wtorek, 17 października 2017

Tibitó Meta ciemna 70%


Dzień po degustacji spektakularnej mlecznej Tibitó z kolumbijskiego departamentu Meta, przyszedł czas na wersję ciemną o 70% zawartości kakao. Akurat tę tabliczkę udało mi się w dorwać w Kolumbii w formacie 80 gramowym, co mnie bardzo cieszyło. Większa gramatura sprawiła, iż degustację Tibitó Meta 70% mogliśmy sobie rozbić na dwa razy, stopniowo odkrywając jej walory. W mlecznym wariancie mniejszy rozmiar był okropną wadą - czekoladę pochłonęliśmy w mgnieniu oka. Najbardziej byłam ciekawa, czy również w wersji ciemnej wyczuję intrygujące serowe nuty, jakie zauroczyły mnie w tabliczce mlecznej. O samym kolumbijskim regionie Meta pisałam więcej właśnie przy okazji recenzji tego mlecznego cudaka.


Ciemna Meta zdawała się posiadać fioletową barwę. Zapewne było to złudzenie stworzone przez lekki nalot, jakim się pokryła, nie mniej jednak jej kolor określiłam jako osobliwy. W zapachu... tak, od razu poczułam twaróg, tudzież serek homogenizowany... W wersji mlecznej takie aromaty były bardziej oczywiste przez wzgląd na udział mleka, natomiast teraz zdecydowanie przekonałam się, że kakao z Mety po prostu uderza w takie nuty. W tle kręciły się również przeróżne soczyste owoce, ale wszystkie one wymieszane zostały z twarożkiem. Wszystko spajała delikatna paloność.

 Typowo dla ciemnych Tibitó, czekolada rozpuszczała się powoli, ale przyjemnie i bez śladu proszku. Po prostu trzeba było nad nią dłużej popracować, a wtedy stopniowo uwalniała swoje walory. Na pierwszy plan wysunęła się soczysta paloność. Z jednej strony przywodziła ona na myśl kawowe nadzienie w cukierkach typu trufle, skropionych odrobinę whisky. Z drugiej strony - coraz śmielej wkraczaliśmy ponownie w nuty twarogowe. Po kilku chwilach wyraźnie czuliśmy sernik na zimno. Taki z homogenizowanego serka, na kakaowym spodzie. Bogaty w świeże truskawki i dojrzałe brzoskwinie, a także upstrzony galaretkami: z pomarańczy, truskawek i brzoskwiń. Wszystko to zdawało się być popijane mocną kawą podaną ze słodką śmietanką. Ciekawe, napawające energią smaki.


Im dalej w las, tym do głosu zaczął dochodzić posmak surowego ziarna kakao. Powoli przechodził on w coraz intensywniejszą ziołowość, przez co Meta zaczęła mi się kojarzyć z meksykańskimi czekoladami. Były to przede wszystkim nuty chłodzące, jakiś ziołowy napar idealny do popijania w upały. Szczególnie mocno wyróżniała się mięta, świetnie mieszająca się z akcentem świeżych pomarańczy. Pod koniec degustacji, paloność czekolady kojarzyła się już bardziej z pieczywem, niż kawą. Z bardzo ciemnym pieczywem, okraszonym drobinkami ziół. Takim, które doskonale smakowałoby z samym masłem. Generalnie Meta doskonale komponowała się z kawą zbożową podaną z kapką mleka - smaki czekolady i napoju zgrabnie przenikały się, przy czym czekolada zdecydowanie dominowała i przewodziła.

W przypadku czekolad z Mety, bardzo ciekawym posunięciem było sięgnięcie najpierw po wersję mleczną. Serowe smaki, tak niesamowicie w niej uwypuklone poprzez udział mleka, odnalazłam również w wersji ciemnej, gdzie wystąpiły w towarzystwie jeszcze innych ciekawych nut, płynących z kakao z tego regionu. Jestem bardzo ciekawa, jak smakowałaby czekolada z ziaren z Mety w wykonaniu chociażby Cacao Hunters. Tymczasem, jeśli chodzi o Tibitó, do porównania pozostał mi jeszcze tylko duet czekolad z kolumbijskiego departamentu Arauca. Ale jeszcze chwilkę musicie na te recenzje poczekać...



Skład: masa kakaowa, cukier, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 80 g.

niedziela, 15 października 2017

Zotter Peru 45% mleczna


Po przykrym doświadczeniu z mleczną Panamą od Zottera mimo wszystko nie obawiałam się degustacji innych mlecznych Labooko od Zottera, jakie posiadałam w swojej kolekcji. Powód? Zawierały one więcej kakao niż nieszczęsna Panama (45 a 35% to już spora różnica). Dziś przygotowałam dla Was recenzję mlecznej interpretacji peruwiańskiego kakao, które to Zotter często bierze na tapetę w opcjach ciemnych, a ja już sporo z nich spróbowałam i opisałam. Będzie to swoiste zwieńczenie ostatnich recenzji peruwiańskich wyczynów Zottera, choć nie ich zakończenie - w między czasie Zotter zdążył wypuścić kolejne czekolady z kakao z Peru (a ja zakupiłam je w foodieshop24.pl i teraz czekają na swoją kolej).


