wtorek, 19 września 2017

Tibitó Tumaco 70% ciemna


Zgodnie z zapowiedzią, powracamy do kolumbijskiego regionu Tumaco! Tym razem, kakao rosnące w tym regionie zaprezentuje nam marka Tibitó. Zakupiłam sporo ich tabliczek podczas pobytu w Kolumbii, a dziś opisywana jest pierwszą, po którą sięgnęłam w domu. Tibitó jest młodą marką, powstałą w 2015 roku. Siedziba firmy mieści się w Bogocie. To tam sprowadzane są ziarna z różnych regionów Kolumbii, by zostać poddanymi prażeniu o profilu różnym w zależności od rejonu pochodzenia. Tam mają miejsce także pozostałe procesy, dzięki którym otrzymujemy bogactwo kolumbijskich tabliczek. Jeśli chodzi o Tumaco, (który to region znacie już dzięki Perla Negra 74% oraz Tumaco 82% od Cacao Hunters) - w ofercie Tibitó znajdują się dwie czekolady w tego regionu: ciemna 70% i mleczna 42%. Udało mi się kupić obie, a najpierw chcę Was zapoznać z wersją ciemną.


Czekolady Tibitó występują w dwóch rozmiarach: 80 i 40 g. Niektóre z rodzajów udało mi się zakupić w mniejszej, inne w większej wersji. Tabliczki z Tibitó miałam 40-gramowe. Nieduża tafla czekolady podzielona na klasyczne, nieduże kostki wyglądała bardzo niepozornie. Jej ciemne, poważne oblicze łamało się z chrzęstem, ukazując dość proszkowe wnętrze. Pachniała niczym dorodne płatki kwiatów zanurzone w cukrze pudrze, osnute dodatkowo dymem z paleniska.


Od początku zdałam sobie sprawę, że doznania płynące z Tibitó będą inne niż u Cacao Hunters - przede wszystkim przez wzgląd na strukturę. Tibitó nie była tak aksamitna jak Cacao Hunters, a bardziej sucha i proszkowo-pudrowa. Mimo tego, rozpuszczała się szybko i sprawnie. Tumaco 70% sprawiła wrażenie, jakoby ziarna użyte do jej przygotowania były dość mocno prażone. Dominującymi nutami okazały się bowiem mocno wypieczone kakaowe ciasto, czy wręcz przypalony spód od tego ciasta.

 Nie można jednak stwierdzić, że było to ciasto nieudane. Po chwili do głosu doszła gruba maślana kruszonka oraz całe mnóstwo cudnie kwaskowatych, choć już w pełni dojrzałych czerwonych porzeczek. Spod przypalonej goryczki coraz wyraźniej wyłaniała się słodycz, toteż porzeczkę zidentyfikowaliśmy jako solidnie posłodzoną. Kwaskowatość porzeczek z czasem zupełnie unika, oddając pałeczkę duetowi goryczy i słodyczy. O typowej kolumbijskiej kwaśności nie mogliśmy już nawet myśleć. Cukier puder i nieco ziemista goryczka przypalonego ciasta towarzyszyły nam do końca.


Goryczka jest wyważona, a suchość wypieku miesza się z wilgocią i soczystością owoców. W finiszu pojawia się powiew chłodu, przez co Tumaco 70% stała się dla mnie kakaowym ciastem popijanym schłodzoną herbatką miętową. Momentami słodycz stawała się aż dziwnie mocna. Parę razy zaleciało mi też piołunowym posmakiem surowego ziarna kakao.

W Tumaco 70% szczególnie uderzyła mnie zaskakująco mocna prażoność, momentami szaleńczo porywcza słodycz, no i miętowy powiew chłodu. Nie była to jednak tabliczka wyjątkowo wykwintna czy zachwycająca. Tabliczki z Tumaco od Cacao Hunters były dla mnie zdecydowanie bardziej charakterystyczne. Zobaczymy, czym uraczą mnie pozostałe czekolady od Tibitó...



Skład: masa kakaowa, cukier, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 40 g.

niedziela, 17 września 2017

Zotter Peru Quinacho 75% ciemna


Kolejną tabliczką z peruwiańskiej serii Zottera, którą zamierzam Wam zaprezentować, jest Peru Quinacho 75%. W poprzedniej recenzji czekolady z tej serii, tj. Huallaga Nativo, wspomniałam o innych zotterowskich dziełach z peruwiańskiego kakao - po szczegóły i porównania odsyłam więc do tamtego wpisu. Dziś przenosimy się do doliny rzeki Apurimac położonej w południowym Peru, czyli "miejsca, gdzie przemawiając bogowie" (za językiem keczua). Miałam już okazję próbować czekolady Domori z doliny Apurimac, jednak od początku wiedziałam, że bardzo ciężko będzie mi porównać obie czekolady, choćby przez specyfikę dzieł Domori. Jednakże inna czekolada zrobiona z kakao pochodzącego z pi razy drzwi pobliskiego regionu, tj. Bonnat Cacao Cusco, o dziwo pomimo totalnej odmienności marki, tak samo jak Domori Apurimac przywołała w mych myślach Tajemniczy Ogród. co zaserwuje nam Zotter? Jak przedstawi nam piękną dolinę Apurimac?


