Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jawa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 kwietnia 2023

Beskid ciemna 80% Indonezja Java Criollo


Wykonana przez manufakturę Beskid ciemna 80% Indonezja Jawa Criollo cechuje się wyjątkowo jasną barwą, jak na tak wysoką zawartość kakao. Kupiłam ją w internetowym sklepie, jeszcze przed moimi odwiedzinami w Węgierskiej Górce podczas Beskidzkiego Festiwalu Czekolady. Prócz koloru, zaskoczyła również lekko "kiszonym" zapachem, przywodzącym na myśl miks serwatki i jogurtu malinowego - choć na opakowaniu widnieje informacja, iż kwasowość ma być niska.


W zasadzie tak było - smak pokazał szerszą paletę. Uprawiane na rządowych jawajskich plantacjach criollo budziło nasze skojarzenia głównie z... batatami. Doprawdy, długo nie mogłam tej myśli rozszerzyć na coś innego. W końcu przyszła do mnie iluzja sałatki, jaką robi jedna z moich przyjaciółek: maliny z awokado i roszponką, polane sosem balsamicznym. Dalej pojawiła się również coraz to delikatniejsza kaszka malinowa. Na końcu, balansując między subtelnymi kwaskami i słodyczami (goryczki niemal zupełnie tu nie ma!), pomyślałam o łupinach orzechów, wypełnionych dość surowym w smaku kremem ze świeżych, nie do końca dojrzałych orzechów laskowych i włoskich. Wszystko było spokojnie gładkie i bardzo zbalansowane - doprawdy wspaniała osiemdziesiątka.


Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy nierafinowany.
Masa kakaowa min. 80%.
Masa netto: 60 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 578 kcal.
BTW: 7/50/23.

piątek, 11 października 2019

Bonnat Surabaya Indonesie ciemna mleczna 65%


Bonnat Surabaya to jedna z tych tabliczek, o której wypróbowaniu marzyłam od dawna. Po zakupieniu jej w sklepie Sekretów Czekolady zabrałam ją do Peru, jednak czekałam na odpowiedni czas ku jej degustacji. Wracając komfortowym autobusem z Huaraz do Limy, siedząc wygodnie w fotelach i mając szeroki widok na mijane krajobrazy - wyjęłam z plecaka tylko dla Męża i dla mnie opakowaną w brąz tabliczkę.

Surabaya należy do trójcy indonezyjskich ciemnych mlecznych czekolad o 65% zawartości kakao od francuskiej marki Bonnat. Najpierw zdetronizowała mnie Java, potem urzekł Asfarth, a w między czasie miałam okazję wypróbować nowość wśród ciemnych mlecznych propozycji Bonnat, a mianowicie meksykańską Morenitę. Wszystkie te czekolady zapamiętałam na długo i szczególnie ceniłam wśród wyrobów manufaktury Bonnat. Choć jak się okazało, 55% mleczna czekolada w blendzie (Chocolat au Lait) nie zaprezentowała takiej klasy jak wyżej wymienione tabliczki, od Surabaya nadal wymagałam wiele.

Surabaya to drugie po Dżakarcie największe miasto indonezyjskiej Jawy Wschodniej. Kakao użyte do wykonania dziś opisywanej czekolady pochodzi z plantacji położonych w okolicach tego miasta. Ziarna te poznałam już w interpretacji Willie's Cacao (Milk of the Stars 54%, Surabaya Gold 69%).



Nad tabliczką posiadającą stonową i ciepłą barwę unosił się zapach, który niebezpiecznie przypomniał mi o Chocolat au Lait. Ów zapach - mieszanka koziego mleka z czymś mocno palonym - zdawał się być jednak przełamany nutami kwiatowymi i orzechowymi.

