sobota, 21 stycznia 2017

Republica del Cacao Colombia Tree Tomato ciemna 75% z tamarillo

Źródło: www.facebook.com/RepublicaDelCacao

 6 grudnia po śniadaniu w Coffee & Travel udaliśmy się taksówką na lotnisko w Pereirze. Ile bym dała, aby cofnąć czas i właśnie lądować na krótkim pasie tego lotniska, położonym pośród zielonych wzgórz... By znów, po wyjściu na zewnątrz uderzył we mnie pełen intrygujących aromatów upał, by znów przywitać się z chłopakami, pierwszy raz spojrzeć w dzikie oczyska Sebastiana, wsiąść do terenowego Mitsubishi, jeść ananasy kupione przy drodze, pić świeżo paloną kawę w Santuario, maszerować przez lasy Tatamy... I tak dalej, i tak dalej...

Tymczasem przyszedł czas na pożegnanie z Pereirą. Gdy kołowaliśmy i startowaliśmy ryczałam jak bóbr. Nie mogłam przestać płakać, nie mogłam się uspokoić. To nie były ostatnie łzy tęsknoty. Do dziś, gdy sobie przypomnę... Często same napływają do oczu. Wspomnienie ogromu kolumbijskiego piękna rozdziera mi serce.

Gdy po krótkim locie dotarliśmy do Bogoty, taksówkarz wiozący nas do Arche Noah też musiał być zdziwiony, że bez przerwy ryczę. Po ponownym rozgoszczeniu się w Arche Noah prędko wyruszyliśmy na miasto, co bym nie musiała za dużo myśleć o wylocie do Stambułu, który czekał nas kolejnego dnia. Trzeba było chłonąć Kolumbię do ostatniej chwili!



Udaliśmy się do pobliskiego Distrito Chocolate, gdzie chciałam leczyć zakupami moje smutki, lecz akurat ekspedientka miała przerwę na lunch. Postanowiliśmy, że wrócimy tam także po naszym lunchu. Spacerując w centrum pomiędzy starymi sklepikami jubilerów oferujących najlepsze na świecie kolumbijskie szmaragdy, dostrzegliśmy też rząd lokali specjalizujących się w ajiaco - tradycyjnej dla Bogoty zupie.

 Ajiaco to zupa z kilku rodzajów ziemniaków, podawana z kolbą kukurydzy, śmietaną, ryżem i awokado, a w wybranym przez nas lokalu także w towarzystwie kaparów. To było pyszne! Choć już wcześniej podczas naszej wyprawy próbowałam ajiaco, to jednak to serwowane w Bogocie okazało się być bezkonkurencyjne. Zamówiliśmy także nasz ukochany sok z guanabany na mleku.

 

Po posiłku na luzie spacerowaliśmy uliczkami Bogoty. Zwiedziliśmy Muzeum Złota, oglądaliśmy rękodzieła na straganach. Zawitaliśmy z powrotem do Distrito Chocolate, gdzie ku zaskoczeniu ekspedientki wykupiłam cały dostępny asortyment tabliczek od Cocoa Hunters i Tibito. Chcę przywieźć kawałek Kolumbii do domu! Potem jeszcze pojedyncze ciekawe tabliczki upolowałam w innych miejscach, ale na opowieści o tym przyjdzie jeszcze czas... Po wypiciu czekoladowego koktaju z aguardiente ruszyliśmy dalej w miasto...


Wieczór spędzony przy piwie w Bogota Beer Company pełen był wesołych rozmów z Kolumbijczykami oraz... wymiany naszych osobistych przemyśleń. Kolumbia bardziej niż sam alkohol ciągle huczała mi w głowie, odurzała mnie! Gdy pod koniec 2015 roku degustowaliśmy Zotter Colombia, a 1 stycznia 2016 Domori Teyuna Colombia - w życiu nie przypuszczalibyśmy, że za parę miesięcy będziemy w tym kraju... Ba, w jednym z planów wyprawy uwzględnialiśmy odwiedzenie Ciudad Perdida, z którego rejonów pochodzi kakao użyte w Domori Teyuna. Może jeszcze kiedyś tam zawitamy...


