chili - to mogło być naprawdę ciekawe połączenie!

Czekolada pachniała cudownie - przede wszystkim świeżo prażonymi orzechami arachidowymi, dobrą mleczną czekoladą o wyższej zawartości kakao, delikatną piernikową przyprawowością oraz nutą ziół. W przekroju prezentowała się bardzo apetycznie, wszystko za sprawą soczystej galaretki. Po doświadczeniach z innymi galaretkowymi Zotter Handscooped, te naturalne trzęsawce działają na mnie jak lep na muchy, mniam! Nugat miał taką barwę i zapach, iż od razu wiedzieliśmy, że fistaszki dadzą tutaj czadu...


Wystarczył kęs, bym przekonała się, że "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles stanie się jedną z ulubionych nowych Handscooped, choć wcale ją o to nie posądzałam. Kompozycja okazała się wyrazistym połączeniem niecodziennych smaków, a wielu nowych Handscooped brakowało mi właśnie takiej bezkompromisowej wyrazistości! Po pierwsze, nugat z fistaszków jest rewelacyjny, idąc za Kimiko rzeczywiście kojarzył się nieco snickersowo, choć absolutnie nie był za słodki - był obłędnie fistaszkowy. Wspaniale komponował się z ciemną mleczną czekoladą 60%, która również nie była przesadnie łagodna, miała charakterek - dlatego tak bardzo lubię ją w Handscooped, bo cokolwiek by nie znajdowało się w środku, tabliczka zawsze zachowuje wówczas czekoladowy charakter.

 A co mogę powiedzieć o galaretce? Była bardzo mięciutka, wręcz rozpływała się w ustach, a smak za to miała naprawdę mocny. Dominowało boskie chili, idealnie wplatające się w fistaszki i czekoladę. Było dość intensywne, co dla mnie stanowi wielką zaletę - kocham chili w wielu połączeniach, a masło orzechowe z chili to mój faworyt dodawany codziennie do owsianki. Już pod tym względem byłam więc kupiona.


Pokrzywa sama w sobie nie grała pierwszych skrzypiec. Niosła lekko miodowy, ziołowy posmak, który dopełniał kompozycji. I bez niego całość radziłaby sobie znakomicie, ale dzięki pokrzywie "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles stała się bogatsza. Sama galaretka nabrała też większej świeżości, dzięki czemu chili nie jest odczuwalne jako zbyt inwazyjne. Wszystko zostało dograne tak, iż nie mogę sobie wyobrazić lepszej wersji takiego dziwnego połączenia. Zotter ma łeb nie od parady... Pomysłowa "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles to na to kolejny przykład. Jeśli tylko nie boicie się chili - polecam z całego serca.

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, orzechy arachidowe, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, syrop cukru inwertowanego, olej arachidowy, słodka serwatka w proszku, suszone pokrzywy, koncentrat soku cytrynowego, pełny cukier trzcinowy, odtłuszczone mleko w proszku, pektyna jabłkowa, lecytyna sojowa, sól, wanilia, chili bird's eye, cynamon.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 510 kcal.
BTW: 9,6/31/47

środa, 11 listopada 2015

Zotter Blackcurrants In & Out porzeczkowa nadziewana galaretką i ganaszem z czarnej porzeczki


Aby umilić sobie jesienny czas, jedną z dodatkowych tabliczek Zottera zamawianych wraz z nowościami została turboporzeczkowa Blackcurrants In & Out. Jeśli chodzi o świeże owoce, zdecydowanie bardziej wolę czerwone porzeczki, jednakże czarne nie mają sobie równych w kwestii przetworów. Uwielbiam ciasta przekładane konfiturą z czarnej porzeczki, a lambik z prawdziwym sokiem z tego owocu również jest urzekający. Dobroczynnych właściwości czarnej porzeczki nie trzeba nikomu przedstawiać, a że fotografia porzeczkowej Zotter Handscooped umieszczona na stronie producenta jest ślinotokogenna - nie miałam wątpliwości, iż muszę ją mieć. Zwłaszcza, że we władaniu czerwoną porzeczką Zotter osiągnął mistrzostwo, co miałam okazję sprawdzić próbując doskonałej Ribisel Chili Rock

Zastanawia mnie tylko fakt, dlaczego w opisie Blackcurrants In & Out stoi "red currant jelly" - zwłaszcza, że galaretka posiada wręcz czarną barwę... W składzie nie wyróżniono, czy nastąpił ewentualny rozdział mocy pomiędzy czarną a czerwoną porzeczkę, więc ciężko jest mi to interpretować.


 Tabliczka okazuje się mieć przepiękny fioletowy kolor, który w połączeniu z tradycyjnym "pofalowaniem" tafli czekolad przynależnych do serii Handscooped tworzy rewelacyjnie smakowity widok. Fioletowa kuwertura jest tym, co możemy spotkać w pełnych czekoladach Labooko Fruit, a więc białą czekoladą, w której część mleka w proszku zastąpiono sproszkowanymi owocami.

Odkrojona warstwa samej czekolady smakuje bardzo orzeźwiająco, kwaskowo w sposób typowo porzeczkowy. Nie jest przy tym pozbawiona cech typowych dla białej czekolady: specyficznej tłustości, miksu doznań śmietankowo-waniliowych, odrobinkę tylko mdłych i mydlanych. Niestety obawiam się, że porzeczkowa tabliczka jedzona solo zafundowałaby mi podobne doznania co Blueberry, choć prawdopodobnie byłaby o parę tonów bardziej wyrazista.



Wąchanie całej tabliczki prowadzi nas do dość dobrze znanych miejsc. Wiele Zotter Handscooped ma w sobie tą specyficzną zapachową nutę - kojarzącą się z dobrym, nieprzesłodzonym ciastem, wykonanym z naturalnych składników. Tutaj lekko odznacza nam się pewna mydlaność, która jednak szybko ucieka pod naporem mocnego, typowo porzeczkowego aromatu. Delikatnie przebrzmiewa przyjemna migdałowość.


 Wgryzienie się we wszystkie warstwy równa się z orzeźwiającym kopem. Pomimo wyraźnej kwaśności porzeczek, całość wydaje się bardzo słodka. W zasadzie to lepiej pasowałoby tu określenie "słodziutka", bowiem jest to słodycz beztroska, nieprzesadzona, w sam raz do takiej fuzji smaków. Jest tutaj niezwykle intensywnie porzeczkowo, jakbyśmy zajadali porzeczkowy krem wymieszany z dobrą porzeczkową konfiturą. Dzieła zwieńcza sama konsystencja produktu - wszystkie warstwy w ustach tworzą mięciutki, lepko-płynny delikatny film.