Szkoda, że wewnątrz opakowania producent nie uściślił, z jakich regionów Peru pochodzą użyte w tej czekoladzie ziarna. Dopiero po odwiedzeniu strony internetowej dowiadujemy się, że mamy do czynienia z blendem Criollo i Trintario wyhodowanym w kooperatywie Oro Verde. Ciemną tabliczkę Peru Oro Verde 75% miałam już okazję wypróbować. Była przepyszna i... przez to wysoko ustawiła poprzeczkę wersji mlecznej.


Mleczna wersja nie zniosła presji porównania z tabliczką ciemną. Wprawdzie Peru 45% okazała się miliard razy lepszą mleczną czekoladą od Panamy 35%, lecz przede wszystkim dlatego, że było w ogóle CZUĆ w niej kakao. Nie zachwyciła nas jednak dynamiką, jaką zafundowała nam ciemna Oro Verde. Była też mniej ciekawa od niedawno próbowanych mlecznych Tibitó z Kolumbii, zawierających podobną ilość kakao. Prawdopodobnie więcej czadu uzyskano by, gdyby to było Peru 55%, a nie 45%. Ale do rzeczy.


Peru 45% jest poprawną, smaczną mleczną czekoladą. Jest jednak ponad wszech miar spokojna i mocno wypośrodkowana. Pachniała waniliowym budyniem i deserem ryżowym, ale z wyraźnym kakaowym tłem kawowo-palonym. Na podniebieniu prezentowała odrobinę pudru i bezy, ale w zupełnie innym wydaniu niż bezowość Amedei - tu chodziło bardziej o drobnopiaskowość struktury. Trudno było się tu doszukać charakterystycznych nut znanych z Oro Verde 75%. Tamta ciemna czekolada budziła deserowe skojarzenia, ale bardziej szalone i tropikalne. Peru 45% jest zaś leniwym urlopowym śniadankiem jedzonym w polskiej agroturystyce, bez cienia dziczy.


To tort dakłas posypany kakao oraz świeżymi malinami. To ciasto naleśnikowe, lekko przypalone, przekładane kremem bananowo-śmietanowym. To kawa z tłustym mlekiem i nutą wanilii.  W zeszłym roku Peru 45% otrzymało srebro w kategorii mlecznych czekolad na Academy of Chocolate. Za co? Na pewno nie za odurzający i obezwładniający bukiet, bo ten posiada chociażby Zotter Nicaragua 50%. Tymczasem Peru 45% to spokój i poprawność, bardzo swojska wykwintność mlecznej czekolady stworzonej z dobrego kakao. Dla mnie to za mało, bym mogła prawdziwie pokochać tę czekoladę.


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, pełny cukier trzcinowy, sól, wanilia.
Masa kakaowa min. 45%.
Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 504 kcal.
BTW: 5,5/34/43

piątek, 13 października 2017

Tibitó Meta mleczna 42%


Gdzieś w poprzednich wpisach wspominałam, iż jeszcze powrócę do porównań mlecznych i ciemnych kolumbijskich tabliczek pochodzących z kakao wyhodowanego w tych samych departamentach. Taką możliwość oferuje nam bogotańska marka Tibitó. Na moim blogu pojawiło się już takowe porównanie czekolad z okolic Tumaco (ciemna, mleczna). Niestety, z departamentu Putumayo udało mi się dorwać jedynie wersję ciemną (i to o mniejszej gramaturze). O ile tabliczki Tibitó występują w formie zarówno 40 gramowych, jak i 80 gramowych tafli, większość z zakupionych podczas wyprawy do Kolumbii czekolad tej firmy znalazłam jedynie w mniejszej formie. W przypadku tej i najbliższej recenzji porównawczej musiałam zmierzyć się z dysproporcją: mała czekolada mleczna i duża czekolada ciemna. Zaraz przekonacie się, jak bardzo nie będę mogła odżałować małego formatu czekolady mlecznej...

Przenosimy się do jednego z większych departamentów Kolumbii, położonego w centrum kraju. Meta od wschodu ograniczona jest Andami, zaś zdecydowaną większość powierzchni regionu stanowią równiny zwane llanos, przez które przepływa szereg z nich. Największa z nich również nazywa się Meta. Jeśli chodzi o uprawę kakao, dla Mety jest to swego rodzaju nowość, czy raczej prężny okres rekultywacji. Na przestrzeni ostatnich lat uzysk ziaren kakao w departamencie Meta sukcesywnie rośnie (źródło). Byłam bardzo ciekawa, czym charakteryzuje się tamtejsze kakao.



Porównanie zaczęliśmy nietypowo od czekolady mlecznej. Wszystko przez wieczorną ochotę na słodkie, jaka pojawiła się u mojego Męża pewnej soboty. Zaproponowałam mu właśnie mleczną Tibitó Meta, obawiając się jednocześnie, że 40 gramowa tabliczka na pół to może być trochę za mało na jego głód... Nie mniej jednak, sięgnęłam po nią. Mleczna Meta składa się podobnie jak mleczna Tumaco w 42% z kakao, 25% z mleka. Reszta to cukier (zapewne trzcinowy) oraz lecytyna (tutaj sojowa, w innych Tibitó częściej słonecznikowa).

