Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tibitó. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tibitó. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 czerwca 2020

Tibitó Finca Aguas Claras Acacías Meta ciemna 80% Kolumbia


 Czekolady od bogotańskiego Tibitó stworzone z kakao z kolumbijskiego departamentu Meta znam już całkiem dobrze. Jeszcze w Kolumbii w 2016 roku udało mi się zakupić mleczną Meta 42% oraz ciemną Meta 70%, zaś po czasie, gdy tabliczki Tibitó pojawiły się w sklepie Sekretów Czekolady - kolekcję wzbogaciłam o Meta Coffee 70%. Wszystkie te czekolady oznaczały się przeróżnymi serowymi nutami, które zapamiętałam jako szczególnie charakterystyczne. Również za sprawą Sekretów Czekolady udało mi się parę miesięcy temu nabyć czekoladę z departamentu Meta o 80% zawartości kakao. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, na jej opakowaniu pojawiło się więcej informacji dotyczących pochodzenia zastosowanych ziaren - czekolada jest single farm. Plantacja nazywa się Finca Aguas Claras i znajduje się w pobliżu miasta Acacías.


 80-gramowa tabliczka zdawała się być wyjątkowo jasna jak na tak wysoką zawartość kakao. Pachniała koszem pełnych kwaśnych, nieco zbitych jabłek zebranych późnym, suchym latem w dzikim sadzie. Niektóre ze spadniętych, lekko uszkodzonych owoców zaczęły już lekko fermentować, co pociągnęło za sobą lekko winny aromat.

Powoli i niezbyt lekko rozpuszczająca się w ustach masywna czekolada uderzyła w kubki smakowe mocą kwaśności i palonych goryczek. Pomyślałam o przypieczonej nad ogniskiem skórce od chleba, i to nie byle jakiego chleba, lecz ciemnego żytniego, na zakwasie. Oczywiście kwaśne dzikie jabłka znalazły również swą kontynuację ze sfery zapachowej. Pojawiły się młode orzechy laskowe oraz gorąca, również nieco przypalona konfitura z czarnych i czerwonych porzeczek. Dla pełnego obrazu - konfiturę tą umieściłabym na grzance z wyżej opisanego chleba. Dziko, roślinnie, swojsko - a wszystko to wiodło w stronę ostrych kwaśności, które zwę typowo kolumbijskimi - dawno ich już nie czułam i mocno się za nimi stęskniłam.


 Gdzie za to podziały się serowe nuty? Wypadało mi się ich spodziewać po wcześniejszych doznaniach. Otóż, wraz z biegiem degustacji, czekolada zaczęła odrobinę łagodnieć, idąc w oryginalną stronę jogurtu naturalnego z wkrojonymi doń świeżymi ziołami. To była jedyna nabiałowa nuta, jaką tu wyczułam. Zdecydowanie, Meta 80% to przede wszystkim opowieść o ognisku rozpalonym w letnim, dzikim ogrodzie. Opowieść, która podobała mi się, choć snuła się spokojnie, jak ów dym z ogniska. Mocno i spokojnie.


Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 80%.
Masa netto: 80 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 560 kcal.
BTW: 4/44/36.

wtorek, 3 marca 2020

Tibitó Meta Coffee ciemna 70% z kawą


 Z wyjazdu do Kolumbii w 2016 roku, przywiozłam ze sobą dwie tabliczki od bogotańskiego Tibitó stworzone z ziaren uprawianych w departamencie Meta. Była to mleczna 42% oraz ciemna 70% - obie o niezwykłym, serowym charakterze. Teraz dzięki sklepowi Sekretów Czekolady, tabliczki Tibitó mogę nabyć bez udawania się w daleką podróż. Tak też trafiła w moje ręce kolejna wariacja na temat kakao z Mety - ciemna 70% czekolada z dodatkiem kawy.


Solidnie, tak klasycznie wyglądające 80-gramowe tabliczki od Tibitó przyciągają wzrok smakowitą prostotą. Bardzo twarda czekolada pachniała wyraźnie nabiałowo, przypominając od razu dotychczasowe doznania zdobyte dzięki kakao z Mety. Prócz iluzji sernika, dodatkowo otrzymaliśmy teraz woń kawy z ciepłym mlekiem. 

Pomimo swej twardości, chrupkości i bardzo topornego rozpuszczania się w ustach, czekolada zdawała się wodnista, wilgotna - przywodząc na myśl ogórki, arbuzy i melony - te dwa ostatnie także w kwestii wyczuwalnych nut smakowych. Było tu bowiem przede wszystkim słodko, na modłę owocową - no i oczywiście - sernikową. Wyczuwaliśmy ten twardszy miąższ arbuza, jaki można spotkać tuż przy skórce - w zasadzie już bardziej kwaskowato-wodnisty niż słodki.