W ustach Surabaya była aksamitna i ciężka zarazem, miała w sobie coś przytłaczającego. Być może ów ciężar stanowiła mocarnego kalibru paloność, sprawiająca, iż trudno tę czekoladę nazwać delikatną. Wymieszana z popiołem ziemia, palona kawa, prażone orzechy w sposób niecodzienny łączyły się z pachnącym łąkowym kwieciem oraz iluzją tłustego koziego mleka. Wszystko to zwieńczone było przytłumionym miksem orientalnych przypraw położonych na iście bonnatowskiej tłustości. Indonezyjskie kakao można było zidentyfikować tu w ciemno, a i w Chocolat au Lait pewnie sporo się go znalazło.

Surabaya nie zafundowała mi już takich fajerwerków jak Java i Asfarth. Być może to po prostu kwestia upływającego czasu i nabytych doświadczeń. To dobra, nietypowa w swej goryczce mleczna czekolada, a jednak po prostu nie porwała mnie bardziej, niż choćby Morenita. Może zbyt wiele od niej oczekiwałam?


Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, mleko w proszku.
Masa kakaowa min. 65%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 626 kcal.
BTW: 8/49/40,5.

czwartek, 18 lipca 2019

Willie's Cacao Surabaya Gold ciemna 69% Indonezja


Indonezyjskie kakao z Jawy Wschodniej (a dokładniej okolic miasta Surabaja) w interpretacji Willie's Cacao poznałam już w mlecznej czekoladzie Milk of the Stars. Tym razem, również dzięki sklepowi Sekretów Czekolady, miałam okazję wypróbować owe ziarna w tabliczce ciemnej (69% zawartości masy kakaowej). Surabaya Gold według producenta ma charakteryzować się delikatnymi nutami karmelu oraz toffi. W Milk of the Stars karmel zaprezentował się nam w wyjątkowo apetycznej odsłonie, toteż jego udział w ciemnej czekoladzie wydawał się naturalną koleją rzeczy - choć ciekawiło mnie, w jak odmienny sposób go odczujemy bez udziału mleka.

 Czekolada okazała się znacznie ciemna w swej barwie pomimo jedynie 69% zawartości kakao. Pachniała rześko i bogato, przede wszystkim niosąc ze sobą akcenty kwiatów, łąki, rozlicznych roślin rozgrzanych letnim słońcem. Najbardziej intensywnym skojarzeniem w sferze zapachu były główki kwiatów rzucone na patelnię i podgrzewane wraz z cukrem aż do uzyskania bardzo osobliwego karmelu.


Surabaya Gold to czekolada dzika. Zaskoczyła mnie, bo choć po Indonezji spodziewałam się solidnej dawki wulkanicznych wyziewów, otrzymałam zgoła coś innego. Przede wszystkim było kwaskowato w bardzo roślinny sposób - szczaw i rabarbar otoczone bujnym i aromatycznym kwieciem czerwcowej łąki.

Choć generalnie rozpuszczała się w ustach dobrze, podążał za tym ślad plażowego piasku. W smaku na karmelowym tle położona została roślinna feeria. Raptem przeniosłam się ponownie na francuską wyspę Reunion na Oceanie Indyjskim, gdzie długo i mozolnie schodziliśmy z wulkanu Piton de la Fournaise w stronę Basse Valle. Wulkaniczne pyły, woń ognia i siarki oraz zupełny brak roślinności stopniowo oddawały miejsce coraz to bujniejszej zieleni i tchnieniu znad oceanu. Taka właśnie była Surabaya Gold - mająca za sobą wulkan, skierowana w stronę bujnej zieleni i oceanicznej przestrzeni.


W swej roślinności była bogata i powściągliwa zarazem. Jedząc ją nie myślałam zupełnie o soczystych owocach, lecz o przepastnej gęstwinie, drapiącej i kłującej - a jednak tak uparcie zielonej. Kwasek, goryczki, niebanalne aromaty - żałowałam, że tabliczki od Willie's Cacao nie są większe, bym mogła rozebrać to wszystko na części pierwsze, miast po prostu zagłębiać się w zieleni.

