Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solent. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solent. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 marca 2015

Fin Carre Crusti Choc mleczna z chrupkami zbożowymi


Staram się unikać sytuacji, gdy na moim blogu dwa razy pod rząd ukazują się produkty tej samej marki. Z drugiej strony lubię, gdy kolejność publikacji wpisów jest zbieżna z kolejnością wypróbowanych czekolad. Przedwczoraj zaprezentowałam Wam żurawinową deserówkę od Fin Carre, a już dziś mam dla Was słynną Crusti Choc z Lidla, również wyprodukowaną przez niemiecką firmę Solent. Słynną? Owszem. Gdy jeszcze dość intensywnie śledziłam forum Wizaż, wiele dziewczyn rozpływało się nad tym produktem. Zawsze sceptycznie podchodzę do takich opinii - w końcu Milka również jest bogiem dla tłumów, nieprawdaż? Z Fin Carre moje doświadczenia były jednak w większości pozytywne, dlatego nie obawiałam się wypróbować Crusti Choc.

Jak to się stało, że sięgnęłam po Crusti Choc? Odsyłam Was do poprzedniej notki, gdzie przeczytacie, że wraz z żurawinową koleżanką, chrupiąca pannica sporo naczekała się na swoją kolej w Magicznej Szufladzie. A gdy w końcu przyszła kryska na Matyska, obie tabliczki otworzyłam w jeden dzień. Do jednej kawy. W przeciągu pół godziny. Ja, która uwielbia delektować się dłuuugo jedną kosteczką czekolady, rozkładając ją na części pierwsze, chłonąc wszystkimi zmysłami. Tak, ja też miewam słodyczowe fanaberie. Połowa żurawinowej Fin Carre nie usatysfakcjonowała tamtego dnia mojej ciągoty do fuzji cukru z kakao, a w końcu drugą połowę grzecznie odłożyłam dla mojego Mężczyzny. Nie było rady, trzeba było jak najprędzej otworzyć kolejną tabliczkę! ;)



Czy Was również denerwuje fakt umieszczania tabliczek w opakowaniach w ten sposób, że dopiero po rozdarciu całego plastiku/papierka możemy obrócić czekoladą na drugą stronę i podzielić na kostki? Uchylając lekko opakowanie, dostrzegamy najpierw gładszą warstwę czekolady, co niezmiernie mnie irytuje - a ja lubię równo połamać sobie tabliczkę wzdłuż kostek. Dzielenie czekolad na kostki jeszcze przy zamkniętym opakowaniu, na czuja - jest dla mnie czynem barbarzyńskim. Nie mogę patrzeć, gdy ktoś tak robi - nawet gdy traktuje tak najpodlejsze czekolady. Przecież tabliczkę trzeba obejrzeć w całości, powąchać, pogłaskać, przywitać się z nią... ;)

Mnogość zbożowych chrupek jaka ukazała się moim oczom zaraz po otwarciu opakowania nieco mnie przeraziła. Momentalnie wyobraziłam sobie, że czeka mnie przedzieranie się przez ocean wysuszonych cząstek a'la preparowany ryż, ledwo tylko muśniętych czekoladą. Nic bardziej mylnego! Gdy tylko odwróciłam czekoladę i dojrzałam nietypowy, sympatyczny podział na wielokąty - już wiedziałam, że chrupki owszem, występują w tym produkcie w dużej ilości - ale tylko na spodzie tabliczki. Tak w zasadzie, to mogłam już taki wygląd wyrobu wywnioskować z obrazka na opakowaniu - ale ile już razy okładka swoje, a życie swoje ;)... W tym wypadku producent dość wiernie odzwierciedlił rzeczywistość na okładce, a to się ceni.

