
Kolejnego dnia po powrocie znad jeziora Kari zwiedzaliśmy na własną rękę Erywań. Podczas naszych długich spacerów oraz odwiedzania muzeów (w których historia Armenii wydaje się być po prostu żywa), nasz przewodnik kompletował ekwipunek na następną wyprawę, tym razem czterodniową. Naszym celem były Góry Gegamskie. Gdy po powrocie z miasta pakowaliśmy się pod namioty załadowałam do plecaka dwie z trzech nowych Studentskich oraz względnie nowy wariant smakowy Toblerone. Na moim blogu już nieraz mogliście się przekonać, jak bardzo cenię sobie Studentskie na górskim szlaku (spuszczając na fatalny skład zasłonę milczenia). Jak się później okazało, pierwszy dzień wędrówki w Górach Gegamskich (czwartek) okazał się być morderczy dla Studentskich. Taki upał zniosłaby mało która czekolada. Nie było mowy, by w ogóle tykać czekolady na trasie - byliśmy w stanie przyjmować jedynie wodę i soczyste owoce. Gdy już po południu rozbijaliśmy obóz, mój Ukochany szepnął: "nie chcesz wiedzieć, co się stało z czekoladami". Noce były jednak chłodniejsze - wiedziałam, że tabliczki stężeją i następnego dnia nie powinno być już tak źle. Nie wyobrażałam sobie, żebym miała uznać Studentskie za niezjadliwe - nawet poddane takim perturbacjom.
Po pierwszą Studentską sięgnęliśmy więc w piątek. W tej notce opiszę jednak wyprawę czwartkową. Nim to nastąpi, czas pochylić się nad czekoladą. Deserowa Studentska z czerwoną porzeczką to jedna z trzech letnich limitowanych nowości od czeskiego Oriona (znajdującego się pod skrzydłami Nestle). Wszystkie zakupiliśmy poprzez Allegro.
Szałowa zawartość 39% kakao plus tłuszcze roślinne i miliard polepszaczy w żelkach oraz w owocowych cząstkach powinny tą czekoladę totalnie deklasować. Jednakże dla mnie Studentska w górach to Studentska w górach i wszystko jej wybaczam. Abstrahując, nie przedstawię Wam dzisiaj pełnego składu tej czekolady. Spisałam go z opakowania jeszcze przed wyjazdem na urlop, ale parę dni temu przedwcześnie opublikowałam wersję roboczą opisu tej tabliczki. Zorientowałam się będąc w trasie i w pośpiechu skasowałam notkę. W domu okazało się, że opakowanie Studentskiej jest na tyle zniszczone po wyprawie, że nie jestem w stanie odczytać pełnego składu (który jest jak zwykle kilometrowy). Niech Wam wystarczy fakt, iż czerwone porzeczki stanowią 30% owocowych cząstek. Wiadomo było, że Orion nie zaserwuje nam w środku całych suszonych porzeczek...
Po rozpakowaniu z papierka i sreberka nasza porzeczkowa Studentska wyglądała strrrasznie. Brrr... Jak dobrze, że na powyższym zdjęciu udało mi się uniknąć szczegółowego pokazania Wam tej masakry. Częścią tabliczki poczęstowaliśmy towarzyszy wędrówki, reszta powędrowała do naszych paszcz. Jako, że jedliśmy tą Studentską przed i po zdobyciu jednej z gór, mój Ukochany stwierdził, że NIC nie pamięta z tej czekolady. Jej smak uciekł gdzieś pomiędzy ogromem wrażeń i czekolada stała się tylko paliwem. Staram się wytężyć umysł i postarać się COŚ o niej napisać...
W kategorii deserowych czekolad Studentska to oczywiście rzecz wyjątkowo słodka i błaha, ale w połączeniu z mnogością dodatków tworzy produkt bardzo przystępny do spożycia. Galaretki i orzechy arachidowe były dokładnie takie same jak w poprzednich próbowanych wersjach, będąc sztandarowym symbolem marki Studentska. Uwielbiam je w tych tabliczkach. Owocowe cząstki nie spisały się rewelacyjnie. Na szczęście ich kolor nie został nadmiernie podrasowany, a konsystencja przypominała po prostu nieco twardsze galaretki. Posmak czerwonych porzeczek wynurzał się gdzieś spod słodyczy, ale bez wiedzy o wariancie smakowym tabliczki chyba ciężko mi by je było zidentyfikować i nazwać. Raczej obstawiałabym po prostu miks czerwonych owoców, być może owoce leśne. W oddali przebrzmiewał lekko winny akcent charakterystyczny dla dojrzałych czerwonych porzeczek - i to by było na tyle.
Smakowało mi, owszem - tak jak zawsze. Nowe Studentskie kupuję nie z chęci zaznania wyjątkowych smaków, ale z sympatii. Dziś opisywana wersja smakowa była naprawdę mało charakterystyczna w porównaniu do innych. Jeszcze przed opisem pozostałej dwójki czeskich nowości mogę przyznać, że porzeczkowa jest najmniej godna uwagi. Proszę przejdźmy więc w końcu do tego, co najbardziej wartościowe w dzisiejszym wpisie...