 Mleczna neta okazała się o parę tonów jaśniejsza od mlecznej Tumaco. Jej odcień brązu był niesamowicie żywy i soczysty, przez co czekolada zdawała się być uosobieniem błogiej, radosnej słodyczy. Ciekawość podkręcał zapach, jaki unosił się nad tabliczką. Mleczna Meta pachniała... słodkim twarożkiem, świeżym i gęstym.


Po pierwszym kęsie już wiedziałam, że posiadanie Mety 42% w wersji tylko 40 gramowej to olbrzymia strata. Podobnie jak mleczna Tumaco, Meta rozlewała się w ustach z wielką błogością i aksamitem, jednak jej smakowitość wkroczyła na zupełnie nowy pułap w odkrywaniu walorów dobrych czekolad mlecznych. Tumaco poprzez mleczne złagodzenie intensywnej paloności stała się po prostu uwodzicielska, nadal mając w sobie wiele powagi i dystyngowania. Kosztowanie Mety do skok na główkę w słodkie szaleństwo, w tak niewyobrażalną mleczną głębię, że czekolada zdaje się być bardziej mleczna od mleka. 

 Nuty kakao z Mety przebijając się przez 25% udział mleka prezentują nam całą gamę akcentów serowych. Najpierw, podobnie jak w zapachu, wyczuwałam tłusty i gęsty twarożek, delikatny zarazem, doprawiony wanilią i trzcinowym cukrem. Potem zaczęły pojawiać sie nuty przydymione i lekko wędzone, sugerujące oscypki, a może bardziej świeży bundz i bryndzę robione gdzieś w klimatycznej góralskiej chacie - po prostu przesiąknięte jej wonią. Wszelkie próbowane przeze mnie góralskie sery przemykały przez moją głowę w zastraszającym tempie. Meta była ich uosobieniem w formie idealnie gładkiej i rozkosznie słodkiej. Bez pardonu dałam się wkręcić w to potwornie smakowite serowe szaleństwo tak, że... Po chwili zarówno ja, jak i mój Mąż, nie mieliśmy już ani okruszka czekolady. Nie mogliśmy uwierzyć, że to niecodziennie doznanie tak prędko nam umknęło.


Mleczna Tumaco była przepyszna, ale Meta wprowadziła mnie na zupełnie inny pułap. To zdecydowanie jedna z najsmaczniejszych i najbardziej zaskakujących mlecznych czekolad, jaką było mi dane jeść ostatnimi czasy. Jeśli kiedyś powrócę do Kolumbii (a trudno mi sobie wyobrazić, by mogło być inaczej), na pewno jeszcze raz skuszę się na to mleczne wariactwo. Jak dobrze, że na kolejne przedpołudnie zaplanowałam degustację wersji ciemnej... Po takim popisie w czekoladzie mlecznej, 70-tka musiała też mieć się czym wykazać! Ale o tym poczytacie dopiero za kilka dni...


Skład: masa kakaowa, cukier, mleko 25%, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 42%.
Masa netto: 40 g.

środa, 11 października 2017

Zotter Panama 72% ciemna


Z nadzieją i ulgą sięgnęłam po ciemną czekoladę Zottera wykonaną z panamskiego kakao. Jej wersja mleczna, której recenzja ukazała się niedawno na moim blogu, ani trochę nie spełniła moich oczekiwań. Nie zaprezentowała bukietu kakao z Panamy, uprawianego w kooperatywie Cocabo. Wiedziałam, że w opcji ciemnej musi być inaczej. Nawet panie zdobiące opakowania obu panamskich czekolad dawały zrozumienia, że tabliczki będą posiadały zupełnie odmienne charaktery. Dzięki Zotter i foodieshop24.pl miałam zamiar w końcu całkowicie zagłębić się w przepastną panamską dżunglę. Tak, bo przecież kooperatywa Cocabo, o której pisałam już poprzednio, prowadzi swe uprawy pośród lasów deszczowych Panamy. Kakaowce rosną tam w towarzystwie bananów i ananasów.


Przez głęboką i soczystą barwę czekolady przebłyskiwały wiśniowe i fioletowe refleksy. Woń tabliczki zapowiadała cudne czekoladowe bagienko rozpuszczające się w ustach. Dzięki zapachowi, w smaku spodziewałam się nut słodkich i wybitnie czekoladowych. Przeplatały się aromaty ananasa i korzennych przypraw, zachęcając do wbicia zębów w kuszącą taflę.


Rzeczywiście, kęs rozpuścił się w ustach najpierw gęstą gliną, a następnie gładkim czekoladowym musem. Tak, jakby z początku czekolada odrobinę się buntowała przed ciepłem języka, by dopiero po chwili wybuchnąć cudną słodyczą, idealnie czekoladową. Słodko-ziemiste nuty przechodziły w soczystego, owocowego kopa, nieco kojarzącego się z peruwiańskimi Zotterami. Wyczułam tu zarówno ananasy, jak i brzoskwinie - skąpane w wyżej wspomnianym aksamitnym czekoladowym musie, podanym z odrobiną jogurtu bądź delikatnego twarożku.


