Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 82% kakao. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 82% kakao. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 września 2020

Raaka Bourbon Cask Aged ciemna surowa 82% Tanzania leżakowana w beczkach po burbonie, z cukrem klonowym


Kolejna czekolada arcyciekawej nowojorskiej manufaktury Raaka to Bourbon Cask Aged, czyli ciemna tabliczka 82% kakao wykonana z tanzańskich surowych ziaren Kokoa Kamili, pochodzących z doliny Kilombero w regionie Morogoro. Ziarna te zostały poddane leżakowaniu w beczkach po burbonie, zaś samą czekoladę prócz cukrem trzcinowym dosłodzono jeszcze cukrem klonowym. Kakao z Tanzanii w interpretacji Raaka poznałam już w przepysznej Pure Cacao & Strawberry & Coconut, lecz teraz siłą rzeczy miała to być zupełnie nowa jakość. Z niezwykłymi wyrobami Raaka zapoznawać mogę się dzięki uprzejmości sklepu Sekretów Czekolady.


Tanzańskie ziemiste kakao z akcentami czerwonych owoców, przez leżakowanie w beczkach po burbonie miało nabrać dębowej głębi i aksamitności smaków, z wyraźnym uwypukleniem wiśni. Dla mnie ta piękna czekolada pachniała przede wszystkim nieprzesadzoną palonością dobrej kawy, z karmelową nutą klonu i wytwornym tchnieniem wanilii.

W ustach - od pierwszego kęsa wbiła mnie w podłogę. Niesamowite połączenie smaków i konsystencji. Z jednej strony surowa szorstkość, z drugiej olbrzymia głębia, z trzeciej: aksamit właśnie jak w pieszczącym podniebienie burbonie. Również w kwestii smaku okazała się delikatna i mocna zarazem, choć przy tak wysokim poziomie kakao owa delikatność jest wręcz zaskakująca. Z wielkim powabem odznacza się whisky - drewniane, palone, kawowe, spokojne, głębokie, w tak przepiękny sposób uświetnione klonem i wanilią. Zatapiałam się w tej czekoladzie, nurkowałam w niej niczym w nieskończonej przyjemności. Kompleksowo otuliła mnie swoją głębią i ułożeniem, będąc idealnym odzwierciedleniem tego, czego można by się było po niej spodziewać. Jeśli tak pójdzie dalej, Raaka ma szansę stać się jedną z moich ulubionych manufaktur.


Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, cukier klonowy, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 82%.
Masa netto: 51 g.

poniedziałek, 10 lutego 2020

Soklet ciemna 82% Indie


Sobotni leniwy i niespieszny poranek, świeżo zaparzona kawa i... eksploracja następnej czekolady spod indyjskiego sztandaru Soklet tree-to-bar. Tym razem miało być mocniej - porcja 82% kakao uprawianego wśród gór Anaimalai, wraz z bananowcami, palmami kokosowymi, pieprzem i muszkatołowcem korzennym. Dotychczas próbowana tabliczka mleczna oraz ciemna 70% (również kupione w sklepie Sekretów Czekolady) urzekły mnie swym bogactwem i spokojem. Czy nadal zostaną one zachowane, przy zwiększonej zawartości kakao? Czy nic mnie nie przytłoczy?

Hm, w zasadzie jakoś wielce się tego nie obawiałam - na tyle marka Soklet wzbudziła moje zaufanie... Wiedziałam, że będzie dobrze...


Nie myliłam się. W sferze zapachu dostaliśmy to, co przy siedemdziesiątce, nawet nie jakoś szczególnie wzmocnione. Mnóstwo owoców, kwiatów, przypraw, ziół - podane nie w formie buzującej eksplozji, lecz ułożonej, przemyślanej, spokojnej symfonii. Ze znajomą już powściągliwością, suchością i twardością, pierwsza kostka przywitała się z moim spragnionym podniebieniem. Pieszcząc ją powoli, czułam stopniowo, jak przenoszę się w czasie do degustacji jej 70% siostry - nasza 82% była w zasadzie jedynie odrobinę bardziej kwaśna.