7 grudnia na lotnisku w Bogocie wydałam ostatnie pesos na czekolady. Zawitałam na stoisko Republica del Cacao, na którym dostępne były tabliczki oraz inne czekoladowe wyroby wykonane z kolumbijskiego kakao. Miły sprzedawca mówił mi, z jakiego regionu dokładnie ono pochodzi, ale ja zalatana po prostu zapomniałam... Republica del Cacao to firma, która produkuje czekolady także z kakao peruwiańskiego, ekwadorskiego i dominikańskiego. W zależności od kraju pochodzenia kakao, łączy je z lokalnymi dodatkami. I tak, w Bogocie mogłam zakupić nie tylko czystą kolumbijską single-origin, ale i wzbogaconą np. o kawę, mango, tamarynd czy tamarillo. 

Policzyłam wszystkie monety jakie mi pozostały i stać mnie było jedynie na woreczek z neapolitankami dwóch rodzajów. Sprzedawca zapakował mój zakup w ładną torebkę i zasugerował, bym nasypała do niego kawałki próbek tabliczki z tamarillo, która najbardziej mnie zaciekawiła. Tak też zrobiłam i po chwili pędziłam już do Męża, gdyż rozpoczynał się nasz boarding...


W weekend po powrocie do Polski, wysypałam czekoladowe okruszki z gustownej torebki. Przystąpiliśmy do degustacji. Uprawy tamarillo widziałam w Tatamie - owoc ten przypomina wyglądem pomidor, nazywany jest też inaczej pomidorem drzewnym. Jego kawałki zatopiono w ciemnej czekoladzie o 75% zawartości kolumbijskiego kakao. Dokładnego składu niestety nie spisałam z opakowania, nie znalazłam go też w internecie.

Czekolada pachniała bardzo specyficznie, przypominając jakąś kolumbijską potrawę z dziwacznymi owocami, a także dobrze przyprawione brownie. Samo kakao zdaje się nieść ze sobą sporo kawowych nut. Niestety nie było nam dane dokładnie rozgryźć smaku samej czekolady, bowiem umieszczone w niej liczne kawałki suszonego tamarillo mają naprawdę paskudną konsystencję. Choć tamarillo niosło ze sobą ciekawy posmak, kwaskowaty i oryginalny - zostało zbyt mocno wysuszone. Niektóre kawałki były tak twarde, że musieliśmy je wypluć. Nie dało się ich pogryźć. Były niczym zaplątane gdzieś skorupki orzechów. To ogromna wada tej czekolady. Jestem ciekawa, czy wersja z mango również zaopatrzona jest w tak kiepsko przygotowane owoce. Cieszę się, że nie kupiłam wersji 100-gramowej, na którą po prostu nie było mnie stać.

Sama czekolada miała dość proszkową konsystencję podczas rozpuszczania w ustach, nie była zbyt łagodna - raczej mocno kawowa i ziemista, nieco ziołowa. Była dość konsekwentna w nutach smakowych, nie atakując niuansami z lewa i prawa - może i dobrze, bo przy irytującym tamarillo brak możliwości skupienia się na szczegółach wkurzałby mnie jeszcze bardziej przy dynamiczniejszej czekoladzie. Na szczęście, będę jeszcze miała okazję spróbować czystej kolumbijskiej czekolady z tej marki.



O tak, do Kolumbii będę na blogu powracać nie raz, przy okazji recenzji pozostałych czekolad stamtąd przywiezionych... Kawał serducha tam zostawiłam, moi drodzy...

czwartek, 19 stycznia 2017

Amedei Toscano Brown mleczna 32%


5 grudnia był naszym ostatnim dniem trekkingu... Pragnęłam chłonąć każdą chwilę jak najmocniej, celebrować każdy krok. Przed siódmą rano zjedliśmy ostatnie przygotowane przez gospodynię La Primavera śniadanie. Jej mąż załadował na muły nasze bagaże i konno wyruszył w stronę Valle de Cocora. Pożegnaliśmy się z La Primavera i ruszyliśmy. Nasz powrót do Valle de Cocora był zaplanowany inną drogą, niż ta, którą przybyliśmy do gospodarstwa La Primavera kilka dni temu. Jej początek łączył się z pierwszym etapem podejścia na kolorowe Paramillo del Quindio. Potem zeszliśmy w dolinę, a następnie maszerowaliśmy przeciwległym zboczem - sukcesywnie w dół.




Nim wkroczyliśmy w las deszczowy, zatrzymaliśmy się w dwóch gospodarstwach. Pierwsze z nich - Buenos Aires - jest już od kilku lat opuszczone. Tak urządziliśmy sobie degustację Zotter Pineapple + Coconut. Nieco dalej znajdowała się La Argentina, gdzie gospodarze poczęstowali nas ciepłą zupą i pyszną kawą.



