Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orion. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orion. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 września 2015

Orion Studentska mleczna z truskawkami, orzechami arachidowymi i galaretkami



Dziś przed Wami ostatni wpis połączony z relacją z mojego urlopu. Już czy może w końcu? Powiem szczerze, że im dalej od naszego powrotu z Armenii, tym coraz trudniej opisywało mi się spędzony tam czas. Już dawno wkręciłam się w wir obowiązków i serce mi się krajało, gdy każdego wieczora siadałam i próbowałam ubrać w słowa wakacyjne wspomnienia. Teraz wrócę do opisywania samych czekolad, na szczęście o wiele bardziej absorbujących niż te jedzone na wyjeździe. I tak aż do kolejnego wypadu w góry.

Ostatnią zabraną w podróż tabliczkę nie otworzyliśmy w Armenii, lecz w Gruzji. Wylatywaliśmy do Polski z Tbilisi, dlatego mieliśmy okazję liznąć odrobinę tego państwa. Jedynie zdjęcie zawartości opakowania zrobiłam już na lotnisku w Warszawie, ponieważ pierwsze kostki truskawkowej Studentskiej zostały skonsumowane nocą, w kiepskim oświetleniu. Oczekiwanie na odbiór bagażu w ojczyźnie było jedynym momentem na zrobienie szybkiej fotki, a także na doładowanie się resztką czekolady przed odebraniem auta z parkingu.


 
Najnowsze Studentskie z czerwoną porzeczką i jagodą pojawiły się już na moim blogu. Na koniec zostawiliśmy wersję z truskawkami. Dobrze, że nie zabrałam jej do plecaka na wyprawę w Góry Gegamskie, bo niechybnie zamieniłaby się w papkę, tak jak poprzedniczki. Aż dziw bierze, że Orion wcześniej nie pokusił się na wypuszczenie Studentskiej z truskawkami - wszak to tak popularny owoc w słodyczach (wiem, że przez wielu z Was również przez ten fakt znienawidzony).

Nad fatalnym składem Studenstkiej nie będę snuć niekończących się narzekań, bo w końcu pomimo niego nadal świadomie kupuję te tabliczki i zjadam je ze smakiem. Truskawkowa Studenstka kryje jednak w sobie pewną ciekawostkę. Po pierwsze, wyróżniające Studentską galaretki w tej wersji zawierają w sobie  koncentrat truskawkowy, a więc ewidentnie są truskawkowe. Muszę przyznać, że w smaku różnica ta jest wyczuwalna - nie są to klasyczne Studenstkie galaretki z cytrusowym zacięciem. Coś za coś - to zabawne, ale w samych czerwonych, "truskawkowych" cząstkach truskawek już nie ma. Mamy za to suszoną żurawinę i barwiący koncentrat z czarnego bzu. Truskawkowość owocowych cząstek uzyskana została tylko i wyłącznie za pomocą aromatu.

Muszę przyznać, że ta czekolada wyróżniała się na tle porzeczkowej i jagodowej koleżanki. Mleczna czekolada nadal była słodka i kiepska, jak zawsze - no i jak zawsze dziwacznie wciągająca. Koncentrat truskawkowy zawarty w galaretkach czynił je odmiennymi, ale nadal pysznymi. Bardzo lubię galaretki w Studentskich, a te tutaj miały w sobie delikatny, beztroski element. Wzbudzał we mnie jakieś miłe skojarzenia - pewnie związane z jakimś sztucznym żarciem z dzieciństwa - ale mimo wszystko było to miłe.

Owocowe cząstki były rzeczywiście bardziej żurawinowe niż truskawkowe. Może i dobrze, bo przy truskawkowych galaretkach mamy szansę na nieco urozmaicenia. Miękkie, praktycznie wcale nie gumowate - czyniły czekoladę tak przyjemnie słodko-owocową, iż moja słabość do Studentskich po raz kolejny została przypieczętowana. Oczywiście, gdy dodamy do tego podprażone orzechy arachidowe, stanowiące jak zawsze kropkę jak i, to... Eh, znów wiem, że cokolwiek by się nie działo - zawsze z chęcią będę zabierać w góry te badziewne Studentskie :).




Po opisywanych w poprzednim wpisie monastyrach czekała nas już tylko podróż autem do granicy armeńsko-gruzińskiej. Tam pożegnaliśmy się z naszym drogim Serzhem, pieszo pokonaliśmy granicę i przesiedliśmy się do gruzińskiej taksówki. Nim jednak to nastąpiło, przejeżdżaliśmy przez armeńskie miasto Alaverdi, które totalnie mnie zauroczyło swoją nietypowością i niesamowitym, post-apokaliptycznym klimatem. Możecie go poczuć na poniższych zdjęciach... Alaverdi, pomimo swego przepięknego położenia w sercu zielonych gór, jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych miast w Armenii. Wszystko to przez znajdującą się tam hutę miedzi. Nad wzgórzami Alaverdi unosi się smog, zaś z jednego z szczytów wystaje kopcący komin, co na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie wulkanu. Brzydota i piękno w jednym, kraina kontrastów. Gdy dodamy do tego jeszcze stare bloki mieszkalne postawione tuż na zboczu przepaści, na której to skalistej ścianie znajdują się jaskinie - otrzymujemy obraz miasta, które zapada w pamięci na zawsze. Szkoda, że tylko tamtędy przejeżdżaliśmy. Z chęcią spędziłabym tam choćby jedną dobę.

Po pożegnaniu z Serzhem i przekroczeniu granicy, taksówka zawiozła nas do samego centrum Tbilisi. Było po dwudziestej, a nasz samolot odlatywał dopiero przed piątą rano. Taksówkarz wziął nasz bagaż na przechowanie i mogliśmy zadzwonić po niego o dowolnej godzinie, aby zawiózł nas na lotnisko. Mieliśmy kilka godzin dla siebie w Tbilisi. Kilka godzin, które dało nam do zrozumienia, jak wielka przepaść istnieje między Armenią a Gruzją. W stolicy Gruzji czuliśmy się jak w europejskim mieście, oczywiście mimo wszystko z zachowaniem tamtejszej specyfiki. Na każdym kroku sklepy i lokale z winami, całe miasto przepięknie oświetlone, centrum zadbane i dopieszczone w każdym szczególe, zabytki wyeksponowane, muzyka na ulicach, imprezy... Aż trudno mi to wszystko opisać. Na dodatek piękny widok na panoramę miasta ma się na wyciągnięcie ręki - znad rzeki Kury kursuje kolejka linowa na wzgórze Sololaki, na którym to znajdują się kościół Mama Dawiti, pomnik Matki Gruzji oraz twierdza Narikala. Tbilisi nocą jest czadowe! Wiem, że pewnie jeszcze kiedyś zaznam tego miasta w dzień... Bo o ile nie mam pewności, czy do Armenii jeszcze wrócimy (choć Serzh zaprasza... a Górski Karabach kusi i czeka, Serzh z chęcią by się tam z nami wybrał - a po drodze zahaczyłoby się o monastyr Tatev) - to góry Gruzji wciąż stoją przed nami otworem, zupełnie nam jeszcze nieznane...