Biorąc pod uwagę niską cenę wyrobu, mleczna czekolada o standardowej 30-procentowej zawartości kakao pachnie nadzwyczaj przyjemnie. Mocno mlecznie i świeżo, bez nachalnej słodyczy, z subtelną nutką kakao i wanilii. Chrupki zbożowe są wariacją na temat ryżu, pszenicy i kukurydzy - nie mają jakiegoś bardzo wyrazistego smaku. Nie są twarde ani suche - okazały się być bardzo łatwe w obcowaniu. Wprowadzają odrobinę urozmaicenia bez specjalnych fajerwerków. Nie ziębiły mnie ani nie grzały - po prostu sobie były i lekko chrupały, nie zaburzając przy tym smaku czekolady samej w sobie. No, może wprowadzały subtelną nutkę słoności, co czyniło słodycz czekolady jeszcze bardziej znośną.

Tak, jak zapach tak taniej mlecznej czekolady od razu przypadł mi do gustu - tak również smak okazał się być całkiem w porządku. Ba, kostkę za kostką pochłaniałam bardzo napastliwie - świetnie zaspokajała mój apetyt na słodkości, miękko rozpuszczając się w ustach. Czekolada jest barrrdzo słodka, ale nie jest to słodycz zatrważająca, masakrująca i rozrywająca trzewia. Słowem - nie wali cukierniczką aż tak brutalnie, jak polskie Milki. Cukier nie zakrywa w pełni walorów, jakie niosą ze sobą dobrej jakości składniki mleczne i kakaowe. Dodatek masełka robi swoje - czekolada jest fajnie aksamitna. Solent tym razem nie przeholował z naturalnym aromatem - wanilia ładnie podkreśla całość tej prostej, a jakże smacznej kompozycji. Przyjemna mleczna czekolada harmonijnie okala nienarzucające się (pomimo swej mnogości) zbożowe chrupki - tworząc produkt naprawdę godny polecenia w swoim przedziale cenowym. Zwyczajnie, prosto, przystępnie - smacznie. W sam raz, gdy mamy chęć po prostu na coś słodkiego, bez większych bajerów.

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, chrupki zbożowe 16% (mąka ryżowa, cukier, mąka kukurydziana, słód pszenny, gluten pszenny, kakao w proszku, sól, odtłuszczone mleko w proszku), miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat waniliowy.
Masa kakaowa min. 30%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 515 kcal.
BTW: 6,8/26,4/51,6

piątek, 20 marca 2015

Fin Carre ciemna z żurawiną


Od moich masowych zakupów niemieckich czekolad Fin Carre minęło już tyle czasu, że Lidl zdążył ponownie ogłosić promocję na tą grupę produktów. Z racji, że te tabliczki marki własnej nie znalazły się na mojej liście weekendowych degustacji, która ułożona została przede wszystkim według kryterium jakim jest termin ważności - Fin Carre czekały grzecznie w Magicznej Szufladzie na moment, w którym to zechcę zabrać je ze sobą do pracy. Po prostu, na czarną godzinę do pracy - na mniej rytualną degustację, niż te jakie uskuteczniam z Ukochanym w wolne dni. Czekały i czekały... Dwie ostatnie sztuki doczekać się nie mogły. Myślałam, że ich kres nastąpi dopiero podczas naszego wielkanocnego wypadu w góry. Aż tu pewnego dnia...

...w ciągu pełnego wrażeń tygodnia pracy udało mi się wcześniej niż zazwyczaj wrócić do domu. Czułam się zmęczona fizycznie i psychicznie, na dodatek zbliżały się babskie dni. Musiałam wykonać jeszcze parę telefonów służbowych, ale czułam, że wydobyłabym z siebie tylko bełkot. Chciałam iść pobiegać, ale miałam wrażenie, że szybciej pokonałabym obraną trasę idąc. Pozostawało jedno rozwiązanie. Szybko zrobiłam kawę (na dodatek zbożową - w tamtym tygodniu autentycznie przepiłam się normalną kawą, co rzadko mi się zdarza!), by zaraz drżącymi dłońmi sięgnąć do Magicznej Szuflady po czekoladową pigułkę na wszystkie dolegliwości.

