Dziś przed Wami ostatni wpis połączony z relacją z mojego urlopu. Już czy może w końcu? Powiem szczerze, że im dalej od naszego powrotu z Armenii, tym coraz trudniej opisywało mi się spędzony tam czas. Już dawno wkręciłam się w wir obowiązków i serce mi się krajało, gdy każdego wieczora siadałam i próbowałam ubrać w słowa wakacyjne wspomnienia. Teraz wrócę do opisywania samych czekolad, na szczęście o wiele bardziej absorbujących niż te jedzone na wyjeździe. I tak aż do kolejnego wypadu w góry.
Ostatnią zabraną w podróż tabliczkę nie otworzyliśmy w Armenii, lecz w Gruzji. Wylatywaliśmy do Polski z Tbilisi, dlatego mieliśmy okazję liznąć odrobinę tego państwa. Jedynie zdjęcie zawartości opakowania zrobiłam już na lotnisku w Warszawie, ponieważ pierwsze kostki truskawkowej Studentskiej zostały skonsumowane nocą, w kiepskim oświetleniu. Oczekiwanie na odbiór bagażu w ojczyźnie było jedynym momentem na zrobienie szybkiej fotki, a także na doładowanie się resztką czekolady przed odebraniem auta z parkingu.
Najnowsze Studentskie z czerwoną porzeczką i jagodą pojawiły się już na moim blogu. Na koniec zostawiliśmy wersję z truskawkami. Dobrze, że nie zabrałam jej do plecaka na wyprawę w Góry Gegamskie, bo niechybnie zamieniłaby się w papkę, tak jak poprzedniczki. Aż dziw bierze, że Orion wcześniej nie pokusił się na wypuszczenie Studentskiej z truskawkami - wszak to tak popularny owoc w słodyczach (wiem, że przez wielu z Was również przez ten fakt znienawidzony).
Nad fatalnym składem Studenstkiej nie będę snuć niekończących się narzekań, bo w końcu pomimo niego nadal świadomie kupuję te tabliczki i zjadam je ze smakiem. Truskawkowa Studenstka kryje jednak w sobie pewną ciekawostkę. Po pierwsze, wyróżniające Studentską galaretki w tej wersji zawierają w sobie koncentrat truskawkowy, a więc ewidentnie są truskawkowe. Muszę przyznać, że w smaku różnica ta jest wyczuwalna - nie są to klasyczne Studenstkie galaretki z cytrusowym zacięciem. Coś za coś - to zabawne, ale w samych czerwonych, "truskawkowych" cząstkach truskawek już nie ma. Mamy za to suszoną żurawinę i barwiący koncentrat z czarnego bzu. Truskawkowość owocowych cząstek uzyskana została tylko i wyłącznie za pomocą aromatu.
Muszę przyznać, że ta czekolada wyróżniała się na tle porzeczkowej i jagodowej koleżanki. Mleczna czekolada nadal była słodka i kiepska, jak zawsze - no i jak zawsze dziwacznie wciągająca. Koncentrat truskawkowy zawarty w galaretkach czynił je odmiennymi, ale nadal pysznymi. Bardzo lubię galaretki w Studentskich, a te tutaj miały w sobie delikatny, beztroski element. Wzbudzał we mnie jakieś miłe skojarzenia - pewnie związane z jakimś sztucznym żarciem z dzieciństwa - ale mimo wszystko było to miłe.
Owocowe cząstki były rzeczywiście bardziej żurawinowe niż truskawkowe. Może i dobrze, bo przy truskawkowych galaretkach mamy szansę na nieco urozmaicenia. Miękkie, praktycznie wcale nie gumowate - czyniły czekoladę tak przyjemnie słodko-owocową, iż moja słabość do Studentskich po raz kolejny została przypieczętowana. Oczywiście, gdy dodamy do tego podprażone orzechy arachidowe, stanowiące jak zawsze kropkę jak i, to... Eh, znów wiem, że cokolwiek by się nie działo - zawsze z chęcią będę zabierać w góry te badziewne Studentskie :).
