piątek, 30 stycznia 2015

Lindt Excellence Joghurt Erdbeer biała jogurtowa z truskawkami


Styczeń dobiega końca... Dni całe szczęście stają się już coraz dłuższe, śnieg i mróz nie uprzykrza mi życia - aczkolwiek perspektywa długiego oczekiwania na powrót pachnącej zieleni jest nieco dołująca. W chwilach tęsknoty za latem z pomocą przychodzi mi Magiczna Szuflada, gdzie zostało jeszcze parę słonecznych wspomnień. Na blogu zdążyły się już pojawić Lindty z mikołajkowej wyprawy do niemieckiej Edeki (klik i klik), a na degustację czekał jeszcze cierpliwie zakupiony w sierpniu inny egzemplarz tej marki. Pamiętacie festiwalowe recenzje nadziewanych Lindtów (klik, klik i klik)? To właśnie wtedy kupiłam dziś opisywaną tabliczkę. Co za beztroski czas... :)

Lindt Excellence Joghurt Erdbeer należy do serii cienkich, pełnych białych tabliczek pojawiających się w niemieckich sklepach w sezonie wiosenno-letnim. W 2013 roku udało mi się w tym okresie nabyć i spróbować warianty marakujowy oraz limonkowy. W minionym roku przyszedł czas na stracciatellę i truskawkę. Opcje z marakują, limonką i truskawką wyróżniają się na tle białych czekolad znacznym udziałem proszku jogurtowego w składzie.

Stracciatella z tej serii mnie nie ujęła, a poprzednie najnowsze doświadczenia z białymi Lindtami były nieprzyjemne - toteż degustacja Joghurt Erdbeer była niczym sąd ostateczny ;). W zasadzie nie powinno tak być - w końcu 15% proszku jogurtowego znacznie zmienia smak czekolady i trudno porównywać ją z klasycznym bieluchem. Nawet pomimo tego oczekiwałam, że Lindt zrekompensuje mi jakoś moje ostatnie zawody ich białymi produktami. Wystarczyło rozerwać sreberko Joghurt Erdbeer, rzucić wzrokiem na wygląd tabliczki i zaciągnąć się jej zapachem - aby szeroki uśmiech pojawił się na mojej twarzy (niezależnie od uprzykrzającego życie bólu zęba ;)).




Czekolada ma kremowy kolor i jest upstrzona ciemnoróżowymi drobinkami, wskazującymi na to, że czeka nas owocowa inwazja. Zresztą, nie tylko sam wygląd zapowiada truskawkowy atak - w zapachu czujemy ostrą, soczystą truskawę w akompaniamencie kwaskowatości jogurtu oraz przyjemnych maślano-waniliowych akcentów płynących z samej białej czekolady. Bardzo kuszące preludium, dłonie same rwą się po pierwszą kostkę. Kostkę, która z aksamitną miękkością łatwo odłamuje się od reszty.

Choć orzeźwiająco kwaśny jogurt nieco zaburza nam realną ocenę białej czekolady, i tak mogę uznać, że Lindt nie zawalił roboty. Mamy tu przyjemną, błogą maślaność - za którą tak bardzo tęskniłam i zawsze szukam jej w białych czekoladach. To tłustość, która paradoksalnie czyni kompozycję lekką - gdyż nie jest to kiepskiej jakości, stary tłuszcz. To aksamitna masa doprawiona subtelnym, waniliowym aromatem. Mleko i jogurt w proszku też nie mogły być poślednie, bowiem nie pozostawiają w ustach stęchłego czy zepsuto-skwaśniałego posmaku. Nie natrafiłam tu także choćby na najmniejszy akcent mydła. Występujący gdzieś daleko na końcu składu olej palmowy mogę Lindtowi w tym wypadku wybaczyć.


Przejdźmy teraz do truskawek. W składzie producent nie podał, jakiej obróbce został poddany ów owocowy surowiec. Śmiem jednak przypuszczać, że w Joghurt Erdbeer mamy do czynienia z najlepszą opcją z możliwych w tego typu tabliczkach - z liofilizatem. To nie są scukrzone cząstki z dodatkiem truskawkowego-czegoś. To intensywne, aczkolwiek nadal bardzo naturalne, aromatyczne truskawki. Jako dowód, że Lindt nas nie oszukał przy produkcji tej tabliczki - dołączam powyżej zdjęcie z widoczną przegryzioną kosteczką. Ta ciemniejsza kropeczka po prawej stronie to pestka truskawki - w całej czekoladzie można było je spotkać raz po raz. Tym bardziej mogę teraz nazwać Joghurt Erdbeer wspaniałym wspomnieniem lata. Beztroskim, lekkim. I w żadnym wypadku nie budzi on skojarzeń z tanimi jogurtami owocowymi, jakich stosy stoją na półkach w markecie. To świeży jogurt naturalny z wkrojonymi soczystymi truskawkami - a do tego posiada niemalże wszystko to, co cenię w białych czekoladach. Bardzo przystępny i przyjemny produkt - takiego Lindta lubię.

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, jogurt w proszku 15%, laktoza, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny, truskawki 1%, naturalne aromaty, lecytyna sojowa, olej palmowy, wanilina.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 561 kcal.
BTW: 7,4/35/54

wtorek, 27 stycznia 2015

Karmello biała z czarnymi porzeczkami


Nowy Rok rozkręca się na dobre, a my rozprawiamy się jeszcze z czekoladami zakupionymi latem... Białą Karmello z czarnymi porzeczkami kupiłam w Katowicach przed wyjazdem w Alpy Otztalskie. Tak, tak, podobnie jak jej mleczna koleżanka z pistacjami i żurawiną - ta tabliczka również była podróżniczką i odwiedziła z nami Austrię. Ba, potem wraz z wyżej wspomnianą Karmello została zabrana na jesienny wypad w Beskidy - lecz tam też jeszcze nie przyszedł na nią czas. Naczekała się biedaczka, naczekała - a przecież piękne, dorodne czarne porzeczki tak kusząco spoglądały zza okienka. Miał to być mój pierwszy kontakt z białą czekoladą od naszego rodzimego Karmello, a ja w takich przypadkach obawiam się porażki... Pewnie dlatego aż tak mi się nie spieszyło do wypróbowania tego produktu.

Po degustacji boskiej Ribisel Chili Rock od Zottera postanowiłam pozostać w ciągu porzeczkowym. Wprawdzie od zawsze ceniłam bardziej porzeczki czerwone niż czarne, ale w formie suszonej chyba jeszcze nigdy nie próbowałam tych owoców. Jeśli już, to na pewno niebyły to tak pięknie zachowane okazy. 

Tabliczki z okienkiem od Karmello cechują się podziałem na klasyczne kostki, bez jakichkolwiek zdobień. Po stronie gładkiej, czekolada na której dziś się skupiamy - została naprawdę solidnie obsypana suszonymi porzeczkami. Na poniższych fotografiach możecie bliżej przyjrzeć się delikwentce. Cieknie Wam ślinka na widok tych pięknych owoców? ;)




Wahając się dość znacznie, zbliżyłam nos do powierzchni tabliczki. Na szczęście nie zostałam przytłumiona czymś wyjątkowo nieapetycznym. Było ok. Typowy śmietankowy aromat białej czekolady. Troszkę było tu proszku mlecznego i mydła, a więc ów zapach nie do końca mnie satysfakcjonował. Szczypta prawdziwej wanilii nieco to rekompensowała. Bez wielkiego przekonania sięgnęłam po pierwszy kęs. 

Słodycz nie przytłacza nas totalnie, jak to bywa w niektórych białych czekoladach. Tak jak w aromacie, mamy tu sporo wyrazistej śmietanki, nutkę wanilii - no i niestety ewidentną dawkę mydła. Mój Mężczyzna nie miał z tym mydlanym wrażeniem problemu - pałaszował czekoladę z dużą przyjemnością. Na pewno dużą zaletą tej tabliczki jest słuszna zawartość tłuszczu kakaowego - na poziomie 29,5%. Za to Karmello należy się pochwała. Mimo nienarzucającej się słodyczy, cała dość ciężka śmietankowość i ten wredny posmak mydła na tyle mnie męczyły, że nie byłabym w stanie zjeść dużo tej czekolady - w przeciwieństwie do mojego Lubego ;). Jak dobrze jest się uzupełniać!

Co natomiast z czarnymi porzeczkami? Życzyłabym sobie, aby każdy producent słodyczy przy dodawaniu owoców do swych wyrobów sięgał po tak dobry surowiec. To nie żadna przesłodzona i aromatyzowana masa udająca owoc, ale prawdziwe, starannie wyselekcjonowane suszone owoce. Kwaskowato-słodkie, naturalne. Ku mojemu pozytywnemu zdziwieniu - dość miękkie, a odrobinę bałam się przesuszonych wiórów. Ciekawa jestem, jak czarne porzeczki przestawiały się w litewskiej Laima Exclusive, opisywanej niedawno na blogu Czekosfera - powyższa czekolada jest bardzo podobna w wykonaniu do naszej Karmello. Biała Karmello nie zawładnęła moim sercem, nie będę jej wspominać z rozrzewnieniem - aczkolwiek absolutnie nie był to zły produkt. Mój Ukochany stwierdził, że zbyt surowo oceniłam tą czekoladę - moim zdaniem tej recenzji daleko do surowej :)...

