Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tai Tau. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tai Tau. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 czerwca 2015

Tai Tau ciemna 72%


Dziś chcę Wam zaprezentować trzecią (i ostatnią) z zakupionych przeze mnie litewskich czekolad Meskenas Tai Tau. Całe trio pełnych ciemnych tabliczek było dostępne jakiś czas temu w Biedronkach. W okresie wyprzedaży jedną sztukę można było nabyć jedynie za 1,99 zł. Czy te produkty w ogóle były warte więcej? O ile 62-ka jeszcze dostarczyła odrobinę przyjemnych wrażeń, tak 82-ka była ucieleśnieniem wszystkiego, czego ludzie nie lubią w czekoladach z wyższą zawartością kakao. Po takich doświadczeniach nie spodziewałam się, że 72-ka zawojuje świat. Miałam nadzieję, że doznania z niej płynące będą wypośrodkowaniem tego, co dały poprzedniczki.


Czekolada o 72-procentowej zawartości kakao, której kostki ozdobione zostały wzorkami owoców morza - została zapakowana przeze mnie do plecaka, gdy w piątek po Bożym Ciele wybieraliśmy się na długą wyprawę z naszej kwatery w Zawoi Składach. Suchym Groniem dotarliśmy do schroniska na Markowych Szczawinach, a stamtąd ruszyliśmy Percią Akademików wprost na Babią Górę. Widoczność tego dnia mieliśmy idealną, pełnia słońca. Aż żal nie dodać tu zdjęcia, zrobionego o godzinie 9tej rano na szczycie Królowej Beskidów...

 
Z rana na Babiej Górze nie było jeszcze tłumów, toteż chcieliśmy przejść się szczytami do Przełęczy Krowiarki, potem zaliczyć fragment niebieskiego szlaku i Percią Przyrodników podejść na Sokolicę - by znów przez Gówniak i Kępę zdobyć Babią Górę. Gdy w okolicach Kępy zaczęły jednak pojawiać się coraz to większe tłumy, zaczęliśmy poważnie zastanawiać się nad realizacją tego planu. Gdy na Sokolicy zrezygnowaliśmy z powitań turystów, bowiem słowo "cześć" musielibyśmy mieć przylepione do twarzy - już wiedzieliśmy, że trzeba będzie obrać inny szlak. Nienawidzę tłumów na szlakach (między innymi dlatego ciągle odkładam eksplorację Tatr na później), gdy doszliśmy do Przełęczy Krowiarki już mnie od nadmiaru ludzi bolała głowa. Zatrzymaliśmy się tam przy ławce, racząc się kubkiem kawy z termosu i otwierając dziś opisywaną czekoladę. W pierwszym podejściu do Tai Tau 72% zjedliśmy jedynie po pasku. Nie tylko dlatego, że temperatura robiła się coraz wyższa, a nam nogi już się rwały do dalszej wędrówki...


72-ka wydała się nam mocno sucha, a także surowa - w złym słowa tego znaczeniu. Podobnie jak 82-ka, zostawiała po sobie uczucie mokrego piasku, co nie zachęcało do sięgania po kolejną kostkę. Na szczęście nie przytłaczała ordynarną goryczą, ale sporo tu było niezbyt górnolotnego kwasku. Próbowałam już trochę dobrych czekolad, gdzie kwasowość była wysoka - ale tu nie jestem w stanie zanotować nic ponadto, że po prostu czułam kwaśność. Głębia smaku? Nie tutaj.

Po żwawym marszu niebieskim szlakiem (Górnym Płajem), mijając urokliwy Mokry Stawek - doszliśmy ponownie do Markowych Szczawin. Tam sięgnęliśmy po resztę naszej Tai Tau. Przy drugim podejściu pojawiło się na szczęście nieco więcej słodyczy, mocno wytrawnej, lecz nie wykwintnej - znanej z 62-ki. Jedyne skojarzenie, jakie przychodzi mi na myśl - to wręcz przejrzałe czarna jagody (na tyle, że słońce już wysuszyło z nich znaczną część soczystości). Piaskowe gorycz i kwaśność nadal nie spuszczają z tonu, przez co Tai Tau potraktowaliśmy jak nic innego, a tylko źródło paliwa. Tai Tau jest wręcz niegodne tak pięknych widoków ;). Wśród tak wielu pysznych ciemnych czekolad, te litewskie pseudoeksluzywne tabliczki to totalna nijakość...