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 69%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 559 kcal.
BTW: 8,8/38,4/39,9

środa, 23 stycznia 2019

Willie's Cacao Milk of the Stars Indonesian 54 Surabaya mleczna


 Nie ma to jak zimowego wieczoru usiąść w przytulnym cieple domu ze świeżo zaparzoną kawą i mleczną czekoladą, co do której wręcz jest pewne, że będzie idealnym dopełnieniem sielskiej atmosfery. Po Milk of the Gods od Willie's Cacao przyszedł czas na Milk of the Stars - od poprzedniczki bogatszą w kakao o 10% tabliczkę, wykonaną tym razem z ziaren indonezyjskich, a dokładniej pochodzących z Jawy, okolic miasta Surabaya. Indonezja to dla mnie niezmiennie bardzo intrygujący ląd pod względem charakterystycznych dla kakao nut, toteż moja ekscytacja przed degustacją była spora. Milk of the Stars zakupiłam w ulubionym sklepie Sekretów Czekolady.


 Od samego początku czekolada urzekła nas zapachem wyraźnie palonego karmelu i, dla odmiany, owczego mleka (w dobrych mlecznych tabliczkach częściej spotykam się z wonią koziego mleka). Zapowiadało się tłusto, rozkosznie słodko i... no cóż, byłabym zawiedziona, gdyby Jawa nie pokazała nam odrobiny wulkanicznej surowości i ognistej goryczki. W aromacie wyczułam również odrobinę pszennego chleba z miodem i masłem.

Milk of the Stars zgodnie z moimi przypuszczeniami rozpuszczała się w ustach cudownie aksamitnie, miękko. Rzeczywiście przypominała bardziej owcze mleko, z pewnymi nutami zadymionej bacówki i bujnej łąki. Dalej, była niezwykle intensywnie karmelowa, z - ku mojemu zachwytowi - wyraźnie goryczkowym zwieńczeniem tej karmelowości. Dosłownie tak, jakby przypalono doskonały mleczny karmel. Pojawiły się akcenty silnie palonych ziaren kawy, odrobina wulkanicznych wyziewów i woni spękanej gleby. Pomyśleliśmy o przypalonym spodzie gęstego ciasta i sporej ilości... soli, zatopionej w karmelowym zagęszczonym mleczku z tubki.


 Smaki te pozostawały w ustach dłuuuugo. Ciągnęły się i ciągnęły. Choć była to tak błoga mleczna czekolada, to jednocześnie miała swój pazur, tę drapieżną końcową goryczkę, na którą tak czekałam... Nie umiem powiedzieć, która z mlecznych Willie's Cacao smakowała mi bardziej. Obie były rozkoszne, choć zupełnie inne.


Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku 18%.
Masa kakaowa min. 54%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 591 kcal.
BTW: 9,1/42,5/40,5.

wtorek, 5 września 2017

Manufaktura Czekolady ciemna Jawa 70%


 Rozochocona doskonałą setką z Bali, prędko sięgnęłam po inną indonezyjską tabliczkę, którą posiadałam w swoich zapasach. Tym razem przenosimy się na Jawę. Z czekoladami wykonanymi z kakao z tej wyspy mam nieco większe doświadczenie niż z balijskimi. Dziś opisywana czekolada zwróciła moją szczególną uwagę, wszak została stworzona przez naszą polską Manufakturę Czekolady. Została wypuszczona pierwszy raz na rynek wraz z Porcelaną, już ponad rok temu. Nie mam pojęcia, dlaczego zamówiłam ją dopiero niedawno. Manufakturowa jawajska siedemdziesiątka powstała z szlachetnych ziaren criollo. Na stronie Manufaktury Czekolady możemy przeczytać, iż "jawajskie ziarenka różnią się od tych z Wenezueli (z których powstaje Porcelana) jedynie tym, że tylko połowa z nich ma jasną barwę." Dla mnie to wierutna bzdura! Porcelana to Porcelana, a indonezyjskie ziemie rodzą zupełnie inne kakao, o czym nieraz się przekonałam. Zupełnie inne nawet, jeśli genetyka jest pozornie podobna (criollo).


