środa, 14 grudnia 2022
Mirzam ciemna 62% Ghana z kawą i kardamonem
poniedziałek, 15 listopada 2021
Raaka Matcha Swirl ciemna 62% Tanzania i biała kokosowa z herbatą matcha
sobota, 30 października 2021
Raaka Turmeric Radiance ciemna surowa 62% Dominikana z kurkumą, imbirem, wanilią, skórką pomarańczy, trawą cytrynową, werbeną, cynamonem, kardamonem, kolendrą, macą i goździkami
środa, 4 listopada 2020
Bean Geeks Burned Beer Nuts ciemna 62% Gwatemala z orzechami laskowymi prażonymi i karmelizowanymi w piwie stout Vanilla Shake
Burned Beer Nuts od Bean Geeks to dla mnie szczególnie wyjątkowa czekolada. Doskonale pamiętam, jaką rozkosz sprawił mi waniliowo-kawowy stout Vanilla Shake z browaru Mikkeller, choć piłam go już kilka lat temu. Mikkeller to po prostu najwyższa półka w kwestii browarnictwa, a to piwo idealnie uderzyło w mój gust. Tu, w Burned Beer Nuts użyto orzechów laskowych prażonych i karmelizowanych właśnie w piwie Vanilla Shake. Prześlicznie wyglądające orzechy umieszczone zostały w ciemnej czekoladzie o 62% zawartości gwatemalskiego kakao Indio Rojo - Triniario z rejonu Rio Dulce, które to znamy już z kilku innych propozycji od Bean Geeks. Czekolada trafiła w moje ręce dzięki uprzejmości sklepu Sekretów Czekolady.
Wygląd tej tabliczki to dla mnie małe dzieło sztuki. Minimalistyczna, lecz karmelizowane orzechy wyglądają na niej tak wyjątkowo! W sferze zapachu to je czuć przede wszystkim. Mając w pamięci doświadczenia choćby z Guatemala 70% żałowałam, iż w tym połączeniu nie zastosowano bardziej kawowego, skórzanego, ziemistego kakao... Indio Rojo to przede wszystkim radosne, soczyste owoce czerwone. Szczerze powiedziawszy, orzechy w piwie przyćmiły tę czekoladę. Kusił, tak bardzo kusił waniliowy shake, ale nadal za mało było tu paloności, niż bym tego chciała.
Dominowała łagodność karmelu z nutą wanilii i bardzo delikatnej kawy, otulających przepyszne, wysokojakościowe orzechy laskowe. Cieniutka warstwa piwnego karmelu, w jakim były zanurzone, przypominała również wyjątkowo aromatyczny miód pitny. Nie mniej jednak... mogło być tu więcej, więcej wszystkiego, więcej piwno-czekoladowej rozkoszy. Odczuwam pewien niedosyt.
Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe, piwo (woda, słód jęczmienny, owies, chmiel, kawa, wanilia, drożdże).
Masa kakaowa min. 62%.
Masa netto: 40 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 458 kcal.
BTW: 7/29/58.
piątek, 14 lutego 2020
Naive Imperial Stout ciemna mleczna 62% z piwem imperial stout
Ostatecznie skojarzenia poprowadziły mnie w stronę Boozy Chocolate Mousse od Zottera, w której soczystość czekoladowego musu łączyła się spójnie z aromatycznym, rozgrzewającym alkoholem. Doprawdy, nasza Naive miała pewien wciągający wilgotny pierwiastek, jaki posiadają liczne Handscooped.
wtorek, 7 stycznia 2020
L'Atelier Des 5 Volcans Reserve De Dja ciemna 62% Kamerun
Cały asortyment manufaktury L'Atelier Des 5 Volcans zakupiłam w sklepie Sekretów Czekolady.