Pierwszym wyrazistym skojarzeniem był dojrzały melon zanurzony w waniliowym sosie. Dalej, mym oczom ukazała się już cała miska pełna owocowej sałatki przyprawionej w niebanalny sposób, bo białym pieprzem i odrobiną kardamonu. Znalazły się tam prócz melonów, truskawki, brzoskwinie i jabłka. Z czasem, narastała bardzo specyficzna nuta, która znalazła swe apogeum w finiszu - dopiero wówczas potrafiłam ją nazwać. Solidne uderzenie owoców opuncji figowej, znane mi z soków opuncjowych, którymi rozkoszowałam się w Peru po powrocie z Huascaran. Nadal były to owocowo-przyprawowe smaki zmiksowane z płatkami owsianymi, dodatkowo posłodzone cukrem pudrem subtelnie układającym się na języku.


Tak, ta czekolada była bardzo podobna do siedemdziesiątki i trudno mi wybrać, którą obdarzyłam większą sympatią. Moc w 82% nie była podkręcona na tyle, by zaserwować nam totalnie odmienne doznania, raczej po prostu zwracaliśmy uwagę na nowe niuanse skryte w magicznym indyjskim kakao.

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 82%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 549 kcal.
BTW: 14,1/33,7/47,67.

czwartek, 19 września 2019

Blanxart Congo ciemna 82%


Choć doświadczeń z barcelońską marką Blanxart miałam dotychczas niewiele (Dominicana 82%, Filipinas 44%), zdążyłam sobie wyrobić pewną opinię na jej temat. Sporo tabliczek Blanxart zakupiłam w sklepie Sekretów Czekolady z myślą o górskich wojażach, a główną mobilizacją ku temu była nader przystępna cena połączona z solidną gramaturą (większość ich czekolad ma aż 125 g).

Całą pozostałą w mych zapasach kolekcję Blanxart zabrałam do Peru. W górach spisały się doskonale - nieskomplikowane, niezbyt wykwintne, duże. Było się czym dzielić, a to na szlaku przeogromna zaleta. Wszystkie czekolady od Blanxart wypróbowane w Peru okazały się jednak na tyle mało charakterystyczne, iż dziś nie jestem w stanie napisać ich rzetelnych recenzji. To niezbyt dobrze świadczy o marce, bo choćby zabrane na wyprawę Bonnaty potrafię choćby pokrótce opisać. W przypadku czekolad Blanxart, poprzestanę na przytoczeniu opisów producenta i krótkim wspomnieniom z okoliczności degustacji. Tabliczki Blanxart polecam wszystkim, którzy jedzą dużo czekolady, chcą kosztować czegoś w miarę dobrego, a jednocześnie nie wydawać na to fortuny. Relatywnie niska cena Blanxart jednak przekłada się na jakość nienajwyższych lotów, przeciętność i niezapadanie w pamięć.


Ciemna Congo 82% została wykonana z kongijskiego forastero uprawianego w rejonie Gór Księżycowych. Prócz kakao, w tej okolicy popularne są uprawy wanilii. Kakao stamtąd ma charakteryzować się bardzo owocowym aromatem. Kakao używane przez Blanxart pochodzi z kooperatywy 1000 ekologicznych farmerów.

Do jednych z moich licznych marzeń podróżniczych należy odwiedzenie Gór Księżycowych. Tę tabliczkę jedliśmy jednak w innym przepięknym miejscu, a mianowicie nad brzegiem jeziora Churup położonego w Kordylierze Białej u stóp szczytu Churup. Wędrówka do Churup (a także nieco wyżej położonego, mniejszego jeziora Churupita), była naszym pierwszym etapem aklimatyzacji wysokościowej w Peru. Degustacja Congo 82% odbyła się w całkowitej ciszy i niesamowitej aurze płynącej od czystego, spokojnego jeziora. Zdjęcia znad jeziora dostępne są na moim facebookowym profilu.


Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier, wanilia.
Masa kakaowa min. 82%.
Masa netto min. 125 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 599 kcal.
BTW: 9/51,8/22,7

środa, 3 lipca 2019

Blanxart Classic Origins Republica Dominicana ciemna 82%


O istnieniu barcelońskiej marki Blanxart wiedziałam już od dawna, ale jakoś nieustannie odkładałam bezpośrednie zapoznanie się z nią. W końcu zdecydowałam się na zakup części ich asortymentu w sklepie Sekretów Czekolady. Spośród prawdziwych czekolad, tabliczki Blanxart kuszą przede wszystkim przystępną ceną przy sporej gramaturze. Proste opakowania nie wszystkim mogą odpowiadać, natomiast w moją estetykę wpasowują się jak najbardziej.

Moje pierwsze podejście to Blanxart to 80-gramowa tabliczka z serii Classic Origins stworzona w 82% z ekologicznego kakao Trinitario z Republiki Dominikany. Reszta składu to cukier i wanilia.



Wygląd tabliczki okazał się tak prosty, jak opakowanie - bardzo klasyczny podział na kostki. W jej barwie pojawiały się wiśniowe przebłyski. Pachniała subtelnie - drewnem, nową szafą, suszonymi owocami i świeżością bitej śmietany. 

W ustach zachowywała się bardzo delikatnie, rozpuszczając się niczym kostka lodu oraz, niestety, jak bita śmietana w sprayu. Budziła też skojarzenia z piankami marshmallows. Producent sugerował nutę zielonych oliwek, dla mnie jednak były to raczej same pestki oliwek polane oliwą. 
Lekka jak chmurka, a przy tym nieco bezpłciowa, mało esencjonalna, zwyczajna. Im dalej w las, tym pojawiało się coraz więcej płaskich akcentów papieru i kartonu - zamiast zapowiadanego w zapachu aromatycznego drewna. Gdzieś tam przemknęły miękkie suszone śliwki i... to by było na tyle.


Uboga w gęstość czekolada charakteryzowała się tym, iż wszystko, co się w niej pojawiło, bardzo szybko umykało. Była zbyt prosta i banalna, bym mogła zapamiętać ją na dłużej. Mam nadzieję, że pozostałe zakupione przeze mnie Blanxarty okażą się bardziej porywające. Jeśli nie, zostaną prostym paliwem na górskie wędrówki.

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia.
Masa kakaowa min. 82%.
Masa netto: 80 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 578 kcal.
BTW: 7,8/50,3/23,7

poniedziałek, 6 maja 2019

Georgia Ramon Fahrenheit 264 ciemna 82% Peru Piura Blanco Nacional


Poprzednia peruwiańska Fahrenheit (132) od Georgia Ramon długo czekała w moich zapasach na degustację. Po kolejną Fahrenheit sięgnęłam już o wiele prędzej od czasu zakupienia jej w sklepie Sekretów Czekolady. To również 82% tabliczka, stworzona z ziaren Piura Blanco Nacional, jednakże zgodnie z nazwą - dziś opisywana czekolada zawiera w sobie kakao poddane procesowi prażenia w wyższej temperaturze (a mianowicie maksymalnie w 129 stopniach Celsjusza - nie jest już to więc czekolada surowa). Pozostałe procesy zachodzące w podwyższonej temperaturze (fermentacja, suszenie, mielenie, temperowanie) nie podgrzały jednak ziaren do temperatury wyższej niż 50 stopni. Ta czekolada również nie była poddana konszowaniu. Według producenta, winniśmy odnaleźć w niej nuty limonki, malin, orzechów oraz przypraw.

Fahrenheit 264 okazała się o wiele jaśniejsza i bardziej soczysta w barwie niż Fahrenheit 132, choć mogę to zrzucić na karb jej wieku (o wiele krócej przebywała w moich zapasach). Pachniała przewrotnie - świeżo usmażonymi naleśnikami posypanymi słodką papryką w proszku i polanymi miodem. Unosił się też nad nią obłoczek torfowy i orzechowy.


