czwartek, 21 czerwca 2018

Domori Trinitario Rotondo ciemna 70%


Doskonale pamiętam swe wielkie emocje, gdy dowiedziałam się o wypuszczenie przez boskie-włoskie Domori nowych tabliczek - w tym serii blendów Trinitario. Wprawdzie było to już sporo czasu temu, lecz szczególnie uradował mnie fakt, iż wspomniana wyżej seria składała się z tabliczek o wyjątkowo dużej gramaturze jak na Domori - po 75 gram każda! Teraz, przeglądając oficjalny sklep internetowy Domori dostrzegam, iż serię Trinitario można już zakupić tylko w formie mniejszych, 50-gramowych tabliczek. Dzięki wcześniejszym zakupom w sklepie Sekretów Czekolady rozbiłam bank, ha!

Przygodę z kolekcją blendów Trinitario zaczęłam od wariantu o najmniejszym procentażu - 70% Rotondo. Według producenta Rotondo jest pełną i łagodną czekoladą, charakteryzującą się nutami daktyli, zbóż oraz śmietanki. Porządna, duża tafla niepodzielona na kostki, z dwoma tłoczeniami nazwy marki - prezentuje się elegancko i bardzo smakowicie.


Tuż po rozpakowaniu uderzyła nas swoim intensywnym zapachem wiśni. Ów aromat był dla nas tak wyrazisty i jednoznaczny, że aż nie do uwierzenia. Po pierwszym kęsie dało się odczuć, że blend Trinitario nie jest tak nieprzyzwoicie bogaty w nuty smakowe jak Criollo od Domori. Nie mniej jednak Rotondo urzekała czymś innym - była bardzo poukładana, konkretna, kompletna. Rozpuszczała się w ustach z powagą, zostawiając w niej czekoladową gęstwinę - to akurat pozostaje charakterystyczne dla Domori.

Choć producent wspomina o daktylach, dla mnie to były ewidentne wiśnie. Tak dojrzałe, że aż czarne. Tak soczyste, że aż miąższ pragnie rozerwać ich skórkę. To 100% dżem z licznymi całymi owocami. Dalej rzeczywiście pojawiają się delikatne nuty zbożowe (bardziej jak kasza czy owsianka, nie jak chleb), a w finiszu jawi się nam gęsta, aksamitna śmietanka. I to w zasadzie koniec. Spójność, która uwodzi i wciąga. Domori zupełnie odmienna od innych, ale posiadająca swój nieodparty urok. Cieszyłam się, że przed nami jeszcze trzy wersje tego blendu, o wyższej zawartości kakao. Co one nam zaoferują?


1 czerwca podjechaliśmy z Piwnicznej do Rytra (niestety nie pociągiem, lecz zastępczym autobusem... a tak bardzo chcieliśmy przejechać się pociągiem tą piękną trasą!). Mieliśmy w planach trasę, która na Wielkanoc nie udała nam się przez wzgląd na pogodę. Tym razem aura była idealna. Poprad prezentował się pięknie...



Pochodziliśmy z Rytra w stronę schroniska Cyrla i otwierały się przed nami widoki jeszcze dwa miesiące temu zupełnie zamaskowane przez mgłę. Nie chciało się nam wierzyć, że na początku kwietnia zastała nas tam zamieć śnieżna.




A tu już schronisko Cyrla, przy którym ostatnio zawróciliśmy. Teraz w pełnym słońcu zjedliśmy przy nim drugie śniadanie.


A dalej za Jaworzyną Kokuczańską - malownicze hale, niestety stopniowo zarastające. Dziś opisywaną czekoladę jedliśmy na Hali Pisanej.


Nieco zboczyliśmy ze szlaku, by zajrzeć do Jaskini w Pękniętej Skale.


A potem, bacznie obserwując mapę - skierowaliśmy się słabo oznakowaną ścieżką na doskonały punkt widokowy na Wierchu nad Kamieniem. Byliśmy tam zupełnie sami. Wielu turystów po prostu w niewiedzy omijało to cudowne miejsce. My zostaliśmy tam chwilę dłużej, by delektować się krajobrazem... To chyba moje ulubione miejsce w Beskidzie Sądeckim!







 
Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 75 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 558,5 kcal.
BTW: 10/37,5/41

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Morin Papouasie Nouvelle Guinee Sido ciemna 70%

 

Długi weekend związany z Bożym Ciałem zawsze wiąże się dla nas w wyjazdem w góry. Tak było i w tym roku. Z racji, iż jeszcze trochę ciekawych szlaków zostało nam do przejścia w Beskidzie Sądeckim, uderzyliśmy właśnie tam. W czwartek 31 czerwca, z samego rana byliśmy już na przedmieściach Krynicy-Zdrój, skąd pomaszerowaliśmy w stronę Jaworzynki, a dalej - na Jaworzynę Krynicką.