Tak, Reserve Du Dja 62% to całe mnóstwo przyjemnej, pudrowej i owocowej słodyczy. Jest ona nam dobrze znana z uprzednio próbowanych czekolad tej marki. Słodycz ta kojarzy się z landrynkami w pudrze i kandyzowanymi owocami tropikalnymi. Z mniej przyjemnych skojarzeń - zakrawa nieco o witaminowe tabletki do ssania. W tym przypadku, gdy żaden dodatek nie modyfikuje smaku kakao, owa pudrowość niebezpiecznie zbliżała się w stronę bezowo-piankowej specyfiki Amedei. Na szczęście dziś opisywana tabliczka ostatecznie potrafiła przebić się przez ten powoli budowany przez samą siebie mur, oferując coś ciekawszego, soczystego, miłego.
To już koniec mojej przygody z ziarnami z Dja w interpretacji marsylskiej czekoladniczki. Ciekawa jestem, cóż takiego pokaże nam kolejny rodzaj ziaren używany przez markę - pochodzący z rejonu Haut Penja.
niedziela, 28 kwietnia 2019
Georgia Ramon Cahabón Estate Guatemala ciemna mleczna 62% Cooperative Fedecovera Q'eqchi Mayas Farmers Trinitario
Ciemniejsza niż Brasilien 60%, nasza Guatemala 60% wyglądała jednak równie aksamitnie i soczyście, zapowiadając już samą aparycją coś złożonego i pysznego. Z dotyku była przyjemnie miękka, delikatna. Pachniała słomą i solą morską wymieszaną z kakaowymi, mocno karmelowymi krówkami ze śmietaną i masłem.
Pod koniec degustacji, gdy już przebrnęliśmy przez szereg nabiałowych wariacji, przebrzmiał nie do końca dojrzały orzech włoski oraz feeria leśnych owoców - wracając jednak do nabiału - ukrytych w kremowym jogurcie. Bardzo ważnym jest, iż cała tabliczka była naprawdę mało słodka (surowy cukier trzcinowy stoi na ostatnim miejscu w składzie!), przez co każda z nut jawiła nam się intensywniej. Można było ją wyłuszczyć bez przeprawiania się przez morze cukru.
Jestem przeogromnie ciekawa, jak odbierzemy gwatemalskie kakao w interpretacji Georgia Ramon bez udziału mleka. Gdzie zaprowadzą nas owe ziarna bez tak silnego wpływu mleka (19% składu), które magicznie modyfikowało czystą moc ziaren.
czwartek, 8 listopada 2018
Minka Hacienda San Jorge ciemna 65%
Kolejną plantacyjną czekoladą ekwadorskiej marki Minka, którą przyszło nam spróbować była Hacienda San Jorge o 65% zawartość kakao uprawianego w okolicach miejscowości Balao w prowincji Guayas. Pierwszą taką po którą sięgnęliśmy, była spektakularna Hacienda La Zambrano, toteż po San Jorge również spodziewałam się wiele. Wszystkie moje czekolady Minka kupiłam w sklepie przy głównym placu w Quito, podczas tegorocznej wizyty w Ekwadorze.
San Jorge wydawała się bardziej krucha niż La Zambrano. Pachniała kakao na mleku z cynamonem. Jej woń charakteryzowała się pewną pikantnością, wiercącą w nosie. Przyjemnie rozpuszczała się w ustach, niby masywnie, ale jednak lekko, w ciekawy gumowato-błotnisty sposób. Miała też w sobie pewne elementy twardości i grudowatości. Kontynuacją sfery zapachu był w smaku wyrazisty akcent chai latte, z kwiatowym syropem oraz mnóstwem pieprzu, cynamonu i kardamonu.
Producent na opakowaniu wspomina o intensywnych nutach jaśminu, róży, kwiatu pomarańczy, werbeny, rodzynek i śliwek. Ja prócz aromatycznego chai latte skupiłam się bardziej na niedojrzałych owocach (brzoskwiniach i morelach), na dzikich mirabelkach oraz arbuzie. Wyrazista była również nuta ziół i surowego ziarna kakao, nadająca całości nieco meksykańskiego sznytu. Pomyślałam o marokańskiej zielonej herbacie z miętą.
