czwartek, 14 grudnia 2017

Zotter "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles ciemna mleczna 60% nadziewana nugatem z orzechów arachidowych i pokrzywową galaretką z chili


Czytając o genezie powstania Zotter "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles miałam dokładnie taką samą myśl jak Kimiko: "Szkoda, że Obama nie mógł walić trzeciej kadencji..." Dlaczego? Po wyborze Obamy na prezydenta USA, Zotter stworzył czekoladę z orzechami arachidowymi i... ketchupem. Bardzo chciałabym spróbować czekolady z ketchupem! Obecnie "Fake Chocolate" została stworzona z myślą o Donaldzie Trumpie. Nie za bardzo rozumiem, dlaczego padło akurat na pokrzywę, no ale dobra - polityka nie leży w gronie moich zainteresowań. Za to ciekawe czekolady na pewno! Tak jak Kimiko, nie mam nic przeciwko "spożywczości" pokrzywy, a napar z tego zioła jest dla mnie bardzo smaczny. Swoją tabliczkę zakupiłam oczywiście poprzez foodieshop24.pl.


Po niezbyt udanej Peanut Butter and Banana byłam ciekawa użytego tutaj nugatu z orzechów arachidowych, jednak po tamtych doświadczeniach nie spodziewałam się rewelacji. Generalnie, "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles to ciemna mleczna czekolada o 60% zawartości kakao (chyba najczęściej najlepiej sprawdzająca się kuwertura w Zotter Handscooped) nadziewana dwoma warstwami nugatu z orzeszków ziemnych, kryjąca wewnątrz pokrzywową galaretkę doprawioną chili. Kocham galaretki w nadziewańcach Zottera, uwielbiam też chili - to mogło być naprawdę ciekawe połączenie!

Czekolada pachniała cudownie - przede wszystkim świeżo prażonymi orzechami arachidowymi, dobrą mleczną czekoladą o wyższej zawartości kakao, delikatną piernikową przyprawowością oraz nutą ziół. W przekroju prezentowała się bardzo apetycznie, wszystko za sprawą soczystej galaretki. Po doświadczeniach z innymi galaretkowymi Zotter Handscooped, te naturalne trzęsawce działają na mnie jak lep na muchy, mniam! Nugat miał taką barwę i zapach, iż od razu wiedzieliśmy, że fistaszki dadzą tutaj czadu...


Wystarczył kęs, bym przekonała się, że "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles stanie się jedną z ulubionych nowych Handscooped, choć wcale ją o to nie posądzałam. Kompozycja okazała się wyrazistym połączeniem niecodziennych smaków, a wielu nowych Handscooped brakowało mi właśnie takiej bezkompromisowej wyrazistości! Po pierwsze, nugat z fistaszków jest rewelacyjny, idąc za Kimiko rzeczywiście kojarzył się nieco snickersowo, choć absolutnie nie był za słodki - był obłędnie fistaszkowy. Wspaniale komponował się z ciemną mleczną czekoladą 60%, która również nie była przesadnie łagodna, miała charakterek - dlatego tak bardzo lubię ją w Handscooped, bo cokolwiek by nie znajdowało się w środku, tabliczka zawsze zachowuje wówczas czekoladowy charakter.

 A co mogę powiedzieć o galaretce? Była bardzo mięciutka, wręcz rozpływała się w ustach, a smak za to miała naprawdę mocny. Dominowało boskie chili, idealnie wplatające się w fistaszki i czekoladę. Było dość intensywne, co dla mnie stanowi wielką zaletę - kocham chili w wielu połączeniach, a masło orzechowe z chili to mój faworyt dodawany codziennie do owsianki. Już pod tym względem byłam więc kupiona.


Pokrzywa sama w sobie nie grała pierwszych skrzypiec. Niosła lekko miodowy, ziołowy posmak, który dopełniał kompozycji. I bez niego całość radziłaby sobie znakomicie, ale dzięki pokrzywie "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles stała się bogatsza. Sama galaretka nabrała też większej świeżości, dzięki czemu chili nie jest odczuwalne jako zbyt inwazyjne. Wszystko zostało dograne tak, iż nie mogę sobie wyobrazić lepszej wersji takiego dziwnego połączenia. Zotter ma łeb nie od parady... Pomysłowa "Fake Chocolate" Peanuts and Nettles to na to kolejny przykład. Jeśli tylko nie boicie się chili - polecam z całego serca.