Po pierwszej w nocy trafiliśmy na lotnisko, gdzie musiałam się troszkę zdrzemnąć. W końcu czekający nas lot trwał tylko trzy i pół godziny, a z Warszawy musiałam bezpiecznie zawieźć nas do domu...





Skład: cukier, galaretki (cukier, syrop glukozowy, woda, koncentrat truskawkowy 6%, pektyny, kwas cytrynowy, cytrynian sodu, tłuszcze roślinne: palmowy, kokosowy; wosk karnauba, aromaty naturalne), orzechy arachidowe, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, cząstki truskawkowe (suszona żurawina, cukier, kwas cytrynowy, aromat truskawkowy, koncentrat z czarnego bzu, olej słonecznikowy), miazga kakaowa, tłuszcz palmowy, tłuszcz shea, lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 515 kcal.
BTW: 6,7/28,4/56,7

poniedziałek, 7 września 2015

Orion Studentska mleczna z jagodami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Drugą nową Studenstką zabraną w Góry Gegamskie była mleczna wersja z jagodami. Oczywiście wyrażenie "z jagodami" to jak zwykle nadużycie - suszone jagody stanowią jedynie 6% owocowych cząstek, w których dominuje... jabłko. Czy ta tabliczka była choć odrobinkę jagodowa? O tym dowiecie się za chwilę. Urokliwego zdjęcia wnętrza opakowania nie posiadam, bo dziś opisywana Studenstka zmasakrowała się przez słońce równie mocno, jak porzeczkowa poprzedniczka.

Zamiast tego, macie fotkę zrobioną telefonem z zaparowanym aparatem (dlatego taka niewyraźna) - kadr z wieczornego picia herbaty przed namiotami rozbitymi w naszym drugim obozie. Obok kawałków Studentskiej dostrzec możecie wspomniane w poprzednim wpisie ciasto gata. Tragiczność tego zdjęcia zwalam na fakt, że obok mnie na trawie siedział nieco przerażający mężczyzna - nie byłam w stanie zrobić normalnej fotki. Ale o tym również za chwilę...



Studentską jagodową jedliśmy tego samego dnia, co deserową wersję porzeczkową. Nie pochłonęliśmy ich jednak we dwójkę, ponieważ częstowaliśmy współtowarzyszy. Bezsprzecznie muszę stwierdzić, że mleczna wersja bardziej przypadła mi do gustu - nawet pomimo tak porażkowej zawartości masy kakaowej. Sama czekolada, choć naprawdę kiepskiej jakości - miała w sobie elektryzujący śmietankowo-waniliowy posmak, który podkręcał cukrowego kopa i zachęcał co sięgnięcia po następną kostkę. E tam, co ja plotę - przecież dobrze wiem, że to nie ta pseudoczekolada najbardziej mnie pociągała. Największy urok stanowiły jak zawsze kwaskowate miękkie galaretki oraz chrupiące orzeszki arachidowe.

Owocowe cząstki, jak to Orion ma ostatnio w zwyczaju, były nieco mniejsze od galaretek i odrobinę od nich twardsze.  Również tutaj producent nie przesadził z nadmiernym podkręceniem barwy cząstek - i bardzo dobrze. Były one odświeżające w sposób podobny do galaretek i pomimo znikomego udziału jagód Orion wyczarował to tak, że jednak było je czuć. Ba, wydaje mi się, że ta tabliczka była bardziej jagodowa od Lindt Acai Beere, co jest wręcz absurdalne. Całość nie wiedzieć czemu przypominała mi limitowaną edycję śliwka-wanilia, którą darzę sentymentem. Nasza jagodowa tabliczka zaoferowana do herbaty przy namiotach rozeszła się w kilka chwil.


Nim zasiedliśmy do tej herbaty upłynąć musiał cały długi dzień. W piątkowy poranek po śniadaniu złożyliśmy namioty, przygotowaliśmy konie i ruszyliśmy znad jeziora Akna dalej w głąb Gór Gegamskich. Wysokości były coraz większe, więc skwar nie dokuczał już tak mocno. Czekały nas również inne krajobrazy niż dnia poprzedniego. Spotykaliśmy coraz to więcej wulkanicznych skał, a brzoskwiniowe góry zamieniały się w ogniste marsjańskie twory. Oczywiście nadal dookoła nas roztaczały się bezkresne przestrzenie, ale tym razem bardziej kamieniste i jeszcze surowsze...


Tego dnia naszym wyzwaniem był Azhdahak, czyli mierzący 3597 m n.p.m. najwyższy szczyt Gór Gegamskich. Gdy w końcu wynurzył się przed nami spośród nakładających się na siebie planów - z dala, w pełnej okazałości wyglądał naprawdę imponująco. Wydawało się też, że podejście na niego będzie trudne. Obeszliśmy jednak górę z drugiej strony i okazało się, że czekać nas będzie niezbyt długi spacerek na szczyt. Konie zostały z Rustamem u podejścia, a my w czwórkę ruszyliśmy zdobywać górę. Chwilę przed rozpoczęciem podejścia mój Ukochany dostał kopa w rękę od gniadego. Na szczęście zupełnie nic się nie stało, choć wyglądało to groźnie.

Azhdahak podobnie jak Aragac nie posiada tylko jednego szczytu. To czerwone dziwadło widoczne na zdjęciu poniżej to również Azhdahak - jego niższy szczyt. Na obu szczytach znajdują się kratery, w których wnętrzu położone są jeziora. Nie wiem, czy jakiekolwiek słowa są w stanie opisać kosmiczne piękno tej góry, tak więc po prostu patrzcie...





Po zdobyciu szczytu wróciliśmy do Rustama i koni. Gdy szykowaliśmy je do dalszej wędrówki teraz Rustam został do krwi użarty przez siwą, tak dla odmiany. Wszystkie narody musiały być równo obdzielone przez nasze rumaki ;).

Kolejny obóz rozbijaliśmy nieopodal dość dużej pasterskiej zagrody, z której rozciągał się widok na Ararat. Mieliśmy tu zostać na dwie noce, ale już bez Geghama i Rustama. Po zjedzonym na trawie obiedzie nasi przyjaciele dosiedli koni i skróconą drogą wrócili do Sevaberd. My zaś poszliśmy oglądać petroglify znajdujące się nieopodal na rumowiskach skalnych. To niesamowite móc obejrzeć rysunki naskalne sprzed tysięcy lat, na kamieniach leżących tak samo od czasu, gdy dawny człowiek ozdobił je symbolami.