Rozkoszna słodka soczystość z licznymi ziemistymi i owocowymi nutami sprawiły, iż zamarzyłam o spróbowaniu tej czekolady w wersji do picia, na gorąco. Motywy ziemi przewijały się ze swą lekką palonością, raz po raz przywołując na myśl kawę. Przede wszystkim Panama 72% wykazała się dynamiką owoców. Prócz dominujących brzoskwiń i ananasów, dalej pojawił się wyraźnie także pieczony banan. Mocno inwazyjnie narzucała się nam soczystość dżungli, wilgotny wiatr smagający świeże drewno, pachnące ciepłem tropiku. Pod koniec degustacji, jako dopełnienie, kropkę nad i postawiła iluzja masła z orzechów laskowych.


Ziemia i owoce, potem orzechy i drewno, wszystko osnute przyprawioną kawą i świeżą bryzą. Panama pokazała tropikalny charakterek, dosadnie i mocno, a przy tym niemalże klasycznie czekoladowo. Mam wrażenie, że byłaby jeszcze smaczniejsza przy chociażby 82% zawartości kakao. Jedno jest pewne - Zotter wyrządził wielką krzywdę kakao z Cocabo, wykonując z niego tabliczkę mleczną 35%. To panamskie kakao zasługuje na większe wyróżnienia.

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 72%.
Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 591 kcal.
BTW: 9,8/45/35

poniedziałek, 9 października 2017

Akesson's Madagascar Ambolikapiky Plantation 75% Trinitario & Wild Voatsiperifery Pepper ciemna z dzikim pieprzem


 Nadal pozostajemy na Madagaskarze! Wiedziona ciekawością po wypróbowaniu Akesson's z czarnym pieprzem, postanowiłam prędko sięgnąć po następną tabliczkę z pieprznej serii. Wariacje na temat kakao i pieprzu w wykonaniu utytułowanej marki Akesson's zakupicie w sklepie Sekretów Czekolady. Porównanie z ostatnio próbowaną tabliczką zdawało się o tyle ciekawe, że obie czekolady nie różnią się niczym, oprócz rodzaju zastosowanego pieprzu. 

W dziś opisywanej czekoladzie również mamy do czynienia z 75% udziałem madagaskarskiego trinitario wyhodowanego na plantacji Ambolikapiky w dolinie rzeki Sambirano, w okolicach miasta Ambanja. Użyto jednak nie czarnego pieprzu, tak jak ostatnio, lecz prawdziwego madagaskarskiego skarbu - dzikiego pieprzu Voatsiperifery. Połączenie tego pieprzu z madagaskarską kakao zaowocowało większym utytułowaniem tej czekolady, niźli tej z czarnym pieprzem (która i tak wiele razy została doceniona na światowych konkursach).


 Dobrze wiemy, co do czekolady może wnieść madagaskarskie kakao. W wersji z czarnym pieprzem, jego dodatek ciekawie zmodyfikował typowe madagaskarskie nuty, takie jak cytrusy, czerwone owoce, kefir, ziemia, kawa... Wprawdzie ów czarny pieprz również pochodził z madagaskarskiej ziemi, jednak nie zlał się wprost w jedność z tamtejszym kakao. Czytając recenzję Kimiko, w przypadku dzikiego pieprzu efekt zdawał się być inny. Wszak Voatspierifery można nazwać bardziej madagaskarskim, bowiem rośnie jedynie na tej wyspie. Jak wraz z Mężem odebrałam tę kombinację zaproponowaną przez Akesson's?


 Już po rozpakowaniu czekolady uderzył mnie soczysty aromat mandarynek i dojrzałych czerwonych porzeczek (a może nawet słodziutkiej drożdżówki z tymi owocami), niezwykle namacalny i zadziwiający. W pierwszym kontakcie woń nie zapowiadała nam zarówno Madagaskaru, jak i pieprzu. Dla mojego Męża zapach wydawał się perfumowy bądź kadzidlany - orientalne przyprawy położone na owocach. Dalej, eksplorując świat smaku, okazało się, że wyczuł czekoladę doskonale.

W gładkiej czekoladzie, ale nie rozpuszczającej się w mgnieniu oka, wyczuwamy delikatne drobinki pieprzu. Pieprz zdaje się podkreślać kakaową goryczkę wpadającą w akcenty drewniane, kawowe i ziemiste, bardziej wonne niż zwykle, a zaraz po nich przychodzi zadziwiające miętowe orzeźwienie. Ostatecznie dziki pieprz wywraca charakterystyczne madagaskarskie kakao do góry nogami. Ta tabliczka okazuje się być zupełnie inną, niż wersja z czarnym pieprzem. Dziki pieprz modyfikuje całą czekoladę i podczas tej degustacj ani razu nie odczułam jego nachalności. Tak świetnie spoił się z madagaskarską czekoladą, iż stworzył ją zupełnie na nowo.



