niedziela, 23 kwietnia 2017

Zotter Passion Fruit + Caramel jogurtowa marakujowa z karmelowym dyskiem


W Wielką Sobotę wstaliśmy o piątej rano, aby po pożywnej owsiance wyruszyć z Niedźwiedza na szlak prowadzący nas bezpośrednio na Turbacz. Planowaliśmy powrót do Niedźwiedzia przez Stare Wierchy, Maciejową i Olszówkę. Schemat naszej trasy odnajdziecie tutaj. Podczas podejścia pod schronisko na Turbaczu napawaliśmy się ciszą lasu, raz po raz sycąc oczy malowniczymi widokami z gorczańskich polan.

Po dobrych kilku godzinach marszu dotarliśmy do schroniska, skąd nieśmiało spoglądały na nas nie tak odległe Tatry. Nie było zbyt zimno, toteż postanowiliśmy urządzić sobie degustację na świeżym powietrzu. Wyciągnęliśmy termos z kawą oraz jedną z nowszych Mitzi Blue od Zottera (zakup w foodieshop24.pl). Tym razem wybór padł na Passion Fruit + Caramel, czyli duży marakujowo-jogurtowy dysk z małym karmelowym dyskiem. Po wizycie w Kolumbii marakuja zawsze będzie mi się doskonale kojarzyć i we wszelkich marakujowych produktach będę szukać intensywności smaku tego owocu, jakiego doznałam w boskiej Kolumbii. Na razie w Polsce udało mi się to raz - w przypadku piwa Raduga Trapeze Passion Fruit Wheat.



Marakuja pojawiła się już kilka razy w próbowanych przeze mnie kompozycjach Zottera. Jeśli chodzi o Mitzi Blue, były to Eco Rosa oraz Hip Hop, zaś wśród Handscooped: Mango mit Maracujatrauben i niebanalna Passion Fruit and Caramel with Thyme. Marakujowo-jogurtowy dysk w Passion Fruit + Caramel był lekki, z wyraźnym akcentem jogurtu, bez śladu mdłych posmaków - tych już dawno nie odczuwałam w owocowych Zotterach, na szczęście. Duży dysk idealnie nadawałby się nawet na bardzo upalną pogodę - ze swą nienarzucającą się słodyczą i kwaskowatym orzeźwieniem. Poszukując marakujowego kopa byłam nieco zawiedziona, że czysty smak marakui został w dużej mierze przyćmiony przez mleczne nuty płynące z jogurtu. Ciekawą rolę w kompozycji spełniała za to wyrazista wanilia. Duży dysk był smaczny, jednak odbiegał od moich oczekiwań, które to jednak płynęły po prostu ze wcześniejszych doświadczeń i z... tęsknoty.


Jak to niestety w Mitzi Blue często bywa, mały dysk okazał się dużo bardziej spektakularny. Wyjątkowo intensywny karmelowy smak był tak samo słodki, co palony. Stanowił ciekawy kontrast do marakujowo-jogurtowej czekolady, zdecydowanie ją przyćmiewając swoją mocą. Szczególnie ważnym elementem w małym dysku okazał się cynamon, o dziwo stojący na samym końcu składu. Duży dysk chłodził, a mały grzał, wręcz wrzał! Mały dysk kojarzył mi się nieco z karmelową czekoladę w G.Nuss.Tafel Mandel, co tym bardziej wpływało in plus. 

Ileż to razy będę narzekać na proporcje w Mitzi Blue... Chyba tylko w przypadku, gdy marakujowej części odebrano by sporo jogurtowości, byłabym w stanie przystać na zastosowane proporcje w Passion Fruit + Caramel. W stanie obecnym, z całego serca popieram karmel!

Podchodzimy z Niedźwiedzia w stronę Orkanówki.

Gorce czekają na nas!

Z Ukochanym na Turbaczyku. Jedno z wielu urokliwych miejsc w Gorcach.

Podejście na Czoło Turbacza.

Nie trzeba jechać do tłocznej Doliny Chochołowskiej żeby podziwiać krokusy - tutaj na Hali Turbacza.