Później poznaliśmy gospodarza tutejszej wioski pasterskiej, przy której mogliśmy się rozbić. Timur podjechał do nas na swojej pięknej siwej klaczy i od razu zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Dojrzały już facet miał niesamowicie przejmujące spojrzenie, którym wręcz zabijał. Gdy zaprosił nas do namiotu na wódkę (oczywiście zagryzaną arbuzami, foto z tego posiedzenia poniżej), kobiety i dzieci mieszkające z nim chodziły jak w zegarku spełniając jego prośby, a przy tym trzymając się na dystans od naszego stolika. To właśnie on przyszedł potem do nas na herbatę.

Spośród pasterskich psów Timura jedna suczka była wyjątkowo przyjazna. Często przychodziła w okolicę naszych namiotów i łasiła się. Do teraz pamiętam dotyk tej smaganej wiatrem sierści... A pierwsza noc obok wioski Timura była bardzo spokojna - no może poza odwiedzinami krowy, która nie chciała odczepić się od szczelnie pozamykanych toreb z prowiantem pozostawionych przed namiotami.



Skład: cukier, galaretki (cukier, syrop glukozowy, woda, pektyny, kwas cytrynowy, tłuszcze roślinne: palmowy, kokosowy; wosk karnauba, aromaty naturalne), orzechy arachidowe, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, cząstki z jagodami (skoncentrowany susz z jabłek, syrop glukozowo-fruktozowy, syrop glukozowy, suszone jagody 6%, cukier, glicerol, błonnik pszenny, kwas cytrynowy, kwas jabłkowy, tłuszcz palmowy, koncentrat z marchwi, koncentrat z jagód, pektyny, koncentrat z jeżyn, aromaty naturalne), miazga kakaowa, tłuszcz palmowy, tłuszcz shea, lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 515 kcal.
BTW: 6,7/28,4/56,7

sobota, 5 września 2015

Orion Studentska ciemna z czerwonymi porzeczkami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Kolejnego dnia po powrocie znad jeziora Kari zwiedzaliśmy na własną rękę Erywań. Podczas naszych długich spacerów oraz odwiedzania muzeów (w których historia Armenii wydaje się być po prostu żywa), nasz przewodnik kompletował ekwipunek na następną wyprawę, tym razem czterodniową. Naszym celem były Góry Gegamskie. Gdy po powrocie z miasta pakowaliśmy się pod namioty załadowałam do plecaka dwie z trzech nowych Studentskich oraz względnie nowy wariant smakowy Toblerone. Na moim blogu już nieraz mogliście się przekonać, jak bardzo cenię sobie Studentskie na górskim szlaku (spuszczając na fatalny skład zasłonę milczenia). Jak się później okazało, pierwszy dzień wędrówki w Górach Gegamskich (czwartek) okazał się być morderczy dla Studentskich. Taki upał zniosłaby mało która czekolada. Nie było mowy, by w ogóle tykać czekolady na trasie - byliśmy w stanie przyjmować jedynie wodę i soczyste owoce. Gdy już po południu rozbijaliśmy obóz, mój Ukochany szepnął: "nie chcesz wiedzieć, co się stało z czekoladami". Noce były jednak chłodniejsze - wiedziałam, że tabliczki stężeją i następnego dnia nie powinno być już tak źle. Nie wyobrażałam sobie, żebym miała uznać Studentskie za niezjadliwe - nawet poddane takim perturbacjom.

Po pierwszą Studentską sięgnęliśmy więc w piątek. W tej notce opiszę jednak wyprawę czwartkową. Nim to nastąpi, czas pochylić się nad czekoladą. Deserowa Studentska z czerwoną porzeczką to jedna z trzech letnich limitowanych nowości od czeskiego Oriona (znajdującego się pod skrzydłami Nestle). Wszystkie zakupiliśmy poprzez Allegro.

Szałowa zawartość 39% kakao plus tłuszcze roślinne i miliard polepszaczy w żelkach oraz w owocowych cząstkach powinny tą czekoladę totalnie deklasować. Jednakże dla mnie Studentska w górach to Studentska w górach i wszystko jej wybaczam. Abstrahując, nie przedstawię Wam dzisiaj pełnego składu tej czekolady. Spisałam go z opakowania jeszcze przed wyjazdem na urlop, ale parę dni temu przedwcześnie opublikowałam wersję roboczą opisu tej tabliczki. Zorientowałam się będąc w trasie i w pośpiechu skasowałam notkę. W domu okazało się, że opakowanie Studentskiej jest na tyle zniszczone po wyprawie, że nie jestem w stanie odczytać pełnego składu (który jest jak zwykle kilometrowy). Niech Wam wystarczy fakt, iż czerwone porzeczki stanowią 30% owocowych cząstek. Wiadomo było, że Orion nie zaserwuje nam w środku całych suszonych porzeczek...


 

Po rozpakowaniu z papierka i sreberka nasza porzeczkowa Studentska wyglądała strrrasznie. Brrr... Jak dobrze, że na  powyższym zdjęciu udało mi się uniknąć szczegółowego pokazania Wam tej masakry. Częścią tabliczki poczęstowaliśmy towarzyszy wędrówki, reszta powędrowała do naszych paszcz. Jako, że jedliśmy tą Studentską przed i po zdobyciu jednej z gór, mój Ukochany stwierdził, że NIC nie pamięta z tej czekolady. Jej smak uciekł gdzieś pomiędzy ogromem wrażeń i czekolada stała się tylko paliwem. Staram się wytężyć umysł i postarać się COŚ o niej napisać...

W kategorii deserowych czekolad Studentska to oczywiście rzecz wyjątkowo słodka i błaha, ale w połączeniu z mnogością dodatków tworzy produkt bardzo przystępny do spożycia. Galaretki i orzechy arachidowe były dokładnie takie same jak w poprzednich próbowanych wersjach, będąc sztandarowym symbolem marki Studentska. Uwielbiam je w tych tabliczkach. Owocowe cząstki nie spisały się rewelacyjnie. Na szczęście ich kolor nie został nadmiernie podrasowany, a konsystencja przypominała po prostu nieco twardsze galaretki. Posmak czerwonych porzeczek wynurzał się gdzieś spod słodyczy, ale bez wiedzy o wariancie smakowym tabliczki chyba ciężko mi by je było zidentyfikować i nazwać. Raczej obstawiałabym po prostu miks czerwonych owoców, być może owoce leśne. W oddali przebrzmiewał lekko winny akcent charakterystyczny dla dojrzałych czerwonych porzeczek - i to by było na tyle.

Smakowało mi, owszem - tak jak zawsze. Nowe Studentskie kupuję nie z chęci zaznania wyjątkowych smaków, ale z sympatii. Dziś opisywana wersja smakowa była naprawdę mało charakterystyczna w porównaniu do innych. Jeszcze przed opisem pozostałej dwójki czeskich nowości mogę przyznać, że porzeczkowa jest najmniej godna uwagi. Proszę przejdźmy więc w końcu do tego, co najbardziej wartościowe w dzisiejszym wpisie...