 Nasza 50-gramowa, klasyczna tabliczka od Manufaktury posiadała przepiękną, głęboko ciemną barwę. Tak głęboką, że aż wpadającą w granat. Najpierw zapachniała nam dusznymi kwiatami, choć jednocześnie jej woń sprawiała wrażenie bardziej chłodnej, niż gorącej. Doznania Kimiko dotyczące aromatu były zgoła odmienne, co mnie ciekawi. Z drugiej strony, w smaku pojawiło się już mnóstwo wrzących wręcz klimatów. Może ów chłód, który zidentyfikowałam w woni, był po prostu mrokiem?

 Przy zetknięciu z językiem czekolada ukazała typową dla Manufaktury szorstkość, choć jednocześnie zaskakująco dobrze rozpuszczała się w ustach. Balansowało to gdzieś na granicy szorstkości i gładkości, kojarząc się z zawilgotniałym sproszkowanym kakao, przechowywanym w jakiejś dusznej piwnicy. Od razu wychodzącą na pierwszy plan nutą smakową był dla mnie dym. Goryczkowo-kwaskowaty dym, cudownie oplatający kubki smakowe, w sposób wręcz obezwładniający. Dym mieszał się z rozgrzanym asfaltem i doprowadzał do szaleństwa. Na tym etapie czekolada była bardzo mocna.


 Wystarczyło jednak parę sekund, by niespodziewanie nuty kwaśne przeszły w coś na kształt cytryn i limonek, w może i właśnie wspomnianej przez producenta trawy cytrynowej (bowiem było w tej nucie coś orientalnego). Limonki i cytryny sprawiały wrażenie grillowanych, z czasem coraz mocniejsze. Zaraz dym znów powrócił do nas ze zdwojoną siłą, ukazując teraz swe odmiennie oblicze. Stał się już bardziej wędzonką, co prowadziło nasze myśli do grillowanej karkówki i kiełbasy. Później z tej wędzonej feerii zaczęły pojawiać się nuty nabiałowe. Dziwny śmietanowy sos do kiełbasy, wędzony twaróg... Przypalony kefir? Hah, na dodatek przypalony kefir truskawkowy. Słodkie owoce jagodowe wyskoczyły znienacka, ale ich wrażenie było tak naturalne i harmonijne, że idealnie złagodziło tą na pozór bardzo ordynarną kompozycję.

Porównując moją opinię z Kimiko, również przyznaję, że gdzieś tam blisko było manufakturowej Jawie do dzieła Morina, ale rzeczywiście Morin był mniej "czekoladowy", bardziej dziwaczny. W Manufakturze sporo było nut zbieżnych z niesamowitą Pralus Indonesie, ale pralusowa tabliczka była o wiele bardziej ordynarna, detronizująca, powalająca na łopatki. Manufaktura, również świetnie charakteryzująca Jawę, zinterpretowała kakao z tej wyspy łagodniej, przystępniej, ale nie zamazując tym samym jego drapieżnej duszy. Pozostaje mi tylko nadal wielce żałować, iż nie było mi dane skosztować Domori Javablond... To mógłby być mój jawajski ideał! (nie licząc boskiej wersji mlecznej w wykonaniu Bonnat, bo to jednak inna kategoria).


Skład: ziarno kakao z wyspy Jawa, cukier, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 604 kcal.
BTW: 8,8/40,4/50,7

wtorek, 3 stycznia 2017

Pralus Melissa Criollo mleczna 45%


 W niedzielę 27 listopada około siódmej wyruszyliśmy na szlak w składzie: Fernanda, Sebastian, Eduardo, Andre (z Tatamy), mój Mąż i ja. Przed nami była trasa praktycznie na cały dzień, podczas której przedzierając się przez cudne lasy deszczowe mieliśmy dojść na punkt widokowy ze skałą zwaną Głową Małpy. Powrót miał odbywać się tą samą drogą. Pełni werwy maszerowaliśmy, znów próbując nasycić oczy niekończącą się zielenią.



 Musieliśmy parę razy przekroczyć rzekę San Rafael stąpając po kamieniach, co na początku robiliśmy z dużą rozwagą. Gdy przypomnę sobie, co działo się później zaczynam się śmiać... Ale o tym zaraz.