To właśnie na szczycie Jaworzyny Krynickiej, przesiadując na ławce i podziwiając widoki - zjedliśmy dziś opisywaną czekoladę. Niestety z powodu lekko przeciekającego bukłaka z wodą zamoczyło się opakowanie kolejnego smakowitego Morina. Od razu uprzedzę, że na wyjazd w Beskid Sądecki zabrałam czekolady wymagające większej refleksji, gdyż tabliczki "górskie" mi się skończyły - a z powodu upałów wstrzymałam realizację zamówienia na kolejne.

Morin Papouasie Nouvelle Guinee Sido to ciemna czekolada o 70% zawartości kakao pochodzącego z wyspy Nowa Brytania Wschodnia należącej do Papui-Nowej Gwinei. Według francuskiego czekoladnika, Sido charakteryzuje się wyrazistymi akcentami dymu, a także nutami roślinnymi i suszonych owoców. Swoją Sido zakupiłam w sklepie Sekretów Czekolady. Po Perou Rio Ene moje obawy co do sprawdzenia się ciemnych Morinów na górskim szlaku były już nikłe.


Papua-Nowa Gwinea to dla mnie bardzo atrakcyjny i tajemniczy rejon pochodzenia kakao. Wszystkie próbowane dotąd czekolady wykonane z tego kakao różniły się od siebie znacznie, lecz każda z nich była charakterna. Sido od Morina upajała swym zapachem esencjonalnych owoców, czym od razu przypomniała mi niedawno jedzoną Republica del Cacao Ecuador Los Rios. Kostki o wiśniowym odcieniu brązu rozpuszczając się w ustach niosą ze sobą specyficzną gęstą suchość, która ostatecznie doprowadza do masywnego i zdecydowane wypełnienia ust, jak to u Morina bywa - bez przesadnej gładkości, ale wyraziście i idealnie czekoladowo.

Zgodnie z zapowiedzią producenta, Sido to feeria suszonych i przydymionych (wędzonych!) owoców, ale takich pierwszej klasy - jędrnych i miąższystych. To słodzony miodem kompot z dojrzałych suszonych śliwek i moreli - na Wigilię jak znalazł. Dym, który spowijał czekoladę krążył gdzieś między wędzoną śliwką, pysznym boczkiem (uwielbiam mięsne akcenty z czekoladach!), a przydymioną, ekstremalnie dojrzałą wiśnią (już na skraju zdatności do spożycia).

I znów - jedząc Sido w domowym zaciszu pewnie mogłabym z niej wyciągnąć więcej... Jednak jej degustacja w tak pięknych okolicznościach przyrody była sama w sobie dla mnie wielką przyjemnością, a główne nuty okazały się tak intensywne, że... nie potrzebowałam niczego innego do zadowolenia.



Droga Kopciowa - Jaworzynka - Przysłop - Czubakowska - Jaworzyna Krynicka.



A tu już na Jaworzynie Krynickiej... Jest wyciąg, to i względnie sporo ludzi - ale i tak znaleźliśmy dla siebie zaciszne miejsce na degustację.




Poniżej szczytu, kierując się w stronę Krynicy - napotykamy na Diabelski Kamień (jakaż to popularna nazwa skał!).


Poniżej Jaworzyna Krynicka widoczna z podejścia na Przełęcz Krzyżową.


A tu już widok na Krynicę-Zdrój ze szczytu Krzyżowa.


Z Krynicy podeszliśmy na miejską, lecz bardzo malowniczą i ciekawie zagospodarowaną Górę Parkową.


A potem już, pustkowiami przez szczyt Huzary - powróciliśmy do punktu wyjścia...



Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 584 kcal.
BTW: 8,7/43,2/34,6

piątek, 15 czerwca 2018

Jakub Piątkowski Czekolada Wybrzeże Kości Słoniowej ciemna 65% z nibsami kakaowymi z Brazylii


Przedostatnia pozostała do wypróbowania posiadana przeze mnie czekolada od naszego rodzimego mistrza - Jakuba Piątkowskiego - wyróżnia się w asortymencie obecnością nibsów kakaowych (pozostałe tabliczki od JP Czekolada są po prostu czystymi single-origin). Nibsy tu zastosowane stworzone zostały z brazylijskiego kakao, natomiast sama czekolada powstała z kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej. Ciekawa byłam, w jaki sposób Jakub Piątkowski wykorzysta ziarna bądź co bądź z pozoru dość banalne. Tą, jak i pozostałe tabliczki wypuszczone spod skrzydeł tego utalentowanego człowieka zakupiłam w sklepie Sekretów Czekolady.