Ziarna kakao z kooperatywy Quinacho znalazły swe uznanie na paryskim Salon du Chocolat's, trafiając do pierwszej dziesiątki najbardziej obiecujących surowców. Według Zottera, charakteryzują się wysoką kwasotą, ale przy tym owocowością i urzekającą czekoladowością. W kooperatywie Quinacho uprawia się również kawę. Warunki do uprawy nie są proste - kooperatywa 560 rodzin założona w 1970 roku działa na terenach oddalonych od większego miasta o 12 godzin jazdy samochodem. To jednak czyni wyhodowany tam surowiec szczególnie wartym docenienia, tak naturalnym i czystym. Doskonale, że Zotter potrafił odpowiednio docenić pracę ludzi, którzy pielęgnują dziką duszę kakao, daleko od cywilizacji. Sam wspomina o problemie, jakim jest odpowiednie wynagrodzenie ludzi pracujących w tak ciężkich, ale jakże pięknych warunkach. Ich praca daje nam wyjątkowo cenne żniwo. Zawsze gdy czytam podobne historie, mam ochotę po prostu stąd uciec...


Peru Quinacho, podobnie jak Huallaga Nativo, konszowana była przez 22 godziny. Posiadała pełen ciepła i soczystości ciemny brązowy kolor. Unosił się nad nią kwaskowaty zapach drażniący wręcz nos, stanowiący mieszaninę ognia, piernikowych przypraw i soczystych tropikalnych owoców. Coś niesamowicie apetycznego i intrygującego zarazem. Aromat zapowiadał, że czekolada może okazać się piekielnie intensywna.

Smak mnie zdetronizował. Wprawił w konsternację. Poczułam się, jakbym właśnie rozpuszczała w buzi idealnie delikatną kaszę manną ugotowaną na tłustym mleku. Pojawiły się również nuty ryżowe. Dominowała mleczna słodycz z lekko kwaskowatym zacięciem przypominającym jogurt. Suche wrażenie ucinające słodycz kubek w kubek przypominało mi piernik i moc korzennych przypraw. Cmokanie tej czekolady było niczym picie drobnymi łyczkami ciepłego mleka z cynamonem, wanilią i kardamonem. Przyjemność narastała przez fakt, iż czekolada dłuuuugo rozpuszczała się w ustach, nie uciekała po chwili, zostawała na dłużej na podniebieniu znacząc je śladem prawdziwej kakaowej rozkoszy.



Choć Quinacho była raczej stała, przez co pozwalała przez całą degustację rozkoszować się tym korzennym mleczkiem, wychwyciłam także inne, poboczne nuty. Z mleczno-ryżowej słodyczy wyłaniał się dojrzały ananas, tak częsty w nowej peruwiańskiej serii Zottera. Romansował nieustannie z delikatnym nugatem, nadal przyprawionym korzennie - ot, tak jak zotterowskie Nougsusy. Gdzieś tam próbowały się przebijać czerwone owoce, jakby przysmolone aromatycznym drewnem - jednak dla mnie baza smakowa tej tabliczki była zupełnie inna. Była błogo słodka, w bardziej mleczno-korzennym wydaniu, niż miało to miejsce w dynamicznie owocowo-landrynkowej Peru Barranquita.

W przeciwieństwie do Kimiko, zgodnie z moimi przypuszczeniami, nie jestem w stanie porównać Zotter Peru Quinacho do Domori Apurimac. Moim zdaniem to zupełnie inna interpretacja tego kakao, które bądź co bądź i tak prawdopodobnie jest inne (rzeka Apurimac ma ponad 800 km długości).



Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g:  596 kcal.
BTW: 8,9/46/32

piątek, 15 września 2017

Lindt Frozen Yoghurt mleczna nadziewana kremem jogurtowym i z owoców leśnych


Od ostatniego pojawienia się Lindta na moim blogu minął już rok. Na początku czekoladowej przygody była to moja ulubiona marka, toteż pomimo poznania w międzyczasie wielu wspaniałych marek produkujących Prawdziwe Czekolady, do Lindta pozostał mi swego rodzaju sentyment. Aby tradycji stało się zadość, tak jak rok temu podczas festiwalu OBOA w niemieckim Fort Gorgast, uskuteczniliśmy grupowe wyjście do marketu Edeka w sobotnie przedpołudnie (po piątkowej balandze). Wiedziałam, że ze sklepu wyjdę z jakimś nowym Lindtem. W końcu jeszcze nie tak dawno wyprawy do niemieckich marketów były związane z wielką ekscytacją, a najnowsze Lindty wypuszczane na zachodni rynek zdarzało mi się zamawiać przez internet. Teraz, zupełnie beznamiętnie, sięgnęłam po tabliczkę, której nie znałam.

 Frozen Yoghurt należy do chwytającej za serce serii Hello, Nice To Sweet You, a dokładniej do jej letniej edycji. Producent zwraca uwagę, że najlepiej spożywać Frozen Yoghurt w formie schłodzonej. Nam niestety przyszło nam jeść w formie lekko nadtopionej, toteż zdjęć samej tabliczki nie będzie. Mleczna czekolada nadziewana kremem jogurtowym i z owoców leśnych - w wydaniu Zottera byłby to niechybnie majstersztyk, natomiast u Lindta skład woła o pomstę do nieba. Szkoda, zwłaszcza, że Lindt potrafił zrobić nadziewańce z lepszym składem. Zresztą, w przypadku nadziewanych Lindtów zawsze zdarzały się składowe szkaradki, a także perełki. Olej palmowy oraz cukier w czterech formach nie brzmią zachęcająco.