 Mocno kwaśne cytrusy zamieniły się w słodziutką mandarynkę i soczyste mango. Kefir stał się tutaj lepkim lukrem na dobrze wypieczonej drożdżówce, z grubą kruszonką i wielkimi czerwonymi porzeczkami. Ziemia i drewno stały bardziej przydymione i przyprawowe. Degustując czekoladę, na soczystym owocowym podkładzie ciągle odkrywaliśmy nowe orientalne przyprawy, korzenie i kadzidła. Na pewno była tu mięta, ale i anyż z koprem, a także mnóstwo bardziej słodkawych przypraw, jak cynamon, wanilia czy kardamon. To w istocie nie była ani typowa pieprzność, ani też typowa pikantność, lecz soczystość harmonijnie zmieszana z kadzidłem.

Zamiast rozbrajająco swojskich smaków wyczuwalnych w wersji z czarnym pieprzem (mizeria, cukinia), tym razem Akesson's przeniósł nas w dalekie, tajemnicze krańce świata. Ta czekolada ani przez chwilę mnie nie męczyła, choć była bardzo intensywna. Obawiałam się, że którymś momencie może nadejść przesycenie, jakaś dziwna modyfikacja i nieczysta nuta, ale nie... Czekolada do końca pozostała szlachetna, dystyngowana, bogata niczym dobre perfumy. Zdecydowanie bardziej smakowała mi od wersji z czarnym pieprzem. Ciekawe, jakie wrażenie przyniesie jeszcze jedna pieprzna tabliczka Akesson's, jaką mam w swojej kolekcji...



Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, dziki pieprz Voatsiperifery 2%.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 60 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 575 kcal.
BTW: 9,3/45,81/31,37

sobota, 7 października 2017

Zotter Africa ciemna 75% Madagaskar z rodzynkami i dyskiem z białej czekolady


Mitzi Blue Africa zakupiłam w foodieshop24.pl z myślą o zabraniu jej na górski szlak, tak jak praktycznie wszystkie ostatnio nabyte czekolady Zottera z tej serii. Na Africę miałam szczególną chęć, bowiem w mej pamięci majaczyło, iż duży dysk został w niej wykonany z kongijskiego kakao. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po otwarciu opakowania zobaczyłam, iż do wytworzenia ciemnej czekolady 75% użyto kakao z Madagaskaru. W zasadzie powinnam się tego spodziewać. W końcu Labooko Congo 68% już jakiś czas nie występuje w ofercie Zottera, a ja głupia żywiłam nadzieję, że sobie odświeżę kakao z Kongo w zotterowskiej interpretacji. No nic, musiałam się zadowolić Madagaskarem 75%, którego to zresztą w formacie Labooko próbowałam całkiem niedawno. W Africa madagaskarska ciemna czekolada występuje wraz z małym dyskiem z białej czekolady doprawionym cynamonem i wanilią. Gładką taflę ciemnej czekolady urozmaica także kilka dużych i soczystych rodzynek.


Duży dysk okazał się idealnym repetytorium z Labooko Madagascar 75%. W zasadzie nie pozostaje mi nic innego, jak odesłać Was do tamtej recenzji. Miło było powrócić do tych specyficznych smaczków, jednakże wydaje mi się, że kongijska słodka soczystość bardziej spójnie skomponowałaby się z jędrnymi rodzynkami i błogą białą czekoladą. Madagaskar to jednak feeria kwaśności i ziemistości, nut bardzo specyficznych - w połączeniu w tak słodkimi dodatkami jak w Africa dało się odczuć pewien dysonans. Same rodzynki były świetnej jakości, z lekkim winnym akcentem, bez cienia suchości - po prostu pyszne. Biała czekolada, tak jak sie tego spodziewałam, ukazała obłędną słodycz i typową "zotterowość" - głębia przesłodkiego mleka (niczym skondensowane z tubki!) została mocno doprawiona cynamonem i wanilią.

Africa z pozoru zdaje się być prostym, nawet klasycznym połączeniem - to powinno się udać. To madagaskarskie kakao narobiło jednak sporo zamieszania i... chciałabym, żeby Zotter kiedyś zrobił tę Mitzi Blue ponownie. Kontrasty u Zottera są normą, ale tu nie jest to spektakularne zderzenie przeciwnych mocy.



Dodam, że Africę jedliśmy na czeskim szczycie Smrk, co bez mojej świadomości rozpoczęło nową tradycję. Dlaczego? Rok temu na Smrku także jedliśmy madagaskarską czekoladę!

A powyżej już relaks na szczycie Pytlácké kameny, w drodze powrotnej do Jizerki. Szlak po czeskiej stronie prowadzący z Smreka do tej malowniczej wioski chciałam przejść już dawno, no i wreszcie się udało. Pytlácké kameny są zdecydowanie najciekawszym punktem na tej trasie.


Z Jizerki pojechaliśmy na nocleg do Świeradowa. Nie obyło się bez obfitej kolacji w moim ukochanym Cynamonowym Słoniu, o którym mogliście poczytać już rok temu (gdy zawitałam do niego pierwszy raz). Jak widać powyżej, pyszne mango lassi piłam całą twarzą ;). 