Szybko i gładko rozpuszczała się w ustach, otulając podniebienie delikatnym filmem. Kryła w sobie nuty raczej ciepłe, kojarzące się z późnym latem. Była tak samo mocno słodka, jak i kwaśna - jednakże w ciemno dałabym jej mniej procent kakao, niż 82. Na początku urzekała miodem i kwiatowym nektarem wymieszanym z lekko ukwaszoną śmietanką oraz serwatką ściągniętą ze świeżego sera. Spośród owoców wyczuliśmy niedojrzałe brzoskwinie i maliny, a także czerwone porzeczki - te dla odmiany przejrzałe. Kwaśności szły też w stronę ciężkiego żytniego chleba oraz soku z limonki.

Pod koniec zdaje się być jeszcze bardziej rozgrzewająca. Pomyślałam o jakiejś dziwnej orzechowej nalewce, specyficznie przyprawionej. Oczami wyobraźni zobaczyłam butwiejące liście i opadłe owoce, leżące na rozgrzanej słońcem żyznej ziemi, pośród raz po raz rosnących wonnych kwiatów. Wyraźnie pojawiły się również pszenne sucharki.


Było w tej czekoladzie coś, co mogłabym nazwać typowo peruwiańskim - pewnie przez silne powinowactwo z ziemią i kwiatami. Przyznam jednak, że surowy Fahrenheit jakoś mocniej zapadł mi w pamięć.

Skład: miazga kakaowa Peru Piura, surowy cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 82%.
Masa netto: 50 g. 
Wartość energetyczna w 100 g: 537 kcal.
BTW: 15/44/25

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Kuná Esmeraldas Rio Verde ciemna 82%


To zabawne, że pierwszą swoją tabliczkę marki Kuná jadłam 24 grudnia 2017 roku, zaś drugą - 22 grudnia 2018 roku. Zupełnie tego nie planowałam, a jednak tak wyszło. Kuná to manufaktura ekwadorska, z siedzibą w Guayaquil. Ich maleńkie 30-gramowe tabliczki, pięknie opakowanie, możecie zamówić w sklepie Sekretów Czekolady. Niemal rok temu opisywałam tutaj stóweczkę wykonaną z kakao Nacional z kantonu Rio Verde w prowincji Esmeraldas - dziś przed Wami również czekolada z ziaren z tego regionu, lecz o ich niższej, bo 82% zawartości. Dopiero pisząc tę recenzję cofnęłam się do opisu setki i zachwyciłam się bogactwem, jakie odnalazłam w maleństwie. Uboższa w kakao czekolada, złagodzona cukrem trzcinowym - przywołała mniej wybujałych skojarzeń, lecz... również urzekła swymi ciekawymi nutami, w wielu wypadkach naturalnie podobnymi do tych znanych ze stówki.


Podobny był na pewno zapach - bardzo owocowy, na tropikalną modłę. Tutaj pomyślałam jednak o koktajlach mleczno-owocowych, którymi delektowałam się litrami w Kolumbii i Ekwadorze. Guanabana na mleku, marakuja, mango... I różne dziwne owoce, których nazw niesposób zapamiętać. Nad wszystkim zaskakująco unosił się... tytoniowy dym.

Czekolada przyjemnie rozpuszczała się w ustach, niebywale lekko i puszyście wręcz. W kwestii smaku nadal poruszaliśmy się w rejonie tropikalnych koktajli, z mleczno-owocową pianką z wierzchu, zaś intensywnie owocowymi w środku. Do koktajlu dodano odrobinę mięty, co nadało chłodzącego efektu całości. Gdzieś przemknął mi maleńki kawałek ziarna kakao, co tylko spotęgowało ziołowy efekt.

 
 Kolejną twarzą tabliczki był ten zaskakujący tytoń, który wynurzał się nagle z niepełnej słodyczy chowającej się cały czas. Słodyczy, która nie uderza mocno, kusi, lecz rozmywa się w pustkę. Rozmywa się w dym... Paradoksalnie, w goryczkowy, lekko gryzący dym tytoniu.