Przyjrzyjmy się teraz poszczególnym częściom nadzienia. Zarówno z góry jak i z dołu, w bezpośrednim sąsiedztwie białej porzeczkowej czekolady, znajduje się porzeczkowy ganasz. Jest on jasnej, pudrowo-pastelowej barwy. Jego konsystencja jest miękka i lekka. Bazę stanowią mleko i migdały, które po wymieszaniu z porzeczkami stworzyły delikatny, rześki koktajl.

Wiem, że wielu z Was nie przepada za galaretkami, ale po raz kolejny muszę przyznać, że Zotter robi je doskonale! Galaretka umieszczona po środku czekolady jest idealnie miękka, potwornie porzeczkowa. Zero w niej gumowatości, przesadnej jędrności kojarzonej z zimnymi nóżkami - o nie, tego tu nie ma! Powiedziałabym, że jest to raczej bardzo skupiona porzeczkowa konfitura. Smakuje wybornie, tworząc epicentrum rześkości w tej czekoladzie.



Super porzeczkowo, super orzeźwiająco... Ok, ale bez jednego jedynego elementu, zrobiłoby się tu niemal zupełnie nieczekoladowo. To byłby tylko szalony deser, bowiem nawet szlachetny tłuszcz kakaowy zawarty w białej porzeczkowej czekoladzie gdzieś umyka w obliczu inwazji czarnych porzeczek. Zotter pokusił się o doskonały chwyt - o ile w niektórych swoich czekoladach z galaretką umieszczał pod jej warstwą płat białej czekolady (Jellied Strawberries, Elderflowers, Miraculous Chokeberry), tak tutaj znalazła się warstwa ciemnej (lub ciemnej mlecznej, ciężko jest mi to stwierdzić). Kakaowy kop wyraziście przebijający się przez całą furę porzeczek stanowi kropkę nad i, idealne dopełnienie kompozycji. Bez tego posunięcia, Blackcurrants In & Out mogłaby być dla mnie zanadto przytłaczająca porzeczkami powielonymi do potęgi entej.


Blackcurrants In & Out to kompozycja dopracowana co do szczegółu. Jej nazwa zobowiązuje, a przy tym sam produkt świetnie się z tego zobowiązania wywiązuje. To beztroska delikatność, rozkoszna przeplatanka naturalnej słodyczy i kwaśności. Kakaowy płat umieszczony pod soczystą galaretką przypomina nam o tym, że nadal mamy do czynienia z czekoladą - cudownie komponuje się z czarną porzeczką, niczym w najlepszym cieście. Jeśli macie ochotę na tchnienie lata zimną porą - koniecznie sięgnijcie po tą tabliczkę.

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, syrop glukozowo-fruktozowy, koncentrat z czarnych porzeczek 7%, pełne mleko w proszku, mleko, suszone czarne porzeczki 3%, odtłuszczone mleko w proszku, serwatka w proszku, migdały, masło, koncentrat cytrynowy, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, pektyna jabłkowa, sól, wanilia, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana).
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 449 kcal.
BTW: 4,9/27/46

poniedziałek, 21 września 2015

Zotter Jellied Strawberries mleczna nadziewana truskawkowym ganaszem i truskawkową galaretką


Zatęskniliście już za recenzjami Zottera na moim blogu? Bo ja tak! Po powrocie z Armenii poczułam tęsknotę za testowaniem kolejnych czekolad mojego ulubionego na tą chwilę producenta. W końcu tyle jest jeszcze do odkrycia w jego asortymencie! Naprawdę mam nadzieję, że też brakowało Wam tutaj Zottera - jego czekolady pojawiać się będą teraz praktycznie co drugi wpis.

Jellied Strawberries to przedostatnia posiadana przeze mnie tabliczka z serii Spring Specials, a ostatnia taka w kolekcji wiosennych Handscooped. Po ostatniej recenzji truskawkowej Studentskiej przez chwilę zrobi się na moim blogu turbotruskawkowo. Pewnie niektórych z Was z tego powodu przejdą dreszcze. O ile Studentska u osób nietolerujących truskawkowych słodyczy może wzbudzić wstręt, to obrzydzenie przy Jellied Strawberries mogłabym uznać jako objaw choroby... Bo jak można nie lubić świeżych truskawek???!!!
 


 Truskawkowe słodycze częstokroć kojarzą się z przebarwionymi i przearomatyzowanymi ulepkami. W zasadzie patrząc na truskawkowe propozycje od najpopularniejszych producentów to rzeczywiście tak jest. Wiedziałam, że Zotter nie zaserwuje nam czegoś takiego, wszak to zupełnie inny level. Po doświadczeniu z niesamowicie seksualną Strawberry + Pineapple & Pepper zacierałam rączki na myśl, w jakiej odsłonie tym razem ukaże się nam truskawka. Owoc, którym w sezonie zajadam się na tony.

 W tym wypadku Zotter zaklął truskawkę w formę galaretki oraz ganaszu. Galaretki to motyw przewijający się często w tegorocznej Spring Specials. Spotkaliśmy ją w Miracolous Chokeberry oraz w Elderflowers. Nie lubicie truskawek w słodyczach, ale jeszcze bardziej nie cierpicie galaretek? Zapomnijcie o swoich uprzedzeniach i czytajcie dalej.


 Po rozpakowaniu czekolady dociera do nas urzekający zapach. Oto przed nami mleczna czekolada na bazie górskiego mleka, o 40% zawartości masy kakaowej. Dobrze wiem, że mleczny Zotter to gwarancja rozkoszy podniebienia. I tak w istocie jest - czekolada jest słodziutka, a przy tym bogata w kwiatowe i palone nuty. W Jellied Strawberries trudno opisywać samą czekoladę bez zespojenia jej z nadzieniem, bowiem aromaty wnętrza dogłębnie spenetrowały czekoladową kuwerturę, tworząc z nią jednolitą i zgraną kompozycję.

Serce Jellied Strawberries stanowi cienka ciemnobordowa galaretka, okolona jeszcze cieńszą warstwą białej czekolady. Ten chwyt jest już sprawdzony u Zottera i pozwala na oddzielenie galaretki od różniącego się konsystencją ganaszu. Dominującym elementem nadzienia są właśnie dwa grube płaty truskawkowego ganaszu, ułożone tuż pod czekoladową kuwerturą. Barwa ganaszu jest zaskakująco naturalna i przypomina chwilę odstaną w garnku zaraz po smażeniu domową konfiturę. Doskonale pamiętam, że podobnie wyglądała truskawkowa warstwa w boskiej Strawberry + Pineapple & Pepper, toteż moje kubki smakowe zaczęły szaleć z pożądania w związku z tym skojarzeniem. Jeść!