Powyższe zdjęcie przedstawia naszą wesołą kawalkadę kierującą się z wioski Sevaberd wprost w stronę serca Gór Gegamskich. Do Sevaberd dojechaliśmy z Erywania w czwartkowe przedpołudnie gdzie poznaliśmy naszych "horsemanów": Geghama i jego przyjaciela Rustana. Gegham jest starszy, ma przepalone od słońca oczy. Gdy uśmiecha się, spośród rzędu naturalnych zębów raz po raz przebłyskują złote. Rustam zaś to  śliczny, no no po prostu śliczny młody mężczyzna. Trafniejszego epitetu nie mogłam znaleźć.

Bazą wypadową była najbardziej wysunięta w stronę gór działka, na której znajdował się dom Geghama. W całej wsi wiało biedą, ale i tak zostaliśmy ugoszczeni wyjątkowo ciepło. Żona Geghama poczęstowała nas wyjątkowo smaczną kawą oraz tradycyjnym ciastem gata. Gata wygląda jak okrągły pszenny chleb (zresztą takiego kształtu chleb zazwyczaj jada się w Armenii), a wewnątrz wypełniony jest zbitym nadzieniem na bazie cukru i jajek. Potem śmialiśmy się, że gata to ciasto z koglem moglem. Bardzo polubiłam ten prosty smak.

Przy płocie czekały już osiodłane konie: siwa klacz i gniady ogier. Drobne, szlachetne wierzchowce. Załadowaliśmy na ich grzbiety nasz prowiant i plecaki. Naszej wyprawie miał towarzyszyć trzeci konik, a mianowicie źrebaczek siwej. Widząc, jak słońce coraz to wyżej unosi się na niebie wysmarowaliśmy się kremem z filtrem 50+ i ruszyliśmy w stronę roztaczającego się przed nami bezkresu. Bezkresu dzikich Gór Gegamskich.


Niesamowity żar lał się z nieba, a my dzielnie kroczyliśmy coraz to wyżej i wyżej przez prawdziwe pustkowia. Raz po raz napotkaliśmy gdzieś pasterzy ze swoimi stadami, dla których turyści w tym miejscu to niespodzianka. Zbliżali się do nas, zagadywali. Ubrani od stóp do głów, szczelnie chronili się przed słońcem. Po tym, jak spiekłam sobie łydki zupełnie się im nie dziwiłam.

Z każdym kilometrem otwierały sie przed nami coraz to nowe przestrzenie. Przechodziliśmy na drugą stronę kolejnych wzgórz, a tam czekały następne górskie surowe krajobrazy, które zdawały się nie mieć końca. Tego dnia nie widzieliśmy jeszcze najwyższego szczytu Gór Gegamskich - Azhdahak 3597 m n.p.m., choć mijane góry i tak wydawały się być coraz to wyższe. Parę razy pytaliśmy, czy to już Azhdahak, a okazywało się, że przechodzimy właśnie obok gór bez nazwy. W Polsce nie do pomyślenia!

  
Gdy zbliżaliśmy się do miejsca rozbicia naszego obozu, góry zaczęły przypominać wielkie brzoskwinie. Mój mózg oszalał już od słońca i niekończących się krajobrazów, aż odnosiłam wrażenie, że po przejściu na drugą stronę kolejnego wzgórza zobaczymy wielki ocean.

Dotarliśmy jednak nad jezioro Akna. Gdy chłopacy poszli poić konie, od razu ułożyli u brzegu jeziora kilka butelek celem ich schłodzenia. Po rozbiciu namiotów mogliśmy wspólnie raczyć się chłodną Kilikią oraz fenomenalnym domowym winem z dzikiej róży, które smakowało niczym najwykwintniejszy lambik.

Potem udaliśmy się na spacer dookoła jeziora Akna, które jest położone w naprawdę niezwykle urokliwym miejscu. Zresztą, możecie się o tym przekonać patrząc na zdjęcia. Na dodatek było tam tak spokojnie... Po powrocie pod namioty zjedliśmy wspólnie kolację, a w obroty poszła chłodzona w jeziorze wódka. A po niej znów Ormianie mówili po polsku, a Polacy po ormańsku... Noc nad jeziorem Akna była cicha i bezpieczna, a w ciepłym śpiworze z gęsiego puchu spało się jak w najlepszym łóżku.







Masa kakaowa min. 39%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 527 kcal.
BTW: 7,5/31,5/52,4

niedziela, 18 stycznia 2015

Orion Studentska DuoMix mleczna i biała z rodzynkami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Nieźle Was wymęczyłam tymi recenzjami zimowych Studenstkich, ale to jeszcze nie koniec! Zamawiając poprzez Allegro nowości od Oriona nie mogłam przeoczyć DuoMix. Domówiłam ją "na doczepkę" i specjalnie się nie ekscytowałam możliwością spróbowania tej czekolady - w końcu wszystkie jej składniki już dobrze znałam. Białą czekoladę od Studenstkiej jadłam (w górach, a jakże!), mleczną próbowałam nieskończoną ilość razy, a dodatki mamy tu klasyczne (rodzynki, galaretki, orzechy arachidowe). Orion naprawdę idzie na łatwiznę podczas wymyślania nowości. Jak widzicie, DuoMix jest wariacją na temat tabliczki łaciatej - od razu przypomina się Milka Happy Cows (która na studiach była uważana za naszą czekoladę branżową, co niezmiernie mnie wkurzało).

DuoMix,tak jak pozostałe nowe Studentskie, poleciała z nami do Maroko, ale... wróciła z powrotem do Polski. Miejsce rozerwania jej sreberka było o wiele mniej romantyczne, niż w przypadku poprzedniczek. Bezpiecznie dolecieliśmy do ojczyzny, gdzie czekały na nas diametralnie inne warunki atmosferyczne. Pociąg z Warszawy do Poznania. Zimny korytarz, zaraz przy ubikacji (śmierdzi) i drzwiach pomiędzy wagonami (wieje, a drzwi przytrzaskują nam plecak, cudownie). Za oknem ciemne chmury i monotonny deszcz. Siedzimy na plecakach, opatuleni w puchowe kurtki. Zimno, nudno, źle. Może czekoladę? Tja, czekolada zdawała się być jedynym ukojeniem w powyższej sytuacji.


Pierwszy rzut oka na tabliczkę i... zaskoczenie. To jednak nie jest Happy Cows. W łaciatej Milce bazą jest mleczna czekolada ozdobiona nierównomiernie rozsianymi białymi plamami. Orion uczynił inaczej. Tutaj bazą jest biała czekolada, a mleczna pokrywa cienko powierzchnię tabliczki, i to nie w całości. Fani białej czekolady powinni być zadowoleni zwłaszcza, że Orion jakiejś tragicznej białej nie robi (pomimo brzydkiego składu).