Na jednej z ławeczek degustowaliśmy dziś opisywaną czekoladę - z widokiem na Tatry.

A tym poprawiliśmy w schronisku po czekoladzie - przysmak gorczański i wiśniówka.

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone marakuje 9%, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka, proszek karmelowy 4% (odtłuszczone mleko, serwatka, cukier, masło). pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, wanilia, sól, cynamon.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 575 kcal.
BTW: 2,8/37/58

piątek, 21 kwietnia 2017

Cacao Nativa Quetzal ciemna 70% z nibsami kakaowymi


 Podziwiając widoki z Lubonia Wielkiego otworzyliśmy czekoladę, na którą miałam niesamowitą chrapkę. Koleżanka Weroniki przywiozła ją prosto z Meksyku. Taka tabliczka w moich rękach momentalnie przywołała milion wspomnień. Na dodatek nie była to pierwsza lepsza czekolada, ale produkt w pełni rzemieślniczy, wypuszczony spod skrzydeł marki Cacao Nativa. Siedziba firmy mieści się w meksykańskim Chiapas.


 Do produkcji naszej tabliczki użyto oczywiście meksykańskiego kakao. Znajdziemy go w czekoladzie 70%, a dodatkowo wzbogacona została w liczne kakaowe nibsy. Weronika szczególnie mocno cieszyła się na te chrupacze, gdyż próbowane wspólnie tabliczki Maria Tepoztlan przywiezione przez nas z Meksyku bardzo przypadły jej do gustu.


 Tabliczka niestety połamała się podczas trekkingu, co jednak bez żadnych tajemnic odsłoniło przed nami jej niezwykłe wnętrze. Głęboko brązowa czekolada, niczym najszlachetniejsze drewno, podzielona została na klasyczne kostki. W jej wnętrzu iskrzyła się mnogość kakaowych cząstek różnej wielkości, z czego większość była dość spora. Nibsy urokliwie mrugały do nas feerią barw: brązu, czerwieni, fioletu, beżu. Przekrój tabliczki prezentował się przepięknie.


 Czekolada pachniała bardzo delikatnie, lecz specyficznie. Woń kojarzyła mi się przede wszystkim z lekko posłodzonym ziołowym naparem, sporządzonym z mnogości własnoręcznie zbieranych, suszonych na słońcu ziół. Pewnego razu piłam u klientki świeży napar z pokrzywy, skrzypu i kopru - i to było mniej więcej coś takiego, tyle, że z nutą miodu i z dodatkiem jeszcze innych ziół (szałwia? dziurawiec?). Intrygujące, niebanalne aromaty.


 Obawiałam się, że tabliczka dostanie trochę w kość przez relatywnie niskie temperatury podczas trekkingu, ale nie było tak źle - rozpuszczała się w ustach powoli, lecz bezproblemowo. Bez przeszkód mogliśmy delektować się jej bukietem. Tutaj dosłownie - bukietem ziół. Najpierw przez gładką czekoladową masę próbowały przebijać się piołunowe nuty, jednakże szybko złagodzone zostały miodową słodyczą, przechodząc w wyczuwalny w sferze zapachu lekki ziołowy napar. Pokrzywa, skrzyp, koper, mięta, melisa, szałwia, dziurawiec... Może trochę lipy i czarnego bzu... Coś niesamowitego. Ziołowa kompilacja pieściła zmysły, pozostając nadal po prostu dobrą czekoladą ze wszystkimi jej cechami. Specyfika meksykańskiego kakao użytego przez Cacao Nativa niesłychanie mnie urzekła.


 Gdy dodamy do tego jeszcze kakaowe nibsy - zostałam całkowicie kupiona. Kawałki kakao nie zostały przeprażone, idealnie uwalniają swój bukiet spajający się z samą czekoladą. Nibsy podkręcają nuty odnalezione w czekoladzie, stają się dopełnieniem, a przy okazji - chrupiącym urozmaiceniem. Cudownie było rozpuszczać w ustach ziołowo-miodową czekoladę, by na koniec zostawić sobie do chrupania przepyszne nibsy, lekko goryczkowe, nadal pięknie bogate w smak. Połączenie przewrotnego zdecydowania i łagodności tej kompozycji przywiodła na myśl wysokiej jakości ziołową nalewkę. Goryczka płynąca z nibsów niosła alkoholowe złudzenie, co podsycało to skojarzenie.

