czwartek, 14 grudnia 2017

Zotter "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles ciemna mleczna 60% nadziewana nugatem z orzechów arachidowych i pokrzywową galaretką z chili


Czytając o genezie powstania Zotter "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles miałam dokładnie taką samą myśl jak Kimiko: "Szkoda, że Obama nie mógł walić trzeciej kadencji..." Dlaczego? Po wyborze Obamy na prezydenta USA, Zotter stworzył czekoladę z orzechami arachidowymi i... ketchupem. Bardzo chciałabym spróbować czekolady z ketchupem! Obecnie "Fake Chocolate" została stworzona z myślą o Donaldzie Trumpie. Nie za bardzo rozumiem, dlaczego padło akurat na pokrzywę, no ale dobra - polityka nie leży w gronie moich zainteresowań. Za to ciekawe czekolady na pewno! Tak jak Kimiko, nie mam nic przeciwko "spożywczości" pokrzywy, a napar z tego zioła jest dla mnie bardzo smaczny. Swoją tabliczkę zakupiłam oczywiście poprzez foodieshop24.pl.


Po niezbyt udanej Peanut Butter and Banana byłam ciekawa użytego tutaj nugatu z orzechów arachidowych, jednak po tamtych doświadczeniach nie spodziewałam się rewelacji. Generalnie, "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles to ciemna mleczna czekolada o 60% zawartości kakao (chyba najczęściej najlepiej sprawdzająca się kuwertura w Zotter Handscooped) nadziewana dwoma warstwami nugatu z orzeszków ziemnych, kryjąca wewnątrz pokrzywową galaretkę doprawioną chili. Kocham galaretki w nadziewańcach Zottera, uwielbiam też chili - to mogło być naprawdę ciekawe połączenie!

Czekolada pachniała cudownie - przede wszystkim świeżo prażonymi orzechami arachidowymi, dobrą mleczną czekoladą o wyższej zawartości kakao, delikatną piernikową przyprawowością oraz nutą ziół. W przekroju prezentowała się bardzo apetycznie, wszystko za sprawą soczystej galaretki. Po doświadczeniach z innymi galaretkowymi Zotter Handscooped, te naturalne trzęsawce działają na mnie jak lep na muchy, mniam! Nugat miał taką barwę i zapach, iż od razu wiedzieliśmy, że fistaszki dadzą tutaj czadu...


Wystarczył kęs, bym przekonała się, że "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles stanie się jedną z ulubionych nowych Handscooped, choć wcale ją o to nie posądzałam. Kompozycja okazała się wyrazistym połączeniem niecodziennych smaków, a wielu nowych Handscooped brakowało mi właśnie takiej bezkompromisowej wyrazistości! Po pierwsze, nugat z fistaszków jest rewelacyjny, idąc za Kimiko rzeczywiście kojarzył się nieco snickersowo, choć absolutnie nie był za słodki - był obłędnie fistaszkowy. Wspaniale komponował się z ciemną mleczną czekoladą 60%, która również nie była przesadnie łagodna, miała charakterek - dlatego tak bardzo lubię ją w Handscooped, bo cokolwiek by nie znajdowało się w środku, tabliczka zawsze zachowuje wówczas czekoladowy charakter.

 A co mogę powiedzieć o galaretce? Była bardzo mięciutka, wręcz rozpływała się w ustach, a smak za to miała naprawdę mocny. Dominowało boskie chili, idealnie wplatające się w fistaszki i czekoladę. Było dość intensywne, co dla mnie stanowi wielką zaletę - kocham chili w wielu połączeniach, a masło orzechowe z chili to mój faworyt dodawany codziennie do owsianki. Już pod tym względem byłam więc kupiona.


Pokrzywa sama w sobie nie grała pierwszych skrzypiec. Niosła lekko miodowy, ziołowy posmak, który dopełniał kompozycji. I bez niego całość radziłaby sobie znakomicie, ale dzięki pokrzywie "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles stała się bogatsza. Sama galaretka nabrała też większej świeżości, dzięki czemu chili nie jest odczuwalne jako zbyt inwazyjne. Wszystko zostało dograne tak, iż nie mogę sobie wyobrazić lepszej wersji takiego dziwnego połączenia. Zotter ma łeb nie od parady... Pomysłowa "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles to na to kolejny przykład. Jeśli tylko nie boicie się chili - polecam z całego serca.

