poniedziałek, 3 października 2016

Michel Cluizel Mangaro mleczna 50%



Marsz zalesionym Pasmem Babicy był relaksujący, choć monotonny (ale udało nam się pod jednym z drzew spotkać kolegę Misia ;)). Im bardziej zbliżaliśmy się w stronę Harbutowic i Palczy, tym teren stawał się bardziej otwarty. W końcu ukazało nam się pasmo Koskowej Góry, a potem... pasmo Policy, Babiej Góry i naprawdę solidny kawał pozostałej części Beskidu Makowskiego, który mieliśmy już okazję fragmentarycznie zwiedzić podczas poprzednich wyjazdów. Dla tych widoków przywołujących masę wspomnień warto było tak długo maszerować przez las.




W końcu zeszliśmy do wioski Palcza położonej przy dość ruchliwej drodze, gdzie bez problemu złapaliśmy stopa do Sułkowic. Sympatyczna para wysadziła nas w centrum, a tam przed wkroczeniem na Pasmo Barnasiówki przysiedliśmy na ławce pod daszkiem celem zdegustowania czekolady. Wśród zabudowań żar niewyczuwalny w lesie teraz dosłownie lał się z nieba. Na szczęście zabrana w trasę tabliczka dobrze zniosła drogę. A w końcu była to nie byle jaka czekolada i jej roztopienia się byłoby mi naprawdę szkoda...

 Dwa razy w ramach prezentu od Piotra z Sekretów Czekolady otrzymałam cztery rodzaje ciemnych neapolitanek Michel Cluizel, w tym madagaskarską Mangaro. Widziałam, że w ofercie tej francuskiej manufaktury znajduje się także mleczne czekolada wyprodukowana na bazie tych samych ziaren, o aż 50% zawartości kakao. Po miłych doznaniach związanych z ciemną opcją bardzo chciałam jej spróbować. Nie spodziewałam się, że zabiorę ją w góry. Myślę, że okoliczności degustacji raczej nie wpłynęły na jej odbiór. Raczej tylko czas, jaki upłynął od degustacji aż do pisania tej recenzji może mieć wpływ na jej rzetelność...

Jasna tabliczka w ciepłym czerwonawym odcieniu ozdobiona została charakterystycznie dla pełnowymiarowych Michel Cluizel. Zaskoczył mnie jej zapach - ciemną Mangaro zapamiętałam przede wszystkim jako cytrusową, a tutaj cytrusy owszem, pojawiły się w aromacie, lecz nie w pierwszej kolejności. Najbardziej dominującą nutą zdawało się być... kozie mleko, zaś tuż za nim stał karmel.


Położony na języku kęs rozpuszczał się lepko, gęsto, masełkowato i soczyście. Osaczył swoją wyjątkową mlecznością, gładką w niebanalny sposób. Ów lepki aksamit połączony z rześkością i cytrusową kwaśnością (znów do głosu doszły głównie cytryny) był czymś wręcz unikalnym. Tym bardziej, iż kozie mleko wyraźnie pojawiło się nie tylko w zapachu, ale i w smaku. Tłuściutkie i charakterystycznie słonawe w tej tabliczce było dla mnie wręcz namacalne. Owa słoność w połączeniu z pewną goryczkową palonością osiadającą w finiszu na języku potęgowała wyobrażenie gęstego, dobrego karmelu. Parę razy pomyślałam też o serku homogenizowanym o smaku cytrusowym. Być może dałoby się tu wyszukać wszelkie nuty, jakie wynotowałam w ciemnym wariancie, lecz tutaj to karmelowo-cytrusowe kozie mleko całkowicie mną zawładnęło i... smakowało tak bardzo, że naprawdę nie chciało mi się szukać czegoś dalej.


Przy recenzji ciemnej Mangaro pisałam, iż mleczną wersję wyobrażam sobie jako bardzo delikatną. Choć była aksamitna, to jednak zaskoczyła mnie wyrazistymi akordami nut, które w innym wydaniu pojawiły się w wariancie ciemnym. Mój Mąż uznał, że Mangaro 50% to dla niego kwintesencja dobrej mlecznej czekolady. Z jednej strony cudnie gładko rozpuszcza się w ustach, jak na mleczną czekoladę przystało, oferując przy tym znaczną dozę słodyczy - z drugiej, walory kakao są w niej rewelacyjnie wyeksponowane. Ta tabliczka ani na chwilę nie pozwoliła nam zwątpić, czy mamy do czynienia z Prawdziwą Czekoladą. Wprawdzie nie wyczułam w niej aż takiego bogactwa jak w wersji ciemnej, co nie zmienia faktu, iż to świetna mleczna interpretacja madagaskarskich ziaren, którą na pewno obecnie bardziej doceniam niż nową mleczną Menakao.


 Wejście w las w Paśmie Barnasiówki było dla nas olbrzymim ukojeniem. Skwar smażący nas na ulicach Sułkowic mocno dał nam się we znaki. Dalej czekał nas znów monotonny marsz, ale cień lasu w taki upał był dla nas najlepszym dobrem, jakie mógł nam dać Beskid Makowski. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi gdy powracaliśmy do Myślenic... Kolejnego dnia już ruszałam do pracy.

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, wanilia burbońska.
Masa kakaowa min. 50%.
Masa netto: 70 g.

10 komentarzy:

  1. Mleczną Cluizela jadłam jedynie Maralumi i mi nie smakowała, ale ta jest jak najbardziej na liście "do spróbowania". Ciemna Mangaro w końcu bardzo mi do gustu przypadła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maralumi też jadłam (recenzja wkrótce) i przyznam, że Mangaro bardziej mi smakowała.

      Usuń
    2. To cieszę się, bo to dobrze wróży temu, jak odbiorę Mangaro.

      Usuń
    3. Ciekawe czy też skojarzy Ci się z kozim mlekiem :)

      Usuń
  2. Gęsto,masełkowato i soczyście..Uwielbiam ten motyw w mlecznych wersjach :>

    OdpowiedzUsuń
  3. O matko. Już dawno nie widziałam mlecznej, która aż tak by do mnie krzyczała: ,,kup mnie". Właściwie to nie wiem czy na palcach jednej ręki wymienię mleczne, które by mnie zainteresowały. Bo mleczna, to po prostu mleczna. Ta jednak wydaje mi się tak niesamowicie soczysta, mleczna i bagienkowa, ze naprawdę nie przeszkadza mi w niej brak jakiegokolwiek dodatku i z ogromną przyjemnością bym ją skosztowała. Do tego piękna choć prosta tabliczka. No coś dla mnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, myślę, że jeszcze nieraz trafisz na moim blogu na takie mleczne czekolady! :)

      Usuń
  4. Czyli też to wyczułaś, połaczenie mleka z madagaskarskim cytrusowym kakao zmienia smak mleka w taki charakterystyczny sposób. Taki sam efekt jest w madagaskarskiej mlecznej Pralusa, ale ta lepsza, bo ma więcej kakao. Jedna z moch ulubionych mlecznych, mógłym ją jeść bez przerwy, po prostu bajeczna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam, że w międzyczasie zjadłam jeszcze 2 mleczne czekolady, które mnie ujęły podobnie, jeśli nie mocniej (ale indonezyjskie).

      Usuń