Dziś opisywana Fin Carre to czekolada deserowa (57% zawartości kakao) z wsadem żurawinowym. Nieco obawiałam się tej tabliczki po dramatycznej konsumpcji jej imbirowej koleżanki. Sama czekolada miała skład identyczny, jak poprzedniczka - różnią się one wyłącznie dodatkami. Jak na deserówkę kosztującą grosze, skład naprawdę nie budzi zastrzeżeń. W kwestii dodatków - żurawina wydawała się o wiele bardziej przystępnym materiałem niż imbir, którym Solent nie potrafi umiejętnie dysponować... Nic nie zapowiadało, aby cokolwiek w żurawinowej Fin Carre mogło przeszkodzić w prymitywnym zaspokajaniu głodu na kakaową słodycz.


Po otwarciu zgrzewanego, plastikowego opakowania okazuje się, że Solent znów nieźle zabawił się naturalnym aromatem. Super, że aromat jest naturalny, ale nawet ten można przedawkować. Wyrób pachnie czymś na kształt owocowych galaretek w czekoladzie. Muszę przyznać, że w przypływie prostackiej chętki na słodkie, ten aromat całkiem mi odpowiadał. Nie był odrzucający, a raczej nieco nęcący zapowiedzią przystępnego produktu. W końcu tanie galaretki w czekoladzie są dobre, bo są dobre i tanie ;). Tak przynajmniej myślałam kilkanaście lat temu, gdy słodkości utrzymane w podobnej konwencji pochłaniałam na tony. Jak widać, w okolicy babskich dni odezwał się we mnie ten dziecięcy zew.

Deserowa czekolada Fin Carre nie jest ani twarda, ani miękka. Nie rozpuszcza się miękko w ustach, nie ma w sobie wyrazistej kakaowej goryczki, nie jest również przesłodzona - jest po prostu przeciętna, lecz smaczna i zjadliwa. Cieszę się, że w tej wersji smakowej miałam możliwość w ogóle poczuć smak tej czekolady - w opcji z imbirem ów dodatek przysłonił wszelkie cechy typowe dla czekolady. Dawno nie jadłam innych deserowych tabliczek w tym przedziale cenowym, więc trudno mi określić, na jakim poziomie w tej kwestii utrzymuje się Fin Carre. Jedno jest pewne - spośród wyrobów tej lidlowskiej marki własnej mocniej do gustu przypadły mi czekolady mleczne, niźli deserowe. O dziwo!

Wsad żurawinowy przybrał formę nieregularnych kostek, dość mocno scukrzonych. Ich smak i konsystencja ponownie przywodzi mi na myśl owocowe galaretki. Cukier zrobił swoje i żurawina jest w tym produkcie zdecydowanie słodsza, niż kwaśna. Trochę szkoda, bowiem cenię sobie naturalny smak owoców - kwaskowatość i cierpkość specyficzna dla żurawiny zupełnie mi nie przeszkadzają (o czym mogliście poczytać na przykład przy recenzji pewnej Karmello). Nie zmienia to jednak faktu, iż kostka za kostką żurawinowej Fin Carre znikały bardzo prędko.

Imbirowa Fin Carre była niewypałem, żurawinowa całkiem dała radę - pozostało mi jeszcze wypróbować pomarańczową deserówkę, ale póki co nie mam jej w swojej kolekcji. Po wpałaszowaniu dokładnie połowy tabliczki, drugą część odłożyłam z powrotem do Magicznej Szuflady - aby zgodnie z tradycją podzielić się nią z moim Ukochanym. A co stało się później? O tym dowiecie się już pojutrze ;).

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, wsad z żurawiny 18% (suszona żurawina 60%, cukier, olej słonecznikowy), lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat.
Masa kakaowa min. 57%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 537 kcal.
BTW: 4,5/32/53,1

piątek, 13 lutego 2015

Fin Carre ciemna z imbirem


Promocja na czekolady Fin Carre była w Lidlu już daaawno temu (całkiem możliwe, że gdzieś po drodze pojawiła się ponownie - nie wiem, nie śledzę na bieżąco oferty Lidla). Odbyła się ona bodajże w październiku? Hmm, jeśli to październik, to nie jest tak źle. Mam kilka tabliczek, które w Magicznej Szufladzie czekają na swoją kolej jeszcze dłużej. Zakupione przeze mnie podczas powyższej promocji Fin Carre przygarnęłam do siebie ze specjalną dedykacją na czarne godziny w pracy. Tak jak recenzowana przedwczoraj Milka, tak i one miały być węglowodanowym kołem ratunkowym podczas przedłużającego się dnia w robocie. W ostatnim tygodniu stycznia widać intensywniej potrzebowałam energii w trasie, skoro dzień po dniu z czeluści Magicznej Szuflady zniknęły na zawsze rzeczona Milka oraz imbirowa Fin Carre. Dwie ostatnie Fin Carre nadal czekają na swoją kolej... ;)