Powyższe zdjęcie przedstawia naszą wesołą kawalkadę kierującą się z wioski Sevaberd wprost w stronę serca Gór Gegamskich. Do Sevaberd dojechaliśmy z Erywania w czwartkowe przedpołudnie gdzie poznaliśmy naszych "horsemanów": Geghama i jego przyjaciela Rustana. Gegham jest starszy, ma przepalone od słońca oczy. Gdy uśmiecha się, spośród rzędu naturalnych zębów raz po raz przebłyskują złote. Rustam zaś to śliczny, no no po prostu śliczny młody mężczyzna. Trafniejszego epitetu nie mogłam znaleźć.
Bazą wypadową była najbardziej wysunięta w stronę gór działka, na której znajdował się dom Geghama. W całej wsi wiało biedą, ale i tak zostaliśmy ugoszczeni wyjątkowo ciepło. Żona Geghama poczęstowała nas wyjątkowo smaczną kawą oraz tradycyjnym ciastem gata. Gata wygląda jak okrągły pszenny chleb (zresztą takiego kształtu chleb zazwyczaj jada się w Armenii), a wewnątrz wypełniony jest zbitym nadzieniem na bazie cukru i jajek. Potem śmialiśmy się, że gata to ciasto z koglem moglem. Bardzo polubiłam ten prosty smak.
Przy płocie czekały już osiodłane konie: siwa klacz i gniady ogier. Drobne, szlachetne wierzchowce. Załadowaliśmy na ich grzbiety nasz prowiant i plecaki. Naszej wyprawie miał towarzyszyć trzeci konik, a mianowicie źrebaczek siwej. Widząc, jak słońce coraz to wyżej unosi się na niebie wysmarowaliśmy się kremem z filtrem 50+ i ruszyliśmy w stronę roztaczającego się przed nami bezkresu. Bezkresu dzikich Gór Gegamskich.

Niesamowity żar lał się z nieba, a my dzielnie kroczyliśmy coraz to wyżej i wyżej przez prawdziwe pustkowia. Raz po raz napotkaliśmy gdzieś pasterzy ze swoimi stadami, dla których turyści w tym miejscu to niespodzianka. Zbliżali się do nas, zagadywali. Ubrani od stóp do głów, szczelnie chronili się przed słońcem. Po tym, jak spiekłam sobie łydki zupełnie się im nie dziwiłam.
Z każdym kilometrem otwierały sie przed nami coraz to nowe przestrzenie. Przechodziliśmy na drugą stronę kolejnych wzgórz, a tam czekały następne górskie surowe krajobrazy, które zdawały się nie mieć końca. Tego dnia nie widzieliśmy jeszcze najwyższego szczytu Gór Gegamskich - Azhdahak 3597 m n.p.m., choć mijane góry i tak wydawały się być coraz to wyższe. Parę razy pytaliśmy, czy to już Azhdahak, a okazywało się, że przechodzimy właśnie obok gór bez nazwy. W Polsce nie do pomyślenia!
Gdy zbliżaliśmy się do miejsca rozbicia naszego obozu, góry zaczęły przypominać wielkie brzoskwinie. Mój mózg oszalał już od słońca i niekończących się krajobrazów, aż odnosiłam wrażenie, że po przejściu na drugą stronę kolejnego wzgórza zobaczymy wielki ocean.
Dotarliśmy jednak nad jezioro Akna. Gdy chłopacy poszli poić konie, od razu ułożyli u brzegu jeziora kilka butelek celem ich schłodzenia. Po rozbiciu namiotów mogliśmy wspólnie raczyć się chłodną Kilikią oraz fenomenalnym domowym winem z dzikiej róży, które smakowało niczym najwykwintniejszy lambik.
Potem udaliśmy się na spacer dookoła jeziora Akna, które jest położone w naprawdę niezwykle urokliwym miejscu. Zresztą, możecie się o tym przekonać patrząc na zdjęcia. Na dodatek było tam tak spokojnie... Po powrocie pod namioty zjedliśmy wspólnie kolację, a w obroty poszła chłodzona w jeziorze wódka. A po niej znów Ormianie mówili po polsku, a Polacy po ormańsku... Noc nad jeziorem Akna była cicha i bezpieczna, a w ciepłym śpiworze z gęsiego puchu spało się jak w najlepszym łóżku.




Masa kakaowa min. 39%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 527 kcal.
BTW: 7,5/31,5/52,4