środa, 16 marca 2016

Dolfin Lait mleczna i Lait Cafe mleczna z kawą


Po degustacji niezbyt porywającego tria ciemnych neapolitanek Dolfin z dodatkami, przyszedł czas na wersje mleczne. Najpierw sięgnęliśmy po klasyka - pełną czekoladę mleczną - Lait. Miłym zaskoczeniem był fakt, iż zawiera ona więcej niż popularne 30% kakao. Mamy tu do czynienia z 38% zawartością masy kakaowej, lecz miazga kakaowa znajduje się dopiero na czwartym miejscu w składzie.

Wyjęta z opakowania nie wygląda tak staro jak ciemne warianty. Cechuje się dość głęboką barwą, całkiem atrakcyjną. Zarówno w zapachu, jak i w smaku, odczuwamy znaczną perfumowaną nutę, w kwiatowym tonie. Wszystkie uprzednio jedzone Dolfiny kojarzyły mi się z czymś perfumowanym, lecz w czystej mlecznej ów efekt zdaje się być jeszcze bardziej nasilony. Czekolada nie rozpuszcza się w ustach w mgnieniu oka, robi to powoli, lecz skutecznie i całkiem przyjemnie (choć z coraz to bardziej nasilającą się słodyczą). 

Dziwne jest to, iż nie wyczuwa się tu typowej głębokiej mleczności. Podwyższona zawartość kakao o perfumowanym zacięciu sprawia, że Dolfin Lait zdaje się być czymś przyprawiona. Nie wiem, jak ten specyficzny posmak zostałby przeze mnie odebrany, gdyby przyszło mi zjeść większą ilość tej czekolady. Nie była to prawdziwa rozkosz podniebienia, a raczej coś dziwacznego. Olga w swojej recenzji zidentyfikowała tu nutę marcepanową, co mi nie do końca pasuje, ale może trzeba by było iść dalej tym tropem.


Po klasycznej mlecznej przyszedł czas na Lait Cafe. Od poprzedniczki różni się ona jedynie dodatkiem kawy, zawartość masy kakaowej jest taka sama. Na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od wersji czystej, ale już jeden niuch pozwala ją rozszyfrować. Co za zaskoczenie! Owszem, jest to kawa - na szczęście autentyczna i przyjemna, o milion mil oddalona od Heidi Iced Coffee. Ponadto, prócz kawy czuć tutaj przyprawy. Tak, jakby dodano chili i nieco korzeni. Oczywiście w składzie widnieje tylko wanilia, cała reszta to iluzja.

Czekolada rozpuszcza się w ustach podobnie jak poprzedniczka, zostawiając na języku delikatne kawowe drobinki. Kawa zdecydowanie przejmuje stery w smaku i wydobywa z czekolady wyraźną mleczność, której brakowało mi w wersji czystej. Jest naprawdę bardzo kawowo, na jeden z najlepszych sposobów. Świetna, charakterna kawa zamieniła przeciętną mleczną czekoladę w coś naprawdę smacznego. Przyprawowość w zapachu ma swoją kontynuację w smaku - Lait Cafe smakuje jak naturalny kawowo-kakaowy napar z chlustem tłustego mleka, doprawiony chili, cynamonem, kardamonem i innymi cudami. Prawdopodobnie to wrażenie wynika z dziwnej perfumowości czekolad Dolfin, która na tle kawy zaczyna smakować właśnie w taki sposób. Zdecydowanie, uznaję Lait Cafe za najbardziej udaną z wszystkich wypróbowanych neapolitanek Dolfina (Zofija, chyba podzielasz moje zdanie?).