W Jellied Strawberries truskawki stanowią aż 21% składu. To musiało znaleźć swoje odzwierciedlenie w smaku! Świeże truskawki 12%, koncentrat truskawkowy 4%, suszone truskawki 4%, skoncentrowana pulpa truskawkowa 1%... Truskawkowa inwazja! Tak, naprawdę, przegryzając się przez wszystkie warstwy doznajemy truskawkowego uderzenia. Ganasz stanowi jego esencję. To prawdziwe, soczyste truskawki, bez zbędnego podrasowywania natury. Na dodatek sama czekolada podkręca wręcz wrażenie jedzenia domowego słodziutkiego dżemu, odrobinę przypalonego. A może to truskawki podkręcają czekoladę? Paloność i owocowość to nuty płynące również z samej czekolady, a truskawki spajając się z nią sprawiają, że doznania intensyfikują się. Chwilami odczuwałam, że to czekolada przepada pod naporem truskawki, ale teraz wiem, że to był po prostu zgrany i mocny duet.

Płatki waniliowej i subtelnej białej czekolady pozwalają płynnie przejść nam do galaretki, która okazuje się być nad wyraz delikatna. Tak, jest ona o wiele delikatniejsza od wspominanych powyżej Zotterów z galaretkami. Jak widać na zdjęciach poniżej, również posiada bardzo naturalną barwę, niczym lekko przypalona konfitura. Absolutnie nie można jej porównać z cukierkowymi truskawkowymi galaretkami. To było coś diametralnie innego zarówno w smaku, jak i w konsystencji.



Całość okazała się być wyważona, mimo wszystko spokojna, spójna - gdzieś na granicy pomiędzy słodkością a wytrawnością. Prosta słodycz mieszała się z kwiatowością, owocowością, mlecznością i przede wszystkim - z palonością. Magiczna przeplatanka cech płynących z czekolady oraz z ganaszu zauroczyła mnie swoją smakowitością i przystępnością. Ahh... Uwielbiam zotterowskie eksperymenty!
 
Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, truskawki 12%, pełne mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, koncentrat truskawkowy 4%, suszone truskawki 4%, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, cytryna, koncentrat truskawkowy pulpa 1%, pektyna jabłkowa, lecytyna sojowa, proszek cytrynowy, sól, wanilia, suszone jagody, cynamon.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 454 kcal.
BTW: 4,1/27/49

sobota, 19 września 2015

Orion Studentska mleczna z truskawkami, orzechami arachidowymi i galaretkami



Dziś przed Wami ostatni wpis połączony z relacją z mojego urlopu. Już czy może w końcu? Powiem szczerze, że im dalej od naszego powrotu z Armenii, tym coraz trudniej opisywało mi się spędzony tam czas. Już dawno wkręciłam się w wir obowiązków i serce mi się krajało, gdy każdego wieczora siadałam i próbowałam ubrać w słowa wakacyjne wspomnienia. Teraz wrócę do opisywania samych czekolad, na szczęście o wiele bardziej absorbujących niż te jedzone na wyjeździe. I tak aż do kolejnego wypadu w góry.

Ostatnią zabraną w podróż tabliczkę nie otworzyliśmy w Armenii, lecz w Gruzji. Wylatywaliśmy do Polski z Tbilisi, dlatego mieliśmy okazję liznąć odrobinę tego państwa. Jedynie zdjęcie zawartości opakowania zrobiłam już na lotnisku w Warszawie, ponieważ pierwsze kostki truskawkowej Studentskiej zostały skonsumowane nocą, w kiepskim oświetleniu. Oczekiwanie na odbiór bagażu w ojczyźnie było jedynym momentem na zrobienie szybkiej fotki, a także na doładowanie się resztką czekolady przed odebraniem auta z parkingu.


 
Najnowsze Studentskie z czerwoną porzeczką i jagodą pojawiły się już na moim blogu. Na koniec zostawiliśmy wersję z truskawkami. Dobrze, że nie zabrałam jej do plecaka na wyprawę w Góry Gegamskie, bo niechybnie zamieniłaby się w papkę, tak jak poprzedniczki. Aż dziw bierze, że Orion wcześniej nie pokusił się na wypuszczenie Studentskiej z truskawkami - wszak to tak popularny owoc w słodyczach (wiem, że przez wielu z Was również przez ten fakt znienawidzony).

Nad fatalnym składem Studenstkiej nie będę snuć niekończących się narzekań, bo w końcu pomimo niego nadal świadomie kupuję te tabliczki i zjadam je ze smakiem. Truskawkowa Studenstka kryje jednak w sobie pewną ciekawostkę. Po pierwsze, wyróżniające Studentską galaretki w tej wersji zawierają w sobie  koncentrat truskawkowy, a więc ewidentnie są truskawkowe. Muszę przyznać, że w smaku różnica ta jest wyczuwalna - nie są to klasyczne Studenstkie galaretki z cytrusowym zacięciem. Coś za coś - to zabawne, ale w samych czerwonych, "truskawkowych" cząstkach truskawek już nie ma. Mamy za to suszoną żurawinę i barwiący koncentrat z czarnego bzu. Truskawkowość owocowych cząstek uzyskana została tylko i wyłącznie za pomocą aromatu.

Muszę przyznać, że ta czekolada wyróżniała się na tle porzeczkowej i jagodowej koleżanki. Mleczna czekolada nadal była słodka i kiepska, jak zawsze - no i jak zawsze dziwacznie wciągająca. Koncentrat truskawkowy zawarty w galaretkach czynił je odmiennymi, ale nadal pysznymi. Bardzo lubię galaretki w Studentskich, a te tutaj miały w sobie delikatny, beztroski element. Wzbudzał we mnie jakieś miłe skojarzenia - pewnie związane z jakimś sztucznym żarciem z dzieciństwa - ale mimo wszystko było to miłe.

Owocowe cząstki były rzeczywiście bardziej żurawinowe niż truskawkowe. Może i dobrze, bo przy truskawkowych galaretkach mamy szansę na nieco urozmaicenia. Miękkie, praktycznie wcale nie gumowate - czyniły czekoladę tak przyjemnie słodko-owocową, iż moja słabość do Studentskich po raz kolejny została przypieczętowana. Oczywiście, gdy dodamy do tego podprażone orzechy arachidowe, stanowiące jak zawsze kropkę jak i, to... Eh, znów wiem, że cokolwiek by się nie działo - zawsze z chęcią będę zabierać w góry te badziewne Studentskie :).