Spod Markowych Szczawin ruszyliśmy ponownie na Babią Górę, tym razem czerwonym szlakiem od drugiej strony, przez Przełęcz Brona i Lodową. Spotkaliśmy osoby, które mijaliśmy w drodze na Przełęcz Krowiarki - nieźle byli zdziwieni, że widzą nas ponownie ;). Tym razem na Babiej Górze było już mnóstwo osób, więc nie zabawiliśmy tam długo. Zawróciliśmy w stronę Przełęczy Brona, dalej kierując się na Małą Babią oraz na Mędralową, ale... o dalszej części tej wyprawy poczytacie pojutrze, przy opisie kolejnej czekolady zjedzonej tego dnia :).

Skład: miazga kakaowa (Ghana, Grenada), cukier, lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa, wanilina.
Masa kakaowa min. 72%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 570 kcal.
BTW: 9,8/36,8/44,9

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Tai Tau ciemna 82%



Śledząc uważnie mojego bloga na pewno pamiętacie, że powinny się pojawić na nim recenzje trzech litewskich czekolad Tai Tau marki Meskenas. Jakiś czas temu pokazały się one w Biedronkach w ofercie tymczasowej. Wizytując te dyskonty w wielu miejscowościach w województwach wielkopolskim i lubuskim widziałam, że cieszyły się naprawdę różną popularnością. Generalnie i tak znikały z półek dość prężnie, wzbudzając we mnie tym samym wiarę w polskiego konsumenta, który odważył się sięgnąć po ciemne czekolady bez dodatków. Na dodatek śmieszna cena po obniżce (1,99 zł) nie jest tutaj dla mnie żadnym argumentem – bardziej atrakcyjne dla oka bożonarodzeniowe Momami nadal zalegają na biedronkowych regałach…

Ogrom wielu innych, ciekawszych czekolad przebywających w mojej Magicznej Szufladzie sprawił, że Tai Tau 72% i 82% były nieustannie spychane na dalszy plan. W końcu jednak zawzięłam się w sobie i ustaliłam daty ich degustacji. Tai Tau 82% wraz z inną biedronkową koleżanką (Imperial Jubileu Strawberry Intense) pojechały ze mną na weekend do rodzinnej miejscowości mojego Ukochanego, zaś Tai Tau 72% miała zakończyć swój żywot na szlaku podczas górskiej wyprawy na długi weekend związany z Bożym Ciałem.



Zapach tej tabliczki przywołuje na myśl okrągłe ciasteczka z dziurką w polewie kakaowej. Z jednej strony jest dość tani aromat, ale z drugiej strony darzę go pewnym sentymentem. Za smarkatych czasów potrafiłam zjeść mnóstwo takich ciasteczek. To aromat, który kojarzy się także z bombonierkami pełnymi deserowych czekoladek wypełnionych wątpliwej jakości kremami. Nie mogę jednak stwierdzić, że był to zapach zupełnie odstręczający. Gdzieś pojawiały się nuty jagodowe znane z 62% siostry.

Owoce morza zdobiące każdą kostkę podejrzanie błyszczą się, a dzielenie tabliczki na porcje nie wiąże się z doznaniami akustycznymi pod znakiem ostrych bądź głuchych trzasków. Czekolada jest twarda, lecz dość łatwo można przełamać jej opór. Dzieje się to niemalże w zupełnej ciszy. Przeglądając się przekrojowi przez kostkę widzimy, że jest ona dziwacznie proszkowo-wilgotnawa. 