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, orzechy arachidowe, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, syrop cukru inwertowanego, olej arachidowy, słodka serwatka w proszku, suszone pokrzywy, koncentrat soku cytrynowego, pełny cukier trzcinowy, odtłuszczone mleko w proszku, pektyna jabłkowa, lecytyna sojowa, sól, wanilia, chili bird's eye, cynamon.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 510 kcal.
BTW: 9,6/31/47

wtorek, 12 grudnia 2017

La Naya Vietnam Ben Tre mleczna 50%


Litewska marka La Naya pojawiła się dotychczas na moim blogu tylko ze swym asortymentem czekolad z dodatkami. To te tabliczki, które tak doskonale nadają się na prezent - bowiem w pełnym zestawie opakowania pięciu czekolad ułożone obok siebie tworzą jeden obrazek. Już niemalże rok temu w sklepie Sekretów Czekolady zakupiłam także pozostały dostępny asortyment od La Naya, a mianowicie czekolady single-origin. Podczas ostatniego weekendowego wypadu w góry postanowiliśmy sięgnąć po jedyny mleczny wariant spośród nich - czekoladę o 50% zawartości wietnamskiego kakao z prowincji Ben Tre. Ben Tre znam już z boskich czekolad Erithaj, a mleczną wersję tej marki szczególnie dobrze wspominam. Litewskiej interpretacji tego kakao byłam więc niesamowicie ciekawa.

Nasza degustacja miała miejsce w leśnej głuszy, w czeskich Zaworach. Rozsiedliśmy się na powalonym drzewie i pośród ciszy delektowaliśmy się wyjątkową czekoladą.


Aż podziw bierze, jak La Naya cudownie potrafiła opisać swoją czekoladę. Zdania umieszczone na wkładce wewnątrz opakowania rozanielają tak jak sama czekolada. Według producenta mleczna Ben Tre inspirowana jest uczuciem określanym jako "liberosis". Jest to pożądanie martwienia się w mniejszym stopniu troskami życia codziennego, wzniesienie się ponad to. Jakże przyjemnie czyta się, że ziarna z plantacji Ben Tre w magicznej fabryce La Naya zostały przemienione w miód, karmel i beztroską wolność. La Naya swoje bean-to-bar określa jako bean-to-emotion. Mleczna La Naya ma zamienić nas w dzieci huśtające się na huśtawce, w zabawową piłkę plażową i w beztroskiego delfina na środku oceanu. La Naya wypunktowuje emocjonalną strukturę Vietnam Ben Tre 50%: owoce, ciasteczka mamy, dzień na plaży, miód, palmy, emancypacja, kwiaty, borowiki.


W ustach rozpuszczała się powoli i w dość zwarty sposób. Nie była więc typowo dziecięcą czekoladą, ale jednak bardziej poważną, powściągliwą. W pierwszym kontakcie z kubkami smakowymi skojarzyła się mi ze zmrożoną krówką, a dalej już z orzechowymi ciastkami z miodem. Następnie pojawiły się zaskakujące nuty, dla nas wcale nie grzybowe jak podpowiada producent. Pewne akcenty w tej czekolady kojarzyły nam się z... soczystą szynką pokrojoną w cienkie plasterki, ewentualnie z boczkiem (z przewagą mięsa nad tłuszczem). Ewentualna kwaśność w tej czekoladzie oscylowała gdzieś w okolicach serwatki (czyli generalnie niski poziom, ale skojarzenia serwatkowe się pojawiły). Podczas spokojnego, gładkiego rozpuszczania się naszej La Naya powracał miód w nabiałowym kontekście (tłuste gorące mleko z miodem), no i dziwne myśli mięsne, jak boczek oblany miodowym karmelem. Po jakimś czasie olśniło mnie - smak ten był zbliżony do nadzienia w Zotter Bacon Bits!


Wietnamska mleczna La Naya różniła się od tej z Erithaj. Obie bardzo mi smakowały, obie niosły ze sobą kontrowersyjne nuty, ale... to La Naya była spokojniejsza, a swym wyważeniem urzekała na tyle, iż można by było zjeść jej naprawdę dużo. Nie za słodka, nie za gorzka, nie za kwaśna - choć jej smaki były wyraźne i ciekawe, paradoksalnie odczuwało się ją jako coś klasycznego. Ciekawe, co zaprezentuje nam wersja ciemna...




W niedzielę 26 listopada po zakończeniu naszego szlaku w Łącznej wsiedliśmy do samochodu i podjechaliśmy do rezerwatu przyrody Głazy Krasnoludków. Mało popularne Zawory obfitują w ciekawe formy skalne - inną ciekawostką jest chociażby Diabelska Maczuga. Wszak Zawory są już częścią Gór Stołowych, a to zobowiązuje... Przyznam się, że nim pojawiłam się w Zaworach, nawet nie wiedziałam, że istnieje taki region. Malowniczy, spokojny... Idealne miejsce na degustację dziś opisywanej czekolady!


Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, masło, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 50%.
Masa netto: 60 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 568 kcal.
BTW: 9/40/41

niedziela, 10 grudnia 2017

Zotter Chocolate Banana mleczna 40% nadziewana kremem bananowym i czekoladą malinową


Spośród trzech nowych Zotter Handscooped zabranych na ostatni weekendowy wypad w góry, najmniej oczekiwałam od Chocolate Banana, którą zostawiłam sobie na koniec. Peanut Butter and Banana oraz Pineapple Cream nie sprostały moim wymaganiom, toteż wobec Chocolate Banana miałam tym większe obawy. W pamięci miałam cudną Labooko Banana i choć zawsze brakowało mi bananowego nadziewańca, mając go teraz w rękach podchodziłam do niego z dystansem.

Tym, co na pewno mogłam w tej czekoladzie z miejsca pochwalić, była idea. 50 centów zysku z każdej czekolady przekazywana jest na cel umożliwiania peruwiańskim dzieciom regularnej obecności w szkole. Dzieciom, pracującym w ceglarni. Zotter co jakiś czas angażuje się w podobne akcje - było tak w przypadku pysznej Yummy! Meals For Schools, dzięki której pomagał dzieciakom w Birmie.


Chocolate Banana charakteryzuje się niezwykłą prostotą jak na Zottera. To 40% mleczna czekolada nadziewana kremem bananowym (zawierającym suszone banany). Jedyna ekstrawagancja to warstewka malinowej czekolady znajdująca się pod główną kuwerturą. Zotter ostatnio bardzo polubił takie posunięcia. O ile w wielu tabliczkach zdaje się to zbędne, tak w Chocolate Banana - stało się kluczowe i przełomowe. Czekoladę kupiłam oczywiście poprzez foodieshop24.pl, tak jak wszystkie moje Zottery.


Czekolada pachniała słodko mlecznie-kakaowo, a także wyraźnie bananowo z miodową i malinową nutą. Ganasz zdawał się być nieco bardziej żółty od bananowego kremu obecnego w Peanut Butter and Banana. Nadal był dość lekki, ale mimo wszystko więcej w nim było struktury i masy. W przekroju nadzienie prezentowało się naprawdę smakowicie. Cienka warstwa malinowej czekolady nie odróżniała się mocno na pierwszy rzut oka od mlecznej kuwertury, ale z kęsa na kęs dawała coraz mocniej o sobie znać.

W smaku nadzienie było o wiele przyjemniej bananowe niż w Peanut Butter and Banana. Mniej było bananowego zamulenia, a więcej lekkiej naturalności - słodkiej, ale nie wymuszonej. Tutaj miód doskonale podkreślał naturalny smak banana, zgrywał się też dobrze z cytrynowym muśnięciem. Bananowy smak był pyszny w swej prostocie, nieprzekombinowany, nie ponad miarę podkręcony doborem przypraw. Klasyczny banan, który po prostu musiał spójnie zgrać się z zawadiacką mleczną czekoladą o 40% zawartości kakao. Nie czułam potrzeby zamienienia jej na kuwerturę o wyższej zawartości kakao. To niemalże dziecięce połączenie doskonale spisało się na górskim szlaku, ale nie odczułam nadmiaru słodyczy (jak na przykład w Pineapple Cream). A gdy dodamy do tego jeszcze jeden element...


Warstewka malinowej czekolady. Zastanawiało mnie, po co ona w ogóle się tam wzięła. Jak już wspomniałam powyżej, okazało się, że jednak miała ogromny wpływ na całą kompozycję. Malinowy smak i jego naturalny bukiet, mocno aromatyczny i przyjemnie kwaskowaty - dokładnie taki, jak w Labooko Raspberry - tak świetnie przełamał bananową słodycz, że zdało się to posunięciem wręcz genialnym. Bez tego dodatku być może Chocolate Banana próbowałaby swą słodką prostotą przytłoczyć, ale drobny udział malin ani przez chwilę na to nie pozwolił. To pierwszy raz w nowych Handscooped, kiedy dodatkowa warstwa innej czekolady pod kuwerturą czyni tak ogromną różnicę i naprawdę wzbogaca całość.

Takie niespodzianki lubię. Czekolada, po której najmniej się spodziewałam, okazała się najsmaczniejszą spośród trzech Handscooped zabranych na ostatni górski wyjazd. W końcu wśród bananowych czekolad miło wspominać nie będę jedynie Labooko Banana, ale jeszcze tą delikwentkę...



A oto kilka pejzaży z czeskich Zaworów - po zdobyciu Rogu przechodząc przez Przełęcz Chełmską znaleźliśmy się w Czechach. Tu przez Libną i Zdonov kierowaliśmy się w stronę Bukovej Hory, a dalej Mieroszowskich Skał - by powrócić do naszego punktu wyjścia, malowniczej wsi Łączna.



Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko, suszone banany, syrop cukru inwertowanego, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, suszone maliny, miód, lecytyna sojowa, koncentrat soku cytrynowego, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydzana, cukier), wanilia, sól.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 514 kcal.
BTW: 3,5/33/50

piątek, 8 grudnia 2017

Akesson's Madagascar Bejofo Estate 100% Criollo ciemna


Po wielkim zawodzie, jaki sprawiła mi mleczna Akesson's Brazil Fazenda Sempre Firme, chciałam szybko dać szansę Akesson's na zrekompensowanie się. Rzuciłam się od razu na głęboką wodę - ostatnio często degustowałam setki, toteż sięgnęłam po Madagascar Bejofo Estate 100% Criollo. To stóweczka wykonana z madagaskarskiego Criollo wyhodowanego w regionie Bejofo. Zastanawiam się, jaką tak naprawdę posiadałam czekoladę, bowiem na stronie internetowej Akesson's spotykam tabliczkę o nazwie Madagascar Ambolikapiky Plantation Criollo 100%, taką też recenzowała Kimiko. Jest ona także obecnie dostępna w sklepie Sekretów Czekolady, gdzie swego czasu kupiłam swoją Bejofo. Informacje na opakowaniu na temat nagród zdobytych przez Bejofo są odmienne od tych na Ambolikapiky, więc nadal pozostaję zdezorientowana - to te same czekolady, czy zupełnie inne?


Przejdźmy jednak do esencji, czyli recenzji samej czekolady. Tabliczka o harmonijnie głębokiej barwie, wcale nie aż tak ciemnej jak można to było sobie wyobrazić - pachniała sugerując tłustość. Pomyślałam najpierw o mocno tłustym kefirze, ale woń tej czekolady była zdecydowanie bardziej złożona. Pomyślałam o mokrym drewnie i grzybach, o wilgoci lasu tropikalnego.

W ustach Bejofo zachowywała się niezwykle jak na setkę. Ani nie zalepiała mocno, ani nie ściągała od pierwszej chwili. Po prostu gładko rozpuszczała się w buzi, ale nie w sposób sugerujący przeholowanie z tłuszczem kakaowym. Rozpuszczała się jak dobra czekolada o wyższej zawartości kakao, ale nie jak setka. Dzięki tak przyjemnej konsystencji wyłapywanie nut smakowych przebiegało inaczej, niż w przypadku pozostałych czekolad 100%. Skoro struktura nie przytłaczała, można było w pełni cieszyć się bogactwem kakao. A było z czego się cieszyć...


Mój Ukochany zwrócił uwagę na inne główne nuty niż ja. On postawił na mocną paloność przeplatającą się z kwaskiem, tytoniem, pieprzem i innymi przyprawami. Ja kontynuowałam grzybowe skojarzenia, które to stały się dla mnie na tyle obrazowe, bym mogła opisać je jako masywne i miąższyste podgrzybki z maślakami podane w kwaśnej śmietanie. Nuty sosu grzybowego pojawiały się do samego końca degustacji. Coś, czego nigdy nie wyczuwałam w madagaskarskim kakao, ta grzybowość, która była jakby maksymalnie podkręconymi akcentami mokrego drewna i mokrej ziemi.

Poza tym kawowa goryczka i kwaśność kefiru były nutami przeplatającymi się ze sobą, co jest dla Madagaskaru typowe. Jednakże zarówno gorycz jak i kwas nie wchodziły na poziom typowy dla setek. Były bardziej rozmyte, ułożone. Pojawiała się także soczysta pomarańcza, no i... coś, czego nigdy wcześniej nie spotkałam w takim wymiarze w setce. SŁODYCZ. Pełnowymiarowa słodycz.


Słodycz wychodzi spod wszystkich tych nut, wychyla się zza mgiełki tytoniu, szczypty przypraw, grzybowo-nabiałowej wilgoci. Uderza i pieści. Jest w pełni namacalna, jednak nie jest to słodycz typowo cukrowa (wiadomo - cukru tu nie ma), ani nie nawet miodowa. Po zastanowieniu się uznałam, że przypomina ona podkręconą naturalną słodycz orzechów nerkowca. Jeść setkę z tak wyraźnie zaznaczoną słodyczą było doświadczeniem niebywałym, niezapomnianym. Wraz z Mężem uznaliśmy, że to najciekawsza stówka, jakiej dotychczas próbowaliśmy.

W gruncie rzeczy, bardzo przydałaby mi się wiedza, co się stało z Bejofo 100%. Okazała się bowiem wyjątkową stówką, niezwykle oryginalną, wciągającą, arcysmakowitą. Jej degustacja była doświadczeniem, do którego chce się wracać. To czekolada, którą chciałabym móc polecić, jako spektakularną czekoladę o 100% zawartości kakao. Tylko, że... pozostaję w stanie dezorientacji.


Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa 100%.
Masa netto: 60 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 609,7 kcal.
BTW: 9,72/55,57/17,97

środa, 6 grudnia 2017

Zotter Pineapple Cream mleczna 40% nadziewana kremem ananasowym i czekoladą karmelową


 Gdy minęło już kilka godzin dalszej górskiej wędrówki po degustacji Zotter Peanut Butter & Banana, postanowiliśmy sięgnąć po następnego nadziewanego Zottera tego dnia. Pineapple Cream otworzyliśmy przesiadując w drewnianej wiacie na szczycie Lesistej Wielkiej (którą zdobyliśmy także podczas naszego poprzedniego wyjazdu). Tę mleczną czekoladę nadziewaną ananasowym kremem i karmelową czekoladą obstawiałam jako kolejną faworytkę wśród najnowszych Handscooped od Zottera zakupionych przez foodieshop24.pl. W końcu tak bardzo kocham ananasy, a Piña Colada wraz z Pineapple and Cashew Nuts należą do ścisłej czołówki ulubionych Handscooped. Dlaczego więc z Pineapple Cream miałoby być inaczej?


Kompozycja pachniała pysznie ananasowo i karmelowo, jednakże z naciskiem na karmel, doprawiony wanilią i cynamonem. Ananas w zapachu odznaczał się przesadną słodyczą, jak wyjęty z solidnie dosłodzonego syropu. W przekroju jasny ananasowy krem różnił się w zasadzie tylko kilkoma tonami od warstewki karmelowej czekolady, położonej pod kuwerturą mleczną o 40% zawartości kakao. 

Ananasowy krem był dość puchaty i delikatny, ale nie rozkosznie gładki. Krył w sobie strukturalne kawałeczki ananasa, jednak nie wydawały mi się one tak wyraziste, jak w Pineapple and Cashew Nuts. Naturalna ananasowość uwodziła, jednakże coś uparcie ją modyfikowało, nie pozwalając mi w pełni czerpać przyjemności ze smakowania ulubionego owocu.


Winowajcą była warstwa karmelowej czekolady. Słodka, palona, podkręcona wanilią i cynamonem - w normalnych warunkach byłaby dla nie smakowita, ale nie w połączeniu z ananasem. Ananas, którego słodycz jest bardzo specyficzna i soczysta, zagubił gdzieś swój charakter właśnie w połączeniu z karmelową czekoladą. Niby jest jej niewiele, ale przynosi efekt. Gdy do tego dodamy kuwerturę z mlecznej czekolady o dość niskiej zawartości kakao, robi się prawdziwy problem - jest po prostu zbyt słodko. Ulubiona słodycz ananasa staje się tym bardziej nienaturalnie koncentratowa. Gdybym jadła Pineapple Cream w domu, a nie na górskim szlaku, przypuszczalnie odebrałabym ją jako nieznośnie słodką...


Wykonaną w podobnej koncepcji czekoladą była Handscooped Raspberry, jednak tam cienka warstwa białej czekolady tak nie przeszkadzała - w końcu główną kuwerturę stanowiła siedemdziesiątka, a samo malinowe nadzienie również nie było wybitnie słodkie (a raczej bardziej kwaskowate). Pineapple Cream widziałabym bez karmelowej czekolady, z ciemną czekoladą jako kuwerturą - myślę, że taka prosta kompozycja w pełni by mnie zadowoliła. Tym razem odczułam lekki zawód...


A tu już zdjęcia z niedzielnych wędrówek, tym razem w paśmie Zaworów. Mieliśmy szczęście do rozstąpienia się mgły w kilku urokliwych miejscach widokowych. Powyżej widać Chełmiec z podejścia na Róg, a poniżej... panorama Gór Kruczych, Rudaw Janowickich i Karkonoszy (okolice Przełęczy Okraj) z przeciwległego zbocza Rogu.





Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, koncentrat ananasowy, suszone ananasy, syrop cukru inwertowanego, pełne mleko w proszku, mleko, miazga kakaowa, proszek karmelowy (odtłuszczone mleko, serwatka, cukier, masło), odtłuszczone mleko w proszku, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), wanilia, cynamon.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 494 kcal.
BTW: 3,6/29/55

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Morin Pérou Piura Lait 48% mleczna


Jakże przyjemnie usiąść wraz z Mężem i Najlepszą Przyjaciółką z kawą i dobrą czekoladą w niedzielnie południe, leniwie regenerując się po całonocnej imprezie! Tak się składa, że ostatnio próbowaną przeze mnie tabliczkę francuskiej marki Morin dzieliłam się również z moją Przyjaciółką, więc miała okazję zaznajomić się nieco z tą wyjątkową marką. Tym razem sięgnęłam po Pérou Piura Lait 48%, czyli mleczną czekoladę o 48% zawartości kakao, pochodzącego z leżącego na północy Peru regionu Piura. Już dawno temu miałam okazję degustować ciemną interpretację tego kakao, wykonaną przez Morina (jeszcze w poprzedniej szacie graficznej). Dlaczego właśnie Morina wybrałam ponownie do podzielenia się z większą ilością osób niż tylko mój Mąż? To wiecie już z recenzji Bonnat Surfin - 100 g czekolady pozwala na przyzwoity poczęstunek! Kocham duże i solidne tabliczki z manufaktury Morin!