Niedziela 10 września przywitała nas deszczem. Tego dnia planowaliśmy zrobić moją ulubioną pętlę z Hejnic, czeskimi Izerami. Przeszkodził nam nie tylko deszcz, ale i zamknięcie przejścia granicznego w Czerniawie. Zmieniliśmy więc plany, zaliczając znane nam sprzed lat Wysoką Kopę i Wysoki Kamień (pętelka z Rozdroża Izerskiego). Na tym drugim zjedliśmy przedwczoraj opisywaną czekoladę.

Szlak był zdecydowanie krótszy, niż planowany z Hejnic. O czternastej byliśmy z powrotem w Świeradowie. Dobrze, bo to akurat godzina otwarcia Cynamonowego Słonia! Mogliśmy w spokoju delektować się posiłkiem, a potem bez pośpiechu ruszyć w drogę powrotną do domu. Z naszej izerskiej randki...




Po trekkingu w deszczu rozgrzała nas herbata z mlekiem i cynamonem. Potem każdy z nas wsunął po dwa przepyszne dania, a na koniec delektowaliśmy się cudnymi lodami robionymi pod zamówienie Cynamonowego Słonia. Moim absolutnym faworytem okazał się wariant... cynamonowy, jak to na Cynamonowego Słonia przystało!

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, rodzynki, pełne mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, wanilia, lecytyna sojowa, sól. cynamon.
Masa kakaowa w czekoladzie ciemnej min. 75%.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 570 kcal.
BTW: 8,1/41/37

czwartek, 5 października 2017

Original Beans Esmeraldas Milk 42% mleczna z Ekwadoru


Minął już dobry rok od czasu moich zakupów w Smakowych Inspiracjach. Taki ze mnie marny blogger, że większość recenzji produktów wówczas zakupionych dopiero przede mną... Ba, czekolady jeszcze czekają na swoją kolej w degustacji. Dla mnie osobiście nie jest to wielka strata, a wręcz przeciwnie - Original Beans należy sobie dawkować. Dotąd wszystkie tabliczki tej marki, których miałam okazję spróbować, wywołały na mnie piorunujące wrażenie. Były bogate, aksamitne, idealnie czekoladowe - warto na nie czekać. Przy okazji wypadu na randkę w Góry Izerskie pewnego wrześniowego weekendu postanowiłam zabrać ze sobą jedną z wytęsknionych mojej uwagi Original Beans.

Wybór padł na wersję zawsze dobrze spisującą się w górach, to znaczny na wariant mleczny. Oczywiście nie był to byle jaki wariant (Original Beans nie ma byle jakich czekolad!), lecz tabliczka stworzona w 42% z ekwadorskiego kakao Arriba wyhodowanego pośród lasów deszczowych w rejonie Esmeraldas. Wiedziałam, że nie zjem jej nigdzie w pośpiechu, w napadzie cukrowego głodu, lecz znajdę gdzieś pośród gór chwilę na refleksję. Tak też było. Otworzyliśmy Esmeraldas Milk w niedzielnie przedpołudnie na szczycie Wysokiego Kamienia, korzystając z przerwy między opadami deszczu. Niebo było dla nas łaskawe, akurat idealnie dobierając nam czas na degustację.



W polskiej blogosferze recenzje Esmeraldas Milk pojawiły się już u Kimiko i Olgi. Dla mnie ta czekolada była definicją tego, czego oczekuję po mlecznej czekoladzie z podobnym pułapem kakao. Sam jej zapach sugerował znaczną słodycz, lecz nie bez udziału charakternego kakao - pachniało przede wszystkim karmelowo, a dalej owocowo (klimaty dojrzałych truskawek i jabłkowego musu). Aromat działał na apetyt niesamowicie pobudzająco!

Nie zawiodłam się na boskiej konsystencji czekolady, która w ustach rozpuszczała się idealnie. Aksamit, gładkość, powoli uwalniana pełnia smaku. Tylko dobra mleczna czekolada potrafi tak osaczyć swą błogą słodyczą, zdetronizować. Już po pierwszej kostce wiedziałam, że ta czekolada jedzona na pół z Mężem to będzie dla nas za mało. Esmeraldas Milk wciąga po czubek głowy w swą miękkość. Zalewa totalnie mleczno-karmelową głębią, jakże czystą i szlachetną w smaku, a jednocześnie tak rozbrajająco uroczą i... prostą. To jest bowiem nuta przewodnia kompozycji, umiejętnie przełamana szczyptą soli morskiej. Sól morska dodana tutaj jakby mimochodem, tak zgrabnie podkręca karmelowość czekolady, iż wydaje się, że lekka słoność wypływa z samego kakao.



Gdzieś dalej pojawia się wyczuwalny w sferze zapachu kosz dojrzałych truskawek, słój jeszcze ciepłego jabłkowego musu, a także aromatyczny słodki banan. Original Beans gra bez jakiejkolwiek fałszywej nuty, prezentując nam czekoladę generalnie mało złożoną w smaku, ale obłędnie smaczną. Intensywna karmelowość wraz z nutami słodkich owoców oraz niebywałą aksamitnością, przywodzą na myśl również domowej roboty budyń podany z prawdziwym syropem owocowym.