Warstewka mlecznej czekolady jest tak cienka, że praktycznie nie czyni żadnej różnicy. W końcu mleczna Studentska nie szczyci się na tyle wysoką zawartością masy kakaowej, abyśmy mogli wyczuć wyraźny kontrast w połączeniu dwóch rodzajów czekolady. Wyczuć kakao się tu nie da. Biała czekolada jest bardzo słodka, ma dość miły śmietankowy posmak i pomimo znacznego udziału tłuszczy roślinnych nie czujemy odrzucającej margaryny. Znośny średniak, który staje się w ostatecznym rozrachunku całkiem smacznym kąskiem - oczywiście za sprawą świetnych dodatków. Klasyka wśród Studentskich - jędrne rodzynki, pyszne orzeszki, soczyste galaretki. Dla tych dodatków wybaczam wszystkie niedociągnięcia. 

W melancholijnym, powrotnym pociągu zjedliśmy sporą część tej tabliczki, pocieszając się skokiem cukru we krwi. To co zostało, oddałam mojemu Lubemu. Dacie wiarę? ;) On jednak częściej miewa ochotę na łakocie, niż ja. Tak mi się wydaje ;).

Na zakończenie jeszcze jedno fotograficzne wspomnienie naszej marokańskiej wyprawy. Doskonale pamiętam, jak dobrze mi wtedy zrobiła ta kawa, przegryziona kawałkiem jednej ze Studentskich... Chwila regeneracji po wyprawie na Ras i Timesguidę, by zaraz potem ruszyć ze schroniska Neltner z powrotem do wioski Aremd. Tak bardzo chciałabym się teraz znów tam znaleźć... Zamykam oczy, raz, dwa, trzy... PUF! Zniknęłam!? ;)


Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, orzechy arachidowe 9,5%, galaretki 9,5% (cukier, syrop glukozowy, woda, kwas cytrynowy, pektyny, cytrynian sodu, aromat, tłuszcz palmowy, tłuszcz kokosowy, wosk karnauba), rodzynki 9,5%, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, shea, sal, illipe, kokum gurgi, z pestek mango), lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 519 kcal.
BTW: 8,1/29/55,5

środa, 14 stycznia 2015

Orion Studentska mleczna o smaku grzanego wina, z jabłkami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Dzisiaj zapraszam Was do zapoznania się z opisem ostatniej już Studenstkiej z limitowanej zimowej edycji. Nie będzie to jednak pożegnanie na długo z Orionem - już za dwie notki przybliżę Wam kolejną nowość tej marki, a mianowicie Studentska DuoMix.

Lubicie grzane wino? Jak wspomniałam w notce opisującej Studentską o smaku ponczu, moje doświadczenia z grzanym winem można policzyć na palcach jednej ręki. Przyznam się, że gdy piłam grzane wino te parę razy, przyjemność czerpałam tylko i wyłącznie z efektu rozgrzewającego i smaku korzennych przypraw. Co innego, gdybym takiego grzańca miała sobie przygotować sama... Lubię wina tylko wytrawne (ewentualnie półwytrawne) i wyraźna słodycz w winie mnie odrzuca. Robi mi się słabo na wspomnienie kobiety, która rezydowała w tym samym pensjonacie co my podczas jednego z naszych górskich wyjazdów. Co wieczór do kolacji zamawiała grzane wino (półsłodkie) i z dzikim uśmiechem na twarzy dorzucała do niego jeszcze kilka kostek cukru. Fuj!

Pewnie czekacie już na opis sytuacji, w której to rozdarłam sreberko naszej dzisiejszej Studentskiej podczas wyprawy w Atlas Wysoki? :D Otóż moi Drodzy, dnia 30 grudnia 2014, chwilę po skosztowaniu paru kostek Studentskiej mlecznej o smaku grzanego wina, z jabłkami, orzechami arachidowymi i galaretkami - leżałam sobie tak:



A taki miałam widok:


 Chwilę później weszliśmy na szczyt Jbel Tasghimout 2664 m n.p.m. (parę kosteczek Studentskiej znów wpadło ;)), a tam rozpościerała się dookoła nas taka sceneria:




 Powstawiałabym jeszcze fotki z naszego lunchu, jaki odbył się parę godzin później - oj tak, pod koniec grudnia siedzieliśmy na macie wpatrując się w monumentalne góry, łapiąc promienie cudnego słońca i jedząc specjalnie dla nas przygotowany w terenie posiłek - ale nie będę już Was torturować ;).

Jaka była główna bohaterka tego wpisu, czyli Studenstka? Jeśli chodzi o intensywność aromatów, była zdecydowanie najłagodniejsza z całej trójki zimowych limitek. Mój Mężczyzna uznał, że była spośród ich wszystkich najsmaczniejsza. Może coś w tym jest. Na pewno najmniej jest w niej owego dziwnego posmaku, który ma imitować trunek. Muszę przyznać, że ta Studentska jest mocno podobna do swojej zeszłorocznej poprzedniczki - jednakże tutaj aromat cynamonu jest o wiele słabszy. 

Za dodatek jabłkowy posłużyły niestety tak jak rok temu cząstki jabłkowe, które suszu z jabłek mają jedynie 14%. Te jasne kosteczki mają delikatny jabłkowy smak i wyróżniają się na tle większych, liczniejszych, bardziej cytrusowych galaretek. Orzechy arachidowe jak zawsze robią dobrą robotę, a marność mlecznej czekolady została przykryta całością zróżnicowanych dodatków. 

Pomimo tego, że rzeczywiście wersja jabłkowa sprawiała wrażenie najsmaczniejszej, to była najmniej charakterna. W zimowych edycjach z rodzynkami i śliwkami aromat mający udawać rum był wyraźny, ale momentami wydawał mi się wręcz dziwaczny. Tutaj winnego aromatu trudno się doszukiwać, ale odżegnując się od chęci identyfikowania produktu na siłę z jego nazwą - spokojnie mogę uznać tą tabliczkę za najbardziej zbalansowaną, najmilej rozgrzewającą (ale tylko tak delikatnie). I tak czy siak, bardziej przypasowała mi zeszłoroczna wersja jabłkowa - tam w galaretkach pojawił się ekstrakt cynamonowy i od razu uderzył w odpowiednie struny w moim sercu. 

Tegoroczna zimowa edycja Studentskich mogłaby być o wiele lepiej dopracowana. Pomysły były ciekawe i innowacyjne, ale w wykonaniu wiele brakowało do ideału. Nie chodzi już nawet o poprawianie kiepskiej czekolady, ale o zainwestowanie w autentyczność dodatków. W końcu na co dzień staram się unikać produktów "o smaku...". Gdybym nie zabrała moich Studenstkich w góry (gdzie z natury spisują się dobrze, jakiekolwiek by nie były) - być może żałowałabym tych zakupów.