To była moja pierwsza ciemna Fin Carre. 57-procentowa zawartość kakao szału nie robi, ale przecież lubię dobrze wykonane deserówki, więc dlaczego by nie dać Niemcom z firmy Solent szansy? Biała i mleczna czekolada wyszła im przecież całkiem nieźle.

Studiując etykietę opisywanego dziś produktu spodobał mi się skład wsadu imbirowego. Tak, zaakceptowałam go pomimo tego, że imbiru jest w nim tylko 51%. Hmm, tylko czy aż? Mogę wymienić całą listę czekolad, gdzie główny dodatek stanowił o wieeeeele mniejszy procent (ba, ułamek procenta!) we wsadzie, cząstkach itp. 51% imbiru to całkiem sporo, biorąc pod uwagę fakt, że za nim w składzie jest tylko cukier trzcinowy (który też zadziałał na mnie pozytywnie, bo lubię jego posmak). No dobra, jest jeszcze dwutlenek siarki, który jest ZŁEM i trzeba się go wystrzegać w suszonych owocach. Potrafię go jednak wybaczyć.

Generalnie skład tabliczki jest dość prosty, imbir bardzo lubię, kakao powinno dać choć maleńkiego kopa, dotychczas próbowane czekolady Fin Carre dawały radę - wszystko to nastawiało mnie wobec delikwentki całkiem entuzjastycznie. Gdy pewnego styczniowego wieczoru przystanęłam na stacji benzynowej celem zatankowania mojego rączego Kucyka, postanowiłam doładować również siebie. I ogrzać, bo przecież taką funkcję powinien pełnić imbir. Rozerwałam plastikowe opakowanie i...



...od pierwszej sekundy uderzyła mnie przeraźliwie intensywna imbirowa woń, która niestety nie była wielce przyjemna. Solent poszedł po bandzie faszerując tabliczkę ogromną ilością aromatu imbirowego. Jest on wprawdzie naturalny (tak stoi w składzie na opakowaniu), ale czekoladę obdarowano nim zbyt hojnie. Myślę, że najtrafniej ujął to mój Mężczyzna, któremu przekazałam należną mu połówkę tej czekolady - jej zapach jednoznacznie kojarzył mu się z kostką zapachową. Z żelem pod prysznic. Z płynem do naczyń. To nie jest rozgrzewająca herbatka imbirowa, to nie są apetyczne ciastka korzenne.

Tabliczka była dość twarda i opornie dzieliła się na kostki. Nie była to jednak twardość rodem ze szlachetnych ciemnych czekolad. Była to twardość-gumowatość i takie też wrażenie produkt zostawiał po sobie w ustach. Kostka pozostawiona na języku rozpuszczała się topornie. Kakao? Może i tak, ale jakieś takie plastikowe. Wszystko, co mogło być dobre w tej czekoladzie zostało całkowicie przyćmione przedawkowanym aromatem. Tak, zapach zupełnie przytłumił zmysł smaku.

Kostki wsadu imbirowego nie mają jakiejś denerwującej konsystencji, co nie zmienia faktu, że i tak niewiele wnoszą do całości. Niewiele, bo również zginęły w całkowitym przesiąknięciu przesadą. Raz, że nie czujemy czekolady, to nawet samego oryginalnego imbiru też nie za bardzo doznajemy - ogarniający wszystko aromat imbirowy jest mdły i trochę mydlany. Słowem, uwypuklone zostały najgorsze nuty, jakie możemy spotkać w imbirze. Cytrynowość i pikantność zeszły na daleki plan.