Morin Pérou Piura Lait 48% zakupiłam w niezastąpionym sklepie Sekretów Czekolady.


Tak, solidna tabliczka podzielona na klasyczne kostki, jej ciepła jasna barwa... Już sam wygląd rozbudza apetyt, a co dopiero zapach. Nasza Pérou Piura Lait 48% pachniała kozim mlekiem, co tak często spotykam w dobrych mlecznych czekoladach - gdy szlachetne kakao spotyka się z mlekiem przy wyważonym udziale cukru. Odnaleźliśmy tu również nuty karmelowe i lekko kokosowe, a także zwiastujące obecność owocowości w kwestii smaku. Na pewno nie spodziewaliśmy się wysokiego poziomu słodyczy.

Wracając jeszcze do samych ziaren, producent na stronie internetowej wskazuje, iż po tej tabliczce należy się spodziewać karmelowości i lekkiej kwaśności. Plantacje, z których pochodzi wykorzystane tutaj kakao, są częściowo nawadniane. Grupa producentów opiekujących się uprawami szkoliła się w wenezuelskim regionie Chuao - procesy związane z zajmowaniem się ziarnem po zbiorze wyglądają tak samo jak tam. Uprawa w regonie Piura jest organiczna i daje w 35% białe ziarna.


Czekolada rozpuszcza się powoli, przede wszystkim przez wzgląd na masywność kostek. Ma dość znaczne ciało, wypełnia usta nie do końca gładką masą, ale przyjemną i klarowną - na pewno nie można tu mówić o proszkowości czy piaskowości. Nie tworzy jednak błogiego błotka, jest w swej strukturze mocno wypośrodkowana. Przez tą swoją masę z początku zdała mi się być znacznie tłusta. Gdy dodamy jeszcze początkowy silny akcent koziego mleka przechodzący po chwili w specyficzną goryczkę - przestraszyłam się, że mleczna Pérou Piura okaże się podobna do mlecznej Akesson's Brazil Fazenda Siempre Firme 55% (która wybitnie mi nie smakowała). Na szczęście czekolada od Morin prędko zmieniła swój bukiet - poszedł on w zupełnie inną stronę.


Mało słodka w typowo cukrowy sposób, mleczna bardziej w sposób kozi niż krowi - a mimo to zdecydowanie karmelowa. Masywna, ale nie przesadnie tłusta. Z wyrazistą goryczką pojawiającą się przy przełykaniu rozpuszczanego kęsa - kojarzącą się dość nietypowo, bowiem z mocno podprażonymi wiórkami kokosowymi. Tłustość i ciało tej czekolady doskonale pasowała mi do kokosa, do skarmelizowanych wiórków, pełnych aromatu. Świeższe nuty owocowe, lekko kwaśne, pojawiające się obok tej goryczki przywodziły na myśl także skórkę pomarańczy. Wyczuliśmy również wędzoność sera, co odrobinę przybliżyło Piurę do fenomenalnej mlecznej Tibitó Meta.

Wyważona i nie jakoś bardzo szałowa, ale jednak zapadająca w pamięć. Przyjemna do degustacji z przyjaciółmi - zawiera ciekawe nuty łatwe do wyłapania, bez konieczności szczególnego skupienia się nad nią. Moja pierwsza mleczna czekolada od Morin wypadła całkiem miło, szczególnie dzięki ciekawej transformacji w stronę prażonego kokosa. Okazała się idealnie dobrana do sytuacji, podtrzymując dzięki temu mój wyjątkowy sentyment do marki Morin.


Skład: ziarna kakao, pełne mleko, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 48%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 589 kcal.
BTW: 8,4/42,2/41

sobota, 2 grudnia 2017

Zotter Peanut Butter and Banana mleczna 50% nadziewana masłem orzechowym i kremem bananowym


Podobnie jak w przypadku tabliczki Piña Colada, nadziewaniec Peanut Butter and Banana zdawał się być kolejnym spełnieniem moich czekoladowych marzeń w wykonaniu Zottera. Połączenie masła orzechowego z bananem jest dla mnie tak klasyczne, że nieustannie mnie dziwiło, dlaczego Zotter nie pokusił się na taką Handscooped wcześniej. No nic, w końcu się doczekałam, a po znakomitej Piña Colada miałam wobec Peanut Butter and Banana bardzo duże oczekiwania. Jak to wyszło?