Skład: czekolada biała (cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy 29,5%, lecytyna sojowa, wanilia), czarne porzeczki.
Masa kakaowa min. 29,5%.
Masa netto: 100 g.

sobota, 24 stycznia 2015

Zotter Ribisel Chili Rock ciemna nadziewana ganaszem z czerwonymi porzeczkami i chili


Wraz z cudowną Typisch Österreich skończyły się moje zapasy Zotter Hand-Scooped zakupione w Innsbrucku. Ribisel Chili Rock to zaś ostatnia tabliczka z tej serii, którą zakupiłam w Galerii Słodyczy. Na kolejne boskie nadziewańce będę musiała jeszcze trochę poczekać - aż moje zapasy w Magicznej Szufladzie skurczą się na tyle, że z czystym sumieniem będę mogła złożyć kolejne zamówienie w Galerii Słodyczy. Jak to czasami się zdarza - ostatni bywają pierwszymi. Ribisel Chili Rock była bowiem pierwszą w pełni gorzką czekoladą Zottera wypełnioną nadzieniem, jaką przyszło mi spróbować. Jakie wrażenia po sobie pozostawiła? Czymże w ogóle jest ten wynalazek? ;)

Czekolada o 70-procentowej zawartości kakao otula owocowy ganasz stworzony na bazie cukru trzcinowego i mleka. Owoc mamy tutaj nie byle jaki - Zotter uraczył nas koncentratem z porzeczek, na dodatek moich ulubionych! Tak moi drodzy, w wersji surowej najbardziej lubię czerwone porzeczki. Zjadanie ich prosto z krzaczka to jeden z nieodłącznych elementów mojego dzieciństwa, a takie smaki wwiercają się w głowę na zawsze. Kocham ich wyrazistą kwaskowatość. Do dziś lubię do nich powracać, szczególnie w owsiankach, kruchym cieście czy drożdżówkach.

To byłoby jednak zbyt proste dla Zottera, gdyby nie połączył gorzkiej czekolady i porzeczkowego kremu z czymś jeszcze. W swojej hojności i pomysłowości, postanowił dorzucić tu chili. I nie jest to chili byle jakie, ale Bird's Eye - małe, bardzo ostre papryczki. Gdy przejrzymy skład wielu czekolad Zottera zauważymy, że producent bardzo upodobał sobie akurat tą odmianę. Byłam niezwykle ciekawa, co wniesie ona do kompozycji. Czy chili będzie za dużo, czy za mało? W końcu w dodawaniu jakichkolwiek przypraw do czekolady niezwykle istotne jest znalezienie idealnej równowagi. Choć szczerze powiedziawszy, Pichler Azteken wzbudziła we mnie spory niedosyt pikanterii w czekoladzie i miałam chrapkę na coś mocnego...


Po rozpakowaniu tabliczki tradycyjnie rozpoczynamy próbę zapachu... Oj tak, Ribisel Chili Rock ma potężny aromat. Bogata, charakterna gorzka czekolada, wyśmienitej jakości - przez jej mnogie, boskie nuty zapachowe wyraźnie przebija się soczysta rześkość czerwonych porzeczek. Ten zapach niesamowicie stymuluje ślinianki, uderza do głowy sprawiając dużą przyjemność. Pierwszy wystrzał endorfin następuje jeszcze przed skosztowaniem pierwszego kęsa.

Na punkcie smaku to już w ogóle totalnie oszalałam, a mój Luby miał identyczne odczucia. To niesamowite, jak szybko po degustacji idealnie dopracowanej w swej prostocie Cheese-Walnut-Grapes spotykamy się znów z genialnie prostym połączeniem od Zottera. Trzy wyraźne akcenty tworzą w Ribisel Chili Rock obłędną rozkosz dla kubków smakowych. Zajmijmy się nimi po kolei.

Rozpoczynając kontakt usta-czekolada, natrafiamy najpierw na warstwę gorzkiego cudeńka. 70-procentowa zawartość kakao spisuje się tutaj znakomicie. Nie zostajemy przytłoczeni ogromem kwaśności, goryczy i innych dzikich smaków - mamy wyważoną, aromatyczną czekoladę. Wytrawną, lecz czułą - pieszczącą nas goryczkowo-owocowymi niuansami. Pod ciemną powłoczką znajduje się duża ilość mlecznego ganaszu z czerwonych porzeczek, o kremowej i odrobinę śliskiej konsystencji. Mleko i cukier trzcinowy stanowią dyskretny czynnik łagodzący dla orzeźwiającej mocy czerwonych porzeczek. To jest chwila dla mnie, fanki tych owoców - to nadzienie to w istocie nic innego, jak sorbet z świeżych czerwonych porzeczek. Rwanych garściami wraz z rosą Tajemniczego Ogrodu. Sorbet w wersji skondensowanej i ocieplonej. Tak doskonale komponujący się z wyśmienitą gorzką czekoladą, że nawet nie miałam ochoty na rozkładanie wyrobu na części pierwsze.

Po pierwszym zachłyśnięciu się czekoladowo-porzeczkową mocą nie zdążyliśmy jeszcze wydać z ust okrzyku zachwytu, gdy zupełnie bezpretensjonalnie przyszło do nas chili. Nie trzeba się domyślać jego udziału w składzie, jego wyraźny akcent spójnie złączony jest z dłuuugim finiszem przy każdym kęsie. Nie jest to przy tym pikantność wykręcająca i wypalająca - lecz wspaniale dobrana do pozostałych składników. Dodatek chili został przez Zottera wymierzony z aptekarską dokładnością. Ostry akcent wieńczący to całe bogactwo smaków doprowadza nas wprost w bramy pełnej czekoladowej satysfakcji. 

Powtórzę się, dopiero co próbowałam wspaniałej Cheese-Walnut-Grapes, a teraz Zotter zaserwował nam coś równie idealnego! To się nazywa pełnia szczęścia! W Ribisel Chili Rock wszystko pasowało do siebie jak ulał - dokładnie tak, jakby gorzka czekolada, czerwone porzeczki oraz chili zostały stworzone tylko dla siebie. 100% smakowitości - jedna z tych tabliczek, której harmonijnego smaku nie sposób będzie wymazać z pamięci. Oby jak najwięcej takich degustacji...

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, koncentrat z czerwonych porzeczek 8%, syrop fruktozowo-glukozowy, mleko, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, pełny cukier trzcinowy, sól, lecytyna sojowa, wanilia, chili Bird's Eye 0,01%, cynamon.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 494 kcal.
BTW: 7,1/34/39

czwartek, 22 stycznia 2015

Coppeneur Cappuccino & Butter Fudge biała z nugatem i pastą migdałową, ciemna i mleczna z pastą kawową, maślanymi krówkami i ziarnami kakao


W mojej Magicznej Szufladzie zostało jeszcze trochę tabliczek przywiezionych z szalonych zakupów w sklepie R.Rajsigl w Innsbrucku. Jednym z takich "ostatków" jest dziś opisywana czekolada Coppeneur. Kawowo-karmelowa wariacja na temat trzech rodzajów czekolady to mój jedyny egzemplarz reprezentujący tą markę. W Bonn znajduje się lokal firmowy Coppeneur, który z chęcią bym odwiedziła zakupując więcej sztuk. W R.Rajsigl dostępne były tylko dwa rodzaje: Cappuccino & Butter Fudge oraz Beeren & Flieder - żałuję, że nie kupiłam również tego drugiego wariantu - choćby dla samego efektu wizualnego. Dlaczego?

Po prostu - połączenie smakowe oraz wykonanie tabliczek zapierają dech w piersiach, o czym możecie sami się przekonać, przeglądając ofertę sklepu internetowego Coppeneur. Szkoda, że nie udało mi się zrobić zdjęcia całej tabliczki wyjętej z opakowania - od strony z posypką. To znaczy, zdjęcie zrobiłam - ale okazało się być zdecydowanie zbyt nieostre. Wiele jednak nie straciliście - pod tym, co zakrywa opakowanie czekolada kryje dokładnie to samo, co widzimy w okienku. Duuuużo wszystkiego :). Na poniższej fotografii zobaczyć możecie za to, jak tabliczka wygląda od drugiej strony. Podział na kostki pozwala nam na odrzucenie noża w kąt, choć w zasadzie i tak przydał się przy rozdzieraniu folii otaczającej produkt.



Dość długo odkładałam moment na skosztowanie tej czekolady, a wizualnie była na tyle piękna, że mój apetyt na nią barrrdzo wzrósł. Producentowi można zarzucić przekombinowanie, aczkolwiek z góry zaznaczę, że tej tabliczce daleko do przerostu formy nad treścią, który dwukrotnie zafundował nam kiczowaty Wenschitz. To stwierdzenie postawiłam z czystym sumieniem zaraz po wyjęciu tabliczki z folii. Zapach totalnie mnie obezwładnił. Wyobraźcie sobie, że zaciągacie się na przemian dobrą białą, mleczną i ciemną czekoladą. Wszystko to okraszone jest nutami kawowymi, karmelowymi i migdałowymi. Aromat tej czekolady zasługuje na solidną piątkę. Niestety, smak nie jest już tak zadowalający...