Na koniec przywołam kolejną surową ocenę od mojego Mężczyzny - jedzenie tej czekolady było jak żucie kostki zapachowej. Nie robi różnicy, czy jest to czekolada ciemna, mleczna, czy wyrób czekoladopodobny - produkt został po prostu w brzydki sposób przesadzony. A przecież tak lubię imbir!!! Pierwszy raz zawiodłam się na Fin Carre... Czy niemiecki Solent produkujący te czekolady dla Lidla zrewanżuje się podczas kolejnych prób?

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, wsad imbirowy 17% (imbir 51%, cukier trzcinowy, dwutlenek siarki), lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat imbirowy.
Masa kakaowa min. 57%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 535 g.
BTW: 4,4/31,2/54,6

czwartek, 8 stycznia 2015

Fin Carre mleczna z orzechami laskowymi


Dzisiaj opisywaną tabliczkę zakupiłam podczas promocji w Lidlu na produkty Fin Carre. Nie ukrywam, że została wybrana z myślą o zabraniu ją w góry - w końcu orzechy podwyższają wartość energetyczną i odżywczą czekolady. Wizerunek wyrobu umieszczony na opakowaniu był zachęcający - obiecywał prawdziwe bogactwo dorodnych orzechów laskowych. Kiedy dumałam w Lidlu nad półką z czekoladami, minęły mnie matka z córką, które bardzo entuzjastycznie zareagowały na obecność tego produktu w sklepie. "Ooo, w końcu jest nasza ulubiona czekolada!" - wykrzyknęły radośnie chórem, po czym sięgnęły po kilka opakowań. Poszłam za ich śladem, lecz starym zwyczajem wzięłam tylko jedną tabliczkę.

Szykując się do upragnionego, świąteczno-noworocznego wyjazdu w góry - sporządziłam listę słodkości, które miałam zabrać ze sobą. Na liście znalazła się opisywana dziś czekolada, trzy zimowe limitki Studentskiej, nowa Studentska Duo Mix, opakowanie orzechów i owoców w czekoladzie z lidlowskiej oferty DeLuxe, oraz... produkt, który zakupiłam specjalnie z dedykacją na tą wyprawę. Jaka to czekolada? Moi drodzy, Zotter MitziBlue Marrakesh. No, teraz stało się jasne, gdzie uciekłam z moim Mężczyzną :).

Polecieliśmy do Maroko. Większość czasu spędziliśmy na wspinaczce i trekkingu w Atlasie Wysokim, zdobywając nasze pierwsze czterotysięczniki. Sylwestra i Nowy Rok świętowaliśmy w Marrakeszu. Jako pierwszy słodyczowy dopalacz w górach, zużyliśmy mix orzechów i owoców w czekoladzie z Lidla (swoją drogą, przeważają w nim orzechy laskowe i migdały, mimo, że skład sugeruje większą różnorodność składników - nie są one proporcjonalne w swej ilości). Na drugi rzut poszła Fin Carre. Z prostego powodu - zdążyła się nieźle połamać podczas podróży. Plastikowe opakowanie dzielnie trzymało wszystko w ryzach.




Te widoki i emocje zasługiwały na najwykwintniejsze czekolady świata, ale ja postawiłam na najzwyklejsze energetyczne dopalacza. Zresztą wątpię, czy byłabym w stanie delektować się wykwitną czekoladą, zaraz po zdobyciu najwyższego szczytu północnej Afryki - Jabal Toubkal 4167 m n.p.m. Endorfiny buzowały we krwi jak szalone, gdy przysiedliśmy za skałą wraz z naszym przewodnikiem - abyśmy mogli ochronieni przed silnym wiatrem uzupełnić zapasy energii i przygotować się do zejścia w dół. Nasz berberyjski przewodnik otworzył magiczny wór z suszonymi figami i daktylami, migdałami, orzechami ziemnymi w miodowo-sezamowej otoczce oraz anyżowymi ciasteczkami. My otworzyliśmy czekoladę.