 Zatrzymaliśmy się na chwilę przy rozstaju dróg. Fernanda i Sebastian zostali tutaj, porobić zdjęcia pobliskim wodospadom. Reszta ekipy ruszyła do góry. Można powiedzieć, że skończył się dla nas spacerek. Reszta drogi była stroma, błotnista, wymagała chwytania się lian i korzeni dla utrzymania równowagi. I tak wywróciłam się nieskończoną ilość razy. Frajda była niesamowita!


Piękne i bardzo rzadkie czarne anturium tak po prostu rośnie sobie przy ścieżce...




 W pewnym momencie zaczął padać deszcz. Im wchodziliśmy wyżej, tym padał jeszcze mocniej. W przeciwdeszczowych kapocach niespecjalnie nam to przeszkadzało, jednak szansa na zobaczenie jakiegokolwiek widoku z Głowy Małpy była nikła. Mając jeszcze dwie godziny drogi na szczyt, podczas już naprawdę sporej ulewy podjęliśmy decyzję o odwrocie. Powód był prosty - gdybyśmy zdecydowali się na dalszą wędrówkę do góry, powrót przez rzekę San Rafael byłby prawdopodobnie zupełnie niemożliwy.

Wytarzani w błocie i mokrzy od deszczu doszliśmy w końcu do pierwszej przeprawy przez San Rafeal gdzie przekonaliśmy się, iż decyzja o odwrocie była słuszna. I tak musieliśmy kilkukrotnie przechodzić przez rzekę zanurzeni w zimnej wodzie do połowy ud, trzymając się za ręce by przeciwstawić się wartkiemu prądowi. Przemoczeni do suchej nitki dotarliśmy do Planes de San Rafael, gdzie czekali już na nas Fernanda i Sebastian, którym deszcz również dał w kość. Po przebraniu się i względnym wysuszeniu usiedliśmy wszyscy razem do gorącej kawy i... czekolady, którą przywiozłam z Polski.


 Od dawna chciałam spróbować Melissy - jedynej mlecznej czekolady w ofercie francuskiej manufaktury Francois Pralus. Niedawno zakupiłam ją za pośrednictwem Sekretów Czekolady. Melissa zawiera w sobie 45% madagaskarskiego kakao odmiany Criollo. Próbowałam już madagaskarskiego Criollo od Pralusa w wersjach 100% i 75%, mleczną łagodność zostawiłam sobie na koniec.

SPROSTOWANIE. Pralus Melissa to w rzeczywistości czekolada z indonezyjskiego kakao (konkretniej z Jawy). Na nalepce czeskiego dystrybutora oraz w Internecie (chociażby wspomniany niżej blog Chocolate Codex) podane są błędne informacje. Postanowiłam nie przekształcać całej recenzji, bowiem to bez sensu... Melissę i tak odebrałam jako bardzo łagodny Madagaskar, wyrazistych nut Indonezji na próżno tu szukać. Winna jednak jestem to sprostowanie...

Solidna 100-gramowa tabliczka zachwyciła jasną i ciepłą barwą tworzącą wrażenie przytulności. Łamała się dość miękko, choć nie można jej odmówić "ciała", solidności, pełności. Pachniała słodko-mlecznie i w sposób lekko palony - znalazło się tu miejsce dla karmelu, miodu, orzechów i wanilii. Wszystko wieńczyła orzeźwiająca nuta cytrusów.



 Współtowarzyszy degustacji urzekła przyjemnie tłusta gładkość czekolady i jej naprawdę niebywała smakowitość. Gdybym jadła ją sama z Mężem, nie miałabym problemu z pochłonięciem całej połowy (z chęcią wciągnęłabym jeszcze więcej). To typowy Madagaskar w mlecznej wersji - od razu pomyślałam o dawnym mlecznym Menakao, choć pewnie i tu nie było aż tyle dzikości co kiedyś w Light & Fudgy.