Cała reszta to przede wszystkim puszysty, nieco nadmuchany wręcz sernik, a nawet i sam twarogowy tłusty ser z delikatnie sączącą się serwatką. Odnalazłam tu słodycz brzoskwiń z syropu, zanurzonych w serowej masie. Kawa? Ah, no tak, gdzież jest owa kawa? W obliczu jak widać wielce dominującego w kakao z Mety sera, kawa bardzo delikatnie objawia swą obecność. Gdybym nie wiedziała o jej dodatku, zapewne potraktowałabym ją wyłącznie jako część charakterystyki kakao. Myślę, że najlepszym miejscem obrazującym pozycję kawy w tej czekoladzie będzie znalezienie jej istotnej roli w samym serniku. Ot, niech więc Meta Coffee będzie sernikiem na ciemnym, kawowym spodzie.


Meta Coffee 70% to przede wszystkim czekolada prosta i w gruncie rzeczy mało esencjonalna, dość powierzchowna - po spektakularnych wspomnieniach związanych z siostrzanymi poprzedniczkami odebrałam ją jako przyjazną, lecz przeciętną.

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kawa.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 80 g.

wtorek, 18 lutego 2020

Tibitó Chocó ciemna 70%


 Jednym z największych zaskoczeń jakie zafundował mi swego czasu sklep Sekretów Czekolady było wprowadzenie do swej oferty kolumbijskich czekolad Tibitó. Odkryłam tę markę podczas mojej podróży do Kolumbii w 2016 roku i nie udało mi się wówczas zaopatrzyć w cały asortyment tej manufaktury z siedzibą w Bogocie (te, które kupiłam, już dawno opisałam na swym blogu). Jak dobrze, że Sekrety Czekolady przyszły mi z pomocą! Dzięki nim, już parę miesięcy temu wypróbowałam mleczną Caramel, zaś teraz przyszedł czas na dalszą eksplorację ciemnych czekolad bez dodatków, wykonanych z ziaren pochodzących z różnych kolumbijskich departamentów.


 "Pysznie "czekoladowa" tabliczka o nutach karmelu, orzechów laskowych, dojrzałych bananów i świeżych owoców, goździków i cynamonu. Kakao z niezwykle bioróżnorodnego regionu Kolumbii - Chocó" - taką charakterystykę opisywanej dziś czekolady odnajdziemy na stronie Sekretów. Chocó leży w północno-zachodniej części Kolumbii, mając dostęp zarówno do Oceanu Spokojnego, jak i fragmentem do Morza Karaibskiego. Zamieszkiwana głównie bez Afrokolumbijczyków, rzeczywiście stanowi przeogromne bogactwo kolumbijskich skarbów.

Solidna, 80-gramowa tabliczka podzielona na klasyczne kostki po prostu cieszyła oczy, zaś unosząca się nad nią przyjazna woń jeszcze mocniej poszerzała uśmiech. Zapach urzekł nas rozkoszną zapowiedzią lodów czekoladowo-orzechowych na świeżej śmietance, podanych w towarzystwie aromatycznej kawy. Jakże prosto, jakże pysznie.


 Z umiarkowaną tłustością rozpuszczała się w ustach - jej konsystencję można opisać jako niezbyt narzucającą się, lecz dobrze wypełniającą, przyjemną, pozwalającą bez większego wysiłku zanurzyć się w bogactwie smaku. Nie odnalazłam w niej ani odrobiny specyficznej kwaśności, której już zawsze będę poszukiwać próbując czekolad z kolumbijskich ziaren. Chocó okazała się za to znakomitą fuzją słodyczy i paloności. To mocna, obłędnie pachnąca kawa, w której roztopiono gęsty nugat z orzechów laskowych. Troszkę odnaleźć to można było paloności ziaren z kawy zbożowej, przełamanej korzeniami. Lekkością, z jaką znikała kostka za kostką, kojarzyła się też z mrożoną mochą, podaną ze spienionym mlekiem. Gdy w połowie degustacji odkryłam w niej miąższystość, soczystość i posmak marcepanu, stała się dla mnie jeszcze bardziej wciągająca. Na delektowanie się w niej typowo owocowymi nutami zabrakło mi już czekolady, choć przecież ważyła niemałe 80 g. Bezsprzecznie jednak można doszukać się tu bardzo dojrzałych bananów i papai.


 Tibitó Chocó to czekolada prosta, dobra, wyrazista. Nie była wielce wymagająca, lecz jednocześnie czuło się, iż mamy do czynienia z solidnie wykonaną tabliczką, przemyślaną, dopieszczoną. Chocó oferuje moc pozytywnej, słodko-palonej energii. To uśmiechnięta, żywa Kolumbia...

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 80 g.

sobota, 18 maja 2019

Tibitó Caramel mleczna 40%


Choć chętnie odwiedziłabym Kolumbię jeszcze nie jeden raz, niezmiernie ucieszyłam się na wieść, iż aby zdobyć kolejne czekolady marki Tibitó wcale nie muszę odwiedzać tego przepięknego kraju. Niezawodny sklep Sekretów Czekolady wprowadził bowiem Tibitó do swego asortymentu. To dla mnie doskonała okazja, by wypróbować tabliczki, których nie udało mi się zakupić podczas podróży do Kolumbii.