Smak to w pierwszym momencie wszystko to, czego ludzie nie lubią w ciemnej czekoladzie. Ostra kwaśność – nie owocowa, ale po prostu kwasowa – przeplatała się z goryczką fusów od niezbyt wyrafinowanej kawy, które już trochę odstały po podwójnym zaparzeniu. Nie było w tym ani krzty wykwintności, która mogłaby rozbudzić we mnie masochizm chęci brnięcia dalej w tą czekoladę. Sięgnęłam po kolejne kostki tylko z obowiązku degustacyjnego.


Na szczęście dalej robiło się coraz lepiej, choć dziwna struktura czekolady mocno uprzykrzała ewentualne delektowanie się. Konsystencja Tai Tau 82% przypomina bowiem wilgotny piasek, i to na dodatek taki nierówno zwilżony. Sprawiało to wrażenie niedostatecznego zemulgowania masy. Byłam również skłonna szukać w składzie kakao w proszku, którego na szczęście nie było. W składzie znalazła się za to wanilina – szkoda, że nie prawdziwa wanilia… Etylowanilina nie wnosi tutaj dosłownie nic, no może poza odrobinę irytującym posmakiem, jaki pojawia się w tak wielu słodkościach, w których producent próbuje podrobić naturalną wanilię.

Dobra, ale przecież na początku poprzedniego akapitu napisałam, że robiło się coraz lepiej – a nadal bombardowałam Was nieprzyjemnościami. Z czasem pojawiała się delikatna, miła słodycz. Taka nieco jagodowa – to nutka, którą już znam z poprzedniej Tai Tau. Niestety nie była to słodycz kremowa – proszkowato-mokra struktura czekolady totalnie zaprzeczała jakiejkolwiek gładkości. Tak jak wiele ciemnych tabliczek jest gładziutkich niczym kafelek, bądź potężnych niczym marmur – tak tutaj był to zwykły papier ścierny.

Nie byliśmy w stanie za jednym posiedzeniem zjeść tej tabliczki. Po prostu nas umęczyła. Kolejnego dnia wzięliśmy się za resztę i wtedy wyczuliśmy tam odrobinę gorzkich pomarańczy. To w zasadzie wszystko. Ani tu bogactwa, ani wielkich przyjemności. 62-ka była zdecydowanie milsza w odbiorze – mam wrażenie, że tutaj wysoka zawartość kakao po prostu przerosła producenta. Zobaczymy, co pokaże 72-ka…

 Skład: miazga kakaowa (Ghana, Arriba, Grenada), cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna rzepakowa, wanilina.
Masa kakaowa min. 82%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 599 kcal.
BTW: 11,2/42,8/42,3

sobota, 11 kwietnia 2015

Tai Tau ciemna 62%


Jedną z tajemnic handlu pozostanie dla mnie fakt, dlaczego Biedronka postanowiła sprowadzić do Polski akurat litewskie czekolady? Być może usilnie poszukiwała jakichkolwiek produktów ze synonimami słowa "specjalny" w nazwie, aby móc zbudować bogaty folder "eksluzywnych" produktów utrzymanych w konwencji marki własnej La Speciale. W każdym bądź razie, w okresie przedwielkanocnym w Biedronkach pojawiły się trzy ciemne czekolady Tai Tau bez dodatków, wyprodukowane przez litewską fabrykę czekolady Meskenas (czyli szop pracz ;)). 

Obiecałam sobie, że kupię je dopiero, gdy zostaną przecenione - nie łudziłam się, że ciemne czekolady rzucone na dyskont zostaną szybko wykupione. Biedronka jednakże pomieszała mi szyki robiąc promocję na asortyment czekolad. A że akurat musiałam się odstresować w pracy, zatrzymałam się przy pierwszej lepszej Biedronce i wyszłam z niej z kilkoma tabliczkami czekolady - w tym z całym triem Tai Tau. Nie od dziś wiadomo, że czekoladowe zakupy są jednym z najlepszych lekarstw na ukojenie nerwów.