Szczerze powiedziawszy, nawet nie wiem, kiedy cała zniknęła. Jej cienkość wpływa na łatwe łamanie się tabliczki, zwłaszcza, że rzeczywiście suto upstrzona jest dość dużymi orzechami laskowymi. Jeśli chodzi o smak, absolutnie nie mam się do czego przyczepić. To nieprzesłodzona, dobra jakościowo mleczna czekolada. 32-procentowa zawartość masy kakaowej przy wszechobecnym oszczędzaniu kakao w czekoladach u popularnych producentów jest naprawdę satysfakcjonująca. Udział orzechów laskowych jest duży, są one świeże i bardzo naturalne w smaku - nie przypieczono ich, ani nie umieszczono w karmelowej otoczce. Myślę, że propozycja Fin Carre jest o wiele bardziej godna uwagi, niż kultowe czekolady "z okienkiem" od Alpen Gold (swoją drogą, ta firma tak eksperymentuje z doborem surowców w swych obecnie dostępnych na rynku czekoladach, że aż żal! Oszczędności na każdym kroku...). Niemiecki Solent nie robi nas w konia i oferuje prostą, lecz solidnie wykonaną czekoladę. No i na dodatek tak bardzo tanią i łatwo dostępną. Polecam - nie tylko jako dopalacz :).

Kolejne notki będą pojawiać się co drugi dzień - w końcu jestem w stanie sprostać mojemu postanowieniu o częstszym publikowaniu wpisów. Następne trzy recenzje dotyczyć będą całej zimowej edycji Studentskiej - z wplecioną dalszą relacją z naszej wspaniałej wyprawy. Cóż, czekolady zabrane w Atlas Wysoki stały się nierozłączną częścią tych gór i nie umiem opisywać ich bez kontekstu. Enjoy!

Skład: cukier, orzechy laskowe 27%, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 18%, miazga kakaowa, słodka serwatka w proszku, laktoza, miazga z orzechów laskowych, lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat waniliowy.
Masa kakaowa min. 32%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 576 kcal.
BTW: 8,7/40,1/43,3.

piątek, 5 grudnia 2014

Fin Carre biała z płatkami kukurydzianymi


Będąc na zakupach w Lidlu podczas promocji na czekolady Fin Carre najdłużej wahałam się nad wyborem dziś opisywanego produktu. Zawsze obawiam się próbowania nowych białych czekolad, a zwłaszcza tych tańszych. Wiem, jak paskudna potrafi być zła tania czekolada... W tym przypadku postanowiłam zaryzykować i dobrze zrobiłam. Zresztą, po pochlebnej recenzji mlecznej Fin Carre z mielonymi orzechami laskowymi mój strach stał się mniejszy. Udany początek doświadczeń z firmą Solent sprawił, że nieco zaufałam już tej niemieckiej marce.

Nie zawierzyłam jej jednak aż tak mocno, by zostawić kolejną czekoladę Fin Carre na weekendową degustację przy kawie z Ukochanym. Postawiliśmy na opcję zabrania po połowie tabliczki przez każdego z nas do pracy. Wróć, z zasadzie to tylko ja zabrałam swoją połowę do pracy. Mój Mężczyzna miał akurat wolne i na spokojnie skonsumował białe szaleństwo do kawy.



Ja za to stopniowo, kostka po kostce, rozpracowywałam swoją część w okolicznościach widocznych na zdjęciu powyżej ;) (i ten zrypany lakier na paznokciach, fu! ;)). Czekolada całe szczęście nie topiła się w palcach tak jak poprzednio próbowana Fin Carre. Być może częściowo był to efekt licznych kawałków kukurydzianych płatków, które zanurzone były w jej wnętrzu.

Chwilą prawdy było dla mnie już same powąchanie czekolady. Nie był to zapach zapowiadający coś super ekskluzywnego, ale w żaden sposób mnie też nie odrzucał. Śmietankowa słodycz z nutą wanilii i jakimś zbożowym akcentem. Całkiem ok. Teraz to już wcale nie bałam się pierwszego kęsa ;).