Wiodącą, najbardziej wysuwającą się na przód nutą smakową były dla mnie rześkie cytryny i grejpfruty, które jednak zostały położone na tak solidnej słodko-gładkiej bazie, iż w zasadzie trudno nazywać tę tabliczkę kwaśną. Melissa jest przede wszystkim słodka. Szczególnie bliska sercu stała mi się recenzja na Chocolate Codex, gdzie smak Melissy przyrównano do karmelowego koziego sera z Norwegii o nazwie gjetost. Wprawdzie nigdy nie miałam okazji jego próbować, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, co autor miał na myśli. Często mam skojarzenia z kozim mlekiem w przypadku mlecznych Prawdziwych Czekolad - tutaj było ono wyjątkowo trafne, szczególnie w połączeniu z mocnym karmelem. Swoją drogą, koniecznie muszę spróbować gjetost!



 Innym trafnym skojarzeniem na Chocolate Codex jest tahini. Delikatna, lekko ziemista pasta z sezamu i orzechów wtopiona w mleczno-karmelową masę doprawiona tu została prawdziwą wanilią (nie ma jej w składzie - to po prostu kakaowa iluzja) i umiarkowanie słodkim miodem. I ten unoszący się nad słodkim aksamitem cytrusowy powiew świeżości... Mmmm...

Czekolada zebrała pochwały, a ostatnia kostka została dyplomatycznie oddana mi, choć długo czekała na swoje przeznaczenie. Z wielką chęcią powróciłabym kiedyś do Melissy, która jest przepyszną mleczną czekoladą, typowo madagaskarską, bardzo wyrazistą i łagodną zarazem.


 Spakowaliśmy się i wsiedliśmy do auta Sebastiana, wracając do Pereiry. Po drodze zatrzymaliśmy się na posiłek, gdzie pierwszy raz próbowałam soku z guanabany na mleku - od tego czasu mojego ulubionego napoju w Kolumbii.

Wraz z Mężem i Eduardo zostaliśmy w Pereirze w hostelu Coffee & Travel - Fernanda i Sebastian pojechali do swojego domu, gdyż są tutejsi. W trójkę wybraliśmy się na wieczorny spacer, chłonąc klimat przepięknie położonej miejscowości.



Skład: ziarna kakao, czysty tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, cukier, lecytyna sojowa non-GMO.
Masa kakaowa min. 45%.
Masa netto: 100 g.

sobota, 29 października 2016

Pralus Djakarta Criollo - Trinitario 75% ciemna


Noc z 6 na 7 września spędziliśmy samotnie w schronie nad jeziorem Caballo. Nie było sensu rozbijać tutaj namiotu, gdyż wiatr szczególnie mocno dawał się we znaki. W schronie zaś było zacisznie i przestronnie. Przyznam, że to właśnie tam spało mi się najlepiej. Schrony w Sierra Nevada są niesamowite. Zazwyczaj posiadają kilka izb, ale Caballo był malutki, jednoizbowy. Turyści zostawiają tu trwałe pożywienie, lekarstwa, rozpałkę itp., aby zbłąkany wędrowiec mógł bezpiecznie spędzić noc.


Relaks w górach z górską książką - nie ma nic przyjemniejszego!


7 września czekał nas powrót do cywilizacji. Po śniadaniu i posprzątaniu po sobie schronu ruszyliśmy w drogę, mijając po prawej monumentalny Cerro del Caballo. Bliskość doliny i powolne wytracanie wysokości sprawiła, iż pomimo suchej aury spotykaliśmy coraz więcej roślinności. To już nie była kraina skał.



Pierwszą przerwę na czekoladę urządziliśmy sobie przysiadając na samotnym głazie, na którym wygrzewaliśmy się w promieniach porannego słońca. Z plecaka wyjęłam Pralus Djakarta 75%, zakupioną poprzez Sekrety Czekolady. Pragnęłam porównać ją z Pralus Indonesie 75%, która okazała się być naprawdę mocnym doznaniem. Kolejna jawajska propozycja francuskiej manufaktury posiada w sobie łagodzącą domieszkę kakao z Ghany. Podobny zabieg został zastosowany także w Pralus Caracas 75%. Djakarta jest więc połączeniem jawajskiego Criollo oraz ghańskiego Trinitario (strona internetowa Pralusa mówi o Forastero... jak jest naprawdę?).