Po opisywanych w poprzednim wpisie monastyrach czekała nas już tylko podróż autem do granicy armeńsko-gruzińskiej. Tam pożegnaliśmy się z naszym drogim Serzhem, pieszo pokonaliśmy granicę i przesiedliśmy się do gruzińskiej taksówki. Nim jednak to nastąpiło, przejeżdżaliśmy przez armeńskie miasto Alaverdi, które totalnie mnie zauroczyło swoją nietypowością i niesamowitym, post-apokaliptycznym klimatem. Możecie go poczuć na poniższych zdjęciach... Alaverdi, pomimo swego przepięknego położenia w sercu zielonych gór, jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych miast w Armenii. Wszystko to przez znajdującą się tam hutę miedzi. Nad wzgórzami Alaverdi unosi się smog, zaś z jednego z szczytów wystaje kopcący komin, co na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie wulkanu. Brzydota i piękno w jednym, kraina kontrastów. Gdy dodamy do tego jeszcze stare bloki mieszkalne postawione tuż na zboczu przepaści, na której to skalistej ścianie znajdują się jaskinie - otrzymujemy obraz miasta, które zapada w pamięci na zawsze. Szkoda, że tylko tamtędy przejeżdżaliśmy. Z chęcią spędziłabym tam choćby jedną dobę.

Po pożegnaniu z Serzhem i przekroczeniu granicy, taksówka zawiozła nas do samego centrum Tbilisi. Było po dwudziestej, a nasz samolot odlatywał dopiero przed piątą rano. Taksówkarz wziął nasz bagaż na przechowanie i mogliśmy zadzwonić po niego o dowolnej godzinie, aby zawiózł nas na lotnisko. Mieliśmy kilka godzin dla siebie w Tbilisi. Kilka godzin, które dało nam do zrozumienia, jak wielka przepaść istnieje między Armenią a Gruzją. W stolicy Gruzji czuliśmy się jak w europejskim mieście, oczywiście mimo wszystko z zachowaniem tamtejszej specyfiki. Na każdym kroku sklepy i lokale z winami, całe miasto przepięknie oświetlone, centrum zadbane i dopieszczone w każdym szczególe, zabytki wyeksponowane, muzyka na ulicach, imprezy... Aż trudno mi to wszystko opisać. Na dodatek piękny widok na panoramę miasta ma się na wyciągnięcie ręki - znad rzeki Kury kursuje kolejka linowa na wzgórze Sololaki, na którym to znajdują się kościół Mama Dawiti, pomnik Matki Gruzji oraz twierdza Narikala. Tbilisi nocą jest czadowe! Wiem, że pewnie jeszcze kiedyś zaznam tego miasta w dzień... Bo o ile nie mam pewności, czy do Armenii jeszcze wrócimy (choć Serzh zaprasza... a Górski Karabach kusi i czeka, Serzh z chęcią by się tam z nami wybrał - a po drodze zahaczyłoby się o monastyr Tatev) - to góry Gruzji wciąż stoją przed nami otworem, zupełnie nam jeszcze nieznane...

Po pierwszej w nocy trafiliśmy na lotnisko, gdzie musiałam się troszkę zdrzemnąć. W końcu czekający nas lot trwał tylko trzy i pół godziny, a z Warszawy musiałam bezpiecznie zawieźć nas do domu...





Skład: cukier, galaretki (cukier, syrop glukozowy, woda, koncentrat truskawkowy 6%, pektyny, kwas cytrynowy, cytrynian sodu, tłuszcze roślinne: palmowy, kokosowy; wosk karnauba, aromaty naturalne), orzechy arachidowe, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, cząstki truskawkowe (suszona żurawina, cukier, kwas cytrynowy, aromat truskawkowy, koncentrat z czarnego bzu, olej słonecznikowy), miazga kakaowa, tłuszcz palmowy, tłuszcz shea, lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 515 kcal.
BTW: 6,7/28,4/56,7

poniedziałek, 7 września 2015

Orion Studentska mleczna z jagodami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Drugą nową Studenstką zabraną w Góry Gegamskie była mleczna wersja z jagodami. Oczywiście wyrażenie "z jagodami" to jak zwykle nadużycie - suszone jagody stanowią jedynie 6% owocowych cząstek, w których dominuje... jabłko. Czy ta tabliczka była choć odrobinkę jagodowa? O tym dowiecie się za chwilę. Urokliwego zdjęcia wnętrza opakowania nie posiadam, bo dziś opisywana Studenstka zmasakrowała się przez słońce równie mocno, jak porzeczkowa poprzedniczka.

Zamiast tego, macie fotkę zrobioną telefonem z zaparowanym aparatem (dlatego taka niewyraźna) - kadr z wieczornego picia herbaty przed namiotami rozbitymi w naszym drugim obozie. Obok kawałków Studentskiej dostrzec możecie wspomniane w poprzednim wpisie ciasto gata. Tragiczność tego zdjęcia zwalam na fakt, że obok mnie na trawie siedział nieco przerażający mężczyzna - nie byłam w stanie zrobić normalnej fotki. Ale o tym również za chwilę...



Studentską jagodową jedliśmy tego samego dnia, co deserową wersję porzeczkową. Nie pochłonęliśmy ich jednak we dwójkę, ponieważ częstowaliśmy współtowarzyszy. Bezsprzecznie muszę stwierdzić, że mleczna wersja bardziej przypadła mi do gustu - nawet pomimo tak porażkowej zawartości masy kakaowej. Sama czekolada, choć naprawdę kiepskiej jakości - miała w sobie elektryzujący śmietankowo-waniliowy posmak, który podkręcał cukrowego kopa i zachęcał co sięgnięcia po następną kostkę. E tam, co ja plotę - przecież dobrze wiem, że to nie ta pseudoczekolada najbardziej mnie pociągała. Największy urok stanowiły jak zawsze kwaskowate miękkie galaretki oraz chrupiące orzeszki arachidowe.

Owocowe cząstki, jak to Orion ma ostatnio w zwyczaju, były nieco mniejsze od galaretek i odrobinę od nich twardsze.  Również tutaj producent nie przesadził z nadmiernym podkręceniem barwy cząstek - i bardzo dobrze. Były one odświeżające w sposób podobny do galaretek i pomimo znikomego udziału jagód Orion wyczarował to tak, że jednak było je czuć. Ba, wydaje mi się, że ta tabliczka była bardziej jagodowa od Lindt Acai Beere, co jest wręcz absurdalne. Całość nie wiedzieć czemu przypominała mi limitowaną edycję śliwka-wanilia, którą darzę sentymentem. Nasza jagodowa tabliczka zaoferowana do herbaty przy namiotach rozeszła się w kilka chwil.


Nim zasiedliśmy do tej herbaty upłynąć musiał cały długi dzień. W piątkowy poranek po śniadaniu złożyliśmy namioty, przygotowaliśmy konie i ruszyliśmy znad jeziora Akna dalej w głąb Gór Gegamskich. Wysokości były coraz większe, więc skwar nie dokuczał już tak mocno. Czekały nas również inne krajobrazy niż dnia poprzedniego. Spotykaliśmy coraz to więcej wulkanicznych skał, a brzoskwiniowe góry zamieniały się w ogniste marsjańskie twory. Oczywiście nadal dookoła nas roztaczały się bezkresne przestrzenie, ale tym razem bardziej kamieniste i jeszcze surowsze...


