piątek, 13 lutego 2015

Fin Carre ciemna z imbirem


Promocja na czekolady Fin Carre była w Lidlu już daaawno temu (całkiem możliwe, że gdzieś po drodze pojawiła się ponownie - nie wiem, nie śledzę na bieżąco oferty Lidla). Odbyła się ona bodajże w październiku? Hmm, jeśli to październik, to nie jest tak źle. Mam kilka tabliczek, które w Magicznej Szufladzie czekają na swoją kolej jeszcze dłużej. Zakupione przeze mnie podczas powyższej promocji Fin Carre przygarnęłam do siebie ze specjalną dedykacją na czarne godziny w pracy. Tak jak recenzowana przedwczoraj Milka, tak i one miały być węglowodanowym kołem ratunkowym podczas przedłużającego się dnia w robocie. W ostatnim tygodniu stycznia widać intensywniej potrzebowałam energii w trasie, skoro dzień po dniu z czeluści Magicznej Szuflady zniknęły na zawsze rzeczona Milka oraz imbirowa Fin Carre. Dwie ostatnie Fin Carre nadal czekają na swoją kolej... ;)

To była moja pierwsza ciemna Fin Carre. 57-procentowa zawartość kakao szału nie robi, ale przecież lubię dobrze wykonane deserówki, więc dlaczego by nie dać Niemcom z firmy Solent szansy? Biała i mleczna czekolada wyszła im przecież całkiem nieźle.

Studiując etykietę opisywanego dziś produktu spodobał mi się skład wsadu imbirowego. Tak, zaakceptowałam go pomimo tego, że imbiru jest w nim tylko 51%. Hmm, tylko czy aż? Mogę wymienić całą listę czekolad, gdzie główny dodatek stanowił o wieeeeele mniejszy procent (ba, ułamek procenta!) we wsadzie, cząstkach itp. 51% imbiru to całkiem sporo, biorąc pod uwagę fakt, że za nim w składzie jest tylko cukier trzcinowy (który też zadziałał na mnie pozytywnie, bo lubię jego posmak). No dobra, jest jeszcze dwutlenek siarki, który jest ZŁEM i trzeba się go wystrzegać w suszonych owocach. Potrafię go jednak wybaczyć.

Generalnie skład tabliczki jest dość prosty, imbir bardzo lubię, kakao powinno dać choć maleńkiego kopa, dotychczas próbowane czekolady Fin Carre dawały radę - wszystko to nastawiało mnie wobec delikwentki całkiem entuzjastycznie. Gdy pewnego styczniowego wieczoru przystanęłam na stacji benzynowej celem zatankowania mojego rączego Kucyka, postanowiłam doładować również siebie. I ogrzać, bo przecież taką funkcję powinien pełnić imbir. Rozerwałam plastikowe opakowanie i...



...od pierwszej sekundy uderzyła mnie przeraźliwie intensywna imbirowa woń, która niestety nie była wielce przyjemna. Solent poszedł po bandzie faszerując tabliczkę ogromną ilością aromatu imbirowego. Jest on wprawdzie naturalny (tak stoi w składzie na opakowaniu), ale czekoladę obdarowano nim zbyt hojnie. Myślę, że najtrafniej ujął to mój Mężczyzna, któremu przekazałam należną mu połówkę tej czekolady - jej zapach jednoznacznie kojarzył mu się z kostką zapachową. Z żelem pod prysznic. Z płynem do naczyń. To nie jest rozgrzewająca herbatka imbirowa, to nie są apetyczne ciastka korzenne.

Tabliczka była dość twarda i opornie dzieliła się na kostki. Nie była to jednak twardość rodem ze szlachetnych ciemnych czekolad. Była to twardość-gumowatość i takie też wrażenie produkt zostawiał po sobie w ustach. Kostka pozostawiona na języku rozpuszczała się topornie. Kakao? Może i tak, ale jakieś takie plastikowe. Wszystko, co mogło być dobre w tej czekoladzie zostało całkowicie przyćmione przedawkowanym aromatem. Tak, zapach zupełnie przytłumił zmysł smaku.

Kostki wsadu imbirowego nie mają jakiejś denerwującej konsystencji, co nie zmienia faktu, że i tak niewiele wnoszą do całości. Niewiele, bo również zginęły w całkowitym przesiąknięciu przesadą. Raz, że nie czujemy czekolady, to nawet samego oryginalnego imbiru też nie za bardzo doznajemy - ogarniający wszystko aromat imbirowy jest mdły i trochę mydlany. Słowem, uwypuklone zostały najgorsze nuty, jakie możemy spotkać w imbirze. Cytrynowość i pikantność zeszły na daleki plan.