Dolfin Dolfinem, ale czas dokończyć relację ze zdobycia Iztaccihuatl! Po przeprawieniu się przez lodowiec, podążanie w stronę Los Pecho 5230 m n.p.m. przebiegało już w cudnym słońcu i przy świetnej widoczności. Z lewej w dali widziałam zdobyty już szczyt Nevado De Toluca, z prawej uśmiechała się do mnie również zdobyta La Malinche. Za nią stał majestatyczny Pico De Orizaba, którego szczyt był jeszcze przede mną i... zastanawiałam się, jak sobie z nim poradzę. Im bliżej Los Pecho, tym każdy mój krok okupiony był coraz to większą walką. Dziwne uczucie - kondycyjnie jest ok, nogi nie bolą, ale... każdy oddech jest jakby niepełny.

Jak widzicie na zdjęciach, droga z lodowca na Los Pecho była dość falista - naprzemienne podejścia i zejścia dawały mi w kość, po prostu brakowało mi oddechu. Po zdobyciu każdego wzniesienia musiałam przystawać, brać głębsze oddechy. Gdy do Los Pecho brakowało mi już tylko jedno takie zejście i podejście myślałam, że już nie dam rady. Usiadłam, bezradnie patrząc się w dal. Nawet proces myślenia był już jakiś przytłumiony. Moises podszedł do mnie i zupełnie spokojny dopingował mnie: "Jesteś już tak blisko! Tam na szczycie musimy uczcić moje urodziny! Napij się, zjedz coś - to Ci zrobi lepiej". No tak, z emocji zupełnie zapomniałam, że wypadałoby coś zjeść. Wcisnęłam w siebie banana, bo to jedyne jedzenie, które było w stanie mi wtedy przejść przez usta. Mój Mąż również nie czuł się najlepiej, ale jednak radził sobie dzielniej niż ja.

Tuż za nami podążał pewien Włoch wraz ze swoim meksykańskim przewodnikiem. Startowali z innego miejsca niż my i nie weszli w odpowiednim miejscu na właściwą trasę, dlatego nie spotkaliśmy ich wcześniej. Chciałam być choćby o parę kroków przed nimi na szczycie, co mobilizowało mnie do wytrwałego marszu. W końcu - JEST!!! Najwyższy punkt pięknej Iztaccihuatl zdobyty!




Trzy wulkany widoczne ze szczytu Iztaccihuatl: od lewej Cofre de Perote, Malinche, Pico de Orizaba.

Byłam najszczęśliwsza na świecie. Wybiła godzina 8:30 - dobry czas. Pogodę i warunki mieliśmy idealne. Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć i wzajemnych gratulacjach usiadłam na kamieniu i rozkoszowałam się chwilą. Nawet nie miałam siły, by zaśpiewać Moisesowi "Sto lat", choć on częstował nas urodzinowym ciastkiem. Pomimo zmęczenia tam na górze czułam się tak wspaniale, że chciałam, aby to uczucie trwało wiecznie. Spoglądałam na wydeptaną dalej drogę, w stronę Głowy Iztaccihuatl. Mało kto tam chodzi, ja zupełnie nie dałabym rady tego dnia - a jednak jakaś wewnętrzna siła pchała mnie dalej... Wariactwo! Oczywiście, po odpoczynku i świętowaniu zdobycia Izty, ruszyliśmy w drogę powrotną.

 

 

 

 

W miarę oddalania się od Piersi Izty, czułam się coraz lepiej. Raz, że znajdowałam się już niżej, a dwa - ciśnienie związane z pragnieniem zdobycia szczytu już opadło. Teraz, delektowałam się zupełnie odmienionymi widokami - słońce było już całkiem wysoko. Cały czas miałam też dobry widok na wspaniałego Popo, który jakby na cześć naszego sukcesu buchał salwami gęstego dymu. Będąc z powrotem na Brzuchu Izty o godzinie 10:00, czułam już tylko spokój, pełną harmonię. Byłam już na siłach by zjeść coś konkretniejszego, więc posiliłam się - a uśmiech nie schodził z mojej twarzy. Warto wspomnieć, że podchodząc pod górę z lodowca w stronę Brzucha, wraz z Mężem zdecydowaliśmy się na założenie raków (w końcu po coś dźwigaliśmy je w plecakach). Myk, myk po lodzie i już byliśmy na górze. Za to Moises uparcie pchał się do góry po kamienistej części podejścia, co przypłacił kilkukrotnym zjazdem w dół. Przynajmniej mieliśmy więcej czasu na kontemplację widoków gdy czekaliśmy na niego, ha!