Tego dnia naszym wyzwaniem był Azhdahak, czyli mierzący 3597 m n.p.m. najwyższy szczyt Gór Gegamskich. Gdy w końcu wynurzył się przed nami spośród nakładających się na siebie planów - z dala, w pełnej okazałości wyglądał naprawdę imponująco. Wydawało się też, że podejście na niego będzie trudne. Obeszliśmy jednak górę z drugiej strony i okazało się, że czekać nas będzie niezbyt długi spacerek na szczyt. Konie zostały z Rustamem u podejścia, a my w czwórkę ruszyliśmy zdobywać górę. Chwilę przed rozpoczęciem podejścia mój Ukochany dostał kopa w rękę od gniadego. Na szczęście zupełnie nic się nie stało, choć wyglądało to groźnie.

Azhdahak podobnie jak Aragac nie posiada tylko jednego szczytu. To czerwone dziwadło widoczne na zdjęciu poniżej to również Azhdahak - jego niższy szczyt. Na obu szczytach znajdują się kratery, w których wnętrzu położone są jeziora. Nie wiem, czy jakiekolwiek słowa są w stanie opisać kosmiczne piękno tej góry, tak więc po prostu patrzcie...





Po zdobyciu szczytu wróciliśmy do Rustama i koni. Gdy szykowaliśmy je do dalszej wędrówki teraz Rustam został do krwi użarty przez siwą, tak dla odmiany. Wszystkie narody musiały być równo obdzielone przez nasze rumaki ;).

Kolejny obóz rozbijaliśmy nieopodal dość dużej pasterskiej zagrody, z której rozciągał się widok na Ararat. Mieliśmy tu zostać na dwie noce, ale już bez Geghama i Rustama. Po zjedzonym na trawie obiedzie nasi przyjaciele dosiedli koni i skróconą drogą wrócili do Sevaberd. My zaś poszliśmy oglądać petroglify znajdujące się nieopodal na rumowiskach skalnych. To niesamowite móc obejrzeć rysunki naskalne sprzed tysięcy lat, na kamieniach leżących tak samo od czasu, gdy dawny człowiek ozdobił je symbolami.

Później poznaliśmy gospodarza tutejszej wioski pasterskiej, przy której mogliśmy się rozbić. Timur podjechał do nas na swojej pięknej siwej klaczy i od razu zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Dojrzały już facet miał niesamowicie przejmujące spojrzenie, którym wręcz zabijał. Gdy zaprosił nas do namiotu na wódkę (oczywiście zagryzaną arbuzami, foto z tego posiedzenia poniżej), kobiety i dzieci mieszkające z nim chodziły jak w zegarku spełniając jego prośby, a przy tym trzymając się na dystans od naszego stolika. To właśnie on przyszedł potem do nas na herbatę.

Spośród pasterskich psów Timura jedna suczka była wyjątkowo przyjazna. Często przychodziła w okolicę naszych namiotów i łasiła się. Do teraz pamiętam dotyk tej smaganej wiatrem sierści... A pierwsza noc obok wioski Timura była bardzo spokojna - no może poza odwiedzinami krowy, która nie chciała odczepić się od szczelnie pozamykanych toreb z prowiantem pozostawionych przed namiotami.



Skład: cukier, galaretki (cukier, syrop glukozowy, woda, pektyny, kwas cytrynowy, tłuszcze roślinne: palmowy, kokosowy; wosk karnauba, aromaty naturalne), orzechy arachidowe, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, cząstki z jagodami (skoncentrowany susz z jabłek, syrop glukozowo-fruktozowy, syrop glukozowy, suszone jagody 6%, cukier, glicerol, błonnik pszenny, kwas cytrynowy, kwas jabłkowy, tłuszcz palmowy, koncentrat z marchwi, koncentrat z jagód, pektyny, koncentrat z jeżyn, aromaty naturalne), miazga kakaowa, tłuszcz palmowy, tłuszcz shea, lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 515 kcal.
BTW: 6,7/28,4/56,7

sobota, 5 września 2015

Orion Studentska ciemna z czerwonymi porzeczkami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Kolejnego dnia po powrocie znad jeziora Kari zwiedzaliśmy na własną rękę Erywań. Podczas naszych długich spacerów oraz odwiedzania muzeów (w których historia Armenii wydaje się być po prostu żywa), nasz przewodnik kompletował ekwipunek na następną wyprawę, tym razem czterodniową. Naszym celem były Góry Gegamskie. Gdy po powrocie z miasta pakowaliśmy się pod namioty załadowałam do plecaka dwie z trzech nowych Studentskich oraz względnie nowy wariant smakowy Toblerone. Na moim blogu już nieraz mogliście się przekonać, jak bardzo cenię sobie Studentskie na górskim szlaku (spuszczając na fatalny skład zasłonę milczenia). Jak się później okazało, pierwszy dzień wędrówki w Górach Gegamskich (czwartek) okazał się być morderczy dla Studentskich. Taki upał zniosłaby mało która czekolada. Nie było mowy, by w ogóle tykać czekolady na trasie - byliśmy w stanie przyjmować jedynie wodę i soczyste owoce. Gdy już po południu rozbijaliśmy obóz, mój Ukochany szepnął: "nie chcesz wiedzieć, co się stało z czekoladami". Noce były jednak chłodniejsze - wiedziałam, że tabliczki stężeją i następnego dnia nie powinno być już tak źle. Nie wyobrażałam sobie, żebym miała uznać Studentskie za niezjadliwe - nawet poddane takim perturbacjom.

Po pierwszą Studentską sięgnęliśmy więc w piątek. W tej notce opiszę jednak wyprawę czwartkową. Nim to nastąpi, czas pochylić się nad czekoladą. Deserowa Studentska z czerwoną porzeczką to jedna z trzech letnich limitowanych nowości od czeskiego Oriona (znajdującego się pod skrzydłami Nestle). Wszystkie zakupiliśmy poprzez Allegro.

Szałowa zawartość 39% kakao plus tłuszcze roślinne i miliard polepszaczy w żelkach oraz w owocowych cząstkach powinny tą czekoladę totalnie deklasować. Jednakże dla mnie Studentska w górach to Studentska w górach i wszystko jej wybaczam. Abstrahując, nie przedstawię Wam dzisiaj pełnego składu tej czekolady. Spisałam go z opakowania jeszcze przed wyjazdem na urlop, ale parę dni temu przedwcześnie opublikowałam wersję roboczą opisu tej tabliczki. Zorientowałam się będąc w trasie i w pośpiechu skasowałam notkę. W domu okazało się, że opakowanie Studentskiej jest na tyle zniszczone po wyprawie, że nie jestem w stanie odczytać pełnego składu (który jest jak zwykle kilometrowy). Niech Wam wystarczy fakt, iż czerwone porzeczki stanowią 30% owocowych cząstek. Wiadomo było, że Orion nie zaserwuje nam w środku całych suszonych porzeczek...