Pierwsza na tapetę poszła czekolada o 62% zawartości kakao - w przypadku Tai Tau będziemy wspinać się coraz wyżej jeśli chodzi o poziom masy kakaowej. Napisy na etykiecie głoszą, iż czekolada ma w składzie miazgę kakaową pochodzącą "z wysokiej jakości ziaren kakaowych Ghana, Arriba, Grenada". Niby jest to już jakaś zachęta, że producent potrafi wskazać pochodzenie użytej miazgi kakaowej - ale z drugiej strony cały czas mam obawy, czy jest to czekolada choć odrobinkę wyższej jakości niż gorzkie od Wedla czy z Wawelu. Marka po prostu nie wzbudzała mojego zaufania, nie mówiąc już o fakcie znalezienia tych tabliczek w Biedronce zaraz obok "wykwitnych" La Speciale. Dodatkowo, nieco badziewne przyozdobienie kostek w owoce morza również skłaniało mnie do niezbyt przyjemnych refleksji... Wszystko miał zweryfikować smak.

Naszą czekoladę otworzyliśmy w bardzo nietypowych warunkach. Zjedzona bowiem została... na kolację. Przynajmniej moją, bo w Wielki Piątek wieczorem nie byłam w stanie przełknąć nic innego, niż samoistnie rozpuszczającą się w ustach słodycz. Awaryjnie szybki powrót z górskiego szlaku, dogorywanie w łóżku z gorączką... Ale wieczorem uniosłam głowę w poduszki, wraz z Lubym wypiliśmy kawę przygotowaną w termosie na niezrealizowaną trasę i z uporem maniaka planowaliśmy trasy na kolejne dni. Które notabene zrealizowaliśmy w 100%. Czyżby Tai Tau miała uzdrawiającą moc? ;)


Ciężko mi było w pełni zidentyfikować aromat czekolady mając częściowo zatkany nos, ale mimo wszystko w konsultacji z Ukochanym doszłam do wniosku, że w kwestii zapachowej niewiele się tu dzieje. Tai Tau 62% ma zapach jednolity, aczkolwiek twardy jak skała - słodkawo-deserowy, trochę przywołujący na myśl jagodowo-kakaowy krem. Wydawało mi się, że skądś już znam taki aromat - prosty, ale przyjemny i jednak nieco inny od najpopularniejszych gorzkich tabliczek.

Czekolada w konsystencji była dość twarda, aczkolwiek nie łamała się z mocnym hukiem. Względnie grube kostki sprawiały wrażenie jednolitości i zbitości. Lekki połysk na zdobieniach kostek nie wydawał mi się wcale apetyczny i kuszący, ostatnimi czasy bardziej podoba mi się większa matowość czekolad. Swobodne rozpuszczanie się w ustach też było kwestią dyskusyjną - tą czekoladę zdecydowanie lepiej się gryzło.

Smak? Jedząc Tai Tau 62% miałam nieodparte wrażenie, że spożywam czekoladki z kalendarza adwentowego, ale w wydaniu o wyższej zawartości kakao. Ciężko mi nazwać tą nutę smakową - po prostu przywiodła takie, a nie inne skojarzenie. I to właściwie wszystko. Nie rozpostarła się przede mną paleta niuansów smakowych, nie spodziewałam się zresztą tego. Dostałam jednak deserowy wyrób idealnie pasujący do kawy. Oj tak, mój Ukochany również stwierdził, że taka deserowo-słodka czekolada o zwartej konsystencji bardzo dobrze komponuje się z kawą. A skojarzenie z podkręconą przez kakao wersją adwentowych czekoladek dawało mi przyjemność z jedzenia każdej kostki. Przyjemność, która nie trzęsła murami, niebędąca rozkoszą - ale taką zwyczajną, codzienną przyjemność, dokładnie jak łyk zwykłej kawy. 

Ciekawa jestem, co nowego przyniosą z sobą Tai Tau 72% i 82%. Czy w ogóle poczujemy znaczną różnicę? Do ich zrecenzowania zostaje jeszcze trochę czasu, ale nie boję się, że zapomnę jak smakowała 62%. To był tak prosty, łatwy do zapamiętania smak - porównanie przyjdzie mi bezproblemowo.

Skład: miazga kakaowa (Ghana, Arriba, Grenada), cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna rzepakowa.
Masa kakaowa min. 62%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 558 kcal.
BTW: 6,6/34/56,4