Degustacja meksykańskiej czekolady w urokliwych okolicznościach polskiej przyrody była prawdziwą rozkoszą. Rozbudziła mnóstwo wspomnień związanych z naszą podróżą do Meksyku, ale także pozwoliła cieszyć się chwilą, w naszych pięknych górach. Aż chciało się krzyczeć: chwilo trwaj! Ciekawy efekt po degustacji przyniosła odrobina nalewki jeżynowej domowej roboty, jaką zabrała ze sobą Weronika. Złudzenie ziołowej nalewki wymieszało się z realną owocową nalewką, tworząc bardzo nietypowe zestawienie.


A nasz powrót z Lubonia Wielkiego do Niedźwiedzia był niesamowicie malowniczy - w promieniach popołudniowego, wiosennego słońca... 


 Luboń Wielki za nami...
 A przed nami... Gorce, widoczne ze zbocza Potaczkowej - już wkrótce miały być nasze!


PS A to my rok temu na Potaczkowej i Luboniu Wielkim (1 i 2).
Skład: kakao, nibsy kakaowe, tłuszcz kakaowy, cukier, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 80 g.

środa, 19 kwietnia 2017

Cukiernia Szorski ciemna 54% z żurawiną


Z racji, że siedziba firmy w której pracuję znajduje się nieopodal Ostrowa Wielkopolskiego, ostatnio doszło do mnie kilka głosów o ręcznie robionych czekoladach w jednej z tamtejszej cukierni. Ludzie wiedzący o tym, iż pasjonuję się czekoladą, nie omieszkali się poinformować mnie o nowości w tym mieście - choć ja wiem, że "ręcznie robione czekolady" są tylko tanim chwytem. Wszystkie produkty tego typu na polskim rynku są prawdopodobnie robione z tych samych czekoladowych pastylek, czyż nie? (zresztą, pisałam o tym niedawno przy okazji recenzji Cortez). Cukiernia Szorski jest kolejnym miejscem, gdzie można takie tabliczki nabyć. Deserową czekoladę o 54% zawartości kakao, ozdobioną żurawinową posypką, Weronika zabrała na nasz wielkanocny wyjazd w góry.


Dziwnym jest dla mnie fakt, iż na etykiecie tabliczki nie odnalazłam informacji o gramaturze. Nietypowo rozciągnięta tafla może wprowadzić w błąd sugerując, że czekolada jest dość duża. Nie zważyłam naszej tabliczki, więc trudno mi stwierdzić, na ile jej kształt był kolejnym chwytem - sprawiającym, że horrendalna cena jakoś mniej odstrasza. To znaczy, mnie i tak 18 złotych zdecydowanie odstrasza jeśli mowa o czekoladach, które nawet nie leżały koło Prawdziwych. Za taką kwotę Cukiernia Szorski mogła postarać się chociaż o bardziej eleganckie opakowanie, które zachęcałoby do zakupienia czekolady z przeznaczeniem prezentowym.

 
Na pewno brawa należą się za niepożałowanie dorodnych połówek żurawin, które są mięciutkie i autentyczne w smaku, idealnie cierpko-kwaskowate ze specyficzną słodyczą. Zastosowane owoce są wielkim plusem tej słodkości. Nad samą czekoladą trudno się rozwodzić. Łatwo rozpuszcza się w ustach, jest przede wszystkim słodka, posiada mleczny i lekko waniliowy posmak. Wszystko. Proste smaki dobre przed wyjściem na szlak.

Pamiętajcie, tego typu tabliczki nie są Prawdziwymi Czekoladami. Ich "ręczne wykonanie" nie oznacza produkcji od ziarna do tabliczki. Nie mniej jednak zawsze będę powtarzać, że wolę dostać coś takiego niż Milkę.