Skład: cukier, orzechy arachidowe 13%, galaretki 13% (cukier, syrop glukozowy, woda, kwas cytrynowy, pektyny, cytrynian sodu, aromat, tłuszcz palmowy, tłuszcz kokosowy, wosk karnauba), tłuszcz kakaowy, cząstki jabłkowe 10% (syrop glukozowo-fruktozowy, skoncentrowany susz z jabłek 14%, glicerol, cukier, błonnik pszenny, olej palmowy, pektyny, kwas cytrynowy, naturalny aromat, kwas askorbinowy), pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, shea, sal, illipe, kokum gurgi, z pestek mango), lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 505 kcal.
BTW: 6,8/28/55

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Orion Studentska mleczna o smaku grogu, z rodzynkami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Jesteśmy w połowie recenzowania najnowszej limitowanej edycji Studentskiej, zabranej przeze mnie na wyprawę do Maroko - dzisiaj przed Wami czekolada mleczna o smaku grogu, z rodzynkami, orzechami arachidowymi i galaretkami. Jak wspomniałam w poprzedniej notce, alkoholowa nuta smakowa, jakiej należy się spodziewać ze względu na nazwę produktu, wynika jedynie z dodatku odpowiednich aromatów. Niech więc abstynenci nie mają obaw, nie wyczujemy tu żadnego chamskiego spirytusu. Trochę szkoda, że rzeczywiście nie ma tu ani grama alkoholu (choć może i lepiej, jeśli poprzez ten zabieg czekolady miałyby się stać substytutem kieliszka wódki) - przynajmniej z czystym sumieniem mogłam częstować nimi Berberów ;). Można prowadzić samochód, można dać ją dziecku... W sumie, to Orion poczynił bardzo zachowawczy ruch stosując te aromaty ;). Przy okazji przyoszczędził też na cytrusach i cynamonie, które powinien zawierać trunek taki jak grog. Heh. Gdyby nie aromaty, dziś opisywana tabliczka nie różniłaby się niczym od klasycznej mlecznej Studenstkiej.

Przenieśmy się na chwilę do miejsca, gdzie rozdarłam sreberko tej czekolady (tak, Studentska to nadal papierowe opakowanie plus sreberko, szok! ;)). Dzień po zdobyciu Jabal Toubkal, ponownie wyruszyliśmy ze schroniska Neltner przed świtem - tym razem po to, aby zdobyć kolejne czterotysięczniki Atlasu Wysokiego: Timesguida 4088 m n.p.m. i Ras 4083 m n.p.m. (Ouanoukrim). Ta wspinaczka była dla mnie zdecydowanie większym wyzwaniem, niż wejście na Toubkal. Po pierwsze, od rana bolał mnie brzuch (bałam się, że to zaczątki Zemsty Faraona - myśl o prawdopodobnej utracie możliwości spożywania pysznego marokańskiego żarełka jeszcze bardziej mnie dołowała. Z góry zaznaczę, że na szczęście do totalnej Zemsty nie doszło i mogłam jeeeeeść ogromne ilości aż do końca wyjazdu :D). Po drugie - trasa na te szczyty była istotnie trudniejsza, niż na Toubkal. Nie bez przyczyny, na Toubkal tamtego dnia waliły tłumy, a na Ouanoukrim tylko my (kocham samotność na szlaku!). Trochę wspinaczki w skale, strome ściany z sypkim śniegiem... Gdyby tego było mało, na ekspozycjach wiał niemiłosierny wiatr, który wbijał cząstki lodu prosto w moją twarz. 

Oj, wiele było momentów, kiedy czułam agresję, strach, bezsilność... Dopiero na samym Timesguida szalka emocji zaczęła się przechylać na korzyść tych pozytywnych, a apogeum radości osiągnęłam na Ras. Na samiutkim szczycie udało nam się znaleźć w miarę zaciszne miejsce. Tam przysiedliśmy. Nasz przewodnik Hassan swoim zwyczajem otworzył magiczny worek z bakaliami, a ja... no właśnie, rozdarłam sreberko. I w końcu bez negatywnych emocji w tle mogłam napawać się nieziemskimi widokami. Nawet ból brzucha minął, totalny relaks (dobrze, że w tym momencie nie myślałam o tym, że trzeba jeszcze zejść w dół... ;)). Tej czekolady nie zjedliśmy całej na Ras (na raz :D), została konsumowana etapami i to w późniejszych chwilach najpilniej zanotowałam wrażenia smakowe. Jednakże momentowi otwarcia tej tabliczki towarzyszyły tak różnorakie emocje i absolutnie zapierające dech w piersiach widoki - dlatego to właśnie tą historię chciałam Wam w tym wpisie przytoczyć. I przepraszam za tyle zdjęć, ale nie mogłam się powstrzymać :P.




Przejdźmy w końcu do opisu samego produktu. Mleczną czekoladę Studentską oraz występujące w niej orzechy arachidowe opisywałam już wiele razy i w tych kwestiach raczej nic się nie zmienia. Kiepska jakościowo czekolada w połączeniu z licznymi, nie przeleżanymi orzeszkami tworzą wyrób, który jest tolerowany przez moje podniebienie - a zwłaszcza, gdy dorzucimy do tego jeszcze soczyste galaretki i owoce. Przecież za to darzymy Studentską sympatią! 

Galaretki nie wyróżniają się na tle innych dodatków tak bardzo, jak stało się to w wersji z ponczem. Tutaj zdecydowany prym wiodą rodzynki. Dlaczego? Przypuszczam, że to właśnie na nich producent skupił swoja uwagę, aromatyzując produkt (choć w składzie tego nie podano - może to silnie wchłonęły aromat dodany do samej czekolady. Hmm, też nie? Cóż, szczegóły tych rozważań na końcu...). Rodzynki są średniej wielkości i jak na dodatek do czekolady - są dość jędrne i soczyste. Niech antyfani rodzynek trzymają się od tej tabliczki z daleka! Sprawiają wrażenie lekko nasączonych rumem, a do tego dochodzi pewna cytrusowa nuta, roznosząca się po całej tabliczce. Nie jest to tylko i wyłącznie akcent kwasu cytrynowego, który znajduje się w składzie galaretek. Bardziej przywodzi to na myśl syrop pomarańczowy. Koniec końców, aromatyzacja tej czekolady jest wyraźna - nie wiem, czy nie najwyraźniejsza z całej trójki zimowych limitek.