W ostatecznym rozrachunku sama już nie wiedziałam, czego w tej czekoladzie było więcej: przypraw, ziół, kwiatów czy owoców. Na dodatek wszystkie te elementy podane były w bardzo nieoczywistej formie. Bardzo dobrze się ją jadło i nie pogardziłabym, gdyby czekolady było więcej niż 50 g. Minka po raz kolejny w swej plantacyjnej propozycji zauroczyła niebywałą dynamiką kakao, co jest jej ogromną zaletą.
Skład: ziarna kakao, cukier, lecytyna sojowa.
piątek, 23 czerwca 2017
Naive Porcini ciemna mleczna 62% Tanzania z borowikami
Wraz z ostatnią niewielką przesyłką ze sklepu Sekretów Czekolady zawierajacą najnowsze Domori oraz meksykańską Bonnat, otrzymałam w gratisie tabliczkę ze zbliżającym się terminem ważności. Tabliczkę kolejnej po La Naya litewskiej marki - Naive. Moje pierwsze doświadczenie z Naive miało być mocne i kontrowersyjne - oto w moje łapki trafiła ciemna mleczna czekolada o aż 62% zawartości kakao pochodzącego z Tanzanii. Zresztą, cała marka Naive jest wyjątkowa, gdyż zajmuje się przede wszystkim... projektowaniem odzieży, obuwia i dodatków. Prawdziwe Czekolady są diamentem w ofercie House of Naive!
Nie ma co ukrywać, bałam się tej degustacji... W końcu nie mogłam znieść Zotter Kandierte Preiselbeeren, w której borowiki odgrywały główną rolę (pomimo nazwy produktu). Przypuszczam, że sama raczej nie zakupiłabym Naive Porcini, raczej sięgając po inne pozycje z asortymentu Naive, jak na przykład czekolada z chmielem. Ale że darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, podjęłam wyzwanie...
Opakowania czekolad Naive są proste i eleganckie, to samo dotyczy samych tabliczek. 55-gramowa tafla nie została podzielona na kostki, za to na jej wierzchu znajduje się wypukłe logo marki. Porcini była bardzo ciemna, nie zdradzająca, że kryje w sobie mleko. W przekroju gładko-szklista, nie zdradzała także dodatku grzybów. Zapach jednak mówił nam wszystko. Wąchając czekoladę poczułam się, jakbym wsadziła nos do kosza z grzybami. Po chwili zastanowienia wcale nie czułam borowików, lecz raczej lekko przeschnięte na słońcu czubajki kanie, następnie rzucone na rozgrzaną patelnię (mniam!).
Na apetycznym zapachu się skończyło. Po pierwszym kęsie powiedziałam do Męża, że chyba zje całą tabliczkę... O ile bardzo lubię jeść grzyby i o ile bardzo kocham czekoladę, tak połączenie tych dwóch składników wyjątkowo mi nie leży. Kojarzy mi się z gorzkim posmakiem wymiocin... A fe!
Czekolada sama w sobie bardzo łatwo rozpuszczała się w ustach. Była wyjątkowo aksamitna i plastelinowa. Gdyby nie grzyby, taka konsystencja bardzo by mi odpowiadała. Intensywny grzybowy smak przyćmiewał jednak wszystko i teraz ów miły aksamit zdawał się jeszcze bardziej obrzydzać mi degustację. Cały czas czułam gdzieś w tle, że tanzańska czekolada od Naive musi być przepyszna, ale naprawdę nie byłam w stanie wyłapać nut płynących bezpośrednio z kakao. Grzyby za mocno dawały czadu.
Jednakże wraz z przebiegiem degustacji intensywność grzybów nieco płowieje, przez co czekolada staje się bardziej znośna. Ostatecznie łatwiej mi było ją znieść niż grzybowego Zottera, gdzie czekoladowo-grzybowy duet był jeszcze dodatkowo podkręcony wariackimi przyprawami. Naive stawia raczej na siłę wyrazistego duetu, bez efektów specjalnych - choć sam duet już jest wystarczająco szałowy. Dla mnie zbyt szałowy.