W Wielki Piątek wraz z Mężem i Weroniką zameldowaliśmy się około południa w pensjonacie U Stóp Gorców położonym w miejscowości Niedźwiedź. Głównym celem naszej wielkanocnej wyprawy były Gorce, jednak pierwszego dnia postanowiliśmy zrobić sobie rozgrzewkę na Luboniu Wielkim (Beskid Wyspowy). Mąż i ja byliśmy tam w zeszłą Wielkanoc i uznaliśmy, że warto pokazać tę górę Weronice, która pierwszy raz pojechała z nami w góry dopiero na majówkę. Luboń Wielki jak zwykle był piękny, ze swym unikalnym podejściem gołoborzem i piękną panoramą szczytową na Beskid Wyspowy. Od Rabki Zdrój w trekkingu towarzyszyła nam urocza suczka, która wymknęła się z czyjejś posesji by... po powrocie do Rabki ze szczytu spokojnie wrócić do domu. Na Luboniu Wielkim otworzyliśmy pewną niezwykłą czekoladę, ale o niej już w następnym wpisie...



Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, żurawina, lecytyna sojowa, wanilia.
Masa kakaowa min. 54%.
Masa netto: nie podano.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Amedei Toscano Black 70 ciemna 70%


Kolejny raz po niedługiej przerwie sięgnęłam po Amedei, choć wolałabym tego nie robić - jednakże goniły mnie terminy ważności moich tabliczek. Zdecydowanie bezpieczniej by było zrobić sobie przerwę od tej włoskiej marki. Sporo Amedei zjadłam ostatnimi czasy, a degustacje te pozostawiły po sobie mieszane odczucia. Nie mniej jednak, z pierwszą czekoladą z serii blendów Toscano Black - 63 - wiązałam miłe wspomnienia. Najmocniejszą z tej kolekcji - 70 - otwierałam więc przepełniona nadzieją. Na swoją kolej czeka także 66, którą zapewne wypróbuję także w najbliższym czasie. Wszystkie Amedei zakupiłam w sklepie Sekretów Czekolady.


Czekolada cechowała się delikatnym aromatem dymu z ogniska. To był ciekawy efekt - z gruntu wyrazisty zapach unosił się nad tabliczką niczym lekka mgiełka. Kładąc kostkę na języku musimy popracować nad jej rozpuszczeniem, na szczęście pozbawiona jest proszkowatości jak niektóre Amedei, okazała się za to dość mocno zbita i zwarta. Po rozpuszczeniu stała się gęstą słodką masą, oczywiście zawierającą w swej słodyczy charakterystyczny bezowy posmak. Na szczęście Toscano Black 70 oferowała też parę innych doznań.


Paloność tej czekolady jest bardzo intensywna, co w ciekawy sposób miesza się z bezową słodyczą. Tak jak w 63, zwróciłam uwagę na nuty drewna, tytoniu, ziemi i skóry - takie typowe ogniskowe nuty. W przeciwieństwie do koleżanki o mniejszej zawartości kakao, 70 wydaje się nie łagodnieć wraz z trwaniem degustacji.

O ile w 63 jednym z wiodących akcentów był dla mnie strudel, jak tutaj również pomyślałam o cieście typu szarlotka, ale zupełnie inaczej wykonanym. Podprażone jabłka znalazły się tu w niezbyt udanym cieście - w środku nie do końca wypieczonym, zaś z wierzchu wręcz przypalonym. Ewentualna maślaność czy iluzja pudidngu ryżowego znikały pod naprawdę znaczną palonością.


Paloność dalej szła w stronę mocno wypieczonej skórki z chleba, a następnie posypała się już cała moc słodowych skojarzeń. Toscano Black 70 stała się dla mnie imperialnym stoutem zaklętym w tabliczkę. Myślałam o mocnym i gęstym piwie na czekoladowych, ciemnych słodach. Czekolada i tak czy siak posiadała ciekawy, niby-alkoholowy posmak, co tym bardziej pokręcało piwne skojarzenia. Wysoki poziom słodyczy kierował moje myśli w stronę słodkawych, esencjonalnych niczym likier stoutów np. Liquid Confidence.