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, orzechy arachidowe, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, syrop cukru inwertowanego, olej arachidowy, słodka serwatka w proszku, suszone pokrzywy, koncentrat soku cytrynowego, pełny cukier trzcinowy, odtłuszczone mleko w proszku, pektyna jabłkowa, lecytyna sojowa, sól, wanilia, chili bird's eye, cynamon.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 510 kcal.
BTW: 9,6/31/47

wtorek, 12 grudnia 2017

La Naya Vietnam Ben Tre mleczna 50%


Litewska marka La Naya pojawiła się dotychczas na moim blogu tylko ze swym asortymentem czekolad z dodatkami. To te tabliczki, które tak doskonale nadają się na prezent - bowiem w pełnym zestawie opakowania pięciu czekolad ułożone obok siebie tworzą jeden obrazek. Już niemalże rok temu w sklepie Sekretów Czekolady zakupiłam także pozostały dostępny asortyment od La Naya, a mianowicie czekolady single-origin. Podczas ostatniego weekendowego wypadu w góry postanowiliśmy sięgnąć po jedyny mleczny wariant spośród nich - czekoladę o 50% zawartości wietnamskiego kakao z prowincji Ben Tre. Ben Tre znam już z boskich czekolad Erithaj, a mleczną wersję tej marki szczególnie dobrze wspominam. Litewskiej interpretacji tego kakao byłam więc niesamowicie ciekawa.

Nasza degustacja miała miejsce w leśnej głuszy, w czeskich Zaworach. Rozsiedliśmy się na powalonym drzewie i pośród ciszy delektowaliśmy się wyjątkową czekoladą.


Aż podziw bierze, jak La Naya cudownie potrafiła opisać swoją czekoladę. Zdania umieszczone na wkładce wewnątrz opakowania rozanielają tak jak sama czekolada. Według producenta mleczna Ben Tre inspirowana jest uczuciem określanym jako "liberosis". Jest to pożądanie martwienia się w mniejszym stopniu troskami życia codziennego, wzniesienie się ponad to. Jakże przyjemnie czyta się, że ziarna z plantacji Ben Tre w magicznej fabryce La Naya zostały przemienione w miód, karmel i beztroską wolność. La Naya swoje bean-to-bar określa jako bean-to-emotion. Mleczna La Naya ma zamienić nas w dzieci huśtające się na huśtawce, w zabawową piłkę plażową i w beztroskiego delfina na środku oceanu. La Naya wypunktowuje emocjonalną strukturę Vietnam Ben Tre 50%: owoce, ciasteczka mamy, dzień na plaży, miód, palmy, emancypacja, kwiaty, borowiki.


W ustach rozpuszczała się powoli i w dość zwarty sposób. Nie była więc typowo dziecięcą czekoladą, ale jednak bardziej poważną, powściągliwą. W pierwszym kontakcie z kubkami smakowymi skojarzyła się mi ze zmrożoną krówką, a dalej już z orzechowymi ciastkami z miodem. Następnie pojawiły się zaskakujące nuty, dla nas wcale nie grzybowe jak podpowiada producent. Pewne akcenty w tej czekolady kojarzyły nam się z... soczystą szynką pokrojoną w cienkie plasterki, ewentualnie z boczkiem (z przewagą mięsa nad tłuszczem). Ewentualna kwaśność w tej czekoladzie oscylowała gdzieś w okolicach serwatki (czyli generalnie niski poziom, ale skojarzenia serwatkowe się pojawiły). Podczas spokojnego, gładkiego rozpuszczania się naszej La Naya powracał miód w nabiałowym kontekście (tłuste gorące mleko z miodem), no i dziwne myśli mięsne, jak boczek oblany miodowym karmelem. Po jakimś czasie olśniło mnie - smak ten był zbliżony do nadzienia w Zotter Bacon Bits!


Wietnamska mleczna La Naya różniła się od tej z Erithaj. Obie bardzo mi smakowały, obie niosły ze sobą kontrowersyjne nuty, ale... to La Naya była spokojniejsza, a swym wyważeniem urzekała na tyle, iż można by było zjeść jej naprawdę dużo. Nie za słodka, nie za gorzka, nie za kwaśna - choć jej smaki były wyraźne i ciekawe, paradoksalnie odczuwało się ją jako coś klasycznego. Ciekawe, co zaprezentuje nam wersja ciemna...




W niedzielę 26 listopada po zakończeniu naszego szlaku w Łącznej wsiedliśmy do samochodu i podjechaliśmy do rezerwatu przyrody Głazy Krasnoludków. Mało popularne Zawory obfitują w ciekawe formy skalne - inną ciekawostką jest chociażby Diabelska Maczuga. Wszak Zawory są już częścią Gór Stołowych, a to zobowiązuje... Przyznam się, że nim pojawiłam się w Zaworach, nawet nie wiedziałam, że istnieje taki region. Malowniczy, spokojny... Idealne miejsce na degustację dziś opisywanej czekolady!


Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, masło, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 50%.
Masa netto: 60 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 568 kcal.
BTW: 9/40/41

niedziela, 10 grudnia 2017

Zotter Chocolate Banana mleczna 40% nadziewana kremem bananowym i czekoladą malinową


Spośród trzech nowych Zotter Handscooped zabranych na ostatni weekendowy wypad w góry, najmniej oczekiwałam od Chocolate Banana, którą zostawiłam sobie na koniec. Peanut Butter and Banana oraz Pineapple Cream nie sprostały moim wymaganiom, toteż wobec Chocolate Banana miałam tym większe obawy. W pamięci miałam cudną Labooko Banana i choć zawsze brakowało mi bananowego nadziewańca, mając go teraz w rękach podchodziłam do niego z dystansem.

Tym, co na pewno mogłam w tej czekoladzie z miejsca pochwalić, była idea. 50 centów zysku z każdej czekolady przekazywana jest na cel umożliwiania peruwiańskim dzieciom regularnej obecności w szkole. Dzieciom, pracującym w ceglarni. Zotter co jakiś czas angażuje się w podobne akcje - było tak w przypadku pysznej Yummy! Meals For Schools, dzięki której pomagał dzieciakom w Birmie.


Chocolate Banana charakteryzuje się niezwykłą prostotą jak na Zottera. To 40% mleczna czekolada nadziewana kremem bananowym (zawierającym suszone banany). Jedyna ekstrawagancja to warstewka malinowej czekolady znajdująca się pod główną kuwerturą. Zotter ostatnio bardzo polubił takie posunięcia. O ile w wielu tabliczkach zdaje się to zbędne, tak w Chocolate Banana - stało się kluczowe i przełomowe. Czekoladę kupiłam oczywiście poprzez foodieshop24.pl, tak jak wszystkie moje Zottery.


Czekolada pachniała słodko mlecznie-kakaowo, a także wyraźnie bananowo z miodową i malinową nutą. Ganasz zdawał się być nieco bardziej żółty od bananowego kremu obecnego w Peanut Butter and Banana. Nadal był dość lekki, ale mimo wszystko więcej w nim było struktury i masy. W przekroju nadzienie prezentowało się naprawdę smakowicie. Cienka warstwa malinowej czekolady nie odróżniała się mocno na pierwszy rzut oka od mlecznej kuwertury, ale z kęsa na kęs dawała coraz mocniej o sobie znać.

W smaku nadzienie było o wiele przyjemniej bananowe niż w Peanut Butter and Banana. Mniej było bananowego zamulenia, a więcej lekkiej naturalności - słodkiej, ale nie wymuszonej. Tutaj miód doskonale podkreślał naturalny smak banana, zgrywał się też dobrze z cytrynowym muśnięciem. Bananowy smak był pyszny w swej prostocie, nieprzekombinowany, nie ponad miarę podkręcony doborem przypraw. Klasyczny banan, który po prostu musiał spójnie zgrać się z zawadiacką mleczną czekoladą o 40% zawartości kakao. Nie czułam potrzeby zamienienia jej na kuwerturę o wyższej zawartości kakao. To niemalże dziecięce połączenie doskonale spisało się na górskim szlaku, ale nie odczułam nadmiaru słodyczy (jak na przykład w Pineapple Cream). A gdy dodamy do tego jeszcze jeden element...


Warstewka malinowej czekolady. Zastanawiało mnie, po co ona w ogóle się tam wzięła. Jak już wspomniałam powyżej, okazało się, że jednak miała ogromny wpływ na całą kompozycję. Malinowy smak i jego naturalny bukiet, mocno aromatyczny i przyjemnie kwaskowaty - dokładnie taki, jak w Labooko Raspberry - tak świetnie przełamał bananową słodycz, że zdało się to posunięciem wręcz genialnym. Bez tego dodatku być może Chocolate Banana próbowałaby swą słodką prostotą przytłoczyć, ale drobny udział malin ani przez chwilę na to nie pozwolił. To pierwszy raz w nowych Handscooped, kiedy dodatkowa warstwa innej czekolady pod kuwerturą czyni tak ogromną różnicę i naprawdę wzbogaca całość.

Takie niespodzianki lubię. Czekolada, po której najmniej się spodziewałam, okazała się najsmaczniejszą spośród trzech Handscooped zabranych na ostatni górski wyjazd. W końcu wśród bananowych czekolad miło wspominać nie będę jedynie Labooko Banana, ale jeszcze tą delikwentkę...



A oto kilka pejzaży z czeskich Zaworów - po zdobyciu Rogu przechodząc przez Przełęcz Chełmską znaleźliśmy się w Czechach. Tu przez Libną i Zdonov kierowaliśmy się w stronę Bukovej Hory, a dalej Mieroszowskich Skał - by powrócić do naszego punktu wyjścia, malowniczej wsi Łączna.



Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko, suszone banany, syrop cukru inwertowanego, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, suszone maliny, miód, lecytyna sojowa, koncentrat soku cytrynowego, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydzana, cukier), wanilia, sól.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 514 kcal.
BTW: 3,5/33/50

piątek, 8 grudnia 2017

Akesson's Madagascar Bejofo Estate 100% Criollo ciemna


Po wielkim zawodzie, jaki sprawiła mi mleczna Akesson's Brazil Fazenda Sempre Firme, chciałam szybko dać szansę Akesson's na zrekompensowanie się. Rzuciłam się od razu na głęboką wodę - ostatnio często degustowałam setki, toteż sięgnęłam po Madagascar Bejofo Estate 100% Criollo. To stóweczka wykonana z madagaskarskiego Criollo wyhodowanego w regionie Bejofo. Zastanawiam się, jaką tak naprawdę posiadałam czekoladę, bowiem na stronie internetowej Akesson's spotykam tabliczkę o nazwie Madagascar Ambolikapiky Plantation Criollo 100%, taką też recenzowała Kimiko. Jest ona także obecnie dostępna w sklepie Sekretów Czekolady, gdzie swego czasu kupiłam swoją Bejofo. Informacje na opakowaniu na temat nagród zdobytych przez Bejofo są odmienne od tych na Ambolikapiky, więc nadal pozostaję zdezorientowana - to te same czekolady, czy zupełnie inne?


Przejdźmy jednak do esencji, czyli recenzji samej czekolady. Tabliczka o harmonijnie głębokiej barwie, wcale nie aż tak ciemnej jak można to było sobie wyobrazić - pachniała sugerując tłustość. Pomyślałam najpierw o mocno tłustym kefirze, ale woń tej czekolady była zdecydowanie bardziej złożona. Pomyślałam o mokrym drewnie i grzybach, o wilgoci lasu tropikalnego.

W ustach Bejofo zachowywała się niezwykle jak na setkę. Ani nie zalepiała mocno, ani nie ściągała od pierwszej chwili. Po prostu gładko rozpuszczała się w buzi, ale nie w sposób sugerujący przeholowanie z tłuszczem kakaowym. Rozpuszczała się jak dobra czekolada o wyższej zawartości kakao, ale nie jak setka. Dzięki tak przyjemnej konsystencji wyłapywanie nut smakowych przebiegało inaczej, niż w przypadku pozostałych czekolad 100%. Skoro struktura nie przytłaczała, można było w pełni cieszyć się bogactwem kakao. A było z czego się cieszyć...


Mój Ukochany zwrócił uwagę na inne główne nuty niż ja. On postawił na mocną paloność przeplatającą się z kwaskiem, tytoniem, pieprzem i innymi przyprawami. Ja kontynuowałam grzybowe skojarzenia, które to stały się dla mnie na tyle obrazowe, bym mogła opisać je jako masywne i miąższyste podgrzybki z maślakami podane w kwaśnej śmietanie. Nuty sosu grzybowego pojawiały się do samego końca degustacji. Coś, czego nigdy nie wyczuwałam w madagaskarskim kakao, ta grzybowość, która była jakby maksymalnie podkręconymi akcentami mokrego drewna i mokrej ziemi.

Poza tym kawowa goryczka i kwaśność kefiru były nutami przeplatającymi się ze sobą, co jest dla Madagaskaru typowe. Jednakże zarówno gorycz jak i kwas nie wchodziły na poziom typowy dla setek. Były bardziej rozmyte, ułożone. Pojawiała się także soczysta pomarańcza, no i... coś, czego nigdy wcześniej nie spotkałam w takim wymiarze w setce. SŁODYCZ. Pełnowymiarowa słodycz.


Słodycz wychodzi spod wszystkich tych nut, wychyla się zza mgiełki tytoniu, szczypty przypraw, grzybowo-nabiałowej wilgoci. Uderza i pieści. Jest w pełni namacalna, jednak nie jest to słodycz typowo cukrowa (wiadomo - cukru tu nie ma), ani nie nawet miodowa. Po zastanowieniu się uznałam, że przypomina ona podkręconą naturalną słodycz orzechów nerkowca. Jeść setkę z tak wyraźnie zaznaczoną słodyczą było doświadczeniem niebywałym, niezapomnianym. Wraz z Mężem uznaliśmy, że to najciekawsza stówka, jakiej dotychczas próbowaliśmy.

W gruncie rzeczy, bardzo przydałaby mi się wiedza, co się stało z Bejofo 100%. Okazała się bowiem wyjątkową stówką, niezwykle oryginalną, wciągającą, arcysmakowitą. Jej degustacja była doświadczeniem, do którego chce się wracać. To czekolada, którą chciałabym móc polecić, jako spektakularną czekoladę o 100% zawartości kakao. Tylko, że... pozostaję w stanie dezorientacji.


Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa 100%.
Masa netto: 60 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 609,7 kcal.
BTW: 9,72/55,57/17,97