Pod wieżą widokową na Zawodnej (Zawadnej), do której w Lany Poniedziałek ruszyliśmy z Sędziszowej przez Wielisławkę, przysiedliśmy na ławce by posilić się kawą z termosu oraz Tibitó Caramel. Jest to mleczna czekolada o 40% zawartości kolumbijskiego kakao (prawdopodobnie blend), która według opisu producenta miała charakteryzować się wyraźnymi nutami karmelu.



Czekolada posiadała urzekająco ciepłą barwę. Pachniała bardzo prosto i smacznie, a mianowicie dobrze wypieczonymi kakaowymi wafelkami. Kierując pierwszy kęs do ust popadliśmy w konsternację - Tibitó zaserwowało nam smakołyk niesamowicie prosty, lecz niezwykle atrakcyjny w swej prostocie. Caramel rozpuszczała się w ustach przyjemnie i z lekkim cieniem zadziornej szorstkości, racząc nas na tyle specyficzną i wyraźną słodyczą, iż kontrowersyjnie skojarzyłam ją sobie z ekskluzywną wersją Milki. Po czasie uznałam, że trafniejszym skojarzeniem będzie karmelowe mleczko z tubki, o parę tonów mniej słodkie niż to zwykle przy takich wyrobach bywa. W istocie, subtelnie palona i mleczna karmelowość stanowi wiodący temat w tej tabliczce, jednakże należy wspomnieć o wafelkowej kontynuacji. Odnalazłam tu mnóstwo nawiązań do zbóż, szczególnie do zbożowych chrupek czy płatków. Połączenie kakao, karmelu i wafla naturalnie poprowadziło nas w stronę popularnego batona Lion.

Jeśli macie ochotę na wykwintną mleczną czekoladę, nie sięgajcie po Tibitó Caramel. To słodycz na dobrym poziomie, ale prosta do bólu (choć na pewno nie można jej posądzić o bylejakość).


Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 80 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 508 kcal.
BTW: 9,6/30/50

niedziela, 26 listopada 2017

Tibitó Arauca mleczna 42%


Po niesatysfakcjonującej degustacji mlecznej Akesson's Brazil Fazenda Sempre Firme, kolejnego dnia na górskim szlaku z ufnością i nadzieją sięgnęłam po inną mleczną czekoladę. Była to już ostatnia tabliczka kolumbijskiej marki Tibitó, którą przywiozłam z zeszłorocznej podróży do tego pięknego kraju. Wcześniej miałam okazję wypróbować ciemną czekoladę stworzoną z kakao wyhodowanego w departamencie Arauca, teraz przyszedł czas na mleczną - o 42% zawartości kakao. Choć ciemna Tibitó Arauca wypadła dość blado na tle pozostałych tabliczek tej marki, nie miałam negatywnego nastawienia przed degustacją wersji mlecznej. Wszak Tibitó dwukrotnie pokazało mi, że robi bardzo ciekawe mleczne czekolady (Tumaco, Meta), które wyłuszczają zupełnie nowe spojrzenie na nuty smakowe, obecne w ciemnych odpowiednikach.


Ciepły, przytulny brąz 40-gramowej tabliczki pieścił wzrok, zaś nos wyczuwał przyjemny miks woni palonych i owocowych - z naciskiem na słodkie cytrusy. Czekolada dobrze rozpuszczała się w ustach, jednak niosła w sobie zadziorną odrobinkę szorstkości, czym różniła się nieco od pozostałych mlecznych Tibitó. Ową szorstkością skojarzyła mi się nieco z dawną mleczną Menakao, ale nadal można było nazwać naszą Araucę czekoladą o łagodnej konsystencji. Jej uwodzicielski pazurek tym lepiej łączył się z bogatym bukietem smakowym.


Mleczna Arauca to przede wszystkim soczyste, intensywne pomarańcze i mandarynki. O dziwo, pod względem cytrusowości mleczna Tibitó z departamentu Arauca bliższa jest dwóm reprezentantkom kakao z tego regionu stworzonym przez Cacao Hunters (Arauca, Rio de Oro) - bliższa, niż ciemna Arauca od samego Tibitó! To było ciekawe... Dominująca, konkretna cytrusowa nuta stopniowo przechodzi w coraz to więcej nut palonych, dość niecodziennych. Mój Mąż mocno popłynął, mówiąc o przypalonych włosach, sierści psa i woni dywanu. Dalej szliśmy już w bardziej klasyczne skojarzenie, jak tytoń oraz drewniana chatka przesiąknięta dymem z kominka. Przy nadal obecnej przyjemnej słodyczy pomarańczy wymieszanej z łagodnymi nutami mleka, palone nuty stały się niezwykle atrakcyjne.


Dalej pojawiły się kolejne owocowe nuty, tym razem jagodowe i borówkowe. W mlecznej Tibitó Arauca najbardziej urzekło mnie zaskakująco smaczne i spójne połączenie słodkich nut owocowych i mlecznych z wyrazistą, zróżnicowaną palonością. Mimo takiego zdarzenia, całość okazała się łagodna i przyjemna, ale charakterna, zapadająca w pamięć. Nie sposób porównać jej z obłędnie serową mleczną Metą, czy kawowo-truskawkową Tumaco. Ta czekolada to kolejny dowód na to, jak niezwykle bogata i różnorodna jest Kolumbia. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę mieć okazję zdobyć kolejne czekolady od Tibitó, jeszcze przeze mnie nie próbowane (Meta 80%, Putumayo 45%, Meta Café 70%, Caramelo 40%, Tolima 70%).


