środa, 28 lutego 2018

Jordi's Chocolate mleczna 51% z kozim mlekiem


4 lutego był dla nas dniem relaksu pomiędzy górskimi wyzwaniami. Nie oznaczało to wcale, że leżeliśmy do góry brzuchem, o nie! Wraz z Ivanem i sympatycznym kierowcom pojechaliśmy nad jezioro Quilotoa, znajdujące się w kraterze czynnego wulkanu o tej samej nazwie (mierzącego 3914 m n.p.m.). Quilotoa jest najbardziej wysuniętym na zachód wulkanem w Ekwadorze, a w jeziorze kraterowym nie żyją żadne ryby, gdyż, jak już wspomniałam - w kraterze nadal coś się dzieje. Miejscami woda jest zimna, a miejscami ciepła dzięki aktywności wulkanicznej.

W tak urokliwym miejscu jak plaża jeziora Quilotoa, otworzyłam kolejną mleczną tabliczkę czeskiej marki Jordi's Chocolate zakupioną w sklepie Sekretów Czekolady. Po czekoladzie z mlekiem owczym, przyszedł czas na opcję z mlekiem kozim.


 Z kozim mlekiem w czekoladach miałam więcej doświadczeń niż z owczym, a wszystko to za sprawą Zottera. Nie tylko raczył mnie swoją klasyczną kozią Labooko (a zachwycająco wysokim poziomie kakao - 64%), ale również wkomponował ową czekoladę w ciekawe Mitzi Blue: Overdose i Minty Goat. Domori zaś, odwrotnie niż w wersji owczej, swoją kozią czekoladę stworzyła w bardzo łagodnej odsłonie. Czy Jordi's ponownie odnajdzie równowagę gdzieś pomiędzy Zotterem a Domori?


O tak, Jordi's ponownie pokazało swoją klasę. 51% kakaowego blendu w połączeniu z kozim mlekiem w proszku i trzcinowym cukrem stworzyło cudną kompozycję zawieszoną gdzieś między wyrazistością a łagodnością. Kozie mleko było tu bardzo specyficzne, mocne, charakterne, nie do pomylenia z żadnym innym. Takie, które na pewno będzie przeszkadzać osobom nielubiącym koziego mleka. Jednocześnie zderzenie z kakao nie było aż tak spektakularne jak w Zotterze i... chyba mając wybór sięgnęłabym po Zottera. Dla samej fuzji mleko kozie plus kakao. Bo w Jordi's też pięknie wszystko gra, ale z łagodniejszym tłem w postaci kakao. Poza tym jest też aksamitnie, miękko, błogo - jeśli chodzi o konsystencję. No i umiarkowanie słodko - przez co specyficzna goryczka i aromat koziego mleka może dać doskonały popis. A jeszcze sama barwa tabliczki jest bardzo ponętna... Ojoj, Czesi z Jordi's są naprawdę mocni i ciągle zyskują w moich oczach!


A oto parę fotek znad magicznego Quilotoa...






Wracając do Machachi zatrzymaliśmy się nad kanionem rzeki Toachi, który wywarł na nas również olbrzymie wrażenie. Takie cuda...



Skład: kozie mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, ziarna kakao.
Masa kakaowa min. 51%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 577 kcal.
BTW: 11/44/42

poniedziałek, 26 lutego 2018

Zotter Gingerbread ciemna 70% nadziewana piernikiem i marcepanem


Jak już wspomniałam w poprzedniej recenzji, zaraz rozdzieleniu między pięć osób paskudnej Georgia Ramon Grünkohl & Senf (cud, że mimo wszystko została przez nas zjedzona!), otworzyłam kolejną czekoladę, która miała zamaskować smak zielonego ohydztwa. W plecaku miałam jeszcze Zotter Gingerbread i wiedziałam, że powinna świetnie spisać się w roli odwracacza uwagi od smaku zgnilizny. Nadziewany Gingerbread, który Zotter wypuszcza co roku w okresie przedświątecznym, po prostu musiał być pyszną, intensywną czekoladą.