Trzecia twarz to pyszny tortowy krem, czekoladowo-śmietankowy - w finiszu zdecydowanie przechodzący w smak dojrzałego orzecha laskowego, zarówno miąższu, jak i delikatnej skórki.

Ta czekolada w porównaniu do wersji 100% była mniej chłodna, za to bardziej dymna. Nuty owoców tropikalnych oraz orzechowe powtórzyły się, choć w nieco odmienionym wydaniu. To była przyjemna i całkiem oryginalna degustacja - szkoda, że Kuná oferuje tak drobną gramaturę swych wyrobów.

 
Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 82%.
Masa netto: 30 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 607 kcal.
BTW: 9/45/40

niedziela, 4 listopada 2018

Georgia Ramon Fahrenheit 123 ciemna surowa 82% Peru Trinitario


 Z zaciekawieniem rozpoczęłam eksplorację ciemnych czekolad Georgia Ramon bez jakichkolwiek dodatków. W gruncie rzeczy dotąd nie miałam okazji takowych jeść. Moje dotychczasowe doświadczenia z Georgia Ramon opierały się głównie na eksperymentach. W zasadzie dziś opisywana tabliczka również jest swoistym eksperymentem. Już z rok temu w sklepie Sekretów Czekolady zakupiłam Fahrenheit 123 czyli surową czekoladę o 82% zawartości peruwiańskiego Trinitario.

Producent dokładnie przytacza szczegóły przerobu ziaren: fermentacja w 42 stopniach Celsjusza, suszenie w 45 stopniach, usuwanie bakterii w 55 stopniach, rozdrabianie w 55 stopniach, temperowanie w 45 stopniach i, co ciekawe, zupełny brak konszowania. Ogromnie mnie intrygowało, jak smakować będzie taka czekolada.


 Jej brąz wpadał w odcienie granatu i fioletu. Jak na surową i niekonszowaną czekoladę prezentowała się wyjątkowo gładko. Jej wygląd, a także w jakiś synestezyjny sposób zapach kojarzył się nam z kopalnią bazaltu. Prócz tego, czekolada subtelnie pachniała słodyczą jabłek i kwiatów. W smaku w pierwszej kolejności uderzyła nas ciekawa orzechowość (głównie orzechy laskowe) świetnie komponująca się z chmielową wyraźną goryczką. Dalej pojawiała się kwaśność młodego wina, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim mnóstwo soczystości i paradoksalnie aksamitnej magmy.


 To była bardzo żywa i głęboka czekolada. Nuty słodkie jawiły się głównie jako dojrzałe śliwki i wiśnie. Przyprawowość zaś ujawniała się w formie świeżo przetartego cynamonu i kremu na bazie octu balsamicznego. Była w tym swym bogactwie bardzo tajemnicza, jak mroczny wulkan wyłaniający się z głębi dżungli. Sycąca i wyważona w swej dynamice, po prostu cudowna - naprawdę warta spróbowania oryginalna czekolada od Georgia Ramon, pokazująca kolejną fascynującą twarz peruwiańskiego kakao.


Skład: nieprażone ziarna kakao z Peru, surowy cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 82%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 537 kcal.
BTW: 15/44/25.

sobota, 27 października 2018

Original Beans Arhuaco Businchari 82% ciemna z Kolumbii


 Arhuaco Businchari - końcu ją otworzyłam... Wszystkie czekolady wykonane z kolumbijskiego kakao mają w moim sercu szczególne miejsce, a możliwość spróbowania takowej wypuszczonej spod skrzydeł szwajcarskiego Original Beans była dla mnie szczególnie cenna. Tabliczka stworzona została z białych ziaren Businchari uprawianych przez plemię Arhuaco w rejonie Sierra Nevada de Santa Marta. Zakupiłam ją poprzez Smakowe Inspiracje.


 Mocno ciemna, wpadająca w bordo tabliczka pachniała znaczną palonością kojarzącą się z rozgrzanym asfaltem, mokrym tytoniem i świeżo paloną kawą. W tle przebrzmiewały dojrzałe wiśnie i jagody. Ów aromat był piękny - mocny i delikatny zarazem. Przy dzieleniu tabliczki urzekły mnie specyficznie stukające kostki.

