Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cacao Y Mas Cacao. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cacao Y Mas Cacao. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 lutego 2017

Cacao Y Mas Cacao ciemna 70% i ciemna 85%


Czas na recenzje kolejnych dwóch czekolad Cacao Y Mas Cacao, wyprodukowanych z kolumbijskich ziaren, które zakupiłam w małej czekoladziarni w centrum Bogoty. Wraz z 20-gramowymi ciemnymi maleństwami rozpoczęłam 2017 rok. W góry przepraszam za mało ostre zdjęcia, ja również w Nowy Rok byłam niezbyt wyraźna. Po mlecznych i białych wynalazkach sięgnęliśmy po klasykę: czyste czekolady o 70- i 80-procentowej zawartości kakao. Mam wprawdzie nieco zastrzeżeń co do ich składu (kakao w proszku i emulgator), nie mniej jednak miałam nadzieję, że wykonanie ich w chałupniczych warunkach pozwoli mi delektować się kolumbijską czekoladą.


Zaczęliśmy od niższego pułapu kakao - od siedemdziesiątki. O dziwo, kolor tej tabliczki zdawał się być ciemniejszy, niż przy 85% koleżance. Pachniała niczym zwykła ciemna czekolada, z pierwszego lepszego marketu - to nie wróżyło dobrze. Na szczęście smak okazał się lepszy od samego zapachu.

Czekolada okazała się być bardzo słodka i to w dziwny sposób - kojarzący się bezpośrednio z cukrem pudrem. Była to niby prosta słodycz, wręcz cukrowość, ale było w niej coś intrygującego. W konsystencji okazała się bardzo lepka i gliniasta, odrobinę proszkowa - lecz pomimo tego pozostawała łagodna.

W tle słodyczy pojawiła się lekka nuta palonych ziaren kawy, niosąc ze sobą specyficzną kwaśność i goryczkę, bardzo delikatne. Jeśli mówić o owocowych akcentach w tej czekoladzie, wskazałabym na przyschniętą pomarańczę i miks suszonych owoców. Zanotowaliśmy również akcent mleczny, dodatkowo łagodzący całą czekoladę. To była spokojna, dość zwyczajna tabliczka.


Następnie przeszliśmy do wersji z 85% zawartością kakao, spodziewając się po prostu podkręconej wersji poprzedniczki. Nieźle się zdziwiłam, gdy okazało się, że druga czekolada pachnie zupełnie inaczej! Charakteryzowała się intensywnym kwiatowo-ziołowym zapachem.

W smaku zaskoczyła nas inwazją nektarowej słodyczy, która prędko przeistoczyła się w mocną kwaśność, kojarzącą się z wybitnie roślinnie, na przykład z przegryzaniem płatków kwiatów. Na myśl przyszła mi też różana esencja. Kolejnym zaskoczeniem była niebywała oleistość tej czekolady. Z wielką łatwością topiła się w dłoniach, zaś w buzi rozpuszczała się ekspresowo, pozostawiając po sobie oleisty film (nie, to zupełnie inne wrażenie niż przy tabliczkach Bonnat). Nie mogłam pozbyć się przeświadczenia, że mam do czynienia z jakimś magicznym kwiatowo-kakaowym olejkiem. Wydawałoby się, że przy tak wysokiej kwaśności czekolada okaże się szorstka, tym czasem było zupełnie inaczej.

Zdawało mi się, że w 85-tce zawarte były maleńkie kawałki ziaren kakao - jedyny stały ląd w tej oleistej krainie. Wrażenie to było potęgowane przez kwaśność, która zdawała się pochodzić z samych ziaren. Myślałam o ogrodzie pełnym ziół, o surowości zanurzonych w glebie korzeni, o porozrzucanych skorupach orzechów. Czułam woń, jaka roztacza się podczas przedzierania się przez liście w gęsto porośniętym krzewami zagajniku.



Kolumbio, tak piękna i różnorodna! Choć już Cię opuściłam, nadal będziesz mnie zaskakiwać... Gdybym mogła, zatrzymałabym się teraz w lokalu Cacao Y Mas Cacao na filiżankę prawdziwej pitnej czekolady...

Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy, kakao w proszku, tłuszcz kakaowy, emulgator.
Masa netto: 20 g. 

niedziela, 29 stycznia 2017

Cacao Y Mas Cacao biała z nibsami kakaowymi i mleczna z chrupkami i orzechami arachidowymi


Dzisiaj przed Wami moje pierwsze czekoladowe okruchy Kolumbii przywiezione do Polski. Sklepik Cacao Y Mas Cacao znalazłam podczas naszego pierwszego spaceru po Bogocie, praktycznie zaraz po przyjeździe. We wnętrzu niewielkiego lokalu od frontu odbywała się sprzedaż, zaś w głębi znajdowała się po prostu mała manufaktura. W Cacao Y Mas Cacao można było zakupić przede wszystkim czekoladę do picia oraz przeróżne owoce zatopione w czekoladzie. Wszystko to robione niemal na bieżąco na miejscu, z lokalnego kakao (że ja głupia, w podróżniczym ferworze, zapomniałam zapytać o dokładne pochodzenie ziaren. Śledztwo w internecie doprowadziło mnie jednak do kilku miejsc, np. Narino w okolicach Tumaco).

Jeśli chodzi o tabliczki, na ladę wystawione były tylko cztery rodzaje 20-gramowych maleństw. Zakupiłam z każdego po jednym. Wprawdzie ekspedientka zapewniała mnie, że do godziny osiemnastej jest w stanie wyczarować skądś egzemplarze 100-gramowe (niedostępne do sprzedaży na co dzień bo... słabo schodzą), ale o takiej godzinie miało nas już tam nie być... Zadowoliłam się drobnym zakupem, który miał mi już dać jakiś pogląd na twórczość Cacao Y Mas Cacao (czyli "Kakao i więcej kakao"!!!)


Będąc już w Polsce, w pierwszej kolejności zdecydowaliśmy się na wariant biały i mleczny. Czekolada biała miała bowiem najkrótszy termin ważności, zaś o mlecznej w sumie nie wiedzieliśmy nic (na opakowaniu brak etykiety ze składem i nadruku z datą ważności). Obie maleńkie tabliczki charakteryzowały się mało estetycznym wyglądem, szczególnie jeśli chodzi o wersję mleczną. To po nią sięgnęliśmy najpierw.


Pani w sklepie powiedziała nam, iż jest to mleczna czekolada z orzechami arachidowymi i polewą z białej czekolady. Była to jedyna możliwość spróbowania mlecznej czekolady od Cacao Y Mas Cacao, więc tym większy był mój zawód, gdy po przełamaniu tabliczki dojrzałam, jak mało jest tu samej czekolady. Z zewnątrz upstrzona białymi bohomazami i wypukleniami sugerującymi mnogość orzeszków, w środku kryje bogactwo zupełnie nieczekoladowe, nie w moim stylu.


To był w zasadzie wafelek w czekoladzie, a nie czekolada. Wnętrze kryje mnóstwo drobinek orzechów arachidowych oraz małych zbożowych chrupek. Wśród tych wszystkich chrupaczy smak czekolady był praktycznie niewyczuwalny. Samej czekolady jest tu po prostu bardzo mało. Spory zawód.


Następnie przeszliśmy do degustacji czekolady białej, która posypana była kakaowym proszkiem. Miała też w sobie zawierać kakaowe nibsy. Pachniała podejrzanie, choć jednocześnie intrygująco - mlekiem w proszku, ciastem kokosowym oraz masą śmietankową z tortu nie najlepszej jakości. Posmakowanie jej wprawiło nas w jeszcze większą konsternację. Myślę, że jeśli próbowałabym zrobić w domu białą czekoladę, to smakowałaby właśnie tak.


Czekolada sprawia wrażenie, jakby cukier, tłuszcz kakaowy i mleko w proszku zostały ze sobą niezbyt dobrze wymieszane. Samo mleko w proszku jest bardzo wyraźnie wyczuwalne w smaku i strukturze, co irytowało mnie. Tabliczka okazała się być naprawdę mocno słodka i to w typowo cukrowy sposób. Gdyby nie dodatek kakao (w proszku i nibsów), wyrób byłby dla mnie prawdopodobnie zupełnie nie do zniesienia - choć jego chałupniczość nadawała mu uroku.


Kakao jest tutaj naprawdę osobliwe. Zastosowano bardzo drobne nibsy, które jednak niosą ze sobą smakową bombę. Na tle pokracznej białej czekolady ukazuje się nam niezwykle bogata ziołowość, dzięki której otrzymujemy wręcz efekt chłodzący. Czuliśmy nie tylko miętę, ale też szałwię czy dziurawiec, wraz ze specyficzną goryczką. Połączenie dwóch tak przeciwstawnych światów sprawia, że koniec końców produkt okazuje się być ciekawy, trudny do zapomnienia. Choć przyznam, że gdybym dostała tę białą tabliczkę do spróbowania w ciemno, nie potrafiłabym stwierdzić co to właściwie jest...


Masa netto: 20 g.