Tabliczka wyglądała bardzo smakowicie - jej ciemny, mocno wysycony brąz upstrzony został dość grubymi, konkretnymi nibsami kakaowymi. Nad taflą unosił się bardzo delikatny zapach, nikły wręcz, niosący ze sobą kwaśne roślinne nuty. Pierwsze skojarzenie było dziwne - korniszony - ale ów ogórkowy akcent pojawiał się później także w smaku. Tak, sama czekolada w smaku to gros roślinnych nut w stylu konserwowego ogórka i nieco skwaśniałych orzechów laskowych (takich już trochę zatęchłych). Czekolada sama w sobie była mocno proszkowa, jak to u Jakuba Piątkowskiego bywa - w towarzystwie roślinnych nut budziła skojarzenia z rozmytym, morskim piachem pełnym alg.


Dalej, w gruncie rzeczy ciekawe kwaskowe nuty w czekoladzie przechodzą w słodycz skrystalizowanego miodu rzepakowego. Mój Mąż uznał jednak, że bardziej przypomina mu ona słodzik, niosący ze sobą wręcz odrzucającą dla niego spokój. I może lepiej by było, gdyby czekolada dalej rozwijała nuty kwaśne... Nibsy ratują sytuację. Są chrupiące i soczyste zarazem, nieprzepalone lecz posiadające w sobie miąższystość ciasta czekoladowo-orzechowego. Przyniosły ze sobą także aromatyczną dzikość dobrego kakao. Niestety, oboje odczuliśmy dysonans pomiędzy nibsami a czekoladą. Sama czekolada, bez udziału nibsów, byłaby nudna. W porównaniu do wcześniej próbowanych dzieł Jakuba Piątkowskiego tabliczka z Wybrzeża Kości Słoniowej jawi się nam jako najsłabsza. Bardzo dobrze, że pojawiły się nibsy. Producent wprawdzie wskazuje, iż ta czekolada jest świetna na rozpoczęcie przygody w tabliczkami deserowymi, ale ja bym wolała poczęstować kogoś na początek czymś o wiele bardziej spektakularnym i zapadającym w pamięć.


Skład: zmielone ziarno kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej 65%, nierafinowany cukier trzcinowy, pokruszone (wypieczone) ziarno kakao z Brazylii.
Masa kakaowa min. 65%.
Masa netto: 50 g.

wtorek, 12 czerwca 2018

Republica del Cacao Ecuador Los Rios ciemna 75%


Eksplorując dobrodziejstwa marki Republica del Cacao, które zakupiłam w firmowym sklepie w Quito - sięgnęłam po kolejną 50-gramową czystą tabliczkę bez dodatków, tym razem pochodzącą w prowincji Los Rios - jednej z popularniejszych jeśli chodzi u uprawę ekwadorskiego kakao. Według opisu producenta, kakao z Los Rios nadaje czekoladzie naturalnej słodyczy, w wyraźnym aromatem kwiatowym. Fakt, kwiaty często wyczuwalne są w ekwadorskich czekoladach, jednak tu... wąchając tabliczkę w pierwszej kolejności pomyślałam o dojrzałych śliwkach, a właściwie cieście ze śliwkami ze słodziutką kruszonką. Zapach obezwładniał i sprawiał, że od razu chciało się wgryźć w tak aromatyczną taflę...


W Los Rios zaskoczyła mnie mocno proszkowa, szorstka struktura - która w połączeniu z soczystą słodyczą była niewyobrażalnie wciągająca. W samym smaku mieszała się w istocie mocna słodycz (obłędnie dojrzałe śliwki węgierki!) z charakterystyczną palonością, ziemistością czy wręcz wędzonością. Z tego tytułu, pomyślałam o kompocie z wędzonych śliwek, jaki miałam kiedyś okazję pić na Ukrainie.


Paradoksalne było w niej to, iż teoretycznie zawierała w sobie bardzo konkretne i ciężkie nuty, lecz w rzeczywistości nic w niej nie było przytłaczające i jak na 75% była... łagodna. Kluczem do sukcesu okazała się w niej żywiołowość i świeżość, jak dopiero co wyciągnięte z piekarnika ciasto śliwkowe.


Faktem jest, iż nasza Los Rios od czasu jej wyprodukowania musiała być cały czas przechowywana z optymalnych warunkach - rzekłabym wręcz, że jej smak to esencja świeżości czekolady, jednocześnie przy charakternych nutach wiodących. Kwiatowość? Owszem, ale nie uderzała ona obuchem, tak jak śliwki i ziemia. Cudowna, Los Rios zniknęła w naszych ustach bardzo szybko, niesamowicie wciągająca...


Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 50 g.