Po opisywanych w poprzednim wpisie monastyrach czekała nas już tylko podróż autem do granicy armeńsko-gruzińskiej. Tam pożegnaliśmy się z naszym drogim Serzhem, pieszo pokonaliśmy granicę i przesiedliśmy się do gruzińskiej taksówki. Nim jednak to nastąpiło, przejeżdżaliśmy przez armeńskie miasto Alaverdi, które totalnie mnie zauroczyło swoją nietypowością i niesamowitym, post-apokaliptycznym klimatem. Możecie go poczuć na poniższych zdjęciach... Alaverdi, pomimo swego przepięknego położenia w sercu zielonych gór, jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych miast w Armenii. Wszystko to przez znajdującą się tam hutę miedzi. Nad wzgórzami Alaverdi unosi się smog, zaś z jednego z szczytów wystaje kopcący komin, co na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie wulkanu. Brzydota i piękno w jednym, kraina kontrastów. Gdy dodamy do tego jeszcze stare bloki mieszkalne postawione tuż na zboczu przepaści, na której to skalistej ścianie znajdują się jaskinie - otrzymujemy obraz miasta, które zapada w pamięci na zawsze. Szkoda, że tylko tamtędy przejeżdżaliśmy. Z chęcią spędziłabym tam choćby jedną dobę.
Po pożegnaniu z Serzhem i przekroczeniu granicy, taksówka zawiozła nas do samego centrum Tbilisi. Było po dwudziestej, a nasz samolot odlatywał dopiero przed piątą rano. Taksówkarz wziął nasz bagaż na przechowanie i mogliśmy zadzwonić po niego o dowolnej godzinie, aby zawiózł nas na lotnisko. Mieliśmy kilka godzin dla siebie w Tbilisi. Kilka godzin, które dało nam do zrozumienia, jak wielka przepaść istnieje między Armenią a Gruzją. W stolicy Gruzji czuliśmy się jak w europejskim mieście, oczywiście mimo wszystko z zachowaniem tamtejszej specyfiki. Na każdym kroku sklepy i lokale z winami, całe miasto przepięknie oświetlone, centrum zadbane i dopieszczone w każdym szczególe, zabytki wyeksponowane, muzyka na ulicach, imprezy... Aż trudno mi to wszystko opisać. Na dodatek piękny widok na panoramę miasta ma się na wyciągnięcie ręki - znad rzeki Kury kursuje kolejka linowa na wzgórze Sololaki, na którym to znajdują się kościół Mama Dawiti, pomnik Matki Gruzji oraz twierdza Narikala. Tbilisi nocą jest czadowe! Wiem, że pewnie jeszcze kiedyś zaznam tego miasta w dzień... Bo o ile nie mam pewności, czy do Armenii jeszcze wrócimy (choć Serzh zaprasza... a Górski Karabach kusi i czeka, Serzh z chęcią by się tam z nami wybrał - a po drodze zahaczyłoby się o monastyr Tatev) - to góry Gruzji wciąż stoją przed nami otworem, zupełnie nam jeszcze nieznane...
Po pierwszej w nocy trafiliśmy na lotnisko, gdzie musiałam się troszkę zdrzemnąć. W końcu czekający nas lot trwał tylko trzy i pół godziny, a z Warszawy musiałam bezpiecznie zawieźć nas do domu...
Skład: cukier, galaretki (cukier, syrop glukozowy, woda, koncentrat truskawkowy 6%, pektyny, kwas cytrynowy, cytrynian sodu, tłuszcze roślinne: palmowy, kokosowy; wosk karnauba, aromaty naturalne), orzechy arachidowe, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, cząstki truskawkowe (suszona żurawina, cukier, kwas cytrynowy, aromat truskawkowy, koncentrat z czarnego bzu, olej słonecznikowy), miazga kakaowa, tłuszcz palmowy, tłuszcz shea, lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 515 kcal.
BTW: 6,7/28,4/56,7


