Wiele razy w tym wpisie użyłam słowa "aromat". Głębsze przestudiowanie składu produktu doprowadza nas do dziwnego wniosku, że w nim to słowo zostało zastosowanie jedynie raz, i to tylko w składzie galaretek! (Cofnęłam się do poprzedniej notki, w wersji z ponczem było podobnie...). Coś mi tu nie pasuje... Przecież zdecydowanie ta tabliczka ma w sobie coś innego, niż zwykła mleczna Studentska... Nie wiem, co o tym myśleć. Czy Orion coś przed nami ukrywa? A może mimowolnie poddałam się sile autosugestii? W to drugie akurat w tym przypadku mocno wątpię. Trudno. Są pewne tajemnice, których nigdy nie dociekniemy (tak jak i wiele gór, w których nigdy nie będziemy... I wiele czekolad, których nigdy nie spróbujemy...).

Skład: cukier, orzechy arachidowe 12%, galaretki 12% (cukier, syrop glukozowy, woda, kwas cytrynowy, pektyny, cytrynian sodu, aromat, tłuszcz palmowy, tłuszcz kokosowy, wosk karnauba), rodzynki 12%, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, shea, sal, illipe, kokum gurgi, z pestek mango), lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 505 kcal.
BTW: 7,0/27,5/57,2

Bonusowo jeszcze widoki z tego dnia wyprawy na trzy zdobyte przez nas szczyty: Toubkal, Timesguida i Ras/Ouanoukrim (specjalna dedykacja dla Candy Pandas :)).








sobota, 10 stycznia 2015

Orion Studentska mleczna o smaku ponczu, ze śliwkami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Mleczne Trio z zimowej edycji Studentskiej (oraz nowość DuoMix) zakupiłam za pośrednictwem Allegro. Te turbo-nadziane czekolady od Oriona nabywam już tylko z myślą o górach - spisują się tam idealnie. Na  szlaku zupełnie nie przeszkadza mi fakt, że czekolada od Oriona jest kiepskiej jakości. W Studentskiej zawsze najbardziej liczyła się mnogość dodatków i właśnie ze względu na nie darzę te tabliczki sentymentem.

Najnowsze limitki Studenstkiej to wariacje na temat rozgrzewających alkoholi: idealnych na mroźne wieczory. Spośród ponczu, grogu i grzanego wina próbowałam jedynie tego ostatniego (oczywiście w górach ;) - akurat w Alpach Otztalskich). Moja mina zrzedła, gdy po rozpakowaniu przesyłki ze Studentskimi przestudiowałam ich skład - w żadnej nie znajdziemy ani grama alkoholu! Wynika z tego, że posmak wymienionych wyżej trunków płynąć będzie jedynie z dodanych aromatów. W tym miejscu pojawiła się u mnie obawa, czy aby na pewno te czekolady będą się czymś różnić od zeszłorocznych limitek ze śliwkami i jabłkami oraz od klasycznej mlecznej z rodzynkami. Przekonać mogłam się tylko po spróbowaniu, a więc nie było co gdybać... Wszystkie Studentskie poleciały z nami do Maroko.






Bezchmurne, słoneczne popołudnie - spędzone na ławce przed schroniskiem Neltner na 3207 m n.p.m (które to było naszym domem przez dwie doby). Relaks i regeneracja po zdobyciu najwyższego szczytu Atlasu Wysokiego - Jabal Toubkal 4167 m n.p.m. Nasz wspaniały kucharz (Tak! Mieliśmy własnego, prywatnego kucharza ;)) przyrządził nam pyszną, marokańską kawę (szczerze powiedziawszy podczas całego wyjazdu stanowczo za mało napiłam się tej kawy - za to zielona herbata z miętą lała się hektolitrami). Ja udałam się do naszego wieloosobowego pokoju (nocne koncerty wielonarodowościowego chrapania to niezapomniane przeżycie ;)) i w drodze losowania wybrałam Studenstką o smaku ponczu, ze śliwkami, orzechami arachidowymi i galaretkami - jako towarzyszkę do kawy.

Cała 180-gramowa tabliczka zniknęła podczas tego posiedzenia przed schroniskiem - ale nie wynikało to tylko i wyłącznie z naszego łakomstwa ;). Poczęstowaliśmy naszego przewodnika, kucharza oraz szefa schroniska. Wszyscy są Berberami - i nic nie przeszkadzało im w smaku czekolady, co jest najlepszym dowodem na to, że alkohol w tej serii Studentskiej to totalna fikcja.

Galaretek w tej Studenstkiej jest zdecydowanie więcej, niż śliwek. Galaretki są duże, jędrne i posiadają posmak nieco inny, niż zazwyczaj. Być może jest to właśnie aromat ponczu. Zresztą, sama czekolada również okraszona jest wyraźną nutą nietypowego zapachu. Uff, moje wątpliwości zostały rozwiane - zeszłoroczna edycja nie została zdublowana. Tabliczka niesie ze sobą lekko rozgrzewający, a przy tym świeży i owocowy posmak - który musi wynikać z dodatku aromatu mającego imitować poncz. Nie powiem, jest to ciekawa odmiana - choć szału wielkiego i tak nie robi. 

Śliwki zostały zatopione w czekoladzie w formie małych i dość cienkich kosteczek. Chwała Orionowi za to, że użył najzwyklejszych suszonych śliwek, zamiast bawić się w eksperymentowanie z "śliwkowymi cząstkami" (które mogłyby zawierać 0,x% prawdziwych śliwek). W tej tabliczce producent wypadł nawet lepiej, niż w zeszłorocznej śliwkowej propozycji - tam śliwki podlane były olejem słonecznikowym (no chyba, że tutaj ukryto coś w składzie...). Kawałki śliwek nie są mocno wyczuwalne - galaretki je przytłumiają. A jednak dobrze pasują do tego specyficznego posmaku całości.

Orzeszki arachidowe jak zwykle spisują się doskonale. Są dość liczne i raczej dobre jakościowo. Choć szczerze powiedziawszy, marzy mi się Studenstka z dodatkiem innego rodzaju orzechów. Orion powinien pomyśleć o takich limitkach, zamiast kombinować z owocami i aromatami.

Na bardzo, ale to bardzo zły skład samej czekolady jak zwykle spuszczę zasłonę milczenia... Studentska jest wyjątkiem od reguły - w innych wypadkach nie toleruję dodatku tłuszczy roślinnych oraz tak niskiej zawartości masy kakaowej. Trudno. Będę ją przecież tak mile wspominać - została zjedzona w niezwykle gościnnym towarzystwie, w przepięknych okolicznościach przyrody. Jeszcze czuję na twarzy to marokańskie słońce... :) 

Skład: cukier, orzechy arachidowe 13%, galaretki 13% (cukier, syrop glukozowy, woda, kwas cytrynowy, pektyny, cytrynian sodu, aromat, tłuszcz palmowy, tłuszcz kokosowy, wosk karnauba), tłuszcz kakaowy, kawałki suszonych śliwek 10%, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, shea, sal, illipe, kokum gurgi, z pestek mango), lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 511 kcal.
BTW: 7,2/28/56,2

wtorek, 24 czerwca 2014

Orion Studentska mleczna z ananasem, orzechami arachidowymi i galaretkami


W końcu przyszedł czas na ostatnią tabliczkę z egzotycznej limitowanej serii Studenstkiej. Tak tak, ta czekolada też czekała na nasz wyjazd w góry ;). Bo w końcu tam Studenstkie smakują najlepiej! Tym bardziej cieszy fakt, że moi Rodzice sprezentowali nam paczuszkę Studentskich (każda z nich już został a opisana na tym blogu), które to odłożymy na urlopową wyprawę w Alpy :). Będzie turbodopalacz!