W smaku pierwszym odczuciem była gorycz, tak wyraźna, iż skojarzyła się nam z wódką. Ów efekt wzmagała suchość oraz akcenty przyprawowo-ziołowe: pieprz, chili, lukrecja. Ściągała od samego początku na tyle, że miało się ochotę ją popijać, zupełnie jak przy mocnym alkoholu. Co ciekawe, przy tym wszystkim dobrze i gładko rozpuszczała się w buzi. Niby nieprzyjazna, ale jednak zapraszająca, przystępna. Trochę, jakby ktoś przymilnie wołał nas do siebie z samego wnętrza piekła.


 Dalej do głowy przychodził nam gęsty alkoholowy likier, na bazie wiśni i kawy. Słodyczy było tu tyle, ile w wiśniówce czy jagodowej nalewce. Przez jej suchość, odrobinę kojarzącą się z chałwą (także przez palono-gorzkawy sezamowy posmak) zdawała się być niedostępna. Suchość w dziwny sposób mieszała się z esencjonalnością, która przypominała mocno dojrzałe gruszki czy jagodowe syropy.

Choć Kimiko odnalazła w niej sporo lekkości, ja odebrałam ja jako ciężką i wytrawną, uderzającą w dolne nuty. Ja chyba po prostu już zawsze będę w kolumbijskich czekoladach szukać tej specyficznej kwasoty, na którą napotkałam nieraz. Arhuaco Businchari wydawała mi się zbyt poważna, zabrakło mi tu dozy radości i szaleństwa. Nie była to dla mnie czekolada kolumbijska w sposób oczywisty. I tak zaintrygowała mnie i przyciągnęła bardziej, niż uczyniła to z moim Mężem.

 
Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 82%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 574 kcal.
BTW: 9/46/31.

piątek, 16 lutego 2018

Zotter Mousse au Chocolat "Piura" 82% ciemna nadziewana czekoladowym musem


 Mousse au Chocolat "Piura" wśród licznych nowych nadziewańców Zottera zdaje się być prawdziwą oazą spokoju i klasyki. Podczas gdy wielu nowościom z serii Handscooped przypisać można balansowanie na granicy przekombinowania, dziś opisywana czekolada charakteryzuje się jednym z najprostszych, a przy tym najszlachetniejszych składów surowcowych w tej kolekcji. W składzie stoją kolejno: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, masło, tłuszcz kakaowy, syrop cukru inwertowanego, chili Bird's eye. Samego kakao mamy aż 82%, a jest to kakao nie byle jakie, lecz criollo z peruwiańskiego regionu Piura. O tyle ciekawego w tym przypadku, iż czekoladę dano mi było jeść w... sąsiadującym z owym regionem Ekwadorze! A kupiłam ją jak zawsze w swojskim biokredens.pl.


 Wystarczyło powąchać czekoladę by przekonać się, iż rzeczywiście Mousse au Chocolat "Piura" jest wyjątkową Handscooped. Pachniała jak wzorowa single-origin, tyle, że z bardziej maślanym zacięciem (w końcu masełko w składzie jest). Uwodziła dość roślinnym bukietem aromatów, co było tym urokliwsze, iż jadłam ją wśród zieleni - wyposzczona od żywej przyrody, której brakuje w Polsce zimą. W przekroju tabliczka prezentowała swe dość zbite nadzienie, które zdawało się być ziarniste, nieco poduszkowate, suche - o dobrych kilka tonów jaśniejsze od kuwertury wykonanej z 82% czekolady.