Czekolada prezentowała się pięknie. Nie mogłam oprzeć się pokusie sfotografowania jej na tle skał - tak pięknie jej przekrój komponował się z górską surowością. Jej ciemny brąz był żywy i cudnie iskrzył się w blasku słońca, zaś rzeźbione wnętrze zdawało się być zarówno surowo-skalne, jak i soczyste. W porównaniu do Indonesie jej zapach okazał się o wiele delikatniejszy. Odnaleźliśmy tu wprawdzie ziemię, dym i kawę, ale wszystko to okryte było sporą dawką niewinnej słodyczy, zaskakująco kojarzącej mi się ze... słodką wonią róż.



Przy pierwszym ugryzieniu Djakarta okazuje się być dość proszkowa i sucha, a przy tym ściągająca. Pomimo ściągania gorycz czy kwaśność nie wysuwają się tutaj na pierwszy plan, co było nietypowe. Słodycz od razu dopieszcza nasze kubki smakowe. Smak jest przewrotny tak jak faktura. Niby jest słodko, ale jednocześnie z pazurem. Drapieżne nuty czają się gdzieś w tle i nieustannie próbują dość do głosu. Mowa tu o charakternym, ziemisto-dymnym ściąganiu, które próbuje dotrzymać kroku słodyczy przypominającej posłodzony sok z dojrzałych cytryn. Właśnie dlatego, owo ściąganie pozostawia po sobie ciekawą, znaczną dozę świeżości. Wszystko to doprawione jest czymś na kształt słodkich perfum, co ponownie kojarzy mi się z delikatnym różanym olejkiem, a także z jabłkami pochodzącymi z jabłoni bardzo starych odmian (mam takie w ogrodzie).


Specyficzna szorstkość wraz z oryginalną słodyczą oraz istotną rześkością tworzą iluzję chłodnego mlecznego napoju. Wraz z Mężem pomyślałam o maślance. Nie jesteśmy osamotnieni w nabiałowych skojarzeniach - generalnie dość podobne opinie do naszych znaleźć można w recenzji na blogu One Golden Ticket. Cytrusy, maślanka, ziemia... Djakarta coraz bardziej zaczęła przypominać Madagaskar. No cóż, wszak dzięki fuzji Pralusa znaleźliśmy się gdzieś pomiędzy Ghaną a Jawą - może właśnie trafiło na Madagaskar... Pralusowa Djakarta to taka czekoladowa maślanka, nieco przewrotna, na pewno o wiele przystępniejsza od Indonesie. Mrok Jawy został tu skutecznie rozświetlony.


Po degustacji ruszyliśmy dalej w dół. Z każdym metrem - coraz cieplej, coraz mniej wietrznie. Minęliśmy gdzieś Cuerda de Lanjaron 2465 m n.p.m. i posuwając się niżej paradoksalnie zdawaliśmy się przybliżać do słońca.



Skład: ziarna kakao, czysty tłuszcz kakaowy, cukier, lecytyna sojowa non-GMO.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 100 g.

czwartek, 27 października 2016

Bonnat Java ciemna mleczna 65%


Schodząc z Pico del Veleta 3396 m n.p.m. minęliśmy bokiem schron Refugio La Carihuela 3201 m n.p.m. wkraczając na pełną skalnych pułapek grań Tajos de la Virgen. Przeskakiwaliśmy ze skały na skałę nie bacząc na ekspozycję, choć w pewnym momencie dostałam zupełnie irracjonalnego ataku paniki. Zdjęć z eksponowanych miejsc oczywiście nie ma, nie myśleliśmy wtedy o pstrykaniu fotek (w sumie szkoda...).






Dość długo brnęliśmy pomiędzy skałami, by w końcu dojść na drogę prowadzącą bezpośrednio do schroniska Elorrieta wybudowanego w 1935 r. To miejsce posiada niesamowity, nieco przerażający klimat i powiem szczerze, że nie chciałabym tam nocować...