Pamiętacie płatki Nestle Snow Flakes? Takie z niedźwiedziem polarnym na opakowaniu. Zwykłe kukurydziane płatki w cukrowej posypce. Za dzieciaka rodzice rzadko mi je kupowali, bowiem uważali, że wystarczy do normalnych kukurydzianych płatków dodać cukru. Ale to przecież nie było już to samo! ;) Jeśli kojarzycie smak tych płatków to wyobraźcie sobie, że jecie je z tłuściutkim pysznym mleczkiem, okraszonym odrobiną wanilii. Dokładnie taki obraz utworzył się w mojej głowie, gdy przymykając oczy rozpuszczałam w buzi pierwszą kostkę (tak, wiem, że w tym momencie mogłam wywołać zagrożenie na drodze ;)).

Biała czekolada Fin Carre posiada wyższą zawartość masy kakaowej, niż niektóre popularne czekolady mleczne. W smaku czuć bardzo wyraźnie, że nie przyoszczędzono na żadnym ze składników i dobrano je starannie. Wszystko jest świeże i zgrane ze sobą. Oczywiście jest bardzo słodko, ale przy tym także śmietankowo i waniliowo. Bez ordynarnego przesłodzenia, bez cuchnących staroci. Same pozytywne wrażenia zwłaszcza, że przecież zakupiłam ten produkt za śmieszne pieniądze. 

Nie spodziewałam się także, że płatki kukurydziane okażą się tak udanym dodatkiem. Obawiałam się, że będą twarde i odstające swoją strukturą od delikatnej całości. Wcale tak nie było. Płatki okazały się być lekko chrupkie, miękkie (lecz nie rozmoczone), nie stanowiły wyraźnego kontrastu wobec rozpływającej się w ustach czekolady. Ich struktura była mocniejsza niż w przypadku wafelków w karmelowym Wedlu, ale nadal daleko im do twardości. Poza tym, ich smak jest bardzo wyrazisty. Przyjemny posmak kukurydzy pojawia się na samym końcu rozpuszczanego w ustach kęsa. Tworzy wraz ze smaczną białą czekoladą połączenie proste, a jednak niebanalne.

Jeśli moje dalsze doświadczenia z Solent będą tak samo pozytywne, to Lidl ma u mnie kolejnego wielkiego plusa. Ten dyskont pozwala na łatwy dostęp do tanich i smacznych produktów. Inna sprawa, że od paru lat Lidl zaskarbia sobie moją sympatię Tygodniami DeLuxe. Uwielbiam przeglądać ich bogatą przedświąteczną ofertę i wybieram sobie z niej najciekawsze rzeczy. Zawsze zakupuję sporo serów, na słodycze stawiam rzadko. Mam nadzieję, że mieszanka orzechów i suszonych owoców oblanych różnymi rodzajami czekolady, jaką dostałam wczoraj na imieniny od kolegów z pracy - przysporzy Lidlowi jeszcze więcej plusów :D.

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, płatki kukurydziane 10% (kukurydza, cukier, sól, ekstrakt słodu jęczmiennego), śmietanka w proszku, słodka serwatka w proszku, laktoza, lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat wanilii.
Masa kakaowa min. 29%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 543 kcal.
BTW: 6,2/31,9/57,6

piątek, 14 listopada 2014

Fin Carre mleczna z mielonymi orzechami laskowymi



Cofnijmy się do czasów, kiedy byłam na pierwszym roku studiów. Wtedy jeszcze nie parałam się z moim Ukochanym maniakalnym degustowaniem czekolady. Pamiętam dobrze ponury dzień, gdzie podczas ćwiczeń z biochemii czułam się jak przejechana walcem. Zaraz po ich zakończeniu pobiegłam do Lidla po jedyny ratunek – mleczną czekoladę z kruszonymi orzechami laskowymi. Mocna kawa i do tego kostka do kostce pochłonięta calutka tabliczka. Od razu poczułam się jak nowonarodzona. Do dziś pamiętam ten zwyczajny, lecz całkiem przyzwoity smak.