 W ustach konsystencja czekolady okazała się jednak wcale nie sucha. Wszystko było oczywiście mocno czekoladowe, ale nie w sposób "ordynarnie klasyczny", jak to zwykł nazywać mój Mąż - osoba, która o dziwo nie cierpi czekoladowych lodów, ciast itp. Kakao użyte w Mousse au Chocolat "Piura" było na tyle bogate, iż nie pozwalało się nudzić tudzież zamulić. Fakt, konsystencja nadzienia była nietypowa jak na Handscooped, wyczuwało się dużą zawartość kakao podkręconą jeszcze mocną kuwerturą - przez co trudno nazwać ją gładką i aksamitną, lecz właśnie... ordynarna też w żaden sposób nie była. Może masło wszystko łagodziło? Tego po prostu trzeba spróbować. Ogrom kwiatowo-roślinnych nut przebijających się przez tę czekoladę był prawdziwie kuszący i intrygujący. Wokół mnie było zbyt wiele innych intensywnych bodźców, bym mogła w pełni je wyłapać i opisać, tak więc Drodzy Czytelnicy... to zostaje w Waszej gestii! Bo spróbować warto!


 Przyzwyczajona do tego, iż Handscooped z ciemnym nadzieniem częstokroć zawierają alkohol, gdzieś tam uparcie go szukałam. Najpierw zdawało się, że mi go brakuje. Potem doszłam do wniosku, że gdzież tam. Po co Zotter miałby skupiać się na pochodzeniu kakao w nadziewańcu, by potem naruszać jego bukiet alkoholem. Bardzo dobrze, iż on tu się nie znalazł - nawet w najszlachetniejszej formie. Może ciut ciut brakuje kompozycji soczystości, ale... obawiam się, że specyfika kakao mogłaby stracić, gdyby nadzienie stało się bardziej soczyste. Niech zostanie tak jak jest. Ciekawy nadziewaniec, na dodatek tak elegancko opakowany...


 



 Nowy Rok zaczęłam nie od postanowień, ale od działania! To się nazywa spełnianie marzeń z grubej rury... W sylwestrową noc podjęliśmy decyzję, a 2 stycznia kupiliśmy bilety lotnicze - już na 29 stycznia! Pomysł, który od dawna chodził nam po głowie, w końcu miał zostać zrealizowany. Śmieję się, iż w końcu wykrakałam ten Ekwador. Zawsze chciałam zobaczyć Quito, zawsze chciałam zobaczyć Aleję Wulkanów... Dlaczego marzenie miało tylko nim pozostać?





 Po długiej podróży w końcu znaleźliśmy się tam... Tak blisko ukochanej Kolumbii, z wielką chęcią dalszej eksploracji Ameryki Południowej. Gdy taksówkarz wiózł nas do hostelu z lotniska, słońce już zachodziło. Spoglądałam za szybę i łzy stanęły mi w oczach. To się dzieje naprawdę! Ukochany Mąż rzekł: "Chciałaś, to masz!". Prawda!

30 stycznia od rana ruszyliśmy zwiedzać słoneczne, piękne Quito. Degustacja dziś opisywanej czekolady odbyła się na zboczach charakterystycznego wzgórza El Panecillo (śmiesznie nazywać wzgórzem coś, co wznosi się powyżej 3000 m n.p.m.!), widocznego na powyższych zdjęciach.





 Muzeum miasta, sklep Pacari, sklep Republica del Cacao, sklep Kallari...



Spacery po starej i nowej części miasta, po licznych parkach... Zrobiliśmy sobie ładną rozgrzewkę przed wulkanami, nawet pomimo tego, iż odpuściliśmy sobie górujący nad Quito wulkan Pichincha. Wierzę jednak, że i na niego przyjdzie czas...

 

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, masło, tłuszcz kakaowy, syrop cukru inwertowanego, chili Bird's eye.
Masa kakaowa min. 82%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 601 kcal.
BTW: 8,5/49/25

środa, 13 września 2017

Cacao Hunters Tumaco ciemna 82%


Po Perla Negra 74%, jakże odmiennej od pozostałych kolumbijskich czekolad, przyszedł czas na degustację kolejnej tabliczki od Cacao Hunters pochodzącej z regionu Tumaco. Dla przypomnienia - Tumaco leży nad Oceanem Spokojnym, niedaleko granicy z Ekwadorem - co oznacza znaczne oddalenie od innych regionów Kolumbii, z których dane mi było próbować czekolad. Jako, że Perla Negra i Tumaco degustowałam zaraz po sobie, miałam okazję dokładnie przyjrzeć się różnicom między obiema 28-gramowymi tabliczkami. Tumaco 82%, zgodnie z wyższą zawartością kakao, była od Perla Negra o kilka tonów ciemniejsza, a także bardziej matowa.