W samej czekoladzie na szczęście uzyskujemy odrobinę efektu, którego zabrakło w Wenschitz Sensual Seduction - różne rodzaje czekolady przeplatają się w smaku, choć w zapachu ów efekt kontrastu trzech sił jest zdecydowanie mocniej wyczuwalny. Zabrakło kopa, być może w tym wyrobie było po prostu za dużo wszystkiego. Migdały, które znajdują się w składzie czekolady (a raczej pasta migdałowa) - lekko obecne w aromacie, w smaku są praktycznie nie do zidentyfikowania. Podobnie jest z kawą. Mamy jej 1%, co w zasadzie nie jest skrajnie małą ilością - w rzeczywistości uzyskujemy efekt delikatnej kawy z mlekiem i kakao (na pewno nie można tego przyrównać do prawdziwego cappuccino, które bardzo lubię). Sama czekolada jest na tyle zróżnicowana, że wszystko to, co mogłoby być w niej wyraziste - zlewa się w jedną, przeciętną masę. Smaczną, ale nie najwyższych lotów.

Kruszone ziarna kakao dość obficie pokrywają powierzchnię tabliczki, jednakże w ich smaku też mi czegoś zabrakło. Mogłyby być bardziej goryczkowe, choć w tej roli lepiej spisałyby się prażone ziarna kawy. Kakao było mało kontrastowe względem całości, mimo to lubię przyjemny efekt towarzyszący przegryzaniu takich kruszonych ziarenek. Może, gdyby były większe?

Jedyne, co do czego nie mam żadnych obiekcji - to KRÓWKI! Słodkich kosteczek o ciepło-karmelowym odcieniu nie oszczędzono, a sprawiły mi dużo radości. Były dokładnie takie, jakie lubię - kruchutkie i miękkie zarazem. Nie wchodziły w zęby, nie lepiły się przesadnie. Były rozkosznie maślano-śmietankowe, o wyraźnym akcencie palonego cukru - złagodzonego skondensowanym mlekiem. Były naprawdę dobre.

Podsumowując - Coppeneur to marka warta uwagi i jestem ciekawa, jakie wrażenie wywarłyby na mnie pozostałe połączenia smakowe, które posiada w swej ofercie. Cappuccino & Butter Fugde odznacza się pięknym wyglądem i aromatem, zaś w smaku mamy już zbyt duży misz-masz. Coś tu zostało nie do końca przemyślane. Czekolada jest smaczna, ale na pewno nie wybitna. Tak skomplikowana kombinacja musiałaby być dokładnie dopracowana w najmniejszym szczególe, aby przynieść naprawdę zaskakujący efekt smakowy.

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, krówki 13% (cukier, mleko skondensowane, cukier inwertowany, śmietana kremówka, tłuszcz roślinny, tłuszcz mleczny, naturalny aromat), pełne mleko w proszku 13%, migdały, miazga kakaowa, kruszone ziarna kakao, kawa 1%, lecytyna sojowa, naturalne aromaty, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa: w czekoladzie ciemnej min. 70%, w czekoladzie mlecznej min. 34%.
Masa netto: 85 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 548,57 kcal.
BTW: 6,88/35,82/48.

wtorek, 20 stycznia 2015

Zotter Cheese-Walnut-Grapes ciemna mleczna nadziewana serem, orzechami włoskimi, rodzynkami i balsamicznym octem jabłkowym


 Podczas składania zotterowego zamówienia w Galerii Słodyczy miałam kilka typów, które bezapelacyjnie musiałam posiąść. Jednym z nich była dziś opisywana mleczna czekolada o 60-procentowej zawartości kakao, wypełniona zagadkowym miksem o nazwie Cheese-Walnut-Grapes. To połączenie było dla mnie tajemnicą biorąc pod uwagę fakt, że producent nie przybliża, z jakim serem będziemy mieć do czynienia. Oj, przepraszam, ma to być alpejski górski ser :D. No dobra, ale jaki? Długodojrzewający, pleśniowy, czy może zwykły twarożek? Ileż można było gdybać - trzeba było po prostu spróbować!

Liczyłam, że to tajemnicze połączenie sprawi mi ulgę po powrocie z Maroko... I szczerze powiedziawszy przypuszczałam, że jakiegokolwiek sera by nie użyto - i tak było by smacznie. W końcu orzechy włoskie i winogrona (tu rodzynki) pasują do wielu gatunków sera. Przynajmniej mi, a kocham sery - dzień bez sera jest dniem straconym ;). Wiedziałam, że cudowna mleczna czekolada z duuuuużą zawartością masy kakaowej czule otuli taki zestaw smakowy. Ponadto, dopiero wczytując się w skład dostrzegłam, że znaczny udział w kompozycji mają również: balsamiczny ocet jabłkowy, jogurt w proszku oraz grappa. Zrobiło się jeszcze ciekawiej!


Przed przekrojeniem tafla pachnie w sposób charakterystyczny dla wielu nadziewańców Zottera - bogactwo kakao, dużo kwaskowatych nut i raczej niewiele słodyczy. Gdy dobierzemy się już do wnętrza tabliczki, rodzaj sera nadal pozostaje dla nas zagadką - widzimy dość zwartą, aczkolwiek nadal kremową masę o ciemnobeżowej barwie. Porozrzucane gdzieniegdzie całe rodzynki oraz kruszone orzechy włoskie budzą oczywiste skojarzenia wizualne z popularnym wypiekiem. Proszę Państwa, przed Wami SERNIK.

Po pierwszym kęsie wiedziałam już, że jest to sernik z najwyższej półki. Wróć. Dowiedziałam się o tym w 100% dopiero po rozłożeniu tabliczki na części pierwsze (specjalnie dla Olgi dołączam zdjęcie z sekcji ;)). Jedząc osobno czekoladę i wnętrze nie umiałam wybrać, co smakuje mi bardziej. Jedno i drugie smakowało OBŁĘDNIE. Zaklinam, że można by było przede mną postawić BLACHĘ takiej czekolady i doskonale bym się z nią rozprawiła. W końcu na ciasta jestem jak wór bez dna, więc dlaczego nie miałoby się to sprawdzić w przypadku sernikowej czekolady?


Dotąd myślałam, że Lindt Kasekuchen-Mandarine był najlepszą sernikową czekoladą, jaką można stworzyć - ale to Zotter wyniósł mnie na najwyższe szczyty sernikowego nieba. Polewa z 60-procentowej mlecznej czekolady jest boska - kakao jest bardzo wyraziste, aromatyczne, a przy tym nie odznacza się znaczną kwaśnością czy goryczą. Jest delikatne i mocne zarazem. Idealnie pyszne. Wspaniała otoczka dla tak cudownego, dopracowanego wnętrza. Pełna mleczna czekolada od Zottera o 60-procentowej zawartości kakao to musi być orgazmiczna kraina łagodności i zdecydowanego charakteru. Kocham takie dwoistości.

Przejdźmy do środeczka. To, co w składzie nazwano serem zdaje się być zbitym twarogiem sernikowym. Nieprzesadnie tłustym, takim w sam raz - aby nieść ze sobą kwaśno-rześki posmak twarogu, a nie masła. Ser w połączeniu z mlekiem i jogurtem daje nam kremową, zwartą masę - budzącą jednoznaczne skojarzenia z ciężkim, wilgotnym, nabitym sernikiem. Nie jakimś tam nadmuchanym i napuszonym obłoczkiem, o nie! To serowa gęstwina. Dodatkowo, mamy tu parę smaczków podkreślających twarogowy mocny charakter - jabłkowy ocet balsamiczny, jogurt oraz koncentrat cytrynowy nadają masie dodatkowej kwaskowatości (bardzo przyjemnej, typowej dla tego typu ciast, nienarzucającej się i nieodpychającej), a grappa niesie ze sobą subtelną nutkę alkoholu - idealną dla uwieńczenia wyrazistości sernika. Mamy tu jeszcze proszek sojowy - zapewne jeszcze bardziej zagęszcza masę i być może nadaje jej kolejnego orzechowego akcentu... Misterna układanka.

Rodzynki nie są zbyt duże, ale za to jędrne, świeże i bardzo naturalne. Nie są przesadnie liczne, co nie powinno dziwić - po co komu sernik, w którym jest więcej rodzynek od sera? Jako dziecko wydłubywałam rodzynki z sernika - teraz absolutnie tego nie robię, co nie zmienia faktu, że wkurzałaby mnie sytuacja, w której rodzynki przyćmiewałyby tą przepyszną sernikową pralinę. Rodzynki są tutaj tylko miłym dodatkiem. Tak samo jest z orzechami. 

No dooobra. Mam fioła na punkcie orzechów włoskich i pewnie już w ogóle piałabym z zachwytu, gdyby w takim sernikowym gąszczu umieszczono połówki orzecha. Tutaj mamy do czynienia z drobno siekanymi orzechami włoskimi, które w smaku są nie do podrobienia. Barrrrdzo wyraziste, takie jakie są w naturze - niczym nie trzeba ich podrasowywać. Kolejny czynnik, który składa się na niekwestionowany urok tej tabliczki.