Przez cały czas nie mogłam odżałować, że umyka mi gdzieś sama czekolada. Choć Naive Porcini zupełnie nie trafiła w moje gusta, to zainteresowała mnie marką. Na pewno będę dążyła do przetestowania pozostałego asortymentu Naive. Coś mi podpowiada, że skubańcy robią naprawdę dobrą czekoladę!
Skład: ziarna kakao, cukier, czysty tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, liofilizowane borowiki, lecytyna słonecznikowa.
wtorek, 13 października 2015
Zotter India 62% ciemna
W zestawie Labooko Contest, do duetu ze wspaniałą Loma Los Pinos przyłączona została intrygująca tabliczka z indyjskiego kakao. Serce tak mocno biło mi tuż po degustacji dominikańskiej czekolady, a tutaj czekało na mnie jeszcze takie orientalne cudeńko. Czułam, że prawdziwe palpitacje serca zbliżają się nieuchronnie...
Wprawdzie istnieją czekoladowe marki bazujące tylko i wyłącznie na indyjskim kakao (chociażby Earth Loaf, opisywana już na blogu Chwile Zasłodzenia), ale to Zotter miał być moim pierwszym doświadczeniem z ziarnami z tej części globu. Zotterowska India 62% została wykonana z kakao wyhodowanego w stanie Kerala, położonym na Wybrzeżu Malabarskim. Kerala to niezwykłe miejsce na mapie Indii. Mówi się tam językiem malajalam, posiadającym swój odrębny alfabet. To stan, który stoi na najwyższym poziomie w Indiach jeśli chodzi o edukację i medycynę. Sama nazwa Kerala oznacza krainę palmy kokosowej. W Kerali prócz kakao i palmy kokosowej uprawia się herbatę, pieprz, wanilię, cynamon i kardamon. O mamo! To brzmi, jakby cała keralska ziemia przesiąknięta została tymi magicznymi aromatami.
Jako, że mieszkańcy Kerali są naprawdę kumaci, nie jest dla nich problemem uprawa kakao według zasad Fairtrade i Organic - czyli tak, jak lubi Zotter. Pochodzące z tych ziem ziarno wymaga szczególnego traktowania - Zotter uprażył, zmielił i skonsztował je według specjalnej receptury. Jakże byłam ciekawa, czy pełna ciemna czekolada bez dodatków rzeczywiście odzwierciedli ducha Indii? Wcześniej już jadłam doskonałą Namaste India z serii Zotter Handscooped, ale przecież była to tabliczka pełna przypraw, utkana na indyjski wzór, pełna tamtejszych inspiracji. Tu zaś mamy czyste kakao.
Wąchając Indię 62% nie czujemy już mrowienia w nosie jak przy Loma Los Pinos. W pierwszym momencie odczuwamy wilgoć, a potem do głosu dochodzą akcenty tak mocne, że aż niedorzeczne. Cynamon? Może... Ale przede wszystkim jest to lukrecja i anyż, doprawione olejkiem z mięty. Dłonie zaczęły mi drżeć z podekscytowania.
Struktura tej czekolady jest twarda i sucha, przypominająca zbity kryształ. Kęs ciężko rozpuszcza się w ustach, pozostawiając w nich słodko-suchy posmak i swoistą ziemistość. Gdy już stopniowo rozleje się w ustach cały bukiet Indii 62%, doznajemy szoku. Totalnie detronizuje nas duszność najprawdziwszych, intensywnych przypraw. Przypraw, które dominują nad wszystkim w tej czekoladzie - a przecież wcale ich tam NIE MA! To, co wyczuliśmy w sferze zapachu, w smaku przychodzi ze zdwojoną siłą. Lukrecja prześciga się z anyżem, a między nimi wiruje mocna miętowa esencja. Do tego dochodzi nieprawdopodobna dawka kardamonu, do której przykolegowują się pieprz i cynamon. Obłęd.