 Już zapomniałam, jak mimo wszystko specyficzna jest mleczna czekolada od Lindta. Bardzo słodka, ale też głęboko mleczna i z wyraźnym kakaowym posmakiem. W zasadzie jest ona nie do podrobienia i miło było do niej wrócić po czasie zdecydowanie większym niż rok (rok temu jadłam białą).

Nadzienie było specyficzne. W porównaniu z już wystarczająco słodką czekoladą, okazało się za słodkie. W innych warunkach niż impreza tabliczka była by o wieeele za słodka (no dobra, na cukrowy głód w górach też by się nadała). Zarówno biały krem jogurtowy, jak i ten skomponowany ze szczątkowych ilości malin, truskawek, wiśni i jagód - miały w sobie kwaskowaty posmak, doskonale znany z jogurtów o smaku owoców leśnych. To był wręcz kubek w kubek ten smak, paradoksalnie dość wciągający. Jednocześnie gwarantował maksymalne zasłodzenie.

Dziś nie wyobrażam już sobie robić z wielką ekscytacją lindtowych zakupów. Ciekawie jest jednak raz na jakiś czas odświeżyć stare smaki, by namacalnie przekonać się, jak wielką czekoladową metamorfozę przeszłam ostatnimi laty.


Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, olej palmowy, miazga kakaowa, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka 2,6%, cukier inwertowany, syrop glukozowo-fruktozowy, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, śmietanka, mleko skondensowane, sok truskawkowy 0,5%, lecytyna sojowa, puree z malin 0,4%, naturalne aromaty, koncentrat soku cytrynowego, koncentrat soku truskawkowego 0,2%, koncentrat soku wiśniowego, jagody 0,1%, koncentrat soku jagodowego 0,1%, pektyna, wanilina.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 532 kcal.
BTW: 6,3/32/54

środa, 13 września 2017

Cacao Hunters Tumaco ciemna 82%


Po Perla Negra 74%, jakże odmiennej od pozostałych kolumbijskich czekolad, przyszedł czas na degustację kolejnej tabliczki od Cacao Hunters pochodzącej z regionu Tumaco. Dla przypomnienia - Tumaco leży nad Oceanem Spokojnym, niedaleko granicy z Ekwadorem - co oznacza znaczne oddalenie od innych regionów Kolumbii, z których dane mi było próbować czekolad. Jako, że Perla Negra i Tumaco degustowałam zaraz po sobie, miałam okazję dokładnie przyjrzeć się różnicom między obiema 28-gramowymi tabliczkami. Tumaco 82%, zgodnie z wyższą zawartością kakao, była od Perla Negra o kilka tonów ciemniejsza, a także bardziej matowa.


Tumaco 82% w aromacie zdawała się nieść ze sobą chłód. Tak, jakbyśmy po Perla Negra przenieśli się w nieco chłodniejszy klimat, w wyższą partię gór. To już nie była dżungla, lecz górska łąka, a może nawet kwiaty wyrastające samotnie gdzieś przy granicy lodowca. Zapach rozwija się niesamowicie. Po efekcie chłodzącym narastają dusznawe kwiaty, potem tak jak w Perla Negra pojawia się cynamon, a dalej nawet pieprz. Następnie atakuje wspaniała kawa. Bukiet zapachowy Tumaco 82% jest o wiele poważniejszy niż w Perla Negra, ale tak piękny, iż zapragnęłam mieć perfumy pachnące tak samo jak ta czekolada.


W smaku jednak natrafiamy na błoto dżungli. Czekolada zalepia tropikalną duchotą i wilgocią. Jest bardziej zwarta i gliniasta niż Perla Negra. W końcu mamy tu więcej upakowanego kakao w tych samych 28 gramach. Jest więcej syropowo gęstego deszczu, wszystko jest lepkie. Kawowo-przyprawowa goryczka pieści podniebienie, lecz kolumbijskiej kwaśności jest tu więcej niż w Perla Negra. Słodycz została tu bardziej przytłumiona przez charakterystyczne kwaśne nuty, których mimo wszystko oczekiwałam po czekoladach z Tumaco. Nie była to kubek kubek kwaśność znana z czekolad pochodzących z północy Kolumbii, ale jednak doznałam czegoś na jej kształt.


Była to kwaśność wilgotna. Jak mokre i świeże owoce tropikalne, nie do końca dojrzałe. Jak piwo Kriek i Berliner Weisse. Jak kiszone ogórki i kiszona kapusta. Więcej dziwacznych, dżunglowych klimatów. Mniej słodyczy niż w Perla Negra, mniej przystępności, więcej siania intrygi.

Odczuwamy również nieco specyficznej, przewrotnej niby-szorstkości znanej z Perla Negra, jednak tu jest ona bardziej zwarta, jak glina. Jej dziwaczna proszkowość kojarzy się z przysypaniem czekolady dużą ilością przypraw oraz drobno zmielonej kawy. A przy tym - nadal zadziwia mnie ogólny aksamit czekolady od Cacao Hunters. Skubane, pomimo swoistych proszkowych wrażeń, nadal są niebywale gładkie. Ich tabliczki muszą być chyba długo konszowane.