Jak dobrze, że kolejne tabliczki Original Beans jeszcze czekają na swoją kolej - to będą na pewno przepyszne doświadczenia. W Smakowych Inspiracjach czeka na mnie za to jeszcze niezakupiona Papua Kerafat, ale skuszę się na nią zapewne dopiero wówczas, gdy w internetowym sklepie pojawi się nowość od Original Beans - czekolada z kolumbijskiego kakao.



 Sobotni poranek 9 września przywitaliśmy w czeskiej wiosce Jizerka, w której to czas się zatrzymał. Weszliśmy na górujący nad wsią szczyt Bukowiec (powyżej fotka ze szczytu, a poniżej sylwetka samego Bukowca widziana ze wsi), po czym ruszyliśmy szlakiem biegnącym do granicy z Polską.


Piękna Izera oddziela w tych okolicach Polskę od Czech.


Mijając schronisko Orle doszliśmy znanym nam sprzed lat szlakiem do rozległej Hali Izerskiej. Pogoda dopisywała. W oddali dostrzec można było Szrenicę i Śnieżne Kotły.


Zatrzymaliśmy się na chwilę w Chatce Górzystów. Kiedyś zastawimy tak książkami całe nasze mieszkanie..


Jeśli Chatka Górzystów, to oczywiście biszkoptowe naleśniki z serem i jagodami! Po takim posiłku pomaszerowaliśmy dalej, w stronę Stogu Izerskiego. W jego okolicach ponownie przekroczyliśmy granicę polsko-czeską, po raz trzeci zdobywając szczyt Smrk. Tam zjedliśmy czekoladę, której recenzja pojawi się pojutrze...


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, masa kakaowa, sól.
Masa kakaowa min. 42%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 570 g.
BTW: 8/39/50

wtorek, 3 października 2017

Zotter Panama 35% mleczna


Mleczną czekoladę wykonaną przez Zottera z panamskiego kakao zakupiłam w foodieshop24.pl, z myślą o porównaniu jej z ciemną Labooko Panama 72%. Uwielbiam takie zestawienia, o czym zresztą przekonacie się jeszcze w kolejnych recenzjach dzieł kolumbijskiego Tibitó. Panama 32% stworzona została z kakao Cocabo, tradycyjnie uprawianego w panamskich lasach deszczowych, z daleka od zmartwień dzisiejszej cywilizacji. Kooperatywę Cocabo tworzą panamskie plemiona Ngobe i Bugle. Pielęgnując przyrodę i tradycję, tutejsi ludzie założyli ją w 1952 roku. Zaczęto od 19 farmerów, a dziś kooperatywa liczy sobie około 3000 rodzin. Żyjąc w północno-zachodniej Panamie, w regionie Bocas del Toro, kultywują jedno z największych skupisk plantacji kakao na terenie ich państwa.


Nie ukrywam, że wiele spodziewałam się po tej czekoladzie. Nie, nie dlatego, że była to moja ledwie druga czekolada z Panamy (po Morin Panama 70%). Nie, nie dlatego, że mogłam ją porównać z Labooko Panama 72%. Także nie dlatego, że Panama leży blisko mojej umiłowanej Kolumbii. Po prostu, ciągle miałam żywo w pamięci jedzoną rok temu Zotter Brazil 35%. Ta mleczna czekolada rozłożyła mnie na łopatki swą oryginalnością. Panamę 32% charakteryzował praktycznie ten sam skład co Brazil 35% (oczywiście pomijając pochodzenie kakao!). Z tego powodu, obecność miazgi kakaowej dopiero na piątym miejscu w składzie zupełnie mnie nie niepokoiła, bowiem Brazil 35% nie przeszkadzało to w byciu doskonałą.

Panama 32% zaskoczyła mnie niezwykle jasną barwą - mieszanką cappuccino i brzoskwini. Jej siostra, Brazil 35% również była jasna, ale chyba nie aż tak. Nasza panamska czekolada z wyglądu bardziej przypominała twór biały niż mleczny. Ponadto niezwykle intensywnie pachniała cynamonem (w końcu zawierała w sobie zarówno cynamon, jak i wanilię), a poza tym w aromacie przypominała jakieś turbo maślane ciastko. Ciastkowe wrażenie potęgowała także nuta sugerująca słoność.



Pierwsze wrażenia płynące z degustacji Panama 35% są niebiańskie. Czekolada rozkosznie miękko rozpuszcza się w ustach, otulając podniebienie słodyczą lodów karmelowo-jogurtowych z uwodzicielską domieszką soli. Urzeka mocą cynamonu i wanilii. Gdy jednak podczas kolejnych kęsów czekałam na coś bardziej charakterystycznego dla samego kakao... nie doczekałam się. Słodycz wkrótce wskoczyła na poziom przebijający niejedną białą czekoladę. Podczas dalszego przebiegu degustacji od białej czekolady wyróżniała ją dla mnie jedynie nieco mniejsza tłustość. Panama 35% w porównaniu do bogatej Brazil 35% wypadła niesamowicie blado i po jakimś czasie miałam jej już dosyć - zostałam totalnie zasłodzona i nic poza tym. Mój Mąż był wprawdzie zachwycony, ale... on miał po prostu ochotę na coś słodkiego. Ja byłam żądna kakaowych przygód, przedzierania się przez panamską dżunglę. A tu Zotter z tak niezwykłego kakao stworzył zwykłego słodziaka!