Gorycz i kwaśność praktycznie zupełnie tu nie występują. India 62% to czysta słodycz wyraziście doprawiona pikanterią. Konsumpcja tej czekolady była niczym zjadanie zmrożonego piernikowego kremu, aż suchego od bogactwa przypraw. Na pewno jest to czekolada mniej przystępna od Loma Los Pinos, esencjonalnie orientalna. Sucha ziemistość daje się cały czas odczuć na języku, tak, jakbyśmy spożywali miks zmielonych przypraw korzennych.
India 62% jest nieprawdopodobnie korzenna, z ziołową nutką - choć nie ma tu ani grama przypraw i ziół. Ta czekolada jest najlepszym przykładem na to, jak bardzo chłonne i plastyczne jest kakao. Potrafi smakować diametralnie różnie w zależności od metod obróbki, lecz przede wszystkim - znaczenie ma miejsce uprawy kakaowców. Jeśli ktoś nadal nie wie o co mi chodzi, gdy piszę o różnorodności czekolad single-origin, powinien wypróbować tego zotterowskiego duetu - tutaj różnice aż biją po głowie.
To pozycja obowiązkowa dla każdego fana korzeni - brak ich obecności w czekoladzie wprawia w niemałe zaskoczenie. Po degustacji Indii 62% będę teraz każdą tabliczkę single-origin odbierać jako podroż do krainy, skąd pochodzi kakao wykorzystane do produkcji czekolady. Mając świadomość, jakie przyprawy są uprawiane na ziemiach Kerali i czując je tak obezwładniająco intensywnie w keralskiej czekoladzie - już wiem, że Prawdziwa Czekolada posiadła tak pożądaną przeze mnie, wymarzoną moc. Moc teleportacji.
niedziela, 11 października 2015
Zotter Loma Los Pinos 62% ciemna
Dzisiaj przed Wami pierwsza czekolada z duetu Labooko Contest zawierającego dwie tabliczki 62%, stworzone z kakao pochodzącego z dwóch odległych od siebie części świata. Co za porównanie! Degustacja pozwoli nam na teleportację - z Dominikany do Indii. Z jedną dominikańską czekoladę miałam już do czynienia (mowa o dziele od Morin) i jak się okazało, w zotterowskiej Loma Los Pinos odnalazłam kilka podobnych nut, ale o tym za chwilkę...
Yacao to dominikańska asocjacja producentów kakao. Jej działalność wspiera nie tylko lokalne społeczności, ale i naturalną przyrodę obszaru Loma Los Pinos. Kakaowce nie wypierają tutejszych lasów, one żyją z nimi w zgodzie. Tak samo Zotter pragnął pozostać w zgodzie z dominikańskim spojrzeniem na kakao i stworzył ciemną czekoladę na latynoską modłę - słodką, a jednocześnie zawierającą w sobie całe bogactwo regionu.
Co przynosi nam w darze dominikańska ziemia? Świeżo rozpakowana ze złotka tabliczka pachnie wilgocią oprószoną cynamonowo-owocowym pyłkiem. Tak, przybliżając nos tuż do brązowej tafli czujemy się, jakbyśmy zaciągali z jej powierzchni pyłek, który lekko i przyjemne kłuje w nos. Ma on aromat mieszanki sproszkowanych owoców i kory cynamonu. Zapowiada się ciekawie.
W ustach Loma Los Pinos niełatwo poddaje się działaniu ciepła - jest twarda i zbita. Gdy już w końcu zacznie się rozpuszczać, staje się błotnista i lepka. To, co się dzieje, gdy odkrywa przed nami swoje wnętrze, jest nieprawdopodobne. Czekolada staje się głęboka niczym bagno - zamykamy oczy i zapadamy się we wspaniałą słodycz. Wykwitną słodycz, która gra pierwsze skrzypce w tej kompozycji.