Choć Perla Negra i Tumaco różnią się jedynie kilkuprocentową zawartością kakao, obie czekolady przenoszą w zupełnie inne światy. Zwiększenie poziomu kakao z regionu Tumaco nie stanowi jedynie o zintensyfikowaniu wrażeń, ale zupełnie je przekształca. Choć mój Mąż nie do końca się ze mną zgadzał, Tumaco 82% ze swoją gładko-szorskością, gliną, kwiatami, przyprawami, cudowną kawą i intrygującym bukietem kwaśności skojarzyła mi się w jakimś wyszukanym whisky. Dokładnie, była dystyngowana i intrygująca jak dobre whisky.

Kolumbia nie przestaje mnie intrygować. Po degustacjach dwóch czekolad od Cacao Hunters z regionu Tumaco byłam zachwycona, że w swoich zapasach czekały na mnie jeszcze dwie tabliczki wykonane z kakao z Tumaco, ale stworzone przez inną kolumbijską markę. Ich recenzje już wkrótce, toteż nie opuszczamy Tumaco na długo!



Skład: ziarno kakao, cukier.
Masa kakaowa min. 82%.
Masa netto: 28 g.

poniedziałek, 11 września 2017

Zotter Peru Huallaga Nativo 75% ciemna



Upłynęło sporo czasu, zanim po doskonałej Peru Oro Verde sięgnęłam po kolejną z najnowszych peruwiańskich propozycji Zottera (wszystkie kupiłam na foodieshop24.pl). Odkładałam je na później nie tylko przez prozaiczny wzgląd na termin ważności, ale i przez fakt, jak ekscytowało mnie radosne oczekiwanie na niewątpliwie bardzo wartościowe degustacje. Impulsem do sięgnięcia po kolejną z serii tj. Peru Huallaga Nativo, była zjedzona w Kazachstanie nietypowa Medium Raw. Medium Raw została wykonana z tych samych ziaren co Huallaga Nativo, jednakże w dziś opisywanym przypadku surowe ziarno jest jedynie niewielkim dodatkiem w całej masie kakaowej. W Huallaga Nativo oczywiście nie mamy też dodatku superfoods. Próbowałam już sporo peruwiańskich Zotterów (prócz Oro Verde i Medium Raw były to: Barranquita, Cacao Nature with Muscavado Sugar Crackers, Criollo Cuvee oraz 100%). Wszystkie były wyjątkowe, toteż po moich pozostałych Zotterach z Peru oczekiwałam tego samego.


Jak już wspomniałam, w przypadku Huallaga Nativo mamy do czynienia z ziarnami tego samego pochodzenia, co w Medium Raw - a jednak w większości poddanymi prażeniu. To ziarna Navito uprawiane przez lokalnych farmerów w górnym biegu rzeki Huallaga. Joseph Zotter odwiedził plantacje, a rzeźba terenu paradoksalnie kojarzyła mu się z rodzinną Austrią i doliną Dunaju. Nic dziwnego, że Peru stało się bliskie jego sercu i ostatnimi czasy tak często wykorzystuje peruwiańskie kakao. Dziś opisywana czekolada zawiera 75% kakao, prócz tego jedynie surowy cukier trzcinowy. Składniki były konszowane przez 22 godziny. Jakie wrażenia nam zafunduje ta przepięknie opakowana tabliczka?


Okazała się gładziutka w dotyku i słodka w zapachu, niczym nektar i miód. Pojawiły się prażone, ciemne nuty, ale w znacznie mniejszym nasileniu niż w Medium Raw - dominowała kusząca słodycz. Wyrazisty, soczysty brąz tabliczki również zachęcał do spróbowania. 

Smakowała przepysznie od samego początku. Rozpuszczając się gładko jak masełko, uraczyła nas na dzień dobry przyjemną miodową słodyczą, z mocą zmieniającą się sinusoidalnie podczas degustacji. Z czasem ze swej aksamitnej gładkości stała się coraz bardziej lepiąca i inwazyjna, nadal pozostając jednak subtelną, niczym idealnie wymieszana gładka pitna czekolada. Jej konsystencja przypominała mi też gęste, lecz gładziutkie śmietankowe lody (istotny w stworzeniu tego wrażenia był również efekt orzeźwiająco-chłodzący, o którym wspomnę za chwilę).


Kimiko postawiła duży nacisk na prażone orzechy i palony słód, jednak ja mając porównanie z naprawdę mocnarną Medium Raw, w Huallaga Nativo feerię orzechów zepchnęłam na drugi plan. Choć zdecydowanie, pojawiły się tutaj nuty podprażonych orzechów brazylijskich i słodkich migdałów, to specyficzna goryczka wybijająca się spod urokliwej miodowej słodyczy była dla mnie przede wszystkim... herbaciana. Taninowa, lekko ściągająca goryczka czarnej herbaty, nieustannie przełamywana była słodyczą miodu i czegoś delikatnego na kształt cukru pudru. Choć podczas degustacji herbaciana goryczka stara się przejąć całkowitą kontrolę, inne akcenty stale dopominają się o swoje. Przebijająca się raz po raz kwaśność wyraźnie kierowała moje myśli w stronę czarnych porzeczek, bardzo intensywnych. Przy tym wszystkim, czekolada zdawała się bardziej chłodzić niż grzać, tym bardziej, że z czasem ujawniła swą ananasowo-nerkowcową twarz, tak lekką, soczystą i tropikalną (choć absolutnie nie tak obezwładniająco beztroską jak w Peru Barranquita, która swoją drogę także ma swoje korzenie w dolinie Huallaga).