Chwilę przed zrobieniem zdjęcia wokół tych kwiatów kursowały kolibry. Jakże ciężko jest fotografować te żywe srebra!

Coraz więcej palm woskowych równało się z coraz większą liczbą napotkanych ludzi... Spotkaliśmy także gospodarza La Primavera, który wracał z mułami do domu, po pozostawieniu naszych bagaży w dole i zrobieniu zakupów.


Wyszliśmy z lasu deszczowego, maszerując teraz regularną drogą pośród palm woskowych, gdzie w weekendy spacerują tłumy ludzi. Wkrótce dotarliśmy do miejsca, z którego kilka dni temu wyruszaliśmy. Odebraliśmy bagaże, wypiliśmy triumfalne piwo... Plan wykonany! Szczęście, spełnienie, w końcu to tyyyle piękna! Ale z drugiej strony... w głębi serca już pojawiał się smutek.


Stary jeep zawiózł nas do Salento. Niestety padało i choć mieliśmy jeszcze nieco czasu w Salento na autobus do Pereiry, nie była to dobra aura na spacer. Porządnie wymoczyłam się pod prysznicem, a resztę czasu spędziliśmy na oglądaniu zdjęć z całej naszej wyprawy.


Gdy wsiadaliśmy do autobusu do Pereiry, całe Salento płakało ulewnym deszczem. Na szczęście w Pereirze pogoda była korzystniejsza. Eduardo tej nocy nie miał już z nami nocować w hostelu Coffee & Travel. Miał przyjechać po niego Sebastian, który chciał się też z nami pożegnać. Ponieważ miał problemy z autem, czekaliśmy na niego niemal do północy. Nic nie szkodzi. Piwo za piwem, obiad, rozmowy. W końcu przybył Sebastian, a ze sobą miał najcudowniejszy mikołajkowy prezent dla nas - koszulki Montanas Colombianas, które bardzo chcieliśmy mieć. Pożegnanie z chłopakami było dla mnie baaardzo smutne. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy! W Polsce lub w Kolumbii... A może i tu, i tu? Dzięki za wszystko Montanas Colombianas!!!


 Podczas naszego pożegnania otworzyłam ostatnią czekoladę, jaką przywiozłam z Polski. Znów żałowałam, że nie jest to ciemna single-origin, no ale cóż... Włoska Amedei Toscano Brown Cioccolato al Latte miała choć trochę osłodzić mi pożegnanie.

Dla pomysłodawczyni mlecznej Amedei - Cecilii Tessieri - jest to czekolada wyjątkowa. W tabliczce o 32% zawartości kakao pragnęła zamknąć wspomnienia z dzieciństwa - mleko, zielone pastwiska, wakacje z rodzicami... Według producenta, czekolada wyróżnia się kremowością z nutami maślanymi, miodowymi i waniliowymi - lecz nie jest przy tym zbyt słodka. Ma też charakteryzować się specyficzną, nieco kruchą strukturą, przypominającą pralinę. Swój egzemplarz zakupiłam oczywiście poprzez Sekrety Czekolady.



Dwie kosteczki nie zostały zjedzone w Kolumbii, usiadłam do nich wraz z Mężem po powrocie. Dziwne jest to, że w Kolumbii czekolada ta zdawała się pachnieć intensywniej... Mleczna Amedei pachnie błogą mlecznością, niczym jakieś wyidealizowane maślane ciasteczka. Zapach sugeruje sporą dozę słodyczy, ale rzeczywiście ma on w sobie coś "chropowatego", bardziej ciastkowego, niż w pełni aksamitnie czekoladowego. W aromacie odnaleźliśmy też lekko gorzkie nuty, kojarzące się z przypalonym ciastem właśnie.

 Wbrew obietnicom producenta, mi czekolada wydawała się bardzo słodka, lecz jednocześnie bardzo mleczna. Była to specyficzna, nieco dziwna słodycz. Nietypowość podkręcana była przez strukturę - rzeczywiście, czekolada nie rozpuszczała się klasycznie, w sposób aksamitnie bagienkowy. Miała w sobie odrobinę szorstkości, takiej gruboziarnistej - choć nie można jej odmówić miękkości. Konsystencja połączona ze smakiem, podkręconym wanilią, przywoływała na myśl piankowe ptasie mleczko. Potem Mąż podpowiedział mi bezę i... przyznałam mu rację. Na dodatek zorientowałam się, że to nie pierwszy raz, gdy Amedei kojarzy mi się bezowo. Było już także przy okazji Toscano Black 63.
 