Czym jest słodycz wykwintna? To smak, który nie ma w sobie ni krzty ordynarności białego cukru - przeplatany deserowo-goryczkowymi kawowymi elementami, z nutą kwaśności charakterystycznej dla owoców i orzechów. Przez odczucie rozkosznej i głębokiej słodyczy przebija się kawowy, dystyngowany akcent, a dalej... O nie, nie w ten sposób, tego nie da się tak opisać, to trzeba zebrać w całość.
W rozwinięciu Loma Los Pinos ma trzy etapy, przechodzące płynnie z jednego w drugi. Nie jest to czekolada bardzo zmienna, ale te trzy etapy bez problemu byłam w stanie wyróżnić. Loma Los Pinos przenosi nad do cukierni, jasnej i pełnej pozytywnej energii. Przez czyste szyby przebija się radosne słońce, oświetlające półki uginające się od świeżych wypieków - pięknych, dopracowanych co do najmniejszego szczegółu, dobrych jakościowo.
Pierwszym etapem jest wilgotny tort czekoladowo-kawowy, z kandyzowanymi wiśniami. Drugi etap to kruche ciasto mokre od mnogości świeżych śliwek w cynamonie, ozdobione bezą i aromatyczną kruszonką. Trzecią częścią jest cytrynowa tarta zawierająca w sobie cytrynowy likier, suto posypana prażonymi orzechami. Pomiędzy jednym a drugim etapem podjadamy mocno zmrożone czekoladowe lody, bo właśnie tak w ustach rozpuszcza się ta czekolada. W finiszu pojawia się mleczność, a na podniebieniu pozostaje błoga słodycz i gładkość bez krzty proszkowatości.
Cóż tu więcej pisać? Loma Los Pinos po prostu z niewyobrażalną mocą stymuluje zmysły i pobudza mózg. Wszystko wrze wewnątrz człowieka gdy je te pyszności, uśmiech sam wstępuje na twarz, a w całym organizmie zaczyna pulsować niewyobrażalna dawka endorfin. Jakże inaczej mogłoby się stać dzięki czekoladzie znad Morza Karaibskiego? To wręcz musiała być esencja witalności. Tak bardzo zostaliśmy rozbudzeni tą czekoladą, a przecież przed nami była jeszcze degustacja tabliczki z Indii... Co takiego przyniosła nam hinduska piękność? Tego dowiecie się już pojutrze!
Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól.
sobota, 11 kwietnia 2015
Tai Tau ciemna 62%
Jedną z tajemnic handlu pozostanie dla mnie fakt, dlaczego Biedronka postanowiła sprowadzić do Polski akurat litewskie czekolady? Być może usilnie poszukiwała jakichkolwiek produktów ze synonimami słowa "specjalny" w nazwie, aby móc zbudować bogaty folder "eksluzywnych" produktów utrzymanych w konwencji marki własnej La Speciale. W każdym bądź razie, w okresie przedwielkanocnym w Biedronkach pojawiły się trzy ciemne czekolady Tai Tau bez dodatków, wyprodukowane przez litewską fabrykę czekolady Meskenas (czyli szop pracz ;)).
Obiecałam sobie, że kupię je dopiero, gdy zostaną przecenione - nie łudziłam się, że ciemne czekolady rzucone na dyskont zostaną szybko wykupione. Biedronka jednakże pomieszała mi szyki robiąc promocję na asortyment czekolad. A że akurat musiałam się odstresować w pracy, zatrzymałam się przy pierwszej lepszej Biedronce i wyszłam z niej z kilkoma tabliczkami czekolady - w tym z całym triem Tai Tau. Nie od dziś wiadomo, że czekoladowe zakupy są jednym z najlepszych lekarstw na ukojenie nerwów.