 

Po rozpakowaniu z papierka i sreberka nasza porzeczkowa Studentska wyglądała strrrasznie. Brrr... Jak dobrze, że na  powyższym zdjęciu udało mi się uniknąć szczegółowego pokazania Wam tej masakry. Częścią tabliczki poczęstowaliśmy towarzyszy wędrówki, reszta powędrowała do naszych paszcz. Jako, że jedliśmy tą Studentską przed i po zdobyciu jednej z gór, mój Ukochany stwierdził, że NIC nie pamięta z tej czekolady. Jej smak uciekł gdzieś pomiędzy ogromem wrażeń i czekolada stała się tylko paliwem. Staram się wytężyć umysł i postarać się COŚ o niej napisać...

W kategorii deserowych czekolad Studentska to oczywiście rzecz wyjątkowo słodka i błaha, ale w połączeniu z mnogością dodatków tworzy produkt bardzo przystępny do spożycia. Galaretki i orzechy arachidowe były dokładnie takie same jak w poprzednich próbowanych wersjach, będąc sztandarowym symbolem marki Studentska. Uwielbiam je w tych tabliczkach. Owocowe cząstki nie spisały się rewelacyjnie. Na szczęście ich kolor nie został nadmiernie podrasowany, a konsystencja przypominała po prostu nieco twardsze galaretki. Posmak czerwonych porzeczek wynurzał się gdzieś spod słodyczy, ale bez wiedzy o wariancie smakowym tabliczki chyba ciężko mi by je było zidentyfikować i nazwać. Raczej obstawiałabym po prostu miks czerwonych owoców, być może owoce leśne. W oddali przebrzmiewał lekko winny akcent charakterystyczny dla dojrzałych czerwonych porzeczek - i to by było na tyle.

Smakowało mi, owszem - tak jak zawsze. Nowe Studentskie kupuję nie z chęci zaznania wyjątkowych smaków, ale z sympatii. Dziś opisywana wersja smakowa była naprawdę mało charakterystyczna w porównaniu do innych. Jeszcze przed opisem pozostałej dwójki czeskich nowości mogę przyznać, że porzeczkowa jest najmniej godna uwagi. Proszę przejdźmy więc w końcu do tego, co najbardziej wartościowe w dzisiejszym wpisie...



Powyższe zdjęcie przedstawia naszą wesołą kawalkadę kierującą się z wioski Sevaberd wprost w stronę serca Gór Gegamskich. Do Sevaberd dojechaliśmy z Erywania w czwartkowe przedpołudnie gdzie poznaliśmy naszych "horsemanów": Geghama i jego przyjaciela Rustana. Gegham jest starszy, ma przepalone od słońca oczy. Gdy uśmiecha się, spośród rzędu naturalnych zębów raz po raz przebłyskują złote. Rustam zaś to  śliczny, no no po prostu śliczny młody mężczyzna. Trafniejszego epitetu nie mogłam znaleźć.

Bazą wypadową była najbardziej wysunięta w stronę gór działka, na której znajdował się dom Geghama. W całej wsi wiało biedą, ale i tak zostaliśmy ugoszczeni wyjątkowo ciepło. Żona Geghama poczęstowała nas wyjątkowo smaczną kawą oraz tradycyjnym ciastem gata. Gata wygląda jak okrągły pszenny chleb (zresztą takiego kształtu chleb zazwyczaj jada się w Armenii), a wewnątrz wypełniony jest zbitym nadzieniem na bazie cukru i jajek. Potem śmialiśmy się, że gata to ciasto z koglem moglem. Bardzo polubiłam ten prosty smak.

Przy płocie czekały już osiodłane konie: siwa klacz i gniady ogier. Drobne, szlachetne wierzchowce. Załadowaliśmy na ich grzbiety nasz prowiant i plecaki. Naszej wyprawie miał towarzyszyć trzeci konik, a mianowicie źrebaczek siwej. Widząc, jak słońce coraz to wyżej unosi się na niebie wysmarowaliśmy się kremem z filtrem 50+ i ruszyliśmy w stronę roztaczającego się przed nami bezkresu. Bezkresu dzikich Gór Gegamskich.


Niesamowity żar lał się z nieba, a my dzielnie kroczyliśmy coraz to wyżej i wyżej przez prawdziwe pustkowia. Raz po raz napotkaliśmy gdzieś pasterzy ze swoimi stadami, dla których turyści w tym miejscu to niespodzianka. Zbliżali się do nas, zagadywali. Ubrani od stóp do głów, szczelnie chronili się przed słońcem. Po tym, jak spiekłam sobie łydki zupełnie się im nie dziwiłam.

Z każdym kilometrem otwierały sie przed nami coraz to nowe przestrzenie. Przechodziliśmy na drugą stronę kolejnych wzgórz, a tam czekały następne górskie surowe krajobrazy, które zdawały się nie mieć końca. Tego dnia nie widzieliśmy jeszcze najwyższego szczytu Gór Gegamskich - Azhdahak 3597 m n.p.m., choć mijane góry i tak wydawały się być coraz to wyższe. Parę razy pytaliśmy, czy to już Azhdahak, a okazywało się, że przechodzimy właśnie obok gór bez nazwy. W Polsce nie do pomyślenia!

  
Gdy zbliżaliśmy się do miejsca rozbicia naszego obozu, góry zaczęły przypominać wielkie brzoskwinie. Mój mózg oszalał już od słońca i niekończących się krajobrazów, aż odnosiłam wrażenie, że po przejściu na drugą stronę kolejnego wzgórza zobaczymy wielki ocean.

Dotarliśmy jednak nad jezioro Akna. Gdy chłopacy poszli poić konie, od razu ułożyli u brzegu jeziora kilka butelek celem ich schłodzenia. Po rozbiciu namiotów mogliśmy wspólnie raczyć się chłodną Kilikią oraz fenomenalnym domowym winem z dzikiej róży, które smakowało niczym najwykwintniejszy lambik.

Potem udaliśmy się na spacer dookoła jeziora Akna, które jest położone w naprawdę niezwykle urokliwym miejscu. Zresztą, możecie się o tym przekonać patrząc na zdjęcia. Na dodatek było tam tak spokojnie... Po powrocie pod namioty zjedliśmy wspólnie kolację, a w obroty poszła chłodzona w jeziorze wódka. A po niej znów Ormianie mówili po polsku, a Polacy po ormańsku... Noc nad jeziorem Akna była cicha i bezpieczna, a w ciepłym śpiworze z gęsiego puchu spało się jak w najlepszym łóżku.