Czekoladę zjedliśmy w schronisku Andrzejówka w Górach Kamiennych. Podczas postoju w schronisku nasz aparat odmówił posłuszeństwa (chyba przez zmianę temperatur i wilgotności po wnętrzu do środka), toteż zdjęcia tabliczki wykonałam na szybko telefonem. Wymarzonego Zottera zakupiłam oczywiście na foodieshop24.pl.


Mleczna kuwertura o 50% zawartości kakao kryje w sobie dwie warstwy nadzienia. Na dole leży ganasz wykonany z masła orzechowego i białej czekolady, który okazuje się bardzo zbity i tłusty - jak solidne masło orzechowe. U góry zaś mamy mniej zwięzły (jakby bardziej napowietrzony) ganasz bananowy, stworzony z dodatkiem miodu i cytryn. Obie warstwy pomimo pewnych różnic w strukturze były generalnie bardzo gładkie, przez co dość ciężko było je od siebie rozdzielić. Zrobiłam to tylko z małym kawałkiem, aby rzeczywiście móc wyodrębnić smaki obu kremów.

 Choć w całości kompozycji słodycz była wyważona, na dłuższą metę czekolada zamulała. Brakowało mi w niej solidnego przełamania, na przykład większą słonością masła orzechowego. Tabliczka calutka pachniała masłem orzechowym, w smaku również dominowały tłuściutkie arachidy. To uwodziło, ale w towarzystwie banana i bądź co bądź delikatnej mlecznej czekolady przydałby się jakiś konkretny kopniak. Może nawet trochę większych kawałków podprażonych orzeszków załatwiłoby sprawę?


Przez dłuższą część degustacji nie czułam właściwie nic poza masłem orzechowym. Potem do głosu dochodziła czekolada, a na samym końcu krem bananowy. Delikatnie słodki, zamulająco bananowy, co podkreślone jeszcze zostało przez cytrynę i miód... (na szczęście nie było za wiele cytryny!). Krem bananowy był niby smaczny, ale jednak czegoś mi w nim brakowało, a z masłem orzechowym nie zgrał się do końca tak, jak to sobie wyobrażałam. Oczekiwałam wyrazistego połączenia znanego z słynnej kanapki Elvisa, tu wszystko było jakby przytłumione. Dobrze, że nie za słodko, ale to połączenie na mój gust powinno mieć większy charakterek. Wanilia i cynamon klasycznie przebijały się u Zottera, ale nie na tyle, by w jakikolwiek znaczący sposób podkręcić smaki. Mierziło mnie to również dlatego, że przecież tak bardzo polubiłam Labooko Banana...


Gdybym stosowała system ocen podobnie jak Kimiko, na pewno dałabym Peanut Butter and Banana mniej niż 9/10. Mojej ukochanej Piña Colada dziś opisywana tabliczka nie sięgała do pięt, choć też miała być spełnionym marzeniem. Tymczasem okazała się zbyt spokojna. Smaczna, ale bez intensywności smaków - a dla mnie takie połączenie powinno być po prostu mocne.


Ostatni weekend listopada postanowiłam także spędzić na górskiej rande z Mężem. Dopiero co parę tygodni temu wyjechaliśmy z okolic Wałbrzycha, by teraz powrócić tam ponownie. W sobotę na szlak wyruszyliśmy równo ze świtem, po kilku godzinach nocnej jazdy samochodem. Pogoda nas nie rozpieszczała, widoczność była bardzo słaba przez cały dzień. Nasza trasa przez Góry Suche wyglądała następująco: Mieroszów - Garbatka - Włostowa - Kostrzyna - Suchawa - Przełęcz pod Waligórą - schronisko Andrzejówka - Graniczna - Bukowiec - Sokołowsko - Lesista Wielka - Mieroszów. Pomijała zdobyty parę lat temu szczyt Waligóry oraz wieżę widokową na Spicaku (po czeskiej stronie) właśnie przez wzgląd na kiepską aurę. Marsz po górach był mi jednak bardzo potrzebny, niezależnie od pogody - i tak przyniósł mi ogromną satysfakcję.