To niesamowite, że wychodząc z samego Wałbrzycha po chwili można się znaleźć na malowniczym, spokojnym szlaku na Borową. Obecnie na tym najwyższym szczycie Sudetów Wałbrzyskich, porośniętym lasami, powstaje nowa wieża widokowa.


Dnia 7 listopada zdobyliśmy jeszcze Chełmiec, wchodząc na niego z Boguszowa-Gorce. Tu niestety również nie załapaliśmy się na widok z wieży widokowej - wstęp na nią jest czynny tylko do końca października.


Następnie po zejściu z Chełmca udaliśmy się do wioski Lubomin, skąd mijając rozebraną wiosną tego roku Bacówkę pod Trójgarbem weszliśmy na szczyt o nazwie Trójgarb. Niestety pogoda na szczycie nie była zbyt zachęcająca. Gdyby było ładniej, pewnie udalibyśmy się jeszcze na pobliski Jagodnik. Zdobyciem Trójgarbu zakończyliśmy naszą weekendową eksplorację Sudetów Wałbrzyskich, udaliśmy się w drogę do domu...


Skład: masa kakaowa, cukier, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 42%.
Masa netto: 40 g.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Tibitó Arauca ciemna 70%


Ostatnią parą kolumbijskich czekolad Tibitó, jakie zakupiłam podczas wyprawy do Kolumbii, jest duet wykonany z kakao wyhodowanego w departamencie Arauca. Wprawdzie nigdy nie gościłam akurat w tym rejonie, ale już kiedyś wspominałam na blogu, iż pierwotnie to tam miałam wybrać się wraz z Mężem - do Parku Narodowego Cocuy. Oboje mamy nadzieję, że kiedyś to kolumbijskie marzenie się spełni... Na razie pozostały nam tylko czekolady, będące owocem tamtej ziemi... Duetu Arauca od Tibitó (czekolada ciemna i mleczna) byłam szczególnie ciekawa, bowiem miałam z czym je porównywać. Jadłam już dwie tabliczki z tego regionu, wyprodukowane przez Cacao Hunters - Arauca 70% i Rio De Oro 73%.


Tak jak w przypadku Mety, ciemną wersję Arauca udało mi się zdobyć w wersji 80-gramowej, zaś mleczną w jedynie 40-gramowej. Od pierwszych chwil obcowania z Arauca 70% wiedziałam, że będzie w wielu kwestiach podobna do pozostałych ciemnych Tibitó - specyficzny przekrój, prażony aromat. Trudno mi było sobie wyobrazić, że Tibitó zaprezentuje nam charakterystyczną kwaśność kakao z Arauca, jaką pokazało Cacao Hunters w swoich tabliczkach.

 W zapachu czekoladowa lawa połączyła się z aromatem mokrej babki piaskowej wyjętej prosto z piekarnika. W smaku najpierw wyraźnie pojawiła się surowość ziarna kakao, przez co momentalnie skojarzyła mi się z Rio de Oro. Dalej, wraz z soczystym i miąższystym rozpuszczaniem się w ustach, czekolada przyniosła chłodzące nuty jabłka i mięty. Arauca kryła w sobie mnóstwo świeżości, przestrzeni, bryzy, a nawet zaoferowała nam lekki efekt zmrożenia, jakby została pociągnięta szronem i przysypana śniegiem (niczym niedostępne szczyty w Sierra Nevada del Cocuy...).


Prosta pod względem nut smakowych, w swej strukturze kojarzyła mi się z lodem i szkłem. Wraz z Mężem ponownie pomyślałam też o bezach i cukrze pudrze (a właściwie o domowych chruścikach obficie nim przysypanych). Bezy i cukier puder można nazwać typowymi dla czekolad Tibitó, tak samo jak dla Amedei, jednakże u Tibitó jest to o wiele bardziej smakowite i zdecydowanie mniej męczące. Wszystko przez to, iż prażoność jest tu dosadniejsza i bardziej soczysta niż w Amedei, bardziej dynamiczna i nie tak nudna. Dodatkowo pojawiły się tu nuty siekanych migdałów i orzechów laskowych, a dalej ponownie - babka piaskowa, pieczone jabłka przyozdobione listkami mięty. Ostatecznie zalało nas całe mnóstwo zbożowej kawy, a na koniec o dziwo pojawił się akcent malinowej pulpy.

Było przyjemnie, ale pamiętając o interpretacjach regionu Arauca wykonanych przez Cacao Hunters, spodziewałam się po tej czekoladzie czegoś innego, czegoś o wiele mocniejszego. Arauca 70% nie wyróżniała się na tle innych Tibitó, to już pozostałe ciemne tabliczki tej marki miały w sobie coś bardziej charakterystycznego (szczególnie Meta i Putumayo; za to Tumaco mogę określić jako dość podobną do Arauca). Zobaczymy, co zaprezentuje nam mleczna Arauca, moja ostatnia Tibitó...