Nad palonymi nutami w tej czekoladzie długo by się było można rozwodzić. O dziwo, nie kojarzyły mi się zbyt mocno z kawą. Słodowość okazała się zaskakująca i dominująca - coś, co szczególnie wyróżnia 70 w porównaniu do 63. Ciekawa jestem, w którym miejscu odnajdzie się 66, być może zaintryguje mnie czymś zupełnie innym...


Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.

sobota, 15 kwietnia 2017

Original Beans Cru Virunga 70% ciemna z Kongo


Po przepysznej, intrygującej mlecznej Femmes De Virunga przyszedł czas na ciemną czekoladę od Original Beans, wytworzoną z ziaren kakao forastero pochodzących ze wschodniego Kongo. Szwajcarska marka jak zwykle zadbała o ekologiczny aspekt swego wyrobu - część dochodu ze sprzedaży Cru Virunga 70% przeznacza na ochronę górskich goryli żyjących w Parku Narodowym Virunga. Dziś opisywana tabliczka została doceniona w plebiscytach Academy of Chocolate i Great Taste. Czy nam kolejna Original Beans również przypadnie do gustu?

Utrzymane w fioletowych barwach opakowanie pięknie zgrywa się z kolorem samej tabliczki, kryjącej w sobie subtelne fioletowe przebłyski. Tafla czekolady jest aksamitna, kusząca już samym dotykiem. Zapach także okazuje się apetyczny - pełen czekoladowej głębi i przestrzeni, akcentów dymu i drewna - spowitych niesamowitymi, namacalnymi wręcz soczystymi wiśniami.



Kęs rozpuszcza się niezbyt łatwo, cechując się pewną gumowatością, nieco przypominającą kauczuk. Jest to jednak bardzo przyjemne doznanie - nad czekoladą trzeba popracować, a przez to jej smak powoli i dogłębnie penetruje kubki smakowe. Koniec końców w ustach tworzy się gęste, gładki błoto. Smakując Cru Virunga w moich oczach ukazał się jeden wyraźny obraz, dziwny, ale jednak potwornie jednoznaczny - powiem ta czekolada smakuje bardzo jednoznacznie. Oto ekipa eksploratorów zaszyła się w bazie w kongijskiej dżungli pachnącej wilgocią i tropikalnym drewnem, konsumując... tort szwarcwaldzki, w towarzystwie herbaty earl grey, popalając papierosy.


Najistotniejszą i najwyraźniejszą nutą smakową w tej czekoladzie są wiśnie. Okazały się być spektakularne, zaskakująco autentyczne. Są soczyste, dojrzałe i smakują niebywale naturalnie. W połączeniu z pewną gumowatością zdają się być zanurzone w mocno zbitym czekoladowym cieście, nasączonym odrobiną spirytusu i udekorowaną świeżo ubitą śmietaną - stąd skojarzenie z tortem szwarcwaldzkim. Jeśli miałabym doszukać się w tej czekoladzie innych owoców, to byłyby to jeszcze czarne porzeczki - ale stojące daleko w tle za boskimi wiśniami.

W dalszej kolejności pojawiła się czarna herbata, dla mnie ewidentnie earl grey i to z bardzo dużą ilością bergamotki. Po czasie pomyślałam także o tytoniu, który wraz z wiśniami stworzył iluzję wiśniowych papierosów (popalało się w liceum takie wynalazki z dobrym kolegą...).



Cru Virunga 70% jest urzekająco słodka i aksamitna, a przy tym jednoznaczna i wyrazista w smaku. Nie cechuje się wybujałą dynamiką, co w jej przypadku jest zaletą - przewodnie nuty i tak są totalnie urzekające. Myślę, że jest to czekolada, która zasmakuje bardzo szerokiemu gronu - jej degustacja to czysta przyjemność, prosta i wyrafinowana jednocześnie. Original Beans po raz kolejny mnie zachwyciło, to następna niezwykle solidnie wykonana tabliczka. Po zakupy swoich skarbów odsyłam na Smakowe Inspiracje (Kimiko i Oldze też smakowało, a na Chocolate Codex również czekolada zgarnęła wysokie oceny).