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, orzechy arachidowe, pełne mleko w proszku, mleko, suszone banany, syrop cukru inwertowanego, odtłuszczone mleko w proszku, olej arachidowy, słodka serwatka w proszku, miód, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, koncentrat soku cytrynowego, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), wanilia, cynamon, chili bird's eye.
Masa kakaowa min. 50%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 544 kcal.
BTW: 8,3/37/44

czwartek, 30 listopada 2017

Original Beans Cusco Chuncho 100% ciemna z Peru


Po niedawnych degustacjach setek od Georgia Ramon (Congo 100% i Belize 100%) nabrałam szczególnej ochoty na sięgnięcie po którąś z pozostałych czekolad o maksymalnej zawartości kakao, jakie miałam w swoich zapasach. Wybór padł na Cusco Chuncho od Original Beans. Original Beans jeszcze nigdy nie nie zawiodło, zaś kakao wykorzystane do stworzenia tej tabliczki jest naprawdę wyjątkowe. Uprawiane w Peru, w świętej inkaskiej dolinie Cusco - należy do rzadkiej, starej i bardzo charakterystycznej odmiany Chuncho. Owoce Chuncho są małe, przez co ziarna również nie grzeszą wielkością - zawierają za to więcej tłuszczu od innych ziaren kakao. Original Beans tworząc swą tabliczkę Cusco Chuncho wspomaga lokalnych farmerów pielęgnujących częstokroć bardzo stare kakaowce (niektóre liczą sobie ponad 200 lat!). Wyróżnia także ich pracę, tworząc pierwszą czekoladę tylko i wyłącznie składającą się z ziaren Chuncho. Swoją Cacao Chuncho 100% kupiłam za pośrednictwem Smakowych Inspiracji.


Tabliczka pełna granatowych i fioletowych przebłysków pachniała świeżością kwiatów i leśnego igliwia. Owa woń skojarzyła mi się mocno górsko, także z aromatem zmoczonych chłodnym deszczem skał, które już powoli zaczęły wygrzewać się w nieśmiałych promieniach słońca. Pomiędzy tymi skałami zdawały się rosnąć jagody, a zbudzone przebłyskiem słońca pszczoły zaczęły uwijać się nad nektarem kwitnących wokół roślin. Mój Mąż pomyślał zaś po prostu o gorącej lawie oraz słodyczy niczym w polewie na ciasto.

To, co na pewno jest szczególnie niezwykłe w Cusco Chuncho, to konsystencja. Jak na setkę, czekolada okazuje się być niesamowicie gładka, zupełnie nie sucha, a przy tym wcale nie za tłusta. Świetnie rozpuszcza się w ustach i już sama struktura sprawia, iż tę czekoladę po prostu dobrze się je. Poziom jej przystępności jest naprawdę wysoki. Gdzieś tam może pojawia się iluzja popiołu, ale wynika ona raczej z samego smaku, a nie konsystencji.


W przeciwieństwie do setek od Georgia Ramon, nasza Original Beans zupełnie nie zalepia, tylko po prostu aksamitnie się rozpuszcza, jak dobre czekolady o mniejszej zawartości kakao. W smaku nadal odczuwałam kontynuację górsko-leśnych skojarzeń. Kwaśność była znaczna, ale nie dominująca w sposób przytłaczający. Kojarzyła mi się w wilgocią leśnej ściółki, ze wzruszoną glebą. Kwaśność, która w przewrotny sposób łączy się ze słodkawym aromatem mokrych liści i igliwia, oraz kamieni ogrzewanych słońcem (Kimiko pomyślała o asfalcie i sądzę, iż chodziło jej o to samo. Też w przypadku jej skojarzeń z whisky i orzechami - ja cały czas poruszałam się bardziej w strefie smaków ziemistych, po prostu). Naprawdę, jadłam Cusco Chunco, zamknęłam oczy i przeniosłam się w góry...


Dalej nuty słodkie są coraz to bardziej wyraziste, przyjmując azymut na owoce - sok z czarnych porzeczek, nie do końca dojrzałe jeżyny, jagody prosto z krzaka. W finiszu wyczułam jagody z wanilią i świeżo ubitą śmietaną (hmm, już skądś znam to odczucie!), odrobinę posłodzone miodem. Mimo wszystko całościowo wspominam ją jako górsko-leśną, mokrą i parującą, a przy tym kwiatowo-słoneczną. Głównie mroczną w sposób kwaśno-ziemisty, ale też z owocowymi akcentami, nadającymi jej nieco słoneczności.

 Cusco Chuncho to bez wątpienia czekolada wyjątkowa. Bardzo przystępna jak na setkę, bogata w liczne nuty smakowe, nad którymi rozmyślając można naprawdę popłynąć... I wybrać się w marzeniach gdzieś daleko. Magiczne kakao trafiło w dobre ręce i oto mamy efekt. Kolejna Original Beans, dzięki której kłaniam się w pas osobom odpowiedzialnym za tę markę.


Skład: masa kakaowa.
Masa kakaowa 100%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 610 kcal.
BTW: 11/55/26