niedziela, 24 sierpnia 2014

Lindt Erdbeer-Milchcreme mleczna nadziewana kremem truskawkowym i mlecznym


Myślicie, że dzisiaj opisywana czekolada zapoczątkowała degustacje tabliczek zakupionych w Innsbrucku? O nie! Nim sięgnęłam po pierwszy produkt z szalonych austriackich zakupów już zdążyłam zgrzeszyć. I było to grzeszenie z premedytacją. Bo jak można inaczej nazwać kupowanie kolejnych czekolad, gdy ma się już ich kilkadziesiąt w zapasie? :D

 Z racji corocznego wypadu na festiwal do naszych zachodnich sąsiadów, odwiedziłam niemiecki market, wspominany na blogu już nieraz. Efektem tych odwiedzin było 5  tabliczek Lindta w kieszeni... Mój Ukochany lamentował, że oszalałam, że kiedy my to wszystko zjemy... Jego narzekanie ucichło gdy okazało się, iż już na samym festiwalu zjedliśmy trzy z nich ;). Tak więc w najbliższym czasie spodziewajcie się trzech recenzji Lindta. Potem będzie już niemal tylko Innsbruck ;).

Muszę przyznać, że mój zakup w Niemczech był podyktowany nie tylko łakomstwem i czeko-zakupoholizmem. Męczyły mnie wyrzuty sumienia. W Austrii, tuż po wyjściu w pełnymi siatami ze sklepu R.Rajsigl, trafiłam do sklepu Lindta. Obeszłam półki wokoło i NIC nie kupiłam. Byłam wciąż obrażona na Lindta za serię Black&White i ciężko było mi się na coś zdecydować, choć miałam parę tabliczek na oku. Nadal ręce mi się trzęsły z podekscytowania po zakupach w R.Rajsigl i Lindt w tym momencie zupełnie na mnie nie działał. Gdy już ochłonęłam z emocji, poczułam, że go zdradziłam... Musiałam zadośćuczynić, musiałam ;) (booooże, jaka wariatka!!! :D)

 Historia zatoczyła koło. Erdbeer-Milchcreme należy do serii czterech czekolad, z której dotychczas próbowałam tylko jednej. Była to wyśmienita Zitrone-Buttermilch, kupiona dokładnie dwa lata temu również w Niemczech, zjedzona na terenie tego samego festiwalu. 

Erdbeer-Milchcreme jest z jeszcze jednego powodu tabliczką wyjątkową. Została zjedzona w bardzo nietypowych (jak dla nas) warunkach. Po pierwsze, do jej towarzystwa piliśmy nie tylko kawę, ale i Berliner Kindl Weisse. Kwaskowatość tego piwa zaskakująco dobrze komponowała się ze słodyczą nadziewanej czekolady. A właściwie to dwóch czekolad ;). Zaraz po Erdbeer-Milchcreme została otwarta jeszcze jedna tabliczka Lindta. Prawdziwa festiwalowa rozpuuuusta! Podsumowaniem nietypowych warunków degustacji niech będzie fakt, iż oprócz mnie i mojego Ukochanego uczestniczył w niej jeszcze jego kuzyn. A to naprawdę rzadka sytuacja, że dzielimy się czekoladą ;). 

Siedząc na ławeczce w promieniach sierpniowego słońca, każdy z nas po kolei zaciągnął się zapachem czekolady. Truskawka została rozpoznana od razu, nie do pomylenia z innym owocem - wyraźna i naturalna. Do tego oczywiście aromaty zwiastujące przepyszną mleczną czekoladę Lindta, którą tak uwielbiam.

Czekolada jak zwykle rozpływa się w ustach, zostawiając na podniebieniu aksamitny film, z idealnie wyważonego słodkiego duetu kakao i mleka. Dolna biała warstwa nadzienia, nazwana przez producenta mlecznym kremem - jest w rzeczywistości bardzo neutralna. Owszem, mamy tu mleczność, ale nie jest to coś szczególnie wyrazistego. Zdecydowanie ciekawsza jest górna warstwa. Ta część nadzienia ma blado-różową barwę, bogatą w drobinki truskawek. Czujemy tutaj prawdziwą soczystą truskawę, zatopioną w mlecznym koktajlu. Oj tak, mleczny koktajl truskawkowy to dobre porównanie. A takie wnętrze wprost musiało dobrze komponować się z pyszną mleczną czekoladą. Ona opiekuńczo otuli każde nadzienie ;).

W składzie należy przyczepić się przewagi tłuszczy roślinnych nad tłuszczem mlecznym. Bardzo nie lubię, gdy Lindt profanuje w swych nadzieniach masło, poprzez stosowanie znacznego udziału margaryny. Generalnie całość jest mocno słodka, ale jest to słodycz urozmaicona - nie czujemy czystego cukru, lecz właśnie ów owocowy koktajl w delikatnej kakaowej otoczce. Pomimo znaczniej dawki słodyczy, nasz apetyt na więcej nie został pohamowany ;). Po jakiego Lindta sięgnęliśmy tuż po Erdbeer-Milchcreme dowiecie się już wkrótce ;)

Skład: cukier, pełne mleko w proszku 19%, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne, odtłuszczone mleko w proszku 4%, tłuszcz mleczny, truskawki 1%, lecytyna sojowa, syrop glukozowy, laktoza, naturalne aromaty, koncentrat soku cytrynowego, ekstrakt słodu jęczmiennego, koncentrat z szafranu i rzodkiewki.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 565 kcal. 
BTW: 7,5/37/51

8 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Zachęcam do przypomnienia sobie ich produktów :)

      Usuń
  2. Przepraszam, że pytam, ale ile Ty zarabiasz, że masz pieniądze na kupowanie tylu czekolad?! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potrafię sobie odłożyć pieniądze na przyjemności. Na co dzień rzadko jadam słodycze, więc gdy mam okazję pozwalam sobie na coś ekstra. Moje czekoladowe zakupy tego lata były jednorazowym szaleństwem, przecież nie kupuję kilkudziesięciu czekolad co tydzień...

      Usuń
    2. od życia też się coś należy ;) lepiej zawsze sobie "uciułać" i kupić czekoladę/y wyższej jakości. Nie można odmawiać sobie przyjemności ;)

      Usuń
    3. Niektórzy jedzą codziennie batony i ciastka, ja wolę zainwestować w coś, co będę długo wspominać. Przy ostatecznej kalkulacji "pożeracze ciastek" i ja wydajemy rocznie pewnie tyle samo kasy na słodkości.

      Usuń
  3. Hahaha, wariatka :D Przebiłaś mnie i to zdecydowanie w czekoladowym zakupoholizmem ;D
    Tej wersji bym zdecydowanie nie wzięła (truskawki) ale potrafię sobie wyobrazić smakowitość samej czekolady i mlecznego nadzienie, nawet trochę nijakiego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę przyznać, że dwie kolejne zjedzone na tym festiwalu Lindty były smaczniejsze od Erdbeer-Milchcreme (notki o nich pojawią się jeszcze w tym tygodniu). A zakupoholizm dostarcza wielu cudnych emocji :D. Samotna i zmęczona po pracy, idę się pocieszyć i pooglądać moje czekoladki, chlip chlip ;)

      Usuń