Dziś mleczna Amedei pomimo swych słodkich walorów kojarzy mi się i tak bardzo melancholijnie...


Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, wanilia.
Masa kakaowa min. 32%.
Masa netto: 50 g.

wtorek, 17 stycznia 2017

Zotter Pineapple + Coconut ananasowa z kokosowym dyskiem


Analogicznie jak w poprzednim wpisie - dziś zaprezentuję Wam czekoladę zjedzoną 5 grudnia, zaś wydarzenia opisane pod jej recenzją będą pochodziły z 4 grudnia.

Kolejnym duetem spośród nowości Zottera w kolekcji Mitzi Blue jest Pineapple + Coconut. Tak jak w przypadku Coffee + Caramel, szczególnie urzekła mnie grafika umieszczona na opakowaniu. Poza tym, zestawienie smakowe lepiej pasowałoby do wybrzeża Kolumbii i drinków pinacolada, lecz w końcu i tu - w górskim regionie - miałam okazję spróbować wybornych ananasów. Moja sympatia zarówno do ananasów, jak i do kokosa, dawała szansę Pineapple + Coconut do stania się jednym z ulubieńców wśród najnowszych Mitzi Blue zakupionych przez foodieshop24.pl


 Szczerze ucieszyłam się z zastosowanych tutaj proporcji. Ananasa nigdy za wiele, a choć kokos również jest pyszny, to Zotter nie popisał się chociażby w Labooko Coconut. Przypuszczałam, że i tutaj kompozycja kokosowej czekolady może być podobna - w składzie naszej Mitzi Blue tak jak w wyżej wspomnianej Labooko również znajduje się ryż.


Kompozycja mnie nie zawiodła. Ananasowa czekolada nie poraziła mnie wprawdzie totalną soczystością i w pełni autentyczną słodyczą - ale po spróbowaniu świeżych kolumbijskich ananasów nic innego już nie będzie dla mnie ideałem. Miałam wrażenie, że mleko temperowało nieco tak żywiołowe usposobienie ananasa, ale w końcu inaczej nie dało się zrobić tej czekolady, nie przesadzajmy. Dobry tłuszcz kakaowy, dzięki któremu czekolada lekko rozpuszczała się w ustach, również łagodził ananasowy szał. Mimo to, nadal ananasowy dysk pozostawał rześki, przyjemny, smaczny. Jeśli ananasowa Labooko będzie znów dostępna, na pewno się na nią skuszę.

A co z kokosowym dyskiem? Szczerze? Nieco przepada pośród ananasowego uroku. Jest dość delikatny i w sumie ciężko mi określić, jak bardzo podobny jest do Labooko Coconut. Jedzony wraz z cząstkami ananasowej czekolady nadaje jej dodatkowego uroku, ale solo... Ot, łagodny, kokosowo-mleczny smaczek, o którym ciężko mi cokolwiek więcej powiedzieć. Niestety, tak to już jest z Mitzi Blue... Proporcje w tych czekoladach są nieubłagane i dość często z różnych powodów mi przeszkadzają.






4 grudnia obudziły nas śmiechy mieszkańców pobliskiej miejscowości Santa Isabel, którzy wczoraj przybyli do Termales Canon wraz ze zmierzchem. Od samego rana zażywali odżywczej kąpieli. Prędko do nich dołączyłam, rozkoszując się ponownie ciepłem wody i cudnymi widokami dookoła. Napiłam się też integracyjnie rumu z współtowarzyszami kąpieli ;). Wyszłam z wody dopiero wtedy, gdy Eduardo zawołał na śniadanie.



Tak się złożyło, że wraz z ekipą z Santa Isabel do Termales Canon zawitali chłopacy z lokalnej telewizji. Zastając parę z dalekiej Polski w tak mimo wszystko mało popularnym turystycznie miejscu, postanowili przeprowadzić z nami wywiad :)


Po zwinięciu namiotu wyruszyliśmy w drogę powrotną do La Primavera. Wytracaliśmy stopniowo wysokość mijając skały obrośnięte ogromnymi porostami (cóż za czyste powietrze) oraz podziwiając całe mnóstwo frailejonów. Osobnik widoczny na zdjęciu poniżej miał ze spokojem ponad 5 metrów, czyli liczy sobie na pewno ponad pół tysiąclecia...