Na koniec przywołam kolejną surową ocenę od mojego Mężczyzny - jedzenie tej czekolady było jak żucie kostki zapachowej. Nie robi różnicy, czy jest to czekolada ciemna, mleczna, czy wyrób czekoladopodobny - produkt został po prostu w brzydki sposób przesadzony. A przecież tak lubię imbir!!! Pierwszy raz zawiodłam się na Fin Carre... Czy niemiecki Solent produkujący te czekolady dla Lidla zrewanżuje się podczas kolejnych prób?

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, wsad imbirowy 17% (imbir 51%, cukier trzcinowy, dwutlenek siarki), lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat imbirowy.
Masa kakaowa min. 57%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 535 g.
BTW: 4,4/31,2/54,6

20 komentarzy:

  1. Zjadłam kostkę tej czekolady i na tym się skończyło.
    Dla mnie okropna, jedna z gorszych, jakie w ostatnich latach jadłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W zasadzie też mogę stwierdzić, że to jedna z najgorszych czekolad jakie ostatnio jadłam. Szkoda. Spodziewałam się zupełnie czegoś innego.

      Usuń
  2. Mi nawet trochę smakowało, ale wrażenia miałam podobne. Za dużo ,aromatu, za mało smaku prawdziwego imbiru. Taki se produkt, którego więcej nie kupię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten aromat był dobijający... Przesadzili. Doświadczenie nie do powtórzenia, nie chcę.

      Usuń
  3. Imbir, łeee, nie mogę jeść produktów z jego dodatkiem, bo mi stają kołkiem w gardle. Nawet opakowanie nie wygląda dobrze. Nie i nie :P

    Zrecenzujesz kiedyś czekoladę mleczną najeżoną wiórkami kokosowymi? Taką wiesz... :P Sama nie kupię, a jestem ciekawa, bo to kolejny produkt z szafki mojego dziadka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Samo opakowanie może nie jest takie straszne, kiepskie zdjęcie nie dodaje mu uroku :D. Usprawiedliwiam się, że było robione w ciężkich warunkach tj. za kierownicą ;) (ale akurat się zatrzymałam! :)). Heh, nie takiego imbiru się spodziewałam...

      Może kiedyś zrecenzuję, gdy jakimś cudem wpadnie w moje łapki.

      Usuń
  4. Ojoj a tak czaimy się na tą czekoladę... Dobrze, że tak długo zwlekałyśmy z jej kupnem, bo aż tak za imbirem nie przepadamy, żeby aż katować się jedzeniem kostki zapachowej xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo wszystko i tak możecie spróbować, jestem ciekawa, czy będziecie mieć podobne skojarzenia.

      Usuń
  5. Hmm, muszę przyznać, że z kolei ja tą czekoladę uwielbiam, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, ze jestem dziwna ^^
    (Albo tak bardzo kocham imbir, że z automatu kocham wszystko co ma go chociaż odrobinkę :D)

    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja miłość do imbiru jest po prostu odmienna od Twojej :D. Mam wrażenie, że miałabym tak samo z cynamonem - w cynamonie to już w ogóle jestem bezgranicznie zakochana.

      Usuń
  6. Tej wersji nie jadłam, ale mam ze skórką pomarańczy i jest dość smaczna jak na czekoladę z "niższej półki" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomarańcza bardzo dobrze sprawdza się w czekoladach, więc rzeczywiście może być to lepsza propozycja od Fin Carre.

      Usuń
  7. Połączenie czekolady z imbirem szczególnie do mnie nie przemawia i na pewno jej nie kupię, zwłaszcza po Twojej recenzji :) Z tej firmy kupowałam jedynie na spróbowanie (głównie dla siostry) te czekolady nieudziwnione (białą, mleczną, z orzechami i ciemną) :P

    OdpowiedzUsuń
  8. nie dość że ciemna to jeszcze imbirowa... bałabym się...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super dużo kakao to tu nie ma, ale forma imbiru jest przerażająca ;)

      Usuń
  9. Jadłam to niejadalne gówno (wybacz za określenie). Ja jadłam to u kuzyna, bo on jest maniakiem takich połączeń i myślałam, że po 1 kostce wypiję 2 litry wody :P NIGDY WIĘCEJ! Ja mam uczulenie na imbir więc skutki uboczne dodatkowo były (spuchnięte usta)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uhhh, no to rzeczywiście fatalne doświadczenie.

      Usuń
  10. Tą czekoladę uwielbiam nie tylko ja, ale moi znajomi. Miałem zapas 20 tabliczek, z których została ostatnia. Z Lidlu czekolada zniknęła. Gdzie można kupić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poza Lidlem nigdzie. Fin Carre to marka własna Lidla.

      Usuń