Dziwi mnie tylko, że skład tej czekolady zamieszczony w sklepie internetowym Zottera różni się od składu podanego na opakowaniu. Na stronie w liście składników dostrzec możemy na przykład chili i anyż, których absolutnie nie wyczuwałam. Może ktoś popełnił błąd, albo po prostu istnieje kilka receptur tego wariantu smakowego. Nie wiem. Mi mój wariant pasował bardzo, więc wykłócać się o cokolwiek nie mam zamiaru.

Widząc pierwszy raz nazwę Cheese-Walnut-Grapes nie spodziewałam się, że dostanę tak PROSTĄ czekoladę. Tak, bo w gruncie rzeczy jej smak jest bardzo prosty - ot, sernik z polewą czekoladową. Jednakże, ta prostota została wykonana PERFEKCYJNIE. Wszystko, ale to wszystko było tu przemyślane, co do cala - przez co wyrób pretenduje w moim oczach do miana genialnego. A przecież już sam rysunek na opakowaniu zapowiada nam, że będzie prosto... Najzwyczajniej - ser, rodzynka, orzech. Najpiękniej!

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, orzechy włoskie 8%, mleko, ser 5%, syrop glukozowo-fruktozowy, pełne mleko w proszku, rodzynki 2%, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka, balsamiczny ocet jabłkowy, grappa, odtłuszczone mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, koncentrat cytrynowy, pełny cukier trzcinowy, proszek sojowy, lecytyna sojowa, wanilia.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 514 kcal.
BTW: 9,8/37/33

niedziela, 18 stycznia 2015

Orion Studentska DuoMix mleczna i biała z rodzynkami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Nieźle Was wymęczyłam tymi recenzjami zimowych Studenstkich, ale to jeszcze nie koniec! Zamawiając poprzez Allegro nowości od Oriona nie mogłam przeoczyć DuoMix. Domówiłam ją "na doczepkę" i specjalnie się nie ekscytowałam możliwością spróbowania tej czekolady - w końcu wszystkie jej składniki już dobrze znałam. Białą czekoladę od Studenstkiej jadłam (w górach, a jakże!), mleczną próbowałam nieskończoną ilość razy, a dodatki mamy tu klasyczne (rodzynki, galaretki, orzechy arachidowe). Orion naprawdę idzie na łatwiznę podczas wymyślania nowości. Jak widzicie, DuoMix jest wariacją na temat tabliczki łaciatej - od razu przypomina się Milka Happy Cows (która na studiach była uważana za naszą czekoladę branżową, co niezmiernie mnie wkurzało).

DuoMix,tak jak pozostałe nowe Studentskie, poleciała z nami do Maroko, ale... wróciła z powrotem do Polski. Miejsce rozerwania jej sreberka było o wiele mniej romantyczne, niż w przypadku poprzedniczek. Bezpiecznie dolecieliśmy do ojczyzny, gdzie czekały na nas diametralnie inne warunki atmosferyczne. Pociąg z Warszawy do Poznania. Zimny korytarz, zaraz przy ubikacji (śmierdzi) i drzwiach pomiędzy wagonami (wieje, a drzwi przytrzaskują nam plecak, cudownie). Za oknem ciemne chmury i monotonny deszcz. Siedzimy na plecakach, opatuleni w puchowe kurtki. Zimno, nudno, źle. Może czekoladę? Tja, czekolada zdawała się być jedynym ukojeniem w powyższej sytuacji.


Pierwszy rzut oka na tabliczkę i... zaskoczenie. To jednak nie jest Happy Cows. W łaciatej Milce bazą jest mleczna czekolada ozdobiona nierównomiernie rozsianymi białymi plamami. Orion uczynił inaczej. Tutaj bazą jest biała czekolada, a mleczna pokrywa cienko powierzchnię tabliczki, i to nie w całości. Fani białej czekolady powinni być zadowoleni zwłaszcza, że Orion jakiejś tragicznej białej nie robi (pomimo brzydkiego składu).

Warstewka mlecznej czekolady jest tak cienka, że praktycznie nie czyni żadnej różnicy. W końcu mleczna Studentska nie szczyci się na tyle wysoką zawartością masy kakaowej, abyśmy mogli wyczuć wyraźny kontrast w połączeniu dwóch rodzajów czekolady. Wyczuć kakao się tu nie da. Biała czekolada jest bardzo słodka, ma dość miły śmietankowy posmak i pomimo znacznego udziału tłuszczy roślinnych nie czujemy odrzucającej margaryny. Znośny średniak, który staje się w ostatecznym rozrachunku całkiem smacznym kąskiem - oczywiście za sprawą świetnych dodatków. Klasyka wśród Studentskich - jędrne rodzynki, pyszne orzeszki, soczyste galaretki. Dla tych dodatków wybaczam wszystkie niedociągnięcia. 

W melancholijnym, powrotnym pociągu zjedliśmy sporą część tej tabliczki, pocieszając się skokiem cukru we krwi. To co zostało, oddałam mojemu Lubemu. Dacie wiarę? ;) On jednak częściej miewa ochotę na łakocie, niż ja. Tak mi się wydaje ;).

Na zakończenie jeszcze jedno fotograficzne wspomnienie naszej marokańskiej wyprawy. Doskonale pamiętam, jak dobrze mi wtedy zrobiła ta kawa, przegryziona kawałkiem jednej ze Studentskich... Chwila regeneracji po wyprawie na Ras i Timesguidę, by zaraz potem ruszyć ze schroniska Neltner z powrotem do wioski Aremd. Tak bardzo chciałabym się teraz znów tam znaleźć... Zamykam oczy, raz, dwa, trzy... PUF! Zniknęłam!? ;)


Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, orzechy arachidowe 9,5%, galaretki 9,5% (cukier, syrop glukozowy, woda, kwas cytrynowy, pektyny, cytrynian sodu, aromat, tłuszcz palmowy, tłuszcz kokosowy, wosk karnauba), rodzynki 9,5%, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, shea, sal, illipe, kokum gurgi, z pestek mango), lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 519 kcal.
BTW: 8,1/29/55,5

piątek, 16 stycznia 2015

Zotter Marrakesh mleczna z nugatem migdałowym, olejkiem pomarańczowym, płatkami róży i kardamonem


Każda moja czekolada ma jakąś historię, ale chyba żadna nie miała jeszcze tak szczególnej, jak Zotter MitziBlue Marrakesh. Gdy dowiedziałam się, gdzie spędzę z moim Lubym Sylwestra 2014/2015, od razu pomyślałam, że muszę to uczcić także w sposób czekoladowy. Przeglądając miesiące wstecz ofertę Zottera zapamiętałam, że jest w niej tabliczka o nazwie naszego noworocznego miasta. Na szczęście, była ona dostępna w Galerii Słodyczy - i to właśnie MitziBlue Marrakesh była przewodnim impulsem do złożenia pierwszego zamówienia w tym sklepie. Oprócz Marrakesh zamówiłam jeszcze wiele innych Zotterów, z których to kilka pojawiło się już na blogu. Ten słodki krążek czekał na wyjątkową okazję. Poleciał z nami kilka tysięcy kilometrów, przebył z nami wyprawę po Atlasie (oczywiście w dni, gdy nie chodziliśmy po górach z całym dobytkiem, nie zabieraliśmy tej czekolady na szlak ;)), aż w końcu trafił do celu - najbardziej szalonego miasta, jakie dotychczas miałam okazję odwiedzić.

Moje pierwsze spotkanie z Marrakeszem to SZOK.  Sylwestrowe popołudnie. Taksówkarz wiózł nas przez długie przedmieścia pełne pól golfowych i luksusowych biurowców, by w końcu wwieźć nas za bramy tradycyjnej, centralnej dzielnicy - Medyny. Trzeba było wysiąść, założyć ciężkie plecaki i przejść kilkaset metrów do naszego domu gościnnego. Kilkaset metrów horroru. Po pierwsze, nie miałam pojęcia jak mam przejść na drugą stronę ulicy. Multum aut, pomiędzy nimi przemykają skutery, wszyscy trąbią na siebie - zero kodeksu, a gdzieś w tym wszystkim odnajdują się piesi. Na bezdechu udało nam się w końcu wkroczyć w naszą uliczkę, będącą na szczęście niedostępną dla ruchu samochodowego. Lecz tam wcale nie było lepiej! Tłumy ludzi, przede wszystkim Marokańczyków - wszyscy niezwykle kolorowi. Stroje tradycyjne mieszały się z nowoczesnością. Wszędzie muzyka, niesamowity zgiełk. Oczopląs, uszopląs, węchopląs. Gdy cudem odnaleźliśmy nasz Riad, na domiar złego w patio trwało akurat zakwaterowanie grupy nowych gości. Szybko udało nam się załatwić klucze do naszego pokoju i gdy w końcu usiadłam próbując opanować szalony łomot serca rzekłam głośno do Lubego: "co za popier*olone miasto!!!".