Pyszną i w gruncie rzeczy prostą Huallaga Nativo podsumowałabym jako schłodzoną czarną herbatę z czarnymi porzeczkami, słodzoną miodem. Bardziej palone nuty akcentujące się raz po raz bardziej przypominały mi tu delikatne papierosy smakowe, niźli wyrazistą kawę. Wbrew pozorom, miało to swój urok.



Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 596 kcal.
BTW: 8,9/46/32

sobota, 9 września 2017

Cacao Hunters Perla Negra ciemna 74%


Po trzech doskonałych, bardzo charakterystycznych kolumbijskich czekoladach od Cacao Hunters, przyszedł czas na degustację kolejnych tabliczek tej marki przywiezionych przeze mnie z podróży do Kolumbii. Dotąd wraz z Cacao Hunters eksplorowaliśmy regiony Kolumbii bardziej wysunięte na północ, teraz przenosimy się bliżej granicy z Ekwadorem.


Tumaco jest portowym miastem gminnym leżącym nad Oceanem Spokojnym, w departamencie Nariño. Kakao z tego regionu, łączącego wpływy oceanu i tropiku oraz dziedzictwo pilnie pracujących farmerów, zostało pięknie nazwane przez Cacao Hunters czarną perłą Pacyfiku. Uroczo opakowana Perla Negra jest jedną z dwóch zakupionych przeze mnie czekolad z regionu Tumaco wypuszczonych spod skrzydeł Cacao Hunters. Charakteryzuje się 74% zawartością kakao, zaś druga tabliczka - nazwana po prostu Tumaco - zawiera 82% kakao. Postanowiliśmy skosztować obu czekolad (każda po 28 g) podczas jednej degustacji, porównując je ze sobą.


W aromacie żywobrązowej, wręcz czerwonawej tabliczki wychwyciliśmy kwiaty, przechodzące następnie w lekko drażniący nozdrza pyłek kwiatowy, a dalej pikantność przypraw. W kontakcie z podniebieniem pierwszym wrażeniem jest proszkowość, lecz jednocześnie odczuwamy znaczną tłustość. Od razu próbuje zaatakować nas goryczka, ale najpierw skupiamy się na konsystencji. Perla Negra w środku wydaje się być szorstka, lecz z wierzchu okazuje się być idealnie gładka. Ostatecznie tłusty aksamit dominuje, po raz kolejny pozwalając delektować się specyficzną subtelnością struktury czekolad od Cacao Hunters.


Perla Negra o dziwo nie była tak specyficznie kwaśna, jak zdecydowania większość próbowanych dotąd przeze mnie kolumbijskich czekolad. Oddalenie Tumaco od innych regionów, z których pochodziło kakao użyte do wyprodukowania pozostałych moich tabliczek wywarło niesamowity wpływ na nuty smakowe Czarnej Perły. Z szorstko-gładkiego morza wynurza się miód z przyprawami, czy raczej mleko w miodem, cynamonem i odrobiną kardamonu. Ciągle próbuje się przebić nieco piołunowa gorycz, czająca się gdzieś za przyprawami, jednakże na pierwszym miejscu zdecydowanie stawiam słodycz. Miód zaczyna mieszać się z karmelem, ukazując więcej ziemisto-palonych nut. Ziemia i drewno są tu bardzo aromatyczne, uderzając w nuty kwiatów i chmielu.


Przeniosłam się do wilgotnego tropiku, gdzie dopiero co spadł i tak często pojawiający się deszcz. Wszystko pachnie wzruszonym kroplami drewnem i ziemią. Mój Mąż stwierdził, że jednak był to bardziej aromat deszczu, który spadł na już nieco przeschnięte drewno i ziemię. Przyprawowe nuty mogą stwarzać takie wrażenie. Fakt, jest tu jakaś suchość, pierwotność drewniano-ziemista. Mimo to czekolada nadal jest delikatna, tłusta, przez co budzi skojarzenia także z wilgocią. Trochę jak dojrzała gruszka z nadal twardawą skórką. Gdy już dżungla totalnie mnie objęła, otoczyła mnie słodycz wonnych kwiatów o wielkich i ciężkich kielichach oraz nieprzyzwoicie dojrzałych miąższystych owoców tropikalnych. Niespodziewanie pojawiła się kawa, słodka kawa z mlekiem, miodem i cynamonem. Pita w takich oszałamiających warunkach zupełnie zawróciła w głowie.


Kolumbijska kwaśność, dziwacznie imitująca chmiel, próbuje wbić się w spójny słodko-gorzki duet, ale ciężko jej to idzie i ostatecznie przegrywa. Perla Negra do końca pozostaje przede wszystkim łagodna. Była dla mnie jedną z łagodniejszych kolumbijskich czekolad. Syciła swą tłustością, była pełna. Znaleźliśmy w niej wiele nut, wyważonych, zbalansowanych w zgraną kompozycję. Nic w niej mocno nie razi, niczego też jej nie brakuje. Bardzo smaczna, choć... to te egzotyczne kolumbijskie kwasy z innych czekolad mocniej zapadły mi w pamięć. Jak odebrałam siostrę Perla Negra - Tumaco 82%? O tym przekonacie się już wkrótce, po małym peruwiańskim przerywniku.


Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 74%.
Masa netto: 28 g.

czwartek, 7 września 2017

Zotter Marc de Champagne ciemna 70% nadziewana czekoladowo-sojowym ganaszem z szampańskim winiakiem

 

 Marc de Champagne jest propozycją Zottera z serii Handscooped długo obecną w ofercie, ponoć będącą jednym z nieustannych hitów sprzedażowych. Cóż, dobry pomysł robi swoje - wykwintność połączono tu z prostotą i chwytliwymi hasłami. Kuwertura z ciemnej czekolady o 70% zawartości kakao okrywa czekoladowo-sojowy ganasz z dodatkiem szampana. Nie jest to byle jaki szampan, ale prawdziwy trunek z Szampanii, na dodatek wywodzący się z biodynamicznej winnicy Fleury. Co ciekawe, na stronie Zottera odnaleźć możemy nieaktualne informacje o poprzedniej wersji tabliczki, która zawierała krowie mleko. Obecnie Marc de Champagne to czekolada wegańska, i taki też był mój egzemplarz, który zakupiłam w foodieshop24.pl.


 Soja dość często pojawia się w czekoladach Zottera. Wśród Hanscooped, szczególnie udane sojowo-czekoladowe ganasze wystąpiły w świetnych Chilli Bird's Eye i Candied Ginger. Szczerze wątpiłam, że Marc de Champange równie mocno przypadnie mi do gustu. W aromacie nasza szampańska tabliczka była nieco przytłaczająca i wydawała się naprawdę mocno alkoholowa, bez żadnych dodatkowych atrakcji.


 Fuzja ciemnej czekolady i sojowo-czekoladowego zwartego kremu daje nam solidne czekoladowe uderzenie. Całość rozpuszcza się w ustach lepko i błotniście. Soja nadaje lekkiego orzechowego posmaku, który i tak prędko umyka pod naporem kakao i... alkoholu. Oczywistością jest tu bardzo wyraźnie wyczuwalny alkohol, który najpierw ciężko zidentyfikować, a potem przywodzi na myśl... wytrawne białe wino wymieszane z napojem typu Sprite. Dla znawców szampanów to będzie tragiczne porównanie, ale niech się zastanowię... Czy choć raz w życiu piłam naprawdę dobrego, luksusowego szampana?

Poza wyżej opisanymi doznaniami nic więcej w czekoladzie się nie dzieje. Znika szybko, jak to Zotter Handscooped. Przyznam jednak, że wiele innych typowo alkoholowych nadziewańców smakowało mi o wiele bardziej, jak chociażby Firewood Brandy, Plum Brandy, Cognac + Coffee, Tequila with Salt and Lemon, Scotch Whisky czy Mountain Gentian, nie mówiąc już o doskonałych winnych Red Wine Rush, Wine Duo oraz Red Wine "Salzberg Beerenauslese".



Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, syrop cukru inwertowanego, tłuszcz kakaowy, Marc de Champagne 7%, soja w proszku, sól, lecytyna sojowa, wanilia, anyż, cynamon.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 486 kcal.
BTW: 7,2/34/32

wtorek, 5 września 2017

Manufaktura Czekolady ciemna Jawa 70%


 Rozochocona doskonałą setką z Bali, prędko sięgnęłam po inną indonezyjską tabliczkę, którą posiadałam w swoich zapasach. Tym razem przenosimy się na Jawę. Z czekoladami wykonanymi z kakao z tej wyspy mam nieco większe doświadczenie niż z balijskimi. Dziś opisywana czekolada zwróciła moją szczególną uwagę, wszak została stworzona przez naszą polską Manufakturę Czekolady. Została wypuszczona pierwszy raz na rynek wraz z Porcelaną, już ponad rok temu. Nie mam pojęcia, dlaczego zamówiłam ją dopiero niedawno. Manufakturowa jawajska siedemdziesiątka powstała z szlachetnych ziaren criollo. Na stronie Manufaktury Czekolady możemy przeczytać, iż "jawajskie ziarenka różnią się od tych z Wenezueli (z których powstaje Porcelana) jedynie tym, że tylko połowa z nich ma jasną barwę." Dla mnie to wierutna bzdura! Porcelana to Porcelana, a indonezyjskie ziemie rodzą zupełnie inne kakao, o czym nieraz się przekonałam. Zupełnie inne nawet, jeśli genetyka jest pozornie podobna (criollo).


 Nasza 50-gramowa, klasyczna tabliczka od Manufaktury posiadała przepiękną, głęboko ciemną barwę. Tak głęboką, że aż wpadającą w granat. Najpierw zapachniała nam dusznymi kwiatami, choć jednocześnie jej woń sprawiała wrażenie bardziej chłodnej, niż gorącej. Doznania Kimiko dotyczące aromatu były zgoła odmienne, co mnie ciekawi. Z drugiej strony, w smaku pojawiło się już mnóstwo wrzących wręcz klimatów. Może ów chłód, który zidentyfikowałam w woni, był po prostu mrokiem?

 Przy zetknięciu z językiem czekolada ukazała typową dla Manufaktury szorstkość, choć jednocześnie zaskakująco dobrze rozpuszczała się w ustach. Balansowało to gdzieś na granicy szorstkości i gładkości, kojarząc się z zawilgotniałym sproszkowanym kakao, przechowywanym w jakiejś dusznej piwnicy. Od razu wychodzącą na pierwszy plan nutą smakową był dla mnie dym. Goryczkowo-kwaskowaty dym, cudownie oplatający kubki smakowe, w sposób wręcz obezwładniający. Dym mieszał się z rozgrzanym asfaltem i doprowadzał do szaleństwa. Na tym etapie czekolada była bardzo mocna.