Z racji, że miałam otwartą Zotter Ecuador 100%, zdobyłam się na mały eksperyment. Miałam już serdecznie dość inwazyjnej słodyczy Panama 35%, więc postanowiłam ją czymś przełamać. To był strzał w dziesiątkę. Słodki karmel z cynamonem i wanilią połączył się z paloną mocą kakao, z tym wszystkim, o czym przeczytaliście w recenzji Ecuador 100%. Rozpuszczając w buzi jednocześnie po kawałku z obu czekolad zamarzyłam o Mitzi Blue wykonanej z dwóch tak skrajnych części. A jeszcze lepiej, gdyby oba rodzaje czekolady wystąpiły w jakiejś tabliczce w formie przeplatanki.

To przykre, że Panamę 35% uratował taki eksperyment... Naprawdę spodziewałam się po niej zupełnie czegoś innego. Z utęsknieniem spoglądam na jeszcze nienapoczętą Panama 72%, która na pewno pokaże mi uroki panamskiego kakao. Niestety, rzetelnego i ciekawego zestawienia z wersją mleczną raczej na pewno nie będzie.



Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, miazga kakaowa, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, wanilia, cynamon, sól.
Masa kakaowa min. 35%.
Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 584 kcal.
BTW: 5,5/39/52

niedziela, 1 października 2017

Tibitó Putumayo ciemna 70%


Zapoznając się z ofertą kolumbijskiej marki Tibitó nie oddalamy się mocno od Tumaco. Dziś opisywana czekolada powstała z kakao wyhodowanego w kolumbijskim departamencie Putumayo, graniczącym z Nariño (w którym to leży Tumaco). Putumayo graniczy już nie tylko z Ekwadorem, ale i z Peru. Stolicą departamentu jest miasto o dźwięcznie brzmiącej nazwie Mocoa.

W przeciwieństwie do pozostałych tabliczek Tibitó, jakie udało mi się zakupić w Kolumbii, do ciemnej Putumayo nie dorwałam mlecznej pary. Szkoda, że nie dane mi będzie porównanie dwóch interpretacji kakao z Putumayo, przynajmniej na razie.


W naszej czekoladzie przejrzeć się można było niczym w lustrze. Była soczyście brązowa z przebłyskami granatu i czerwieni, o bardzo gładkiej powierzchni. Pachniała delikatnie, ale prażoność w tej woni zdecydowanie dominowała, co sugerowało, że ziarnom użytym do stworzenia tabliczki nie szczędzono temperatury.

Pierwszy kęs okazuje się twardy i gumowaty zarazem, trochę jak kauczuk. Z drugiej strony kryje się w niej sporo drobnej proszkowości, która ukazuje się szczególnie mocno podczas powolnego rozpuszczania w ustach. Tak, jakbym jadła przypieczony cukier puder. Przez to doznanie zdawało nam się, że przy dmuchnięciu w tabliczkę rozsypie się ona w czekoladowy pył. Na początku degustacji uderzają w nas przede wszystkim prażone nuty, przede wszystkim orzechowe i kawowe. Putumayo zaprezentowało nam je w formie mocno skoncentrowanej. W początkowym etapie zdawało mi się nawet, że nasza tabliczka nie będzie się prawie wcale różnić od Tibitó Tumaco (co mnie smuciło, bowiem oczekiwałam kolumbijskiej różnorodności).


Po chwili jednak spod dymu z ogniska i palonej kawy, coraz to mocniej na prowadzenie wybijały się orzechy. Nasza mgiełka z cukru pudru, okręcana językiem w zbite kulki, poczęła przypominać porządny nugat z orzechów laskowych. Nugatowe wrażenie narastało, aż do spektakularnego apogeum, bardzo intensywnie orzechowego. Ta zmiana była dla mnie miłym zaskoczeniem.

To jednak nie koniec metamorfozy. Orzechy wzbogaciły się o nowe nuty. Oto przed nami aromatyczny olejek różany, a dalej porządnie wysmażona, wręcz przypalona konfitura z płatków róży. W ustach pojawiło się ściąganie przywołujące na myśl taniny z mocnej czarnej herbaty, ale po chwili zwykła czarna herbata stała się zbyt błaha. To było jeszcze coś innego. Brniemy w konfiturę z jarzębiny oraz suszoną czarną porzeczkę. W końcu dochodzimy do końcowego efektu, bardzo ciekawego i oryginalnego - wrażenie długo parzonej, liściastej zielonej herbaty.


To, jak Putumayo zmieniała się podczas degustacji niezwykle mnie urzekło. Na początku tak podobna do sąsiadki z Tumaco, potem pokazała walory rzadko wyczuwalne w innych czekoladach. Bardzo chciałabym kiedyś porównać dzieło Tibitó z inną czekoladą z tego regionu. 

Skład: masa kakaowa, cukier, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 40 g.