Skład: masa kakaowa, cukier, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min.70%.
Masa netto: 80 g.

wtorek, 17 października 2017

Tibitó Meta ciemna 70%


Dzień po degustacji spektakularnej mlecznej Tibitó z kolumbijskiego departamentu Meta, przyszedł czas na wersję ciemną o 70% zawartości kakao. Akurat tę tabliczkę udało mi się w dorwać w Kolumbii w formacie 80 gramowym, co mnie bardzo cieszyło. Większa gramatura sprawiła, iż degustację Tibitó Meta 70% mogliśmy sobie rozbić na dwa razy, stopniowo odkrywając jej walory. W mlecznym wariancie mniejszy rozmiar był okropną wadą - czekoladę pochłonęliśmy w mgnieniu oka. Najbardziej byłam ciekawa, czy również w wersji ciemnej wyczuję intrygujące serowe nuty, jakie zauroczyły mnie w tabliczce mlecznej. O samym kolumbijskim regionie Meta pisałam więcej właśnie przy okazji recenzji tego mlecznego cudaka.


Ciemna Meta zdawała się posiadać fioletową barwę. Zapewne było to złudzenie stworzone przez lekki nalot, jakim się pokryła, nie mniej jednak jej kolor określiłam jako osobliwy. W zapachu... tak, od razu poczułam twaróg, tudzież serek homogenizowany... W wersji mlecznej takie aromaty były bardziej oczywiste przez wzgląd na udział mleka, natomiast teraz zdecydowanie przekonałam się, że kakao z Mety po prostu uderza w takie nuty. W tle kręciły się również przeróżne soczyste owoce, ale wszystkie one wymieszane zostały z twarożkiem. Wszystko spajała delikatna paloność.

 Typowo dla ciemnych Tibitó, czekolada rozpuszczała się powoli, ale przyjemnie i bez śladu proszku. Po prostu trzeba było nad nią dłużej popracować, a wtedy stopniowo uwalniała swoje walory. Na pierwszy plan wysunęła się soczysta paloność. Z jednej strony przywodziła ona na myśl kawowe nadzienie w cukierkach typu trufle, skropionych odrobinę whisky. Z drugiej strony - coraz śmielej wkraczaliśmy ponownie w nuty twarogowe. Po kilku chwilach wyraźnie czuliśmy sernik na zimno. Taki z homogenizowanego serka, na kakaowym spodzie. Bogaty w świeże truskawki i dojrzałe brzoskwinie, a także upstrzony galaretkami: z pomarańczy, truskawek i brzoskwiń. Wszystko to zdawało się być popijane mocną kawą podaną ze słodką śmietanką. Ciekawe, napawające energią smaki.


Im dalej w las, tym do głosu zaczął dochodzić posmak surowego ziarna kakao. Powoli przechodził on w coraz intensywniejszą ziołowość, przez co Meta zaczęła mi się kojarzyć z meksykańskimi czekoladami. Były to przede wszystkim nuty chłodzące, jakiś ziołowy napar idealny do popijania w upały. Szczególnie mocno wyróżniała się mięta, świetnie mieszająca się z akcentem świeżych pomarańczy. Pod koniec degustacji, paloność czekolady kojarzyła się już bardziej z pieczywem, niż kawą. Z bardzo ciemnym pieczywem, okraszonym drobinkami ziół. Takim, które doskonale smakowałoby z samym masłem. Generalnie Meta doskonale komponowała się z kawą zbożową podaną z kapką mleka - smaki czekolady i napoju zgrabnie przenikały się, przy czym czekolada zdecydowanie dominowała i przewodziła.

W przypadku czekolad z Mety, bardzo ciekawym posunięciem było sięgnięcie najpierw po wersję mleczną. Serowe smaki, tak niesamowicie w niej uwypuklone poprzez udział mleka, odnalazłam również w wersji ciemnej, gdzie wystąpiły w towarzystwie jeszcze innych ciekawych nut, płynących z kakao z tego regionu. Jestem bardzo ciekawa, jak smakowałaby czekolada z ziaren z Mety w wykonaniu chociażby Cacao Hunters. Tymczasem, jeśli chodzi o Tibitó, do porównania pozostał mi jeszcze tylko duet czekolad z kolumbijskiego departamentu Arauca. Ale jeszcze chwilkę musicie na te recenzje poczekać...



Skład: masa kakaowa, cukier, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 80 g.

piątek, 13 października 2017

Tibitó Meta mleczna 42%


Gdzieś w poprzednich wpisach wspominałam, iż jeszcze powrócę do porównań mlecznych i ciemnych kolumbijskich tabliczek pochodzących z kakao wyhodowanego w tych samych departamentach. Taką możliwość oferuje nam bogotańska marka Tibitó. Na moim blogu pojawiło się już takowe porównanie czekolad z okolic Tumaco (ciemna, mleczna). Niestety, z departamentu Putumayo udało mi się dorwać jedynie wersję ciemną (i to o mniejszej gramaturze). O ile tabliczki Tibitó występują w formie zarówno 40 gramowych, jak i 80 gramowych tafli, większość z zakupionych podczas wyprawy do Kolumbii czekolad tej firmy znalazłam jedynie w mniejszej formie. W przypadku tej i najbliższej recenzji porównawczej musiałam zmierzyć się z dysproporcją: mała czekolada mleczna i duża czekolada ciemna. Zaraz przekonacie się, jak bardzo nie będę mogła odżałować małego formatu czekolady mlecznej...