 Wystarczyło jednak parę sekund, by niespodziewanie nuty kwaśne przeszły w coś na kształt cytryn i limonek, w może i właśnie wspomnianej przez producenta trawy cytrynowej (bowiem było w tej nucie coś orientalnego). Limonki i cytryny sprawiały wrażenie grillowanych, z czasem coraz mocniejsze. Zaraz dym znów powrócił do nas ze zdwojoną siłą, ukazując teraz swe odmiennie oblicze. Stał się już bardziej wędzonką, co prowadziło nasze myśli do grillowanej karkówki i kiełbasy. Później z tej wędzonej feerii zaczęły pojawiać się nuty nabiałowe. Dziwny śmietanowy sos do kiełbasy, wędzony twaróg... Przypalony kefir? Hah, na dodatek przypalony kefir truskawkowy. Słodkie owoce jagodowe wyskoczyły znienacka, ale ich wrażenie było tak naturalne i harmonijne, że idealnie złagodziło tą na pozór bardzo ordynarną kompozycję.

Porównując moją opinię z Kimiko, również przyznaję, że gdzieś tam blisko było manufakturowej Jawie do dzieła Morina, ale rzeczywiście Morin był mniej "czekoladowy", bardziej dziwaczny. W Manufakturze sporo było nut zbieżnych z niesamowitą Pralus Indonesie, ale pralusowa tabliczka była o wiele bardziej ordynarna, detronizująca, powalająca na łopatki. Manufaktura, również świetnie charakteryzująca Jawę, zinterpretowała kakao z tej wyspy łagodniej, przystępniej, ale nie zamazując tym samym jego drapieżnej duszy. Pozostaje mi tylko nadal wielce żałować, iż nie było mi dane skosztować Domori Javablond... To mógłby być mój jawajski ideał! (nie licząc boskiej wersji mlecznej w wykonaniu Bonnat, bo to jednak inna kategoria).


Skład: ziarno kakao z wyspy Jawa, cukier, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 604 kcal.
BTW: 8,8/40,4/50,7

niedziela, 3 września 2017

Zotter Cherry Brandy with Marzipan ciemna 70% nadziewana marcepanem i maślanym ganaszem z wiśniowym brandy


Swego czasu zamówiłam z foodieshop24.pl nadziewanego Zottera o bardzo apetycznej i wszystko mówiącej nazwie: Cherry Brandy with Marzipan. Dopiero gdy już przymierzałam się do jej degustacji zdałam sobie sprawę, że swym składem niebezpiecznie przypomina mi próbowaną rok temu Cherries with Vanilla. Wczytałam się dokładnie w skład i zdałam sobie sprawę, że jednak między obiema tabliczkami są różnice, jak chociażby ta, że dziś opisywana tabliczka posiada kuwerturę z ciemnej siedemdziesiątki, zaś Cherries with Vanilla oblana była ciemną mleczną czekoladą (60% kakao). Cherries with Vanilla posiadała też w składzie więcej wiśni (tudzież czereśni, bo o to toczył się spór).


Po przekrojeniu na pół tabliczka pachniała w ciekawy sposób rozgrzanym słońcem lasem oraz suchym runem leśnym. Zrzucam to na karb połączenia marcepanu, alkoholu i ciemnej czekolady, gdzie już sama ciemna czekolada wnosi nuty leśno-drewniane (co potwierdziło się w kwestii smaku). Niestety nie poczułam wcale wiśni, czego jednak oczekiwałam. Wygląd nadzienia zdecydowanie wskazywał na to, że jest to zupełnie inna czekolada niż Cherries with Vanilla i moje obawy o zamówienie po raz wtóry tej samej tabliczki (po zmianie nazwy i opakowania - co Zotter nieraz czyni) - były bezpodstawne. Górna warstwa to miąższysty marcepan, zaś dolna to miękki i gładki maślany ganasz.


Uwielbiam marcepan w wykonaniu Zottera, tak mocno migdałowy i wzbogacony o dobry alkohol (tu wiśniowe brandy) - co to tej warstwy nie miałam żadnych zastrzeżeń. Na dodatek tak doskonale zgrywał się z leśno-drewnianą ciemną czekoladą. Maślany ganasz leżący poniżej już mniej mi przypasował. Również przesiąknięty wiśniowym brandy, w smaku był przede wszystkim po prostu kremowy. Zawierając jedynie 2% wiśni w proszku, został tylko delikatnie zabarwiony na wiśniową barwę w odcieniu jasnopastelowym. Choć Zotter Cherry Brandy with Marzipan był bardzo smacznym, szybko znikającym w buzi nadziewańcem, to brakowało mi tu rześkiego wiśniowego przełamania. Tej owocowej mocy, jaką Zotter potrafi uraczyć w swych czekoladach.