Mleczna czekolada z ananasem, orzechami arachidowymi i galaretkami. Kakao jak zwykle mamy śmiesznie mało, ale mnogość smakowitych dodatków całkowicie przyćmiewa kiepskiej jakości czekoladę. Ba, nawet przez chwilę nie zastanawiałam się nad tym, co w niej jest niepoprawne i niedopracowane - dodatki na to nie pozwalają! Wybaczam Studenstkiej wszystkie grzechy (szkoda, że nie mogłam tego zrobić w przypadku wielkoformatowych tabliczek marki Orion).

Orzeszków jest dużo, dużo, dużo - czyli w sam raz ;). Galaretki - pokaźne, cytrusowe, pyszne. No i cząstki ananasowe. Niestety - ananasowe cząstki, a nie kawałki suszonego/kandyzowanego ananasa. Bądź co bądź, zdążyłam się już przyzwyczaić do takich zagrywek ze strony producentów czekolad. Całe szczęście, w owych cząstkach odnajdziemy co nieco ananasa w formie suszu oraz włókna z tego owocu. Resztę składu cząstek podbito oczywiście cukrem oraz jabłkiem. Mimo to, ów element tabliczki jest rzeczywiście wyraźnie ananasowy. Słodki, rześki, przyjemny smak - nie da się go z niczym innym pomylić. Nie trąci sztucznością, a obawiałam się tego. Użyto w nich luteiny jako barwnika, ale nie mają podejrzanej barwy tak jak w przypadku wersji pomarańczowej. Generalnie jeśli chodzi o wygląd, nie wyróżniają się jakoś specjalnie na tle galaretek.

Fajna, pomysłowa czekolada. Smaczna, jak wszystkie Studenstkie, które dotąd jadłam. Muszę jednak przyznać, że owa najnowsza egzotyczna edycja szczególnie ujęła mnie jeśli chodzi o Orionowe limitki. To były naprawdę udane fuzje smakowe, nawet pomimo składu surowcowego, któremu można wiele zarzucić. Z całego egzotycznego tria, jak dla mnie - wygrywa wersja z kokosem.

Skład: cukier, orzechy arachidowe 13%, galaretki 12% (cukier, syrop glukozowy, woda, kwas cytrynowy, pektyna, cytrynian sodu, aromat, tłuszcz palmowy i kokosowy, wosk karnauba), tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, ananasowe cząstki 9% (cukier, suszony ananas 34,8%, suszone jabłko, błonnik ananasowy 4,8%, alginian sodu, fosforan wapnia, aromat, kwas cytrynowy, luteina), miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, shea, sal, illipe, kokum gurgi, z pestek mango), tłuszcz mleczny, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, ekstrakt z wanilii.
Masa kakaowa min. 25%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 509 kcal.
BTW: 6,6/27,6/57,3

piątek, 20 czerwca 2014

Orion mleczna z nadzieniem orzechowym, karmelem i kawałkami orzechów laskowych



Powracając ze szlaku w czeskich Jesionikach nie byłabym sobą, gdybym nie udała się do tamtejszego marketu celem polowania na czekolady marki Orion. Pomijając Studentską, której najnowsze wersje zakupiłam jakiś czas temu przez internet – poszukiwałam głównie ciekawych smaków wielkoformatowych tabliczek. Najbardziej zależało mi na wersji z orzechami włoskimi, jednak nigdzie nie mogłam jej znaleźć. Aby nie wracać  z Czech z pustymi rękoma, zdecydowałam się w końcu na dziś opisywany produkt, czyli mleczną czekoladę z nadzieniem orzechowym, karmelem i kawałkami orzechów laskowych.

Taka propozycja brzmi super, a obrazek na opakowaniu tym bardziej zachęca do spróbowania. Dotąd miałam mieszane uczucia jeśli chodzi o duże tabliczki Orion i ciężko mi było przypuszczać, jak firma wypadnie tym razem. Po składzie surowcowym rewelacji nie można się było spodziewać, choć miałam nadzieję, że marka utrzyma poziom i znów wypadnie lepiej, niż polscy producenci tego szczebla. Tabliczka grzecznie czekała na swoją kolej w Magicznej Szufladzie do czasu, aż kolejny raz wybraliśmy się w góry. Została skonsumowana w pięknych okolicznościach Beskidu Śląskiego.

Niestety bardzo się zawiodłam. Zapach tabliczki jest płaski i nieco sztuczny – przebrzmiewają gdzieś lekkie nuty kakao i aromatu orzechowego. W smaku jest jeszcze słabiej. Po pierwsze – mleczna czekolada jest bardzo słodka i ani krzty w niej mlecznej delikatności z filuternym kakaowym pazurem. Dolna warstwa nadzienia, czyli tzw. nadzienie orzechowe – ma posmak wyrobu czekoladopodobnego o smaku orzechowym – wina ogromnej ilości tłuszczy roślinnych. Górna warstwa nadzienia jeszcze jakoś tam daje radę. Karmel jest półpłynny, ale jego konsystencja jest na tyle zwarta, że nie wylewa się dookoła. Również jest bardzo słodki i w gruncie rzeczy smutnie przeciętny. W karmelu zatopione są drobinki posiekanego orzecha laskowego. Orzech jak to orzech – jest smaczny, ale zdecydowanie lepiej przedstawiałby się w większej ilości i w towarzystwie kompanów bardziej dopracowanych pod względem jakości.

Nijakość. Gdyby nie fakt, że jedliśmy tą czekoladę na szlaku – męczylibyśmy ją w nieskończoność. Zawiodłam się tą stertą cukru i margaryny. Znów spieprzono naprawdę ciekawy pomysł na tabliczkę.

Skład: cukier, tłuszcze roślinne (palmowy, shea, sal, illipe, kokum gurgi, z pestek mango), syrop glukozowy, mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pasta z orzechów laskowych 4,7%, kawałki karmelizowanych orzechów laskowych (orzechy laskowe 70%, cukier 30%), zagęszczone słodzone mleko (mleko, cukier), serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, laktoza, lecytyna słonecznikowa, sól, aromat.
Masa kakaowa min. 25%.
Masa netto: 240 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 549 kcal.
BTW: 4,5/33,4/56,9