Pierwsza na tapetę poszła czekolada o 62% zawartości kakao - w przypadku Tai Tau będziemy wspinać się coraz wyżej jeśli chodzi o poziom masy kakaowej. Napisy na etykiecie głoszą, iż czekolada ma w składzie miazgę kakaową pochodzącą "z wysokiej jakości ziaren kakaowych Ghana, Arriba, Grenada". Niby jest to już jakaś zachęta, że producent potrafi wskazać pochodzenie użytej miazgi kakaowej - ale z drugiej strony cały czas mam obawy, czy jest to czekolada choć odrobinkę wyższej jakości niż gorzkie od Wedla czy z Wawelu. Marka po prostu nie wzbudzała mojego zaufania, nie mówiąc już o fakcie znalezienia tych tabliczek w Biedronce zaraz obok "wykwitnych" La Speciale. Dodatkowo, nieco badziewne przyozdobienie kostek w owoce morza również skłaniało mnie do niezbyt przyjemnych refleksji... Wszystko miał zweryfikować smak.
Naszą czekoladę otworzyliśmy w bardzo nietypowych warunkach. Zjedzona bowiem została... na kolację. Przynajmniej moją, bo w Wielki Piątek wieczorem nie byłam w stanie przełknąć nic innego, niż samoistnie rozpuszczającą się w ustach słodycz. Awaryjnie szybki powrót z górskiego szlaku, dogorywanie w łóżku z gorączką... Ale wieczorem uniosłam głowę w poduszki, wraz z Lubym wypiliśmy kawę przygotowaną w termosie na niezrealizowaną trasę i z uporem maniaka planowaliśmy trasy na kolejne dni. Które notabene zrealizowaliśmy w 100%. Czyżby Tai Tau miała uzdrawiającą moc? ;)
Ciężko mi było w pełni zidentyfikować aromat czekolady mając częściowo zatkany nos, ale mimo wszystko w konsultacji z Ukochanym doszłam do wniosku, że w kwestii zapachowej niewiele się tu dzieje. Tai Tau 62% ma zapach jednolity, aczkolwiek twardy jak skała - słodkawo-deserowy, trochę przywołujący na myśl jagodowo-kakaowy krem. Wydawało mi się, że skądś już znam taki aromat - prosty, ale przyjemny i jednak nieco inny od najpopularniejszych gorzkich tabliczek.
Czekolada w konsystencji była dość twarda, aczkolwiek nie łamała się z mocnym hukiem. Względnie grube kostki sprawiały wrażenie jednolitości i zbitości. Lekki połysk na zdobieniach kostek nie wydawał mi się wcale apetyczny i kuszący, ostatnimi czasy bardziej podoba mi się większa matowość czekolad. Swobodne rozpuszczanie się w ustach też było kwestią dyskusyjną - tą czekoladę zdecydowanie lepiej się gryzło.
Smak? Jedząc Tai Tau 62% miałam nieodparte wrażenie, że spożywam czekoladki z kalendarza adwentowego, ale w wydaniu o wyższej zawartości kakao. Ciężko mi nazwać tą nutę smakową - po prostu przywiodła takie, a nie inne skojarzenie. I to właściwie wszystko. Nie rozpostarła się przede mną paleta niuansów smakowych, nie spodziewałam się zresztą tego. Dostałam jednak deserowy wyrób idealnie pasujący do kawy. Oj tak, mój Ukochany również stwierdził, że taka deserowo-słodka czekolada o zwartej konsystencji bardzo dobrze komponuje się z kawą. A skojarzenie z podkręconą przez kakao wersją adwentowych czekoladek dawało mi przyjemność z jedzenia każdej kostki. Przyjemność, która nie trzęsła murami, niebędąca rozkoszą - ale taką zwyczajną, codzienną przyjemność, dokładnie jak łyk zwykłej kawy.
Ciekawa jestem, co nowego przyniosą z sobą Tai Tau 72% i 82%. Czy w ogóle poczujemy znaczną różnicę? Do ich zrecenzowania zostaje jeszcze trochę czasu, ale nie boję się, że zapomnę jak smakowała 62%. To był tak prosty, łatwy do zapamiętania smak - porównanie przyjdzie mi bezproblemowo.
Skład: miazga kakaowa (Ghana, Arriba, Grenada), cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna rzepakowa.
Wartość energetyczna w 100 g: 558 kcal.



