 Po dojściu do Kolan obraliśmy inną drogę powrotną do schronu Grupo De Los Cien. Była to bardzo komfortowa trasa, bo po prostu zsuwaliśmy się w dół po piargu. Oczywiście, każdy krok trzeba było przemyśleć, żeby nie zsunąć ze sobą większego kamienia - ale i tak zejście było wyjątkowo przyjemne.

Około 11:30 dotarliśmy pod schron. Jacyś mężczyźni przesiadywali na sąsiadujących skałach, pili wino i słuchali spokojnej muzyki - istna sielanka... Obejrzałam się za siebie na trasę, którą nad ranem podchodziliśmy na Kolana i... przeraziłam się. Zdałam sobie sprawę, dlaczego Moises wybrał dla nas inną drogę na zejście z Kolan. Maleńkie punkciki ludzkich ciał wspinały się po paskudnie stromej ścianie, ale żadne moje zdjęcie nie oddało wrażenia, jakie zrobiła ona na mnie na żywo. Wiadomo, to było normalne, niegroźne podejście bez konieczności stosowania zabezpieczeń, ale i tak wzbudzało respekt. Zwłaszcza ze świadomością, iż ufnie podążaliśmy tamtędy po ciemku za przewodnikiem.



Po powiększeniu zdjęcia na horyzoncie widoczny Nevado De Toluca.

Droga spod schronu do La Joya to już czysta trekkingowa przyjemność. Turystów pojawiało się coraz więcej, niemal wszyscy zaopatrzeni byli w śpiwory i karimaty. Była sobota, na niedzielne wejście szykowało się wiele osób. Zastanawiałam się tylko, jak Ci wszyscy ludzie pomieszczą się w schronie Grupo De Los Cien? Wymiana pozdrowień z miłośnikami gór z całego świata, wzajemne uśmiechy - to na nowo pozwalało mi docenić niezwykłą więź, jaka tworzy się między ludźmi w górach. Tam wszyscy stają się równi sobie.

Po dojściu do La Joya w końcu zrzuciliśmy z siebie zakurzone buty i stuptuty. Nareszcie zaśpiewaliśmy "Sto lat" Moisesowi. Dochodziła 14:00 - cała trasa zajęła nam trzynaście godzin. Czuliśmy się spełnieni, szczęśliwi! Spoglądałam na sylwetkę Izty i moje serce przepełniała miłość do tej góry... Wsiedliśmy do samochodu i gdy tylko Moises przejechał kilkaset metrów, od razu zasnęłam. A wiózł nas do miasta Cholula...


 Lait.
Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, wanilia, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 4,5 g. 

Lait Cafe
Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, kawa, wanilia, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 4,5 g.

32 komentarze:

  1. Czekolady nie woem, czy chcialabym sprobwoac. Moze tylko the ostatniej, Lait, no czuje, ze innych bym nie zrozumiala i nie posmakowalyby mi :)
    Ale bardzo ci gratuluje zdobycia tego wulkanu, choc czytam, ze bylo ciezko. Ale sie nie poddalas, brawo! James nie wiem, czy dalabym tak rade, musialabym miec duzo doświadczenia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnia to była Lait Cafe ;).

      Trochę doświadczenia górskiego przyda się na takich wysokościach ;)

      Usuń
  2. charlottemadness16 marca 2016 06:45

    Mleczne zdają się być ciekawsze i lepsze smakowo od poprzedniczek :>
    Jeszcze raz gratulacje! Szacun wielki! ;)
    A to sobie sprawiłaś świetny prezent urodzinowy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie mleczne Dolfiny są lepsze...

      Dzięki jeszcze raz!