Skład: miazga kakaowa, marcepan 25% (migdały, cukier, syrop cukru inwertowanego), surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, syrop cukru inwertowanego, wiśniowe brandy 5%, masło, pełne mleko w proszku, wiśnie w proszku 2%, sól, wanilia.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 545 kcal.
BTW: 7,9/37/39

piątek, 1 września 2017

Santo Aroma ciemna Kolumbia 70%


Dziś opisywana czekolada już w momencie jej zakupu stała się szczególnie bliska memu sercu. Nabyłam ją od przemiłej i prześlicznej Kolumbijki na targu w Bogocie, wraz z herbatą z liści koki. Tabliczka urzekła mnie wpadającym w oko, bardzo klasycznym opakowaniem, oraz oczywiście tym, że jest w 100% kolumbijska. Dopiero po chwili zorientowałam się, że powstała w Belalcázar w departamencie Caldas, czyli naprawdę niedaleko naszej trasy, którą przemierzyliśmy z Pereiry do Parku Narodowego Tatama (przez magiczne La Virginia i Santuario). Plantacja, z której pochodzi kakao użyte do stworzenia czekolady nosi nazwę Hacienda La Helenitas i leży właśnie w Belalcázar.


Santo Aroma jest marką mało popularną w porównaniu do Cacao Hunters czy Tibitó. Korzysta tylko i wyłączenie z kakao uprawianego w andyjskich terenach departamentu Caldas, w przeciwieństwie do powyższych marek, stawiających na prezentację różnych regionów Kolumbii (jednak z pominięciem tych, które dane mi było odwiedzić). Czekolady Santo Aroma są więc doskonałym przykładem tworu iście regionalnego. Firma zrzeszona jest z innymi producentami szeroko pojętych płodów rolnych z Caldas w stowarzyszeniu Origen Caldas. Czekolady z Belalcázar skosztować można w wariantach ciemnych: 90, 70 i 60%, w opcji mlecznej 40%, a także w postaci pastylek 100% kakao do przyrządzania chociażby czekolady pitnej. Ja miałam tylko siedemdziesiątkę, bardzo cenną dla mnie. Przystąpienie do degustacji celebrowałam wyjątkowo.


Szczelnie opakowana w zgrzewaną folię 50-gramowa tabliczka zarówno krojem, grubością jak i kształtem kostek przypominała mi dzieła Pacari. Nasza siedemdziesiątka posiadała skład najbardziej klasyczny z możliwych, a mianowicie ziarna kakao i cukier (zapewne trzcinowy - jak to w Ameryce Łacińskiej - choć nie jest to wyróżnione na opakowaniu pewnie przez swą oczywistość). Dość ciemna, lekko rdzawa, w przekroju zdawała się być odrobinę proszkowa. Pachniała delikatnie przytłumioną kwiatową mgiełką, zapowiedzią kwasku, ale także w dalszej kolejności słodkim wypieczonym ciastem.


Proszkowość okazuje się być jedynie powierzchowna. Podczas degustacji odczuwałam bardzo przyjemny proces ściągania z kostki wierzchniej, gładkiej warstwy, by stopniowo dostawać się do serca czekolady. Czekolada nie oblepiała, lecz raczej ślizgała się po podniebieniu delikatnym filmem. Smakowo pierwszym wrażeniem była przyjemna słodycz, którą już po chwili zidentyfikowałam jako miód. Parę sekund wystarczyło, by miód stał się oczywistą, bardzo wyraźną nutą. Następnie do gry wchodzi dobra kawa, pojawia się więcej goryczki. Nadal jednak jest to kawa słodzona miodem, gdyż miód nie ustaje - a na dodatek mogliśmy tam znaleźć kapkę mleka.

Mleko? O nie, po słodyczy i goryczce przychodzi pora na kwaśność. Charakterystyczną kolumbijską kwaśność, wyraziście odnajdującą swe miejsce między słodyczą a goryczką, czym jest niby podobna do madagaskarskiego kakao, a jednak całkowicie odmienna. Mleczne nuty przemieniają się w kwaśną śmietanę i już bardziej kwaśne, niż goryczkowe nuty kawy. To cudowna, lekko prażona kolumbijska kawa, z mnóstwem owocowych i kwiatowych akcentów przepełnionych rześką kwaśnością. Dalej odczuwałam to znów mocniej nabiałowo, niemal jak kefir wraz ze swym lekkim nagazowaniem i szorstkością, co znów intensyfikowało pozornie podobieństwo do Madagaskaru.


Choć cały czas poruszaliśmy się w strefie subtelnego aksamitu, nie takiego masywnego i zalewającego całe usta - nagle odczułam ściąganie, co mnie zaskoczyło. Kwaśność i goryczka przemieniają się w jakieś nietypowe cytrusy, jak na przykład yuzu. To także lody cytrynowe robione na śmietanie, a nawet znalazło się tu miejsce na skojarzenie z drażetkami witaminowymi. Kolumbijska kwaśność w końcu zdominowała kompozycję, lecz początkowa moc miodu i kawy nadal odznacza się na języku, co stanowi o niebywałej smakowitości tabliczki.


Finisz umyka lekką mgiełką, tą lekką mgiełką jaką czułam w sferze zapachu... Końcówka degustacji, po tych wszystkich doznaniach, jest niczym niedokończona opowieść. Jak moja niedokończona kolumbijska przygoda. W Santo Aroma odnaleźliśmy kilka oczywistych smaków, spójnie przechodzących jeden w drugi. Różnie to bywa, gdy podchodzi się do degustacji z wysokimi wymaganiami, jednak ta czekolada w pełni spełniła moje oczekiwania, usatysfakcjonowała mnie. Mam nadzieję, że kiedyś dane mi będzie spróbować pozostałych propozycji Santo Aroma, oby u samego źródła...


Skład: ziarna kakao, cukier.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.