Skład: masa kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 569 kcal.
BTW: 9/45/40

czwartek, 13 kwietnia 2017

Surovital biała surowa 36% z pistacjami i solą himalajską


Rzadko zdarza się, że zjadam czekoladę praktycznie nazajutrz po jej kupnie. Dziś opisywaną tabliczkę trudno było jednak uchronić przed apetytem mojego Męża i choć planowałam zabrać ją w góry, posłużyła nam jako uzupełnienie energii po kolejnym niedzielnym trekkingu w Wielkopolskim Parku Narodowym. Po spektakularnej kokosowej Surovital polowałam na kolejną nowość z asortymentu naszych rodaków, aż w końcu dorwałam ją w jednym z poznańskich sklepów z żywnością ekologiczną.

Surovital stawia na pomysłowość, co bardzo się ceni - tym razem zaproponował nam białą czekoladę o aż 36% zawartości masła kakaowego, które można uznać za surowe, bowiem powstało wskutek procesu tłoczenia na zimno. Słodzikiem tradycyjnie stał się cukier z kwiatów palmy kokosowej. Jako dodatki wybrano pistacje i sól himalajską, zaś zamiennikiem mleka stały się sproszkowane migdały. Choć mój Mąż nie przepada za pistacjami, i tak nowość od Surovital bardzo go kusiła. Mnie zresztą też, choć wątpiłam, że przypadnie mi do gustu tak bardzo, jak ostatnio próbowana kokosowa koleżanka.



Czekoladzie nie można odmówić urody. Posiada piękną, karmelową barwę, a zgrabne pistacje stanowią oryginalną ozdobę. Grubiutka tabliczka sprawia wrażenie, jakby zaraz miała rozpuścić się w palcach - od pierwszego kontaktu wiemy, że będziemy obcować z czymś wyjątkowo gładkim. Zapach czekolady jest subtelny, odrobinę karmelowy, z nutą kokosa i wanilii. 


 

Biała panienka w istocie jest bardzo tłuściutka, w buzi rozpuszcza się łatwo i aksamitnie. Jest umiarkowanie słodka, w sposób specyficzny dla cukru kokosowego - słodycz ta niesie ze sobą urokliwą nektarową nutę. Podczas rozpuszczania w ustach raz po raz odczuwałam lekką słoność, ale była ona naprawdę nikła, delikatna. Myślę, że nie powinni mieć z nią problemów antyfani soli w słodyczach - bardziej przyćmiewa ją wanilia. Pojawia się również przyjemny migdałowy posmak, kojarzący się z nugatami Zottera.

Pistacji moim zdaniem sypnięto w sam raz, by stanowiły istotny dodatek, a jednocześnie nie zdominowały kompozycji. Widać, że nie są to przypadkowe egzemplarze - wszystkie smakowały świeżo, bardzo dobrze. Osobiście wolałabym, żeby zostały podprażone i posolone - wtedy czekolada nabrałaby pazura, ale wiem, że niekoniecznie byłoby to zamysłem marki lansującej "ekstremalnie naturalną" żywność. 


 

Generalnie czekolada bardzo mi smakowała - to oryginalny, ciekawy produkt. Jednakże niezaprzeczalną wadą jej jest... zupełny brak finiszu. Pozostawia po sobie jedynie delikatny posmak migdałów i pistacji, no i może lekką aksamitną tłustość - ale po paru minutach nie czułam już w ustach żadnego wyraźnego śladu po zjedzeniu czekolady. No cóż, przynajmniej bez przeszkód mogłam konsumować ją w towarzystwie prawdziwej kolumbijskiej kawy - nie ingerowała w jej wyrazisty bukiet. Mimo wszystko składam na ręce Surovital gratulacje za koncepcję i stworzenie całkiem fajnego produktu, nawet pomimo tego, iż biały wynalazek nawet nie dorasta do pięt genialnej surowej kokosowej.