Długi gorący prysznic pozwolił mi zmyć z siebie pierwsze negatywne emocje. Pełni obaw wyruszyliśmy eksplorować Marrakesz. Po niespełna dwóch dniach przemykania pomiędzy:
 Murzynami handlującymi smatrfonami i zegarkami, 
przesłodziutkimi Marokankami łapiącymi mnie za dłoń ze słowami: "Gdy zrobię Ci hennę, będziesz miała lepszy seks ze swoim mężem", 
żebrakami z otwartymi ranami po amputacjach,
bryczkami zaprzężonymi w przepiękne berberyjskie konie,
natrętnymi handlarzami haszyszu,
magicznymi soukami, gdzie można zgubić się na zawsze - a wypełniają je: kawiarnie pełne melancholijnych lokalsów pijących zieloną herbatę i patrzących się przed siebie; maleńkie salony fryzjerskie gdzie goli się brzytwą; warsztaty stolarskie i samochodowe; sklepy z miliardem aromatycznych przypraw o których istnieniu nie miałam pojęcia; dywany, chusty, olej araganowy, wszystko, dosłownie wszystko...,
przepięknymi, zadbanymi ogrodami i wielkimi gajami oliwnymi,
wszędobylskimi drzewami pomarańczowymi,
wystawami tradycyjnego rzemiosła i nowoczesnego malarstwa
dzielnicami mieszkalnymi - tymi biedniejszymi i bogatszymi,
dzielnicami hotelowymi, skąd nikt nawet nie odważy się zajrzeć do czeluści souk
i wszystkimi innymi rzeczami, na których samą myśl brak mi tchu
ZAKOCHAŁAM SIĘ W MARRAKESZU.







Zotter MitziBlue Marrakesh zostawiliśmy sobie na noworoczną wycieczkę po Marrakeszu. Szliśmy tam, gdzie ponosiły nas nogi - odkrywając totalne skrajności tego miasta, wszystkie niesamowicie piękne i tajemnicze. Nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego miejsca, gdzie w spokoju przysiadli byśmy na degustację. Minęliśmy Ogrody Królewskie, gaje oliwne, Ogrody Menary - a potem mieliśmy już tylko miasto w jego najróżniejszych odsłonach. Koniec końców, zacisznym miejscem degustacji stała się ławka na nowoczesnym, pięknym dworcu kolejowym. Szkoda, że nie poczekaliśmy jeszcze trochę, by otworzyć czekoladę na militarnych wzgórzach, z których to pochodzi jedno z powyższych zdjęć przedstawiających widok na miasto z góry. Skąd mieliśmy wiedzieć, co nas czeka, skoro Marrakesz wciąż nas zaskakiwał? ;)

 Dziś opisywana czekolada to pierwsza propozycja z serii MitziBlue, którą dane nam było spróbować. Ta liczna kolekcja charakteryzuje się okrągłym kształtem tabliczek, obecnością w środku dodatkowego dysku oraz jak przystało na Zottera - niebanalnymi połączeniami smakowymi. Zotter Marrakesh to mleczna czekolada z dodatkiem kardamonu i olejku pomarańczowego, posypana płatkami róż. Wewnątrz znajduje się dysk z nugatu migdałowego. Dodatki jak najbardziej marokańskie, ale czy czekolada dobrze wpisała się w to, co zaoferował nam prawdziwy Marrakesz?




Nareszcie miałam okazję spróbować czystej mlecznej czekolady od Zottera. I jak było? Oczywiście, że bajecznie! Jest to bardzo, bardzo delikatna czekolada. Subtelnie słodka, aksamitna, bogata w w wiele żywych aromatycznych nut płynących z kakao - które bawią się z nami w berka, gdy chcemy skupić myśli i jednoznacznie je zidentyfikować. Bardzo cieszy mnie fakt, że teraz częściej będę mogła z nią obcować - i stopniowo odkrywać jej bogactwo, dzieląc się z Wami wrażeniami.

Kardamon w przeciwieństwie do turbo-kardamonowego Macadamia + Cardamom - został w Marrakesh użyty oszczędniej. Jest wyczuwalny bez dwóch zdań i bardzo dobrze komponuje się z wyrazistą 40-procentową mleczną czekoladą - a przy tym nie przytłacza całej reszty. Nie piecze, nie odurza - dodaje nutę korzennej, naturalnej słodyczy. Suszone, piękne płatki róży łatwo rozpadają się w zębach, są kruchutkie i... wrażeń smakowych nie dodają tu praktycznie żadnych, choć wizualnie wnoszą dużo estetyki. 

Olejek z kwiatów pomarańczy? Szczerze powiedziawszy, ja go jakoś specjalnie nie czułam - a przecież tych cytrusów miałam dookoła mnóstwo i nie miałam prawa zapomnieć, jak smakują ;). Być może na tyle spójnie wtopił się w kardamonową otoczkę, że trudno go było jednoznacznie zidentyfikować. Tak jak w moim ukochanym zapachu Eisenberg Diabolique, gdzie na dzień dobry w nos uderza potężny kardamon, a obok przecież równie mocno dają do wiwatu żółte mandarynki - a jednak to kardamon zapamiętujemy najmocniej.

Zajmujący centralne miejsce dysk z migdałowego nugatu to prawdziwa pyszność. Jego smak wezbrał moje chęci do spróbowania całej zotterowskiej kolekcji Nougsus Nougat. Bardzo wyraziście migdałowy, bosko rozpuszczający się w ustach, z wspaniałym mlecznym posmakiem. Rewelacja. Jak dla mnie, mógłby zajmować jeszcze większą powierzchnię produktu ;).

Wszystko ładnie pięknie ale... O ile barwne i żywe ilustracje na opakowaniu idą w parze z gwarnym kolorytem tego marokańskiego miasta, to cała reszta już mi nie do końca pasuje. Zotter MitziBlue Marrakesh była czekoladą bardzo smaczną, ale to nie był Marrakesz. Ta tabliczka była zbyt delikatna. Była jak fragment wymuskanego żywopłotu w jednym z parków w centrum. Czekolada, która idealnie odzwierciedlałaby Marrakesz powinna być wybuchową mieszanką wszystkich smaków, która odrzuca od siebie i przyciąga na przemian. Kadzidła i mocz, świętość i potępienie. Powtórzę się, ta tabliczka była smaczna i milusia, ale chyba wolałabym zjeść ją w domu, a nie TAM. Przepadła z kretesem w morzu wrażeń, jakie dostarczyło mi Miasto. Miasto, gdzie już pragnę wrócić i jeszcze raz zaciągnąć się jego upojną wonią.

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 19%, miazga kakaowa, migdały, słodka serwatka w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, płatki róży 0,3%, kardamon 0,26% pełny cukier trzcinowy, odtłuszczone mleko w proszku, sól, lecytyna sojowa, imbir, cynamon, olejek z kwiatów pomarańczy 0,1%.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 589 kcal.
BTW: 7,4/42/44

środa, 14 stycznia 2015

Orion Studentska mleczna o smaku grzanego wina, z jabłkami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Dzisiaj zapraszam Was do zapoznania się z opisem ostatniej już Studenstkiej z limitowanej zimowej edycji. Nie będzie to jednak pożegnanie na długo z Orionem - już za dwie notki przybliżę Wam kolejną nowość tej marki, a mianowicie Studentska DuoMix.

Lubicie grzane wino? Jak wspomniałam w notce opisującej Studentską o smaku ponczu, moje doświadczenia z grzanym winem można policzyć na palcach jednej ręki. Przyznam się, że gdy piłam grzane wino te parę razy, przyjemność czerpałam tylko i wyłącznie z efektu rozgrzewającego i smaku korzennych przypraw. Co innego, gdybym takiego grzańca miała sobie przygotować sama... Lubię wina tylko wytrawne (ewentualnie półwytrawne) i wyraźna słodycz w winie mnie odrzuca. Robi mi się słabo na wspomnienie kobiety, która rezydowała w tym samym pensjonacie co my podczas jednego z naszych górskich wyjazdów. Co wieczór do kolacji zamawiała grzane wino (półsłodkie) i z dzikim uśmiechem na twarzy dorzucała do niego jeszcze kilka kostek cukru. Fuj!

Pewnie czekacie już na opis sytuacji, w której to rozdarłam sreberko naszej dzisiejszej Studentskiej podczas wyprawy w Atlas Wysoki? :D Otóż moi Drodzy, dnia 30 grudnia 2014, chwilę po skosztowaniu paru kostek Studentskiej mlecznej o smaku grzanego wina, z jabłkami, orzechami arachidowymi i galaretkami - leżałam sobie tak:



A taki miałam widok:


 Chwilę później weszliśmy na szczyt Jbel Tasghimout 2664 m n.p.m. (parę kosteczek Studentskiej znów wpadło ;)), a tam rozpościerała się dookoła nas taka sceneria:




 Powstawiałabym jeszcze fotki z naszego lunchu, jaki odbył się parę godzin później - oj tak, pod koniec grudnia siedzieliśmy na macie wpatrując się w monumentalne góry, łapiąc promienie cudnego słońca i jedząc specjalnie dla nas przygotowany w terenie posiłek - ale nie będę już Was torturować ;).