Choć w dolinie, która właśnie otworzyła się przed nami, znajdowały się malownicze jeziorka, my obraliśmy inną drogę. Wkroczyliśmy na kolejną grań, leżącą po naszej prawej stronie. Ponownie czekał nas marsz szczytami, aż do ostatniego celu na ten dzień - widocznej na powyższym zdjęciu majestatycznej góry Cerro del Caballo 3011 m n.p.m.


Miałam ochotę właśnie na nią - tajemniczą, jawajską piękność. Gdy kupowałam w Sekretach Czekolady tę indonezyjską propozycję od Bonnat nawet nie miałam świadomości, iż jest to tabliczka mleczna! 65% zawartość intrygującego mnie od zawsze jawajskiego kakao w połączeniu z tłuściutkim mlekiem - to musiało byc coś!

Moje zdziwienie było przeogromne, gdy po rozpakowaniu tabliczki dostrzegłam czekoladę niezwykle jasną. W życiu nie powiedziałabym, że ma aż 65% kakao! Ciemne mleczne kuwertury w nadziewańcach Zottera są o wiele, wiele ciemniejsze. Jawajska Bonnat wyglądała prześlicznie. Jej kolor był niewyobrażalnie ciepły i słoneczny, kojarzył się z boską mlecznością i błogą słodyczą.


Czekolada pachniała bardzo mlecznie, z licznymi karmelowymi i orzechowymi nutami. Wydawała się być bardzo bogata, gęsta od smaków. Pierwszy kęs momentalnie utulił nas od wiatru. Java rozpuszczała się w ustach gładkim i tłustym filmem, charakterystycznym dla Bonnat, wspaniale śmietankowym. Była przy tym tak cudnie esencjonalna, tak błoga, iż już po paru sekundach wraz z Mężem nabrałam przekonania, że nigdy nie jedliśmy podobnej ciemnej mlecznej czekolady.

Aksamit czekolady rozlewał się w ustach słodziutkim karmelem, wyważoną palonością oraz feerię orzechów: włoskich, laskowych, kokosa, może odrobiny nieprażonego sezamu. Miała w sobie bardzo delikatną (ale to bardzo!) nutkę cytryny, przez co nie była za nadto przytłaczająca. Głęboka karmelowa mleczność tej czekolady mieszała się z delikatnymi ziemistymi nutami kakao, z palonymi orzechami - tworząc zniewalający efekt.


Tak naprawdę nie jestem w stanie nic więcej napisać o tej czekoladzie. Była absolutnie przepyszna, obezwładniająca - ale nie atakowała nowymi doznaniami z lewa i z prawa. Była spokojną, lejącą się przyjemnością, ogarniającą całe ciało niczym błogi, harmonijny orgazm. Orgazm, który z definicji kojarzony jest z czymś porywczym, tutaj skomasował się w rozlanym, długim upojeniu. I trwał, trwał, trwał... Po tej niezwykłej czekoladzie przychylniej spojrzałam na Bonnat 100%, która już od dawna leżała w Magicznej Szufladzie i ciągle obawiałam się po nią sięgnąć.





Po tak urokliwej degustacji dalsza droga była dla nas jeszcze przyjemniejsza. Maszerując dalej granią w końcu w dole dostrzegaliśmy już jezioro wraz ze schronem, w którym mieliśmy spędzić najbliższą noc. Wpierw jednak czekało nas zdobycie przepięknego Cerro del Caballo 3011 m n.p.m. Będąc na szczycie kontemplowaliśmy całą trasę, jaką zrobiliśmy tego dnia - od samego rana nie spotykając na swej drodze ani jednego człowieka. Prędko rzuciliśmy okiem na przebieg naszej trasy na kolejny dzień i rozpoczęliśmy schodzenie z dół do jeziora. Na Cerro del Caballo wiatr był tak dokuczliwy, że zupełnie powstrzymaliśmy się od rozmów. Zbliżaliśmy się nad jezioro, gdzie spędzić mieliśmy ostatnią noc w samotnych górach...





Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, mleko w proszku.
Masa kakaowa min. 65%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 626 kcal.
BTW: 8/49/40,5