Przenosimy się do jednego z większych departamentów Kolumbii, położonego w centrum kraju. Meta od wschodu ograniczona jest Andami, zaś zdecydowaną większość powierzchni regionu stanowią równiny zwane llanos, przez które przepływa szereg z nich. Największa z nich również nazywa się Meta. Jeśli chodzi o uprawę kakao, dla Mety jest to swego rodzaju nowość, czy raczej prężny okres rekultywacji. Na przestrzeni ostatnich lat uzysk ziaren kakao w departamencie Meta sukcesywnie rośnie (źródło). Byłam bardzo ciekawa, czym charakteryzuje się tamtejsze kakao.



Porównanie zaczęliśmy nietypowo od czekolady mlecznej. Wszystko przez wieczorną ochotę na słodkie, jaka pojawiła się u mojego Męża pewnej soboty. Zaproponowałam mu właśnie mleczną Tibitó Meta, obawiając się jednocześnie, że 40 gramowa tabliczka na pół to może być trochę za mało na jego głód... Nie mniej jednak, sięgnęłam po nią. Mleczna Meta składa się podobnie jak mleczna Tumaco w 42% z kakao, 25% z mleka. Reszta to cukier (zapewne trzcinowy) oraz lecytyna (tutaj sojowa, w innych Tibitó częściej słonecznikowa).

 Mleczna neta okazała się o parę tonów jaśniejsza od mlecznej Tumaco. Jej odcień brązu był niesamowicie żywy i soczysty, przez co czekolada zdawała się być uosobieniem błogiej, radosnej słodyczy. Ciekawość podkręcał zapach, jaki unosił się nad tabliczką. Mleczna Meta pachniała... słodkim twarożkiem, świeżym i gęstym.


Po pierwszym kęsie już wiedziałam, że posiadanie Mety 42% w wersji tylko 40 gramowej to olbrzymia strata. Podobnie jak mleczna Tumaco, Meta rozlewała się w ustach z wielką błogością i aksamitem, jednak jej smakowitość wkroczyła na zupełnie nowy pułap w odkrywaniu walorów dobrych czekolad mlecznych. Tumaco poprzez mleczne złagodzenie intensywnej paloności stała się po prostu uwodzicielska, nadal mając w sobie wiele powagi i dystyngowania. Kosztowanie Mety do skok na główkę w słodkie szaleństwo, w tak niewyobrażalną mleczną głębię, że czekolada zdaje się być bardziej mleczna od mleka. 

 Nuty kakao z Mety przebijając się przez 25% udział mleka prezentują nam całą gamę akcentów serowych. Najpierw, podobnie jak w zapachu, wyczuwałam tłusty i gęsty twarożek, delikatny zarazem, doprawiony wanilią i trzcinowym cukrem. Potem zaczęły pojawiać sie nuty przydymione i lekko wędzone, sugerujące oscypki, a może bardziej świeży bundz i bryndzę robione gdzieś w klimatycznej góralskiej chacie - po prostu przesiąknięte jej wonią. Wszelkie próbowane przeze mnie góralskie sery przemykały przez moją głowę w zastraszającym tempie. Meta była ich uosobieniem w formie idealnie gładkiej i rozkosznie słodkiej. Bez pardonu dałam się wkręcić w to potwornie smakowite serowe szaleństwo tak, że... Po chwili zarówno ja, jak i mój Mąż, nie mieliśmy już ani okruszka czekolady. Nie mogliśmy uwierzyć, że to niecodziennie doznanie tak prędko nam umknęło.


Mleczna Tumaco była przepyszna, ale Meta wprowadziła mnie na zupełnie inny pułap. To zdecydowanie jedna z najsmaczniejszych i najbardziej zaskakujących mlecznych czekolad, jaką było mi dane jeść ostatnimi czasy. Jeśli kiedyś powrócę do Kolumbii (a trudno mi sobie wyobrazić, by mogło być inaczej), na pewno jeszcze raz skuszę się na to mleczne wariactwo. Jak dobrze, że na kolejne przedpołudnie zaplanowałam degustację wersji ciemnej... Po takim popisie w czekoladzie mlecznej, 70-tka musiała też mieć się czym wykazać! Ale o tym poczytacie dopiero za kilka dni...


Skład: masa kakaowa, cukier, mleko 25%, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 42%.
Masa netto: 40 g.

niedziela, 1 października 2017

Tibitó Putumayo ciemna 70%


Zapoznając się z ofertą kolumbijskiej marki Tibitó nie oddalamy się mocno od Tumaco. Dziś opisywana czekolada powstała z kakao wyhodowanego w kolumbijskim departamencie Putumayo, graniczącym z Nariño (w którym to leży Tumaco). Putumayo graniczy już nie tylko z Ekwadorem, ale i z Peru. Stolicą departamentu jest miasto o dźwięcznie brzmiącej nazwie Mocoa.