Jaka była główna bohaterka tego wpisu, czyli Studenstka? Jeśli chodzi o intensywność aromatów, była zdecydowanie najłagodniejsza z całej trójki zimowych limitek. Mój Mężczyzna uznał, że była spośród ich wszystkich najsmaczniejsza. Może coś w tym jest. Na pewno najmniej jest w niej owego dziwnego posmaku, który ma imitować trunek. Muszę przyznać, że ta Studentska jest mocno podobna do swojej zeszłorocznej poprzedniczki - jednakże tutaj aromat cynamonu jest o wiele słabszy. 

Za dodatek jabłkowy posłużyły niestety tak jak rok temu cząstki jabłkowe, które suszu z jabłek mają jedynie 14%. Te jasne kosteczki mają delikatny jabłkowy smak i wyróżniają się na tle większych, liczniejszych, bardziej cytrusowych galaretek. Orzechy arachidowe jak zawsze robią dobrą robotę, a marność mlecznej czekolady została przykryta całością zróżnicowanych dodatków. 

Pomimo tego, że rzeczywiście wersja jabłkowa sprawiała wrażenie najsmaczniejszej, to była najmniej charakterna. W zimowych edycjach z rodzynkami i śliwkami aromat mający udawać rum był wyraźny, ale momentami wydawał mi się wręcz dziwaczny. Tutaj winnego aromatu trudno się doszukiwać, ale odżegnując się od chęci identyfikowania produktu na siłę z jego nazwą - spokojnie mogę uznać tą tabliczkę za najbardziej zbalansowaną, najmilej rozgrzewającą (ale tylko tak delikatnie). I tak czy siak, bardziej przypasowała mi zeszłoroczna wersja jabłkowa - tam w galaretkach pojawił się ekstrakt cynamonowy i od razu uderzył w odpowiednie struny w moim sercu. 

Tegoroczna zimowa edycja Studentskich mogłaby być o wiele lepiej dopracowana. Pomysły były ciekawe i innowacyjne, ale w wykonaniu wiele brakowało do ideału. Nie chodzi już nawet o poprawianie kiepskiej czekolady, ale o zainwestowanie w autentyczność dodatków. W końcu na co dzień staram się unikać produktów "o smaku...". Gdybym nie zabrała moich Studenstkich w góry (gdzie z natury spisują się dobrze, jakiekolwiek by nie były) - być może żałowałabym tych zakupów.

Skład: cukier, orzechy arachidowe 13%, galaretki 13% (cukier, syrop glukozowy, woda, kwas cytrynowy, pektyny, cytrynian sodu, aromat, tłuszcz palmowy, tłuszcz kokosowy, wosk karnauba), tłuszcz kakaowy, cząstki jabłkowe 10% (syrop glukozowo-fruktozowy, skoncentrowany susz z jabłek 14%, glicerol, cukier, błonnik pszenny, olej palmowy, pektyny, kwas cytrynowy, naturalny aromat, kwas askorbinowy), pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, shea, sal, illipe, kokum gurgi, z pestek mango), lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 505 kcal.
BTW: 6,8/28/55

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Orion Studentska mleczna o smaku grogu, z rodzynkami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Jesteśmy w połowie recenzowania najnowszej limitowanej edycji Studentskiej, zabranej przeze mnie na wyprawę do Maroko - dzisiaj przed Wami czekolada mleczna o smaku grogu, z rodzynkami, orzechami arachidowymi i galaretkami. Jak wspomniałam w poprzedniej notce, alkoholowa nuta smakowa, jakiej należy się spodziewać ze względu na nazwę produktu, wynika jedynie z dodatku odpowiednich aromatów. Niech więc abstynenci nie mają obaw, nie wyczujemy tu żadnego chamskiego spirytusu. Trochę szkoda, że rzeczywiście nie ma tu ani grama alkoholu (choć może i lepiej, jeśli poprzez ten zabieg czekolady miałyby się stać substytutem kieliszka wódki) - przynajmniej z czystym sumieniem mogłam częstować nimi Berberów ;). Można prowadzić samochód, można dać ją dziecku... W sumie, to Orion poczynił bardzo zachowawczy ruch stosując te aromaty ;). Przy okazji przyoszczędził też na cytrusach i cynamonie, które powinien zawierać trunek taki jak grog. Heh. Gdyby nie aromaty, dziś opisywana tabliczka nie różniłaby się niczym od klasycznej mlecznej Studenstkiej.

Przenieśmy się na chwilę do miejsca, gdzie rozdarłam sreberko tej czekolady (tak, Studentska to nadal papierowe opakowanie plus sreberko, szok! ;)). Dzień po zdobyciu Jabal Toubkal, ponownie wyruszyliśmy ze schroniska Neltner przed świtem - tym razem po to, aby zdobyć kolejne czterotysięczniki Atlasu Wysokiego: Timesguida 4088 m n.p.m. i Ras 4083 m n.p.m. (Ouanoukrim). Ta wspinaczka była dla mnie zdecydowanie większym wyzwaniem, niż wejście na Toubkal. Po pierwsze, od rana bolał mnie brzuch (bałam się, że to zaczątki Zemsty Faraona - myśl o prawdopodobnej utracie możliwości spożywania pysznego marokańskiego żarełka jeszcze bardziej mnie dołowała. Z góry zaznaczę, że na szczęście do totalnej Zemsty nie doszło i mogłam jeeeeeść ogromne ilości aż do końca wyjazdu :D). Po drugie - trasa na te szczyty była istotnie trudniejsza, niż na Toubkal. Nie bez przyczyny, na Toubkal tamtego dnia waliły tłumy, a na Ouanoukrim tylko my (kocham samotność na szlaku!). Trochę wspinaczki w skale, strome ściany z sypkim śniegiem... Gdyby tego było mało, na ekspozycjach wiał niemiłosierny wiatr, który wbijał cząstki lodu prosto w moją twarz. 

Oj, wiele było momentów, kiedy czułam agresję, strach, bezsilność... Dopiero na samym Timesguida szalka emocji zaczęła się przechylać na korzyść tych pozytywnych, a apogeum radości osiągnęłam na Ras. Na samiutkim szczycie udało nam się znaleźć w miarę zaciszne miejsce. Tam przysiedliśmy. Nasz przewodnik Hassan swoim zwyczajem otworzył magiczny worek z bakaliami, a ja... no właśnie, rozdarłam sreberko. I w końcu bez negatywnych emocji w tle mogłam napawać się nieziemskimi widokami. Nawet ból brzucha minął, totalny relaks (dobrze, że w tym momencie nie myślałam o tym, że trzeba jeszcze zejść w dół... ;)). Tej czekolady nie zjedliśmy całej na Ras (na raz :D), została konsumowana etapami i to w późniejszych chwilach najpilniej zanotowałam wrażenia smakowe. Jednakże momentowi otwarcia tej tabliczki towarzyszyły tak różnorakie emocje i absolutnie zapierające dech w piersiach widoki - dlatego to właśnie tą historię chciałam Wam w tym wpisie przytoczyć. I przepraszam za tyle zdjęć, ale nie mogłam się powstrzymać :P.




Przejdźmy w końcu do opisu samego produktu. Mleczną czekoladę Studentską oraz występujące w niej orzechy arachidowe opisywałam już wiele razy i w tych kwestiach raczej nic się nie zmienia. Kiepska jakościowo czekolada w połączeniu z licznymi, nie przeleżanymi orzeszkami tworzą wyrób, który jest tolerowany przez moje podniebienie - a zwłaszcza, gdy dorzucimy do tego jeszcze soczyste galaretki i owoce. Przecież za to darzymy Studentską sympatią! 

Galaretki nie wyróżniają się na tle innych dodatków tak bardzo, jak stało się to w wersji z ponczem. Tutaj zdecydowany prym wiodą rodzynki. Dlaczego? Przypuszczam, że to właśnie na nich producent skupił swoja uwagę, aromatyzując produkt (choć w składzie tego nie podano - może to silnie wchłonęły aromat dodany do samej czekolady. Hmm, też nie? Cóż, szczegóły tych rozważań na końcu...). Rodzynki są średniej wielkości i jak na dodatek do czekolady - są dość jędrne i soczyste. Niech antyfani rodzynek trzymają się od tej tabliczki z daleka! Sprawiają wrażenie lekko nasączonych rumem, a do tego dochodzi pewna cytrusowa nuta, roznosząca się po całej tabliczce. Nie jest to tylko i wyłącznie akcent kwasu cytrynowego, który znajduje się w składzie galaretek. Bardziej przywodzi to na myśl syrop pomarańczowy. Koniec końców, aromatyzacja tej czekolady jest wyraźna - nie wiem, czy nie najwyraźniejsza z całej trójki zimowych limitek.