Masa kakaowa min. 39%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 527 kcal.
BTW: 7,5/31,5/52,4

środa, 12 sierpnia 2015

Zotter Elderflowers mleczna nadziewana likierową galaretką z kwiatów czarnego bzu, ganaszem z białej czekolady i nugatem migdałowym


 Dziś chcę Wam zaprezentować kolejną tabliczkę z zotterowskiej tegorocznej serii Spring Specials. Dotychczas opisywane przeze mnie Zotter Handscooped z tej kolekcji były niezwykle dynamiczne, pełne kolorów, esencjonalnie letnie (Raspberry Juice + Lemon, Miraculous Chokeberry, Strawberry + Pineapple and Pepper). Po Elderflowers mogłam więc spodziewać się równie dużej dynamiki. Jednakże, już nawet sam obraz na opakowaniu wskazywał na coś o wiele bardziej stonowanego. Blade barwy, tajemnicze panie w białych sukniach - eteryczność do potęgi entej. Ów obraz nabiera jeszcze większej elegancji, gdy połączymy go z nazwą produktu. Zotter Elderflowers jest bowiem górską mleczną czekoladą, nadziewaną galaretką z czarnego bzu, ganaszem z białej czekolady i nugatem migdałowym. Brzmi to bajecznie delikatnie, nieprawdaż?



 Mleko zastosowane w tej czekoladzie, jak to u Zottera bywa - pochodzi w ekologicznych farm Tyrolu. Czarny bez w Elderflowers wykorzystano w formie kwiatów (1%) oraz likieru z nich wykonanego (11%). Zdecydowani przeciwnicy alkoholu w słodyczach nie mają czego tutaj szukać. Udział masy kakaowej wynosi 40%. Do zespolenia galaretki użyto pektyn jabłkowych (tak jak w Miraculous Chokeberry) - wegetarianie nie muszą obawiać się żelatyny. Wzbogacenie nadzienia pomarańczą i cytryną ciekawi, pozwala spodziewać się kolejnej zotterowskiej bardzo złożonej układanki.

Elderflowers pachnie klasycznie. Naprawdę, nie ma tu żadnej rewolucji - jest gracja, stonowane i sprawdzone połączenia, wysoka jakość pełna tradycji i nut zawsze będących na czasie. Wyczuwamy tutaj wyraźne akcenty alkoholowe oraz marcepanowe, przykryte pierzynką z wyśmienitej zotterowskiej czekolady. Klasa, a przy tym prawdziwy spokój i harmonia.


 Przegryzając wszystkie warstwy na raz, od razu wyczuwamy wyraźną likierową nutę - alkoholu nie da się tu nie zauważyć. Nawet warstwy mlecznej czekolady okalające wnętrze wyraźnie nim przesiąknęły. Alkoholowym nutom towarzyszą migdały oraz przyjemna mleczność i waniliowość białej czekolady. W kontraście z charakterną mleczną czekoladą o 40% zawartośći kakao, jak zawsze u Zottera mocno kwiatową (a tutaj również kawową) - znów czujemy, że Elderflowers to prawdziwa elegantka.

Znajdująca się w centrum galaretka odznacza się specyficzną konsystencją, wyróżnia się na tle kremowości pozostałych warstw. Jest ona barwy jasnożółtawej - widzimy to, gdy oddzielimy ją od pozostałych części Elderflowers - wrażenie jej ciemnego koloru spowodowane jest przez umieszczenie powyżej niej cienkiej warstwy mlecznej czekolady. 


 Sama galaretka ma przyjemny kwiatowy posmak, taki herbatkowo-orzeźwiający (nawet pomimo alkoholowych akcentów) - piłam kiedyś świeży napój z kwiatów czarnego bzu i właśnie z nim mi się skojarzył. Lekko chrzęszcząca podczas przegryzania struktura galaretki podkręca odczucie słodyczy, jakie cały czas towarzyszy nam podczas degustacji. O tak, Elderflowers jest zdecydowanie mocno słodka jak na Zottera.

 Wzajemnie przeplatające się warstwy delikatno-charakternej mlecznej czekolady, subtelnej białej czekolady, wyrazistego marcepanu oraz kwiatowo-alkoholowej galaretki tworzą tak spójną kompozycję, tak urokliwie się przeplatają - że aż trudno mi dziś opisywać każdą warstwę z osobna. Nie ma tu wiele złożoności - jest klasyka, prostota i spokój, które odkryły się przed nami już w sferze zapachowej.


Mój Ukochany stwierdził nawet, że smak Elderflowers jest oklepany. Nam obu skojarzył się z klasycznymi pralinkami, co mój Mężczyzna ocenił jako coś pospolitego, bombonierkowego. Poprosiłam go, aby znalazł mi bombonierkę wypełnioną cacuszkami, które mimo wszystko będą tak dobrze smakować. Spasował. 

 Elderflowers w całej swej prostocie: mleczności, migdałowości, białej i mlecznej czekoladzie, alkoholowości - rzeczywiście przywołuje na myśl zwykłe pralinki. Niezwykła w tym wyrobie jest jednak jakość, która wyróżnia ją na tle innych produktów zawierających podobne nuty smakowe. Pomińmy tu nawet galaretkę z kwiatów czarnego bzu, która dodatkowo stanowi o oryginalności tego pomysłu Zottera... Jest to jakość starannie dobranych składników, połączona z nieśmiertelnością połączeń smakowych - momentalnie skojarzyła mi się z naszymi wyjazdami do Włoch, z zapachem eleganckiej, profesjonalnej cukierni i sklepu z luksusowymi słodkościami. Elderflowers to wakacyjny odpoczynek na tarasie przytulnej kawiarni, w której podają ręczne robione praliny. I tym sposobem, Zotter odsłonił przed nami kolejną z możliwych twarzy lata, o wiele mniej szaloną niż poprzedniczki...