 Doszliśmy do rozległej doliny, nazwanej Doliną Przyjemności. Dzisiaj jest to tak naprawdę pastwisko dla chowanych tutaj stad bydła, co w gruncie rzeczy nie powinno mieć miejsca w Los Nevados... Wszędzie tutaj, zamiast krótko przystrzyżonej trawki - powinno rosnąć paramo. Zresztą, później mieliśmy okazję spotkać kolejne niemiłe skutki działalności człowieka na tym terenie. Poczerniałe frailejones, które przeżyły kilka podpaleń...



Po drodze spotkaliśmy również kilka jaskiń Lopeza, które często służą jako schronienie dla turystów przed atakiem na Nevado del Tolima.


Dalej mijaliśmy Laguna El Elcanto, które widzieliśmy w dali podczas podejścia z La Primavera do bazy pod Nevado del Tolima. Chcieliśmy nad jeziorem zjeść sobie na spokojnie lunch, niestety nasze plany pokrzyżował deszcz.



Pod koniec drogi przedzieraliśmy się znów przez paskudne błoto. W końcu dotarliśmy do La Primavera, które było już świątecznie ozdobione. Przyznam, że Kolumbijczycy mają większego świra od Polaków jeśli chodzi o świąteczne dekoracje.



Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszony ananas 11%, odtłuszczone mleko w proszku, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), wiórki kokosowe 2%, proszek kokosowy 1% (mleko kokosowe, maltodekstryna), lecytyna sojowa, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), sól, wanilia, lecytyna słonecznikowa.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 570 kcal.
BTW: 2,3/36/59

niedziela, 15 stycznia 2017

Zotter Oranges + Bananas pomarańczowa z bananowym dyskiem



Dziś recenzowaną czekoladę jedliśmy dopiero 4 grudnia, zaś w tym wpisie znajdziecie relację z wydarzeń 3 grudnia. Eduardo zapewnił nam na nasze wycieczki taką ilość słodyczowej wałówki, iż po czekolady sięgałam nie z konieczności (potrzeba zjedzenia czegoś słodkiego), lecz z chęci delektowania się nimi w spokoju, z ładnym widokiem. Na przykład w takich warunkach, jakie widzicie na zdjęciu powyżej - w Dolinie Przyjemności, ale więcej o niej przeczytacie dopiero pojutrze. Teraz czeka Was sama czekolada, a potem... Nevado del Tolima!

 Oranges + Bananas to kolejna nowa propozycja Zottera w kolekcji Mitzi Blue, dostępna w foodieshop24.pl. Tak jak w przypadku Coffee + Caramel zastosowano bardzo proste połączenie dwóch smaków, tym razem w ogóle nie posiłkując się miazgą kakaową. Duży dysk to biała czekolada pomarańczowa, zaś mały dysk - biała czekolada bananowa. W składzie odnajdziemy spory udział jogurtu w proszku. Żałowałam, że proporcje w tej czekoladzie nie są odwrócone. Wszak Labooko Banana (wprawdzie na 99% o nieco innym składzie) bardzo mi smakowała, zaś pomarańczowy dysk w Happy Buzz niestety nie sprostał moim oczekiwaniom.


W Oranges + Bananas najpierw spróbowałam dominującego pomarańczowego dysku i... odetchnęłam z ulgą. Okazał się o wiele bardziej przystępny, niż mały dysk z Happy Buzz. Rozpościerał nad tabliczką przyjemny, lekko jogurtowy aromat, z naturalną pomarańczową nutą. Pomarańcza okazała się być tu wyrazista, lecz nieprzesadzona, bez sztucznych i przesadzonych posmaków. Ot, po prostu cytrusowe orzeźwienie, delikatna soczystość. Spory wpływ na smak pomarańczowej czekolady miał jogurt, który dodawał jej rześkości, ale także płynniej spajał smakowo pomarańczę z mlekiem i tłuszczem kakaowym. Nic nie przeszkadzało mi w tej pomarańczowej czekoladzie, spokojnie rozpuszczającej się i umiarkowanie słodkiej.

 Następnie przeszłam do bananowego małego dysku i... eh, cała nasza trójka zgodnie stwierdziła, że i tak czy siak wygrywa on w tym duecie. Bananowej czekolady mogłoby być o wiele więcej! Wyrazista słodycz banana, jego autentyczny aromat, tak wspaniale odnalazły się w delikatnej białej czekoladzie. Choć nie była to kubek w kubek Labooko Banana, poczułam tchnienie tamtej przepysznej tabliczki. W Kolumbii banany są bardzo popularne - występuje tu wiele ich odmian, które podaje się na różne sposoby - tym bardziej uznanie Eduardo dla bananowej czekolady było dla mnie istotne.