Wiele razy w tym wpisie użyłam słowa "aromat". Głębsze przestudiowanie składu produktu doprowadza nas do dziwnego wniosku, że w nim to słowo zostało zastosowanie jedynie raz, i to tylko w składzie galaretek! (Cofnęłam się do poprzedniej notki, w wersji z ponczem było podobnie...). Coś mi tu nie pasuje... Przecież zdecydowanie ta tabliczka ma w sobie coś innego, niż zwykła mleczna Studentska... Nie wiem, co o tym myśleć. Czy Orion coś przed nami ukrywa? A może mimowolnie poddałam się sile autosugestii? W to drugie akurat w tym przypadku mocno wątpię. Trudno. Są pewne tajemnice, których nigdy nie dociekniemy (tak jak i wiele gór, w których nigdy nie będziemy... I wiele czekolad, których nigdy nie spróbujemy...).

Skład: cukier, orzechy arachidowe 12%, galaretki 12% (cukier, syrop glukozowy, woda, kwas cytrynowy, pektyny, cytrynian sodu, aromat, tłuszcz palmowy, tłuszcz kokosowy, wosk karnauba), rodzynki 12%, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, shea, sal, illipe, kokum gurgi, z pestek mango), lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 505 kcal.
BTW: 7,0/27,5/57,2

Bonusowo jeszcze widoki z tego dnia wyprawy na trzy zdobyte przez nas szczyty: Toubkal, Timesguida i Ras/Ouanoukrim (specjalna dedykacja dla Candy Pandas :)).








sobota, 10 stycznia 2015

Orion Studentska mleczna o smaku ponczu, ze śliwkami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Mleczne Trio z zimowej edycji Studentskiej (oraz nowość DuoMix) zakupiłam za pośrednictwem Allegro. Te turbo-nadziane czekolady od Oriona nabywam już tylko z myślą o górach - spisują się tam idealnie. Na  szlaku zupełnie nie przeszkadza mi fakt, że czekolada od Oriona jest kiepskiej jakości. W Studentskiej zawsze najbardziej liczyła się mnogość dodatków i właśnie ze względu na nie darzę te tabliczki sentymentem.

Najnowsze limitki Studenstkiej to wariacje na temat rozgrzewających alkoholi: idealnych na mroźne wieczory. Spośród ponczu, grogu i grzanego wina próbowałam jedynie tego ostatniego (oczywiście w górach ;) - akurat w Alpach Otztalskich). Moja mina zrzedła, gdy po rozpakowaniu przesyłki ze Studentskimi przestudiowałam ich skład - w żadnej nie znajdziemy ani grama alkoholu! Wynika z tego, że posmak wymienionych wyżej trunków płynąć będzie jedynie z dodanych aromatów. W tym miejscu pojawiła się u mnie obawa, czy aby na pewno te czekolady będą się czymś różnić od zeszłorocznych limitek ze śliwkami i jabłkami oraz od klasycznej mlecznej z rodzynkami. Przekonać mogłam się tylko po spróbowaniu, a więc nie było co gdybać... Wszystkie Studentskie poleciały z nami do Maroko.






Bezchmurne, słoneczne popołudnie - spędzone na ławce przed schroniskiem Neltner na 3207 m n.p.m (które to było naszym domem przez dwie doby). Relaks i regeneracja po zdobyciu najwyższego szczytu Atlasu Wysokiego - Jabal Toubkal 4167 m n.p.m. Nasz wspaniały kucharz (Tak! Mieliśmy własnego, prywatnego kucharza ;)) przyrządził nam pyszną, marokańską kawę (szczerze powiedziawszy podczas całego wyjazdu stanowczo za mało napiłam się tej kawy - za to zielona herbata z miętą lała się hektolitrami). Ja udałam się do naszego wieloosobowego pokoju (nocne koncerty wielonarodowościowego chrapania to niezapomniane przeżycie ;)) i w drodze losowania wybrałam Studenstką o smaku ponczu, ze śliwkami, orzechami arachidowymi i galaretkami - jako towarzyszkę do kawy.

Cała 180-gramowa tabliczka zniknęła podczas tego posiedzenia przed schroniskiem - ale nie wynikało to tylko i wyłącznie z naszego łakomstwa ;). Poczęstowaliśmy naszego przewodnika, kucharza oraz szefa schroniska. Wszyscy są Berberami - i nic nie przeszkadzało im w smaku czekolady, co jest najlepszym dowodem na to, że alkohol w tej serii Studentskiej to totalna fikcja.

Galaretek w tej Studenstkiej jest zdecydowanie więcej, niż śliwek. Galaretki są duże, jędrne i posiadają posmak nieco inny, niż zazwyczaj. Być może jest to właśnie aromat ponczu. Zresztą, sama czekolada również okraszona jest wyraźną nutą nietypowego zapachu. Uff, moje wątpliwości zostały rozwiane - zeszłoroczna edycja nie została zdublowana. Tabliczka niesie ze sobą lekko rozgrzewający, a przy tym świeży i owocowy posmak - który musi wynikać z dodatku aromatu mającego imitować poncz. Nie powiem, jest to ciekawa odmiana - choć szału wielkiego i tak nie robi. 

Śliwki zostały zatopione w czekoladzie w formie małych i dość cienkich kosteczek. Chwała Orionowi za to, że użył najzwyklejszych suszonych śliwek, zamiast bawić się w eksperymentowanie z "śliwkowymi cząstkami" (które mogłyby zawierać 0,x% prawdziwych śliwek). W tej tabliczce producent wypadł nawet lepiej, niż w zeszłorocznej śliwkowej propozycji - tam śliwki podlane były olejem słonecznikowym (no chyba, że tutaj ukryto coś w składzie...). Kawałki śliwek nie są mocno wyczuwalne - galaretki je przytłumiają. A jednak dobrze pasują do tego specyficznego posmaku całości.

Orzeszki arachidowe jak zwykle spisują się doskonale. Są dość liczne i raczej dobre jakościowo. Choć szczerze powiedziawszy, marzy mi się Studenstka z dodatkiem innego rodzaju orzechów. Orion powinien pomyśleć o takich limitkach, zamiast kombinować z owocami i aromatami.

Na bardzo, ale to bardzo zły skład samej czekolady jak zwykle spuszczę zasłonę milczenia... Studentska jest wyjątkiem od reguły - w innych wypadkach nie toleruję dodatku tłuszczy roślinnych oraz tak niskiej zawartości masy kakaowej. Trudno. Będę ją przecież tak mile wspominać - została zjedzona w niezwykle gościnnym towarzystwie, w przepięknych okolicznościach przyrody. Jeszcze czuję na twarzy to marokańskie słońce... :) 

Skład: cukier, orzechy arachidowe 13%, galaretki 13% (cukier, syrop glukozowy, woda, kwas cytrynowy, pektyny, cytrynian sodu, aromat, tłuszcz palmowy, tłuszcz kokosowy, wosk karnauba), tłuszcz kakaowy, kawałki suszonych śliwek 10%, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, shea, sal, illipe, kokum gurgi, z pestek mango), lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 511 kcal.
BTW: 7,2/28/56,2

czwartek, 8 stycznia 2015

Fin Carre mleczna z orzechami laskowymi


Dzisiaj opisywaną tabliczkę zakupiłam podczas promocji w Lidlu na produkty Fin Carre. Nie ukrywam, że została wybrana z myślą o zabraniu ją w góry - w końcu orzechy podwyższają wartość energetyczną i odżywczą czekolady. Wizerunek wyrobu umieszczony na opakowaniu był zachęcający - obiecywał prawdziwe bogactwo dorodnych orzechów laskowych. Kiedy dumałam w Lidlu nad półką z czekoladami, minęły mnie matka z córką, które bardzo entuzjastycznie zareagowały na obecność tego produktu w sklepie. "Ooo, w końcu jest nasza ulubiona czekolada!" - wykrzyknęły radośnie chórem, po czym sięgnęły po kilka opakowań. Poszłam za ich śladem, lecz starym zwyczajem wzięłam tylko jedną tabliczkę.

Szykując się do upragnionego, świąteczno-noworocznego wyjazdu w góry - sporządziłam listę słodkości, które miałam zabrać ze sobą. Na liście znalazła się opisywana dziś czekolada, trzy zimowe limitki Studentskiej, nowa Studentska Duo Mix, opakowanie orzechów i owoców w czekoladzie z lidlowskiej oferty DeLuxe, oraz... produkt, który zakupiłam specjalnie z dedykacją na tą wyprawę. Jaka to czekolada? Moi drodzy, Zotter MitziBlue Marrakesh. No, teraz stało się jasne, gdzie uciekłam z moim Mężczyzną :).

Polecieliśmy do Maroko. Większość czasu spędziliśmy na wspinaczce i trekkingu w Atlasie Wysokim, zdobywając nasze pierwsze czterotysięczniki. Sylwestra i Nowy Rok świętowaliśmy w Marrakeszu. Jako pierwszy słodyczowy dopalacz w górach, zużyliśmy mix orzechów i owoców w czekoladzie z Lidla (swoją drogą, przeważają w nim orzechy laskowe i migdały, mimo, że skład sugeruje większą różnorodność składników - nie są one proporcjonalne w swej ilości). Na drugi rzut poszła Fin Carre. Z prostego powodu - zdążyła się nieźle połamać podczas podróży. Plastikowe opakowanie dzielnie trzymało wszystko w ryzach.