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, likier z kwiatów czarnego bzu 8%, miazga kakaowa, migdały, słodka serwatka w proszku, kwiaty czarnego bzu 1%, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat pomarańczowy, pełen cukier trzcinowy, koncentrat cytrynowy, pektyna jabłkowa, sól, wanilia, lecytyna sojowa, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana).
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 471 kcal.
BTW: 5/28/45

piątek, 31 lipca 2015

Zotter Miraculous Chokeberry mleczna nadziewana kremem aroniowym, galaretką z aronii i białą czekoladą


 W wieczór po degustacji ciemnej Vivani z chili przyszedł czas na dalszą część odstresowywania się - kolejna impreza, tym razem już z moim Lubym, no i do rana. Rzadko zdarza mi się spać do samego południa, a jeszcze rzadziej nie jadać śniadania - ale czasem po prostu trzeba sobie pozwolić na beztroskie lasowanie się w łóżku. Brak śniadania? Do teraz nie wiem, co nas podkusiło, aby po grillowym wieczorze wybrać się o czwartej rano na... kebaba. Kebaba, którego nie jedliśmy od lat. Apetyt podsycony lambikami i whisky kazał mi jeść to świństwo, choć podczas konsumpcji klęłam jak szewc - takie to było paskudne. Przynajmniej wiem, że przez lata nic się nie zmieniło i nadal nie ma sensu tykać takiego żarcia. Przez ten pieprzony kebab nie mieliśmy miejsca na naszą niedzielną jajecznicę, która przecież na dodatek jest idealnym śniadaniem na kaca! Ok, kisić się w łóżku można, nie zjeść śniadania można - ale kawę sobie odpuścić? Co to, to nie! A przecież do weekendowej kawy musi być czekoladka... I tak oto można uznać, że Miraculous Chokeberry została przez nas zjedzona na śniadanie.



Miraculous Chokeberry to kolejna tabliczka Zotter Handscooped należąca do tegorocznej kolekcji Spring Specials. Wykorzystanie akurat tego owocu jako dominujący element nadzienia było dla mnie miłym zaskoczeniem. Bezsprzecznie, aronia jest zapomnianym owocem, a już w ogóle pomija się ją jako dodatek do słodkości. Zotter jednak pamięta o aronii, w końcu umieścił ją także w H2O Superfood. Jakby nie patrzeć, aronia to rzeczywiście nasze rodzime superfood i warto o tym wiedzieć w dobie poszukiwań źródeł zdrowia w egzotyce. Cudze chwalicie, swego nie znacie! Aronia to ogromna bomba witaminowa i antyoksydacyjna. Smak? Owszem, jest cierpka, ale ja bardzo bardzo lubię smak aronii. Moim zdaniem świetnie komponuje się z wieloma deserami jako przełamujący dodatek. Przepadam za kompotem aroniowym, jaki robi moja Teściowa. Zawsze wyjadam wszystkie owoce po otwarciu słoika z kompotem.

 Aronie użyte do wyrobu tej czekolady pochodzą z austriackiej Styrii. Zostały umieszczone w nadzieniu pod postacią soku aroniowego (aż 17% całości składu), co jednak nie oznacza, że nadzienie jest monotonnie aroniowe. Wręcz przeciwnie! Pod otuliną mlecznej czekolady o 40% zawartości kakao położone są naprzemiennie różnorodne warstwy nadzienia. W dwóch rodzajach warstw aronia grała pierwsze skrzypce, a w trzecim królową była... biała czekolada. Chcecie szczegółów? Czytajcie dalej!



Najpierw wgryzamy się w przepyszną mleczną czekoladę. To ona wiedzie prym w kwestii zapachu tej tabliczki - aroniowe akcenty tylko przebłyskują przez bogaty aromat samej czekolady. Okazuje się ona być bardzo delikatną i maślaną kakaową pysznością, której nutki kwaśnych owoców nadają dodatkowego uroku. Aksamitna słodycz mlecznej czekolady przechodzi stopniowo w przyjemną kawową goryczkę, typową dla tabliczek mlecznych o wyższej zawartości kakao. Całość podkreślona jest wyraźną, duszno-dziką kwiatowością.

Jak wygląda środek? Przyjrzyjcie się dokładnie zdjęciom. Kremowa aronia, biała czekolada, aroniowa galaretka, biała czekolada, kremowa aronia. Spożywając wszystkie warstwy na raz doznajemy unikalnych odczuć - charakterystyczna cierpkość i kwaśność aronii zostają tutaj umiejętnie złagodzone przez bogactwo mlecznej czekolady, słodycz białej i miły migdałowy posmak. Nie tylko w sferze smaku i zapachu wiele się tu dzieje - Zotter funduje nam również małą przejażdżkę po świecie różnych konsystencji.





 Aksamitna, lecz zwarta i stabilna mleczna czekolada chowa zaraz pod sobą kremowe aroniowe nadzienie, które jest najdelikatniejszą strukturalną częścią czekolady. Ten jasnofioletowy krem jest gładki i nieco mazisty, tłustawy w sposób maślany, mocnomleczny z wyraźnym migdałowym akcentem - a wszystko to ukoronowane jest odświeżającą aroniową głębią. Z tej tłusto-słodkomlecznie-cierpkiej gładzi nagle przechodzimy do cienkiej warstwy przypominającej namoknięty, lecz nadal spoisty wafelek - oto płaty białej czekolady. Jest ona oczywiście słodsza od aroniowego kremu, aczkolwiek cukier nie przysłania tego, co można w niej odnaleźć. Również ma sobie wiele posmaków migdałów i mleka, przypieczętowanych dość intensywną wanilią.

Ze słodkiego białego opłatka przechodzimy do centrum i gwoździa programu - oto aroniowa galaretka! Moi mili, to już jest aronia bez kompromisów. Choć nigdy nie jadłam 100% aroniowej konfitury - przypuszczam, że właśnie tak ona smakuje. Poprzez dodatek pektyny jabłkowej aroniowy mus pozostaje w zwartej konsystencji, co stanowi dodatkowe urozmaicenie w strukturalnej kompozycji tej czekolady. Superowocowa rześkość, kwaśność, cierpkość, słodycz - sama natura.

Gdyby całe moje życie polegało na spaniu i chlaniu, z chęcią jadałabym częściej takie śniadania. Jeśli i Wasze życia wymagają od Was więcej codziennego wysiłku - z czystym sumieniem mogę polecić Wam Miraculous Chokeberry jako przepyszny deser. Zotter ponownie urzekł mnie dopracowaniem innowacyjnej kompozycji. Takie nadziewane czekolady po prostu je się wszystkimi zmysłami. Nie sądziłam, że aronia może być aż tak uwodzicielska. W towarzystwie wspaniałych czekolad: mlecznej i białej, będąca królową kremu i galaretki - pretenduje do miana drogocennej czarnej perły, a nie zapomnianego kwacha z opuszczonych ogródków działkowych. Mistrzowska kreacja. Miraculous Chokeberry!

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sok z aronii 17%, pełne mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, miazga kakaowa, koncentrat cytrynowy, słodka serwatka w proszku, migdały, odtłuszczone mleko w proszku, pełen cukier trzcinowy, pektyna jabłkowa, sól, wanilia, lecytyna sojowa, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy (cytryna, skrobia kukurydziana).
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g. 
Wartość energetyczna w 100 g: 450 kcal.
BTW: 5,1/28/45