Takie proste wspomnienie tamtego dnia rozbudziło mój czeko-zakupoholizm podczas promocji w Lidlu na czekolady Fin Carre. Już bardzo dawno ich nie próbowałam i chciałam skonfrontować dawne wspomnienia z obecnym doświadczeniem. Kilka tabliczek trafiło do Magicznej Szuflady. Połówka pierwszej z nich, dzisiaj opisywanej, została przeze mnie zabrana jako dopalacz do pracy.

Niemiecka firma Solent jest twórcą zarówno lidlowskich czekolad Fin Carre, jak i Bellarom. Bellarom już dawno w promocji nie były (w ogóle kiedyś były?), a muszę przyznać, że tych tabliczek nigdy nie próbowałam. No trudno, tym razem skupmy się na Fin Carre. Te mniejsze od Bellarom tabliczki może nie tak mocno wpadają w oko, ale... jest w czym wybierać :).

Dlaczego w Lidlu sięgnęłam akurat po mleczną czekoladę z mielonymi orzechami laskowymi? Raz, że mam słabość do takich tabliczek. Chorwacka Bajadera, włoskie Pernigotti, nugatowa seria Lindta... Uwielbiam mieszankę smaku kakao i orzechów laskowych... Tak jak generalnie kocham orzechy solo, tak orzechy laskowe wolę w połączeniu z czekoladą. Zarówno całe, jak i zmielone.

Kolejnym czynnikiem, który skłonił mnie do zakupu dziś opisywanej tabliczki jest zerknięcie na skład. Zainteresowała mnie w nim stosunkowo niska zawartość węglowodanów oraz wyższa od standardowej dla mlecznych czekolad zawartość masy kakaowej. To dobrze wróżyło.

Mimo licznych argumentów za - nie oczekiwałam wiele od tej czekolady. W końcu kosztowała ledwo ponad 2 złote. Kto by przypuszczał, że za taką cenę można dostać coś naprawdę dobrego? Jednakże już po otwarciu plastikowego opakowania wiedziałam, że będzie fajnie. Zachęcający, naturalnie delikatny zapach mleka, kakao i orzechów. Czekolada nieco się roztopiła (w chłodne poranki grzeję sobie tyłek w służbowym autku), ale pomimo to nie straciła swoich walorów. Była po prostu bardziej miękka, a przez to... jeszcze bardziej delikatna ;).

Każda mała kostka tej czekolady powoooooli i rozkosznie rozpływa się w ustach, rozpościerając maślaną miękką powłoczkę na podniebieniu. Jest słodko, ale słodycz nie przyćmiewa nam pozostałych składników czekolady. Masło i mleko idealnie połączyły się z mielonymi orzechami laskowymi oraz podwyższoną zawartością kakao - tworząc kompozycję niezwykle subtelną, ale przy tym wyrazistą. Z chęcią powróciłabym do tego produktu i cieszy mnie fakt, że jest praktycznie na wyciągnięcie ręki - w każdym Lidlu. Wyważona, spokojna, prosta, smaczna czekolada.

Ciekawa jestem, jak spiszą się pozostałe tabliczki Fin Carre zakupione przez mnie podczas promocji... Póki co, zaryzykuję i pokuszę się o stwierdzenie, że czekolady Fin Carre to w tej puli cenowej prawdziwy rarytas! Bardzo prosty skład, a smak zdecydowanie przekonuje nas do faktu, że zastosowano dobre jakościowo surowce. Solidna niemiecka robota. Chcecie dobrej taniej czekolady? Marsz do Lidla! :)

Apropos maszerowania do Lidla... W tym tygodniu zauważyłam tam parę nowych tabliczek czekolad z Tygodnia Deluxe. 75-gramowe, pakowane w przezroczystą folię, za około 5 zł. Po dwa rodzaje z mlecznej, deserowej i białej, z różnymi dodatkami. Zraziło mnie, że nawet nie podano na opakowaniu kraju produkcji. Nie wzięłam ani jednej - wystarczy, że dopiero co złożyłam zamówienie na galeriaslodyczy.pl ;)

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, zmielone orzechy laskowe 15%, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 36%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 599 kcal.
BTW: 7,8/21,7/43,6