Skład: cukier z kwiatu palmy kokosowej, tłuszcz kakaowy, migdały, pistacje 16%, sól himalajska <1%, wanilia burbońska.
Masa kakaowa min. 36%.
Wartość energetyczna w 100 g: 611 kcal.
BTW: 8/46/41

wtorek, 11 kwietnia 2017

Amedei Cru Trinidad ciemna 70%


Dziś przed Wami ostatnia już tabliczka Amedei z serii Cru (do kupienia w sklepie Sekretów Czekolady). Kolekcja ta wywołała we mnie wiele skrajnych odczuć. Ciekawa byłam, jaką puentę postawi Trinidad, który pozostawiłam sobie na koniec. Dotąd próbowałam ziarna z Trynidadu jedynie w interpretacji Bonnat - ową tabliczkę wspominam jako bardzo harmonijną i delikatną. Żywiłam nadzieję, że Trinidad od Amedei zakończy serię Cru pozytywnym akcentem, zwłaszcza, że otworzyłam ją nie tylko z Mężem, ale jeszcze z Weroniką (naszą trekkingową towarzyszką).


Po rozpakowaniu z szykownego kartonika tabliczka nie cieszyła wzroku. Tak jak wiele innych Amedei pokryta była szarym nalotem, spod którego ciężko było dostrzec jej właściwą barwę (naprawdę, nie przechowywałam moich Amedei w nieodpowiednich warunkach). Według producenta Trinidad to elegancka czekolada, aromatyczna niczym kubańskie cygaro. Ja czułam raczej nikłą woń najzwyklejszego tytoniu wymieszaną z drewnianym, suchym zapachem, kojarzącym mi się z wiórami.


W konsystencji chrupka Trindad nie była na szczęście irytująco proszkowa jak niektóre poprzedniczki. Rozpuszczała się w ustach z pewną trudnością, zostawiając w nich kleisty, dość zwarty film. W smaku była przede wszystkim słodka, w ten typowy dla Amedei bezowy sposób, coraz to bardziej mnie irytujący - zwłaszcza, gdy tępa słodycz narastała z każdym kęsem. Nie znalazłam tu ani trochę uwodzicielskiej goryczki, a odrobina kwaśności pojawiająca się raz po raz przywoływała na myśl niedojrzałe mango.

Zgodnie z opisem producenta, można dostrzec tu nuty łupin orzechów włoskich, kory, drewna i wanilii. Ani trochę nie cieszyła mnie zbieżność tych dostrzeżeń, bowiem powyższe niuanse, które w charakternej czekoladzie mogłyby być wspaniałe - tutaj wypadały naprawdę blado. Wszystko było jakby przytłumione, mdłe, przykryte tępą słodyczą. Trzymając kleikową grudkę w ustach czekamy, aż coś wyrazistego przebije się przez ścianę, ale prowadzące nuty liżemy jakby przez szybę, ledwo się o nie ocierając. Drewno przybiera postać trocin, a wanilia słodkawych popłuczyn.


Niestety Trinidad absolutnie nie spełnił moich oczekiwań i blisko mu w rankingu Amedei Cru do fatalnej Grenady. Największym pozytywnym zaskoczeniem w tej kolekcji była dla mnie niebanalna Jamaica, szczególnie urzekła mnie także Venezuela. Madagascar i Ecuador smakowały mi, ale czegoś im brakowało do mojej pełnej satysfakcji - były zbyt zachowawcze. Podsumowując, kolekcja single-origin od Amedei okazała się w moich oczach bardzo niewyrównana, wypadająca niezbyt korzystnie na tle wielu innych marek. Amedei ostatnio straciło sporo mojego uznania...


Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Zotter Mulled Wine mleczna 40% nadziewana maślano-jogurtowym ganaszem z czerwonym winem, rumem, pomarańczami, cynamonem, wanilią, anyżem i goździkami


Tę w pełni zimową, bożonarodzeniową czekoladę pragnęłam przewrotnie zabrać na wielkanocny wyjazd w góry, jednakże do niego nie dotrwała. Mulled Wine padła ofiarą pewnego piątkowego wieczoru, gdy wraz z Mężem zachciało się nam czegoś słodkiego. Jesienią postanowiłam w końcu nadrobić zaległości w zimowych Zotterach i zamówiłam z foodieshop24.pl kilka najciekawszych egzemplarzy (m.in. Softly Falls The Snow). Najbardziej zależało mi na nadziewanej Gingerbread i pewnie to ona pojawiłaby się dziś na blogu, gdyby nie fakt, iż... zgubiłam ją podczas remontu. Tak, dobrze przeczytaliście. Też nie wiem, jak to możliwe. Po prostu zapadła się pod ziemię... Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że Zotter przed tegoroczną Gwiazdką również wypuści Handscooped Gingerbread.


Mulled Wine to mleczna czekolada o 40% zawartości kakao, kryjąca w sobie ganasz na bazie masła i jogurtu, posiadający spory udział czerwonego wina (aż 8%) pochodzącego z winiarni Schonberger w austriackim Burgenlandzie. Kompozycja ma oczywiście imitować grzane wino, toteż odnajdziemy tu mnóstwo rozgrzewających przypraw: cynamon, wanilię, anyż i goździki. Swoje miejsce w kompozycji odnalazły także pomarańcze i cytryny, dodatkowo wzmocniono ją jeszcze rumem (a co!).

Czekolada pachnie przepysznie, uroczo pierniczkowo, a przy tym znacznie słodko - z mlecznym zacięciem. W tle przewija się wyraźna i przyjemna nuta alkoholu zwiastująca, że raczej nie jest to przysmak odpowiedni dla dzieci. Za to na pewno fani słodkiego grzanego wina zostaną uwiedzeni przez Mulled Wine!


Sama czekoladowa kuwertura to mocno mleczna, słodka, rozkoszna czekolada. Akurat na takie coś mieliśmy ochotę tego wieczoru, aczkolwiek muszę przyznać rację Kimiko, że prawdopodobnie całość byłaby bardziej spektakularna przy zastosowaniu czekolady ciemnej (albo chociaż ciemnej mlecznej). Samo nadzienie również jest bardzo słodkie - ganasz szczególnie przy łączeniach z kuwerturą sprawia wrażenie scukrzonego, wygląda niczym śnieżny pyłek.

 Nadzienie rozpuszcza się w ustach raczej gładko, zostawiając jednak lekko chrupiące cukrowe wrażenie, podobne do galaretek w posypce. Wyraźnie odznaczają się soczyste pomarańcze, które na winnym i rumowym tle (oba alkohole są wyczuwalne) świetnie imitują cząstki owoców zanurzone w podgrzanym trunku. Nie zgadłabym, że sporą część ganaszu stanowi jogurt - lekki kwasek zdaje się wynikać z połączenia wina i pomarańczy.


Oczywiście przyprawy korzenne dają wspaniały popis swych umiejętności, co na alkoholowo-kakaowym tle jest dla mnie zawsze ogromną przyjemnością. Przyprawy rozgrzewają, urozmaicają, są dopełnieniem. Naprawdę czułam się, jakbym konsumowała słodkie grzane wino zamknięte w tabliczce. Przyjemny, słodziutki relaks.

Ja z grzanym winem mam tylko jeden problem - wkurza mnie, że często jest za słodkie. Mulled Wine również stała gdzieś na granicy i myślę, że w górach rzeczywiście spisała by się idealnie. Bardziej wyszukana spośród nowszych korzennych Zotterów wydaje się chociażby Carinthian Reindling - to po prostu zupełnie inna czekolada. Nie mniej jednak, nie obawiałabym się sprawić komuś prezentu w postaci Mulled Wine zwłaszcza, że tak prosta grafika na opakowaniu wydaje mi się w tym przypadku niesamowicie urocza i ciepła.


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, czerwone wino 8%, syrop cukru inwertowanego, masło, rum, suszone pomarańcze, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka, sól, koncentrat pomarańczowy, koncentrat cytrynowy, cynamon, wanilia, anyż, goździki, lecytyna sojowa, proszek cytrynowy.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 515 kcal.
BTW: 5,5/36/38