Te widoki i emocje zasługiwały na najwykwintniejsze czekolady świata, ale ja postawiłam na najzwyklejsze energetyczne dopalacza. Zresztą wątpię, czy byłabym w stanie delektować się wykwitną czekoladą, zaraz po zdobyciu najwyższego szczytu północnej Afryki - Jabal Toubkal 4167 m n.p.m. Endorfiny buzowały we krwi jak szalone, gdy przysiedliśmy za skałą wraz z naszym przewodnikiem - abyśmy mogli ochronieni przed silnym wiatrem uzupełnić zapasy energii i przygotować się do zejścia w dół. Nasz berberyjski przewodnik otworzył magiczny wór z suszonymi figami i daktylami, migdałami, orzechami ziemnymi w miodowo-sezamowej otoczce oraz anyżowymi ciasteczkami. My otworzyliśmy czekoladę.

Szczerze powiedziawszy, nawet nie wiem, kiedy cała zniknęła. Jej cienkość wpływa na łatwe łamanie się tabliczki, zwłaszcza, że rzeczywiście suto upstrzona jest dość dużymi orzechami laskowymi. Jeśli chodzi o smak, absolutnie nie mam się do czego przyczepić. To nieprzesłodzona, dobra jakościowo mleczna czekolada. 32-procentowa zawartość masy kakaowej przy wszechobecnym oszczędzaniu kakao w czekoladach u popularnych producentów jest naprawdę satysfakcjonująca. Udział orzechów laskowych jest duży, są one świeże i bardzo naturalne w smaku - nie przypieczono ich, ani nie umieszczono w karmelowej otoczce. Myślę, że propozycja Fin Carre jest o wiele bardziej godna uwagi, niż kultowe czekolady "z okienkiem" od Alpen Gold (swoją drogą, ta firma tak eksperymentuje z doborem surowców w swych obecnie dostępnych na rynku czekoladach, że aż żal! Oszczędności na każdym kroku...). Niemiecki Solent nie robi nas w konia i oferuje prostą, lecz solidnie wykonaną czekoladę. No i na dodatek tak bardzo tanią i łatwo dostępną. Polecam - nie tylko jako dopalacz :).

Kolejne notki będą pojawiać się co drugi dzień - w końcu jestem w stanie sprostać mojemu postanowieniu o częstszym publikowaniu wpisów. Następne trzy recenzje dotyczyć będą całej zimowej edycji Studentskiej - z wplecioną dalszą relacją z naszej wspaniałej wyprawy. Cóż, czekolady zabrane w Atlas Wysoki stały się nierozłączną częścią tych gór i nie umiem opisywać ich bez kontekstu. Enjoy!

Skład: cukier, orzechy laskowe 27%, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 18%, miazga kakaowa, słodka serwatka w proszku, laktoza, miazga z orzechów laskowych, lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat waniliowy.
Masa kakaowa min. 32%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 576 kcal.
BTW: 8,7/40,1/43,3.

wtorek, 6 stycznia 2015

Momami ciemna z piernikiem migdałowym i biała z pomarańczą i migdałami


 Niedzielne zakupy w Biedronce uskuteczniane w moim Mężczyzną weszły już wręcz do kanonu naszych weekendowych zajęć. Całe szczęście, nasze pozostałe zwyczaje są o wiele bardziej pasjonujące, niż jeżdżenie wózkiem po markecie. Pomimo to, pospolita Biedronka potrafi czasem przyprawić mnie o szybsze bicie serca. Tak stało się, gdy pośród świątecznych słodkości (które naprawdę mało mnie interesowały), zauważyłam czekoladę od Momami. 

Na moim blogu gościło już parę czekolad niemieckiej marki Momami (dawniej Mount Momami). Wszystkie były zakupione w Almie i z każdą z nich wiążę bardzo miłe wspomnienia. Czekolady Momami cechują się oryginalnymi (a wręcz dziwacznymi) kształtami oraz... jakością i smakowitością, której nie można im odmówić. To naprawdę rzetelnie wykonane czekolady wzbogacone o atrakcyjne dodatki. Mimo dużego zapasu czekolad w Magicznej Szufladzie, musiałam sięgnąć po bożonarodzeniową gwiazdkę od Momami. I zjeść ją szybciej, niż dyktowałby to odległy termin ważności. Pytanie, czy Momami sprzedawana w Biedronce to nie jest czasem produkt gorszej jakości? Tak, jak to bywa z Milkami i proszkami do prania?

Uprzedzając fakty, zdradzę, że NIE :). Nie ma się czego bać, to jest ta sama dobra czekolada Momami. Zanim przejdę jednak do wrażeń smakowo-zapachowych, parę słów o formie i opakowaniu. Momami nie byłaby sobą, gdyby nie uformowała swej tabliczki w nietypowy kształt. Tym razem mamy sześcioramienną gwiazdę. Każdy romb został umieszczony w osobnej przegródce w pozłacanym plastiku - naprzemiennie są to warianty deserowe i białe, przyozdobione odmiennymi dodatkami. Tabliczka dobrze chroniona jest przed wpływem czynników wewnętrznych także przez kartonową podkładkę oraz folię. Wszystko to zamknięte jest jeszcze w gustownym kartoniku, który błyszczy się na tyle mocno, że trudno było mi zrobić ładne zdjęcie opakowania.


Jedyny zawód, jaki przechodzimy podczas bliższego zapoznawania się ze świąteczną Momami, jest zbyt mała ilość posypki na rombach z białej czekolady. Porównajcie sobie zdjęcie na opakowaniu oraz fotografię realnego wyglądu produktu. Komuś się nierówno sypnęło, a mi się to nie podoba. 

Naszą degustację rozpoczęliśmy od białej czekolady. Jej czysty zapach zapowiada nam, że i tutaj będziemy mieć do czynienia z wysoką jakością, jak w wypadku innych białych Momami. Smak niesie ze sobą wiele przyjemności i przywołuje wspomnienia z poprzednich degustacji wyrobów tej marki. Jest słodko i aksamitnie, przyjemnie mlecznie - w sposób świeży i lekki. Nie jest zbyt tłusto. Idealna baza pod dodatki, ale także świetna sprawa do konsumowania solo (choć większa ilość mogłaby zasłodzić, ale jest to bardzo miła słodycz). Posypka z kruszonych, prażonych migdałów super się tutaj odnajduje (kochamy migdały! ;)). Akcentem idealnie wieńczącym tą kompozycję są kawałki skórki pomarańczowej, podanej w bardzo przystępnej formie. Jest dość miękka, a przy tym nie sztucznie gumowata. Soczysta, a nie przesuszona. Wyraziście pomarańczowa, co nadaje białej czekoladzie świątecznego wyrazu.

Brązowe romby obłędnie pachną mocnoczekoladowym piernikiem. Ciemna czekolada, pomimo swojej deserowości (56-procentowa zawartość masy kakaowej) - ma w sobie sporo głębi jeśli chodzi o smak. Jest to sprawa, którą znam dobrze z dawniej próbowanych ciemnych Momami. Wytrawna goryczka pełna inspirujących nut, została połączona w zbalansowany sposób z nienachalną słodyczą cukru. A co z migdałowymi słupkami? W zasadzie stały się one bazą dla korzennych przypraw. Tak, te chrupkie kawałki migdałów zupełnie tracą typowy dla siebie, naturalny charakter. Wprawdzie czuć lekko ich posmak, ale dominującą rolę odgrywa posypka, kryjąca się w składzie pod nazwą "przyprawa do piernika". Szkoda, że producent nie wyszczególnił, co dokładnie weszło w skład tej mieszanki. Ja baaaardzo wyraźnie czuję cynamon i goździki, zapewne mamy też tu nieco kardamonu. Dla mnie, fanki korzennych przypraw ten element czekolady to prawdziwa gratka :). A do tego, świetnie równoważy się ze słodyczą białej czekolady. O tak, bardzo przyjemnie jest jeść białe i ciemne części naprzemiennie. Nie ma wtedy miejsca na przesyt, a odmienne smaki koniec końców bardzo dobrze się zgrywają - w typowo świąteczną kompozycję.

Nie wiem, czy w dniu publikacji wpisu w jakichś Biedronkach będą jeszcze dostępne te czekolady. Ja kupiłam swoją 14 grudnia, a gdy dwa dni przed Wigilią chciałam zakupić ją w większej ilości jako upominki świąteczne dla kolegów z pracy - zastałam tylko jedną tabliczkę. Nie obraziłabym się, gdy Biedronka od czasu do czasu rzuciła jakąś dobrą, trudno dostępną czekoladę - i to nie w formie produktu marki własnej. Jeśli macie świąteczną Momami w swoich zapasach, możecie sięgać po nią bez najmniejszych obaw. Smacznego! ;)

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, słodkie migdały 8%, pełne mleko w proszku, skórka pomarańczowa 2%, syrop glukozowo-fruktozowy, przyprawa do piernika 0,7%, lecytyna sojowa, guma arabska, kwas cytrynowy.
Masa kakaowa: w ciemnej czekoladzie min. 56%, w białej czekoladzie min. 28%.
Masa netto: 90 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 548 kcal.
BTW: 6/34,5/51,9