Tumaco 82% w aromacie zdawała się nieść ze sobą chłód. Tak, jakbyśmy po Perla Negra przenieśli się w nieco chłodniejszy klimat, w wyższą partię gór. To już nie była dżungla, lecz górska łąka, a może nawet kwiaty wyrastające samotnie gdzieś przy granicy lodowca. Zapach rozwija się niesamowicie. Po efekcie chłodzącym narastają dusznawe kwiaty, potem tak jak w Perla Negra pojawia się cynamon, a dalej nawet pieprz. Następnie atakuje wspaniała kawa. Bukiet zapachowy Tumaco 82% jest o wiele poważniejszy niż w Perla Negra, ale tak piękny, iż zapragnęłam mieć perfumy pachnące tak samo jak ta czekolada.


W smaku jednak natrafiamy na błoto dżungli. Czekolada zalepia tropikalną duchotą i wilgocią. Jest bardziej zwarta i gliniasta niż Perla Negra. W końcu mamy tu więcej upakowanego kakao w tych samych 28 gramach. Jest więcej syropowo gęstego deszczu, wszystko jest lepkie. Kawowo-przyprawowa goryczka pieści podniebienie, lecz kolumbijskiej kwaśności jest tu więcej niż w Perla Negra. Słodycz została tu bardziej przytłumiona przez charakterystyczne kwaśne nuty, których mimo wszystko oczekiwałam po czekoladach z Tumaco. Nie była to kubek kubek kwaśność znana z czekolad pochodzących z północy Kolumbii, ale jednak doznałam czegoś na jej kształt.


Była to kwaśność wilgotna. Jak mokre i świeże owoce tropikalne, nie do końca dojrzałe. Jak piwo Kriek i Berliner Weisse. Jak kiszone ogórki i kiszona kapusta. Więcej dziwacznych, dżunglowych klimatów. Mniej słodyczy niż w Perla Negra, mniej przystępności, więcej siania intrygi.

Odczuwamy również nieco specyficznej, przewrotnej niby-szorstkości znanej z Perla Negra, jednak tu jest ona bardziej zwarta, jak glina. Jej dziwaczna proszkowość kojarzy się z przysypaniem czekolady dużą ilością przypraw oraz drobno zmielonej kawy. A przy tym - nadal zadziwia mnie ogólny aksamit czekolady od Cacao Hunters. Skubane, pomimo swoistych proszkowych wrażeń, nadal są niebywale gładkie. Ich tabliczki muszą być chyba długo konszowane.



Choć Perla Negra i Tumaco różnią się jedynie kilkuprocentową zawartością kakao, obie czekolady przenoszą w zupełnie inne światy. Zwiększenie poziomu kakao z regionu Tumaco nie stanowi jedynie o zintensyfikowaniu wrażeń, ale zupełnie je przekształca. Choć mój Mąż nie do końca się ze mną zgadzał, Tumaco 82% ze swoją gładko-szorskością, gliną, kwiatami, przyprawami, cudowną kawą i intrygującym bukietem kwaśności skojarzyła mi się w jakimś wyszukanym whisky. Dokładnie, była dystyngowana i intrygująca jak dobre whisky.

Kolumbia nie przestaje mnie intrygować. Po degustacjach dwóch czekolad od Cacao Hunters z regionu Tumaco byłam zachwycona, że w swoich zapasach czekały na mnie jeszcze dwie tabliczki wykonane z kakao z Tumaco, ale stworzone przez inną kolumbijską markę. Ich recenzje już wkrótce, toteż nie opuszczamy Tumaco na długo!



Skład: ziarno kakao, cukier.
Masa kakaowa min. 82%.
Masa netto: 28 g.