W przeciwieństwie do pozostałych tabliczek Tibitó, jakie udało mi się zakupić w Kolumbii, do ciemnej Putumayo nie dorwałam mlecznej pary. Szkoda, że nie dane mi będzie porównanie dwóch interpretacji kakao z Putumayo, przynajmniej na razie.


W naszej czekoladzie przejrzeć się można było niczym w lustrze. Była soczyście brązowa z przebłyskami granatu i czerwieni, o bardzo gładkiej powierzchni. Pachniała delikatnie, ale prażoność w tej woni zdecydowanie dominowała, co sugerowało, że ziarnom użytym do stworzenia tabliczki nie szczędzono temperatury.

Pierwszy kęs okazuje się twardy i gumowaty zarazem, trochę jak kauczuk. Z drugiej strony kryje się w niej sporo drobnej proszkowości, która ukazuje się szczególnie mocno podczas powolnego rozpuszczania w ustach. Tak, jakbym jadła przypieczony cukier puder. Przez to doznanie zdawało nam się, że przy dmuchnięciu w tabliczkę rozsypie się ona w czekoladowy pył. Na początku degustacji uderzają w nas przede wszystkim prażone nuty, przede wszystkim orzechowe i kawowe. Putumayo zaprezentowało nam je w formie mocno skoncentrowanej. W początkowym etapie zdawało mi się nawet, że nasza tabliczka nie będzie się prawie wcale różnić od Tibitó Tumaco (co mnie smuciło, bowiem oczekiwałam kolumbijskiej różnorodności).


Po chwili jednak spod dymu z ogniska i palonej kawy, coraz to mocniej na prowadzenie wybijały się orzechy. Nasza mgiełka z cukru pudru, okręcana językiem w zbite kulki, poczęła przypominać porządny nugat z orzechów laskowych. Nugatowe wrażenie narastało, aż do spektakularnego apogeum, bardzo intensywnie orzechowego. Ta zmiana była dla mnie miłym zaskoczeniem.

To jednak nie koniec metamorfozy. Orzechy wzbogaciły się o nowe nuty. Oto przed nami aromatyczny olejek różany, a dalej porządnie wysmażona, wręcz przypalona konfitura z płatków róży. W ustach pojawiło się ściąganie przywołujące na myśl taniny z mocnej czarnej herbaty, ale po chwili zwykła czarna herbata stała się zbyt błaha. To było jeszcze coś innego. Brniemy w konfiturę z jarzębiny oraz suszoną czarną porzeczkę. W końcu dochodzimy do końcowego efektu, bardzo ciekawego i oryginalnego - wrażenie długo parzonej, liściastej zielonej herbaty.


To, jak Putumayo zmieniała się podczas degustacji niezwykle mnie urzekło. Na początku tak podobna do sąsiadki z Tumaco, potem pokazała walory rzadko wyczuwalne w innych czekoladach. Bardzo chciałabym kiedyś porównać dzieło Tibitó z inną czekoladą z tego regionu. 

Skład: masa kakaowa, cukier, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 40 g.
 

sobota, 23 września 2017

Tibitó Tumaco 42% mleczna


Po ciemnej czekoladzie z kolumbijskiego regionu Tumaco przyszedł czas na wersję mleczną, również wypuszczoną spod skrzydeł bogotańskiej marki Tibitó. Skład Tumaco 42% jest wybitnie prosty - na 40-gramową tabliczkę składają się ziarna kakaowe, cukier, mleko w udziale 25% i lecytyna słonecznikowa. Mając jeszcze świeżo w pamięci mocno paloną Tumaco 70% wyobrażałam sobie, iż złagodzenie jej smaków przez mleko może być wyjątkowo smakowite. Czy miałam rację?


Barwa tej jakże klasycznej w wyglądzie tabliczki była prześliczna. Jej brąz był niebywale ciepły i soczysty, niesamowicie apetyczny - moim zdaniem jeden z piękniejszych kolorów możliwych w mlecznej czekoladzie. To, że pachniała kozim mlekiem, niemal jak Michel Cluizel Mangaro 50%, tym bardziej zwiększyło mój zachwyt!


Mleczna Tumaco pozbawiona była w znacznej mierze szorstkości i pudrowości znanej z wersji ciemnej. Ona była idealnie gładka, w sposób lepki i uwodzicielsko osaczający rozpuszczała się w ustach. To nie była żadna mleczna czekolada dla dzieci, słodki ulepek - lecz poważny, seksualnie dojrzały smakołyk dla dorosłych. Lejąca się czekoladowa przyjemność, zasypująca umysł endorfinami. Zjedzenie jej w towarzystwie kawy w niedzielne południe po wyczerpującej pracującej sobocie, ozdrowiło mnie z bólu głowy i automatycznie wprawiło w lepszy nastrój, naładowując mnie energią.