      Yyy... Jak to sobie? :P

      Usuń
    2. charlottemadness16 marca 2016 15:23

      Miało być "a to świetny sobie sprawiłaś Moisesowi prezent urodzinowy" ;) przedtem coś "usuwałam z myśli" i tak coś za dużo się usunęło ;P

      Usuń
  3. Kamień spadł mi z serca, tak się cieszę że podzielasz moje zdanie o kawowej :D Miałam chwilę zwątpienia po twojej recenzji 88%, ale teraz to już nieważne, Lait Cafe górą ^.^
    Co do składu Dolfina, mogłabyś mi mniej więcej wytłumaczyć czym się różni miazga kakaowa od masy kakaowej? Bo rozumiem, że ta pierwsza powinna być w składzie wyżej? Póki co pamiętam tylko, żeby nie brać czekolad z kakao w proszku :P

    Chociaż to zrozumiałe że podejście było najbardziej wykańczające, mnie bardziej przeraża wizja schodzenia po piargach. Nie wiem czy nadawałabym się w wysokie góry, bo za każdym razem, gdy zsuwam się po takich kamyczkach, nogi trzęsą mi się jak galareta xD Strasznie boję się przewrócić. Jedynie raz będąc w Tatrach o tym zapomniałam, ale to pod wpływem adrenaliny bo burza itp. Anyway, wielkie gratulacje za zdobycie tych szczytów, zdjęcia zdjęciami ale najlepsze zachowasz dla siebie - epickie wspomnienia ^.^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 88-tki z chęcią spróbowałabym świeższego egzemplarza. Może byłby lepszy. Aczkolwiek odtłuszczone kakao w proszku i tak mnie odstręcza.

      Masa kakaowa to całość składników kakaowych zawartych w czekoladzie tj. miazga kakaowa i tłuszcz kakaowy / lub ziarna kakao. Odtłuszczone kakao w proszku też można tu wliczyć, no ale to jest oszukaństwo. W tych Dolfinach producent zakupił osobno miazgę kakaową i tłuszcz kakaowy, łącząc je ze sobą w zakładzie podczas produkcji kakao. W czekoladach wyższej klasy, np. Domori, w składzie pojawia się po prostu masa kakaowa, co można w tym wypadku zapisać od razu jako ziarna kakao - bezpośrednio z nich robi się czekoladę.

      Mi też się trzęsą nogi na piargach, ale wtedy, gdy zsuwam się w sposób niekontrolowany. Zresztą, bardziej boję się takiego zsuwania się przy podejściach.

      Wspomnienia najlepsze!

      Usuń
  4. Aż wyobraziłam sobie jak ciężko by mi było dojść do siebie po pokonaniu tych wzniesień i chyba bym nie wyrobiła :D Choć widoki na pewno cudowne :)

    A co do czekolady, to w tej zwykłej mlecznej pewnie nie doszukałabym się przypraw, ale jak mi się kiedyś w Almie napatoczy to kupię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cel był dla mnie najważniejszy! To nie 8000, nie umarłabym :D.

      Dla mnie mimo wszystko ta czekolada ma specyficzny posmak.

      Usuń
  5. Ten dymiący wulkan jest bardzo fotogeniczny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przystojniacha z Niego. Możesz mówić mu po imieniu - Popocatepetl, dla znajomych Popo ;)

      Usuń
  6. Wygląda na to, że "Delfinowi" (za każdym razem tak nazywam tą markę w głowie)lepiej wychodzą mleczne niż gorzkie.
    I pomyśleć, że ja się boję na drabinkę wleźć ;) To musiało być jednocześnie męczące jak i satysfakcjonujące.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważam, że wiele ogólnodostępnych firm robi lepsze mleczne tabliczki niż ciemne. Z przemysłowego kakao łatwiej ukręcić coś słodszego, kryjąc jego niedoskonałości.