Choć całość wypadła całkiem smacznie, nie mam wątpliwości, iż odwróciłabym w tej Mitzi Blue proporcje. Całym sercem jestem za bananem!



3 grudnia o drugiej w nocy zadzwonił budzik Eduardo, śpiącego w sąsiedniej komorze namiotu. Rytmiczne krople deszczu uderzające w ścianki namiotu kazały nam odwlec na później wyjście. Eduardo wiedząc, że mamy jeszcze zapas czasu i że nasze tempo nie jest najgorsze - przestawił budzik na później. Później jednak nadal padało...

Trzeba było podjąć decyzję. Wraz z Mężem jednogłośnie stwierdziliśmy, że z cukru nie jesteśmy i w ostateczności idziemy w deszcz - oby tylko u góry nie zamienił się on w śnieżną zawieruchę. Gdy po energetycznym śniadaniu, ubrana już w górskie ciuchy wyczołgałam się z namiotu - jak na zawołanie deszcz ustał. Niepewni, co będzie dalej - maszerowaliśmy do góry. Gdzieś na granicy paramo i skał zaczęło świtać.






Stąpaliśmy po skałach miejscami pokrytymi cienką warstwą świeżego śniegu. Droga nie sprawiała żadnych trudności, szybko rozkręciliśmy się i nabraliśmy wiary, że jednak pogoda nie pokrzyżuje nam planów. Pobliskie szczyty fragmentami odsłaniały się nam spośród obłoków, tworząc wraz z ośnieżonymi skałami niesamowite impresje.



Prędzej niż się spodziewałam doszliśmy do granicy lodowca. Ubraliśmy kaski, uprzęże, raki. Związaliśmy się liną. Dopiero co wyjęci z buchającej życiem krainy niekończącej się zieleni, teraz wtopiliśmy się w niemal martwy, biało-szary zimny świat. Tak piękny był fakt, że jedno i drugie miałam tam, w Kolumbii, niemal na wyciągnięcie ręki.






Spokojnie, rytmicznie wchodziliśmy do góry po lodowcu. W końcu ukazało się naszym oczom rozległe wypłaszczenie - śmiałam się, że jest niczym boisko do piłki nożnej. Oto szczyt! Właśnie zdobyliśmy Nevado del Tolima ~5200 m n.p.m., kolejny z pokrytych lodowcem wulkanów położonych na terenie Parku Narodowego Los Nevados.




Przy robieniu sobie pamiątkowych zdjęć na szczycie mieliśmy sporo szczęścia - jeszcze coś było widać. Chwilę później, gdy wybraliśmy się na rekonesans w poszukiwaniu krateru - wszystko zostało spowite mlecznobiałymi chmurami. Ciężko było zorientować się w takiej bieli. Z racji, że zamiast krateru natrafialiśmy jedynie na przerażające szczeliny, postanowiliśmy po ponownym nawróceniu na szczyt rozpocząć bezpieczne zejście.



Gdy już po zdjęciu raków schodziliśmy po skałach, dopadł nas deszcz. Prócz tego pierońskiego deszczu zejście nie przysporzyło nam żadnych problemów. Dość szybko znaleźliśmy się w namiocie, gdzie ucinając sobie drzemkę czekaliśmy, aż przestanie padać. Po dwunastej, gdy już tylko kropiło - zabraliśmy się za zwijanie namiotu. Część pakunków zostawiliśmy na miejscu zabezpieczając je - wkrótce gospodarz La Primavera miał po nie przyjść wraz z mułem. My zaś wyruszyliśmy w dalszą drogę. Około trzech-czterech godzin marszu dzieliło nas od miejsca, gdzie mieliśmy spędzić kolejną noc. Maszerowaliśmy zboczami Nevado del Tolima przez paramo...




...aż w końcu dotarliśmy do naszego celu - Termales Canon. Z głębi wulkanu spływają tutaj gorące, bogate w minerały wody - które tworzą naturalne termalne kąpielisko! Czyż można sobie wyobrazić coś przyjemniejszego po zdobyciu pięciotysięcznika, niż zanurzenie się w cieplutkiej wodzie, w tak pięknym otoczeniu? Szybko rozbiliśmy namiot, by jak najprędzej móc oddawać się błogiej kąpieli. Aż do zmroku...



Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone pomarańcze 9%, jogurt z odtłuszczonego mleka w proszku, suszone banany 2%, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), wanilia, sól.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 578 kcal.
BTW: 2,7/38/55