Zgodnie z moimi przypuszczeniami, odnalazłam tu te same nuty, co Tumaco 70%, ale umiejętnie złagodzone mlekiem. Dzięki mleku, palone nuty nabrały zupełnie innego wyrazu, właśnie lekko kozio-mlecznego, ale też bardziej kawowego. Gruba kruszonka znana z wersji ciemnej zamieniła się w aksamitny maślany krem, zaś porzeczki w nieprzyzwoicie słodkie truskawki o mięciutkim wnętrzu. Miętowy finisz z Tumaco 70% tutaj zupełnie zanikł, pozwalając zatopić się w mlecznej gładkości, już bardziej rozgrzewającej i przytulnej, niźli orzeźwiającej.

Mleczna Tibitó Tumaco 42% miała wszystko to, co kocham w dobrych mlecznych czekoladach. Jakież to szczęście, że w moich zapasach mam jeszcze inne mleczne Tibitó, wytworzone z kakao pochodzącego z odmiennych regionów Kolumbii. Czuję, że to będzie wyjątkowo smakowita przygoda!



Skład: ziarna kakao, cukier, mleko 25%, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 42%.
Masa netto: 40 g.

wtorek, 19 września 2017

Tibitó Tumaco 70% ciemna


Zgodnie z zapowiedzią, powracamy do kolumbijskiego regionu Tumaco! Tym razem, kakao rosnące w tym regionie zaprezentuje nam marka Tibitó. Zakupiłam sporo ich tabliczek podczas pobytu w Kolumbii, a dziś opisywana jest pierwszą, po którą sięgnęłam w domu. Tibitó jest młodą marką, powstałą w 2015 roku. Siedziba firmy mieści się w Bogocie. To tam sprowadzane są ziarna z różnych regionów Kolumbii, by zostać poddanymi prażeniu o profilu różnym w zależności od rejonu pochodzenia. Tam mają miejsce także pozostałe procesy, dzięki którym otrzymujemy bogactwo kolumbijskich tabliczek. Jeśli chodzi o Tumaco, (który to region znacie już dzięki Perla Negra 74% oraz Tumaco 82% od Cacao Hunters) - w ofercie Tibitó znajdują się dwie czekolady w tego regionu: ciemna 70% i mleczna 42%. Udało mi się kupić obie, a najpierw chcę Was zapoznać z wersją ciemną.


Czekolady Tibitó występują w dwóch rozmiarach: 80 i 40 g. Niektóre z rodzajów udało mi się zakupić w mniejszej, inne w większej wersji. Tabliczki z Tibitó miałam 40-gramowe. Nieduża tafla czekolady podzielona na klasyczne, nieduże kostki wyglądała bardzo niepozornie. Jej ciemne, poważne oblicze łamało się z chrzęstem, ukazując dość proszkowe wnętrze. Pachniała niczym dorodne płatki kwiatów zanurzone w cukrze pudrze, osnute dodatkowo dymem z paleniska.


Od początku zdałam sobie sprawę, że doznania płynące z Tibitó będą inne niż u Cacao Hunters - przede wszystkim przez wzgląd na strukturę. Tibitó nie była tak aksamitna jak Cacao Hunters, a bardziej sucha i proszkowo-pudrowa. Mimo tego, rozpuszczała się szybko i sprawnie. Tumaco 70% sprawiła wrażenie, jakoby ziarna użyte do jej przygotowania były dość mocno prażone. Dominującymi nutami okazały się bowiem mocno wypieczone kakaowe ciasto, czy wręcz przypalony spód od tego ciasta.

 Nie można jednak stwierdzić, że było to ciasto nieudane. Po chwili do głosu doszła gruba maślana kruszonka oraz całe mnóstwo cudnie kwaskowatych, choć już w pełni dojrzałych czerwonych porzeczek. Spod przypalonej goryczki coraz wyraźniej wyłaniała się słodycz, toteż porzeczkę zidentyfikowaliśmy jako solidnie posłodzoną. Kwaskowatość porzeczek z czasem zupełnie unika, oddając pałeczkę duetowi goryczy i słodyczy. O typowej kolumbijskiej kwaśności nie mogliśmy już nawet myśleć. Cukier puder i nieco ziemista goryczka przypalonego ciasta towarzyszyły nam do końca.


Goryczka jest wyważona, a suchość wypieku miesza się z wilgocią i soczystością owoców. W finiszu pojawia się powiew chłodu, przez co Tumaco 70% stała się dla mnie kakaowym ciastem popijanym schłodzoną herbatką miętową. Momentami słodycz stawała się aż dziwnie mocna. Parę razy zaleciało mi też piołunowym posmakiem surowego ziarna kakao.

W Tumaco 70% szczególnie uderzyła mnie zaskakująco mocna prażoność, momentami szaleńczo porywcza słodycz, no i miętowy powiew chłodu. Nie była to jednak tabliczka wyjątkowo wykwintna czy zachwycająca. Tabliczki z Tumaco od Cacao Hunters były dla mnie zdecydowanie bardziej charakterystyczne. Zobaczymy, czym uraczą mnie pozostałe czekolady od Tibitó...



Skład: masa kakaowa, cukier, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 40 g.