      Ej, możesz mi wierzyć, lub nie - ja od dzieciaka miałam problem z drabinami :P

      Usuń
  7. W czekoladzie nie wyczułam żadnego chili, protestuję, wcale go tam nie ma! (Tak, wiem, że sprawdzałaś skład i piszesz o swoich odczuciach). Gratuluję zdobycia kolejnego szczytu. A zakończenie wpisu i te trzy kropki... <3

    P.S. Czy meksykański przewodnik Włocha był... psim przewodnikiem obeznanym w sprawnym poruszaniu się po górach? :D Jak tak, może podeślę Rubi na wakat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może wchłonęła nasze pikantne meksykańskie bąki :D

      Cholula cudowne miasto!

      Chi, którego fotki Ci pokazywałam, chodził też po górach ponoć :)

      Usuń
  8. Jakie piękne widoki! Aż ciężko wybrać, czy lepiej stać się posiadaczką tych czekoladek, czy raczej znaleźć się w tym miejscu, co Ty. Chociaż połączenie obu - idealnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężko wybrać? Ja bym się nie zastanawiała - GÓRY!

      Usuń
  9. Mam tak jak Czoko, drabina jest dla mnie nie lada wyzwaniem, co prawda mój lęk wysokości nie jest szczególnie silny, raczej średni, ale moja koordynacja ruchowa jest tak marna, że zawsze się boję, że z tej drabiny po prostu zlecę :D
    Jak zwykle przecudowne zdjęcia <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To naprawdę dziwne, ale ja też mam problem z drabinami, ze stromymi schodami itd. W terenie łatwiej mi przezwyciężać ten strach, często irracjonalny.

      Usuń
  10. Skoro kawowa była najbardziej udana to znak, że to nie są kosteczki dla nas :P
    Trzynaście godzin trasy! Szacunek :D Nam by nogi, głowa i płuca odpadły :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest wiele innych ciekawych czekolad, nie macie czego żałować.

      Nogi, głowę i płuca mam w całości, za to zostawiłam tam serce ;).

      Usuń
  11. Zawsze kawowe bardziej mnie interesują niż banalne mleczne. Dla mnie tabliczka musi mieć jakiś dodatek, bo inaczej jest nudna, nawet jeżeli to najlepszej jakości czekolada. :D Te od Dolfina jakoś zawsze mi się podobają ze względu na ten minimalizm.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jaką jadłaś najlepszej jakości czekoladę bez dodatków? ;)

      Wiadomo, kawowa czekolada dla Ciebie, fanki kawy - to musi być coś!

      Usuń
  12. Oczarowana jestem tymi widokami <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja pozostanę pod ich wrażeniem do końca życia :)

      Usuń
  13. Czyli sprawdza się moja teoria o tym, że Dolfin robi świetne czekolady... z przyprawami. Oczywiście, jeśli podciągniemy kawę pod przyprawę. Wiadomo, o co chodzi. :P

    Twój styl pisania o Twoich wyprawach... sprawia, że czuję się, jakby czytała książkę ulubionego autora. Tak to wszystko napisałaś, że dosłownie czuć tę atmosferę, a zdjęcia... jejku, one są tak cudowne, że powiem Ci, iż w tym poście jest dosłownie mieszanka wybuchowa! Bomba! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smakowo i tak była ona dziwnie przyprawowa, jakby zawierała w sobie coś jeszcze.

      Dziękuję za tak piękny komplement! Kurczę, a ostatnio piszę posty na szybko, z dnia na dzień praktycznie... Ale wspomnienia szybko we mnie ożywają. Niezapomniane chwile. No to co, kiedy ruszasz na Iztaccihuatl? ;)

      Usuń
    2. Właśnie dzięki temu Twoje wpisy są takie... naturalne.

      Ojj, jak tylko parę życiowych spraw ogarnę. :P

      Usuń
    3. Wolałabym mieć więcej czasu na pisanie, ale trzeba jakoś zarabiać na wyjazdy i czekolady :P

      Usuń
  14. Tą z dodatkiem kawy chętnie bym skosztowała:)

    OdpowiedzUsuń