Może pamiętacie z recenzji Mulled Wine, że Handscooped Gingerbread miałam już zakupioną półtora roku temu. Tamten egzemplarz jednak... zagubił się gdzieś podczas remontu. Do dziś nie wiem, jak to możliwe. W kolejnym roku ponownie zdecydowałam się na zakup Handscooped Gingerbread w foodieshop24.pl. Teraz tabliczka zasłużyła sobie na degustację w przepięknych okolicznościach przygody - podczas schodzenia ze szczytu Iliniza Norte w Andach Ekwadorskich.



Zotter Handscooped Gingerbread to ciemna czekolada o 70% zawartości kakao nadziewana piernikiem i marcepanem. Choć nieraz widziałam już zdjęcia jej wnętrza, i tak miałam nadzieję, iż ujrzę nadzienie dwuwarstwowe. Znając asortyment nadziewańców Zottera mogłabym się wówczas spodziewać naprawdę udanego, wyrazistego duetu. Tymczasem w Gingerbread piernik i marcepan stanowią jedność. Skład tej czekolady jest bardzo złożony, pełen różnorakich przypraw (aż nie starczyło mi tagów na blogu!).

Tabliczka pachniała rzeczywiście na równi marcepanowo i piernikowo, z nutką rumu, jeszcze w otoczce głębokiej ciemnej czekolady. W konsystencji oczekiwałam od niej nieco większej soczystości, choć i tak mnie nie zawiodła - była dość zwarta, ale dzięki temu wszystkie przyprawy uderzały z jednakową, wyważoną mocą. Migdały dawały o sobie znać, jednak nie tak mocno, jak gdyby marcepan zastosowano jako odrębną warstwę. Nad całością bardziej dominował czekoladowy piernik posłodzony delikatnym miodem, podkręcany dodatkowo ciemną kuwerturą, no i filuternie podlany odrobiną rumu. Rum cudnie pasował do feerii przypraw korzennych, do akcentów skórek cytrusów.

Na pewno była to czekolada o wiele bardziej wytrawna niż Mulled Wine. Mulled Wine degustowałam w domu, choć wolałabym w górach - Gingerbread chyba jednak ciut lepiej spisałaby się w domowych pieleszach. Nie mniej jednak nie zawiodła mnie pod względem kompozycji i intensywności, ale z chęcią spróbowałabym ją w wariancie z piernikiem i marcepanem występującymi jako samodzielne warstwy.



Wchodzenie na Ilinizę Norte było dla nas wielką przyjemnością i nie kosztowało nas wiele wysiłku. Załapaliśmy się na dobrą pogodę i cudne widoki, a wysokość ani trochę nam nie doskwierała (jedynie głowa bolała trochę podczas noclegu w schronisku). Niesamowite jest to, iż tego samego poranka na szczyt wyszła dzielna młoda Amerykanka z protezą nogi i udało się jej wejść na górę... Dała mi dziewczyna do myślenia, jak o wiele łatwiej mamy i jak cenne jest zdrowie!


Cotopaxi cały czas nas kuuusi z oddali!

 
Widok wstecz na zdobyty przed chwilą szczyt.



Lisek na parkingu oczekiwał na mięsne datki ;). My mieliśmy tylko słodycze...

A tak po południu uzupełnialiśmy energię w Machachi... Churrasco zawsze zdawało egzamin!

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, piernik 12% (mąka żytnia, cukier, skórka cytryny, skórka pomarańczy, syrop kukurydziany, jaja, miód, masło, mleko, orzechy laskowe, orzechy włoskie, cynamon, przyprawa do piernika, wodorowęglan sodu, ziele angielskie, gałka muszkatołowa), mleko, tłuszcz kakaowy, rum, marcepan (migdały, cukier, syrop cukru inwertowanego), orzechy laskowe, syrop glukozowo-fruktozowy, miód, pełne mleko w proszku, wiórki kokosowe, odtłuszczone mleko w proszku, przyprawa do piernika 0,2%, sól, cynamon, wanilia, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, kardamon, anyż.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 500 kcal.
BTW: 8,2/34/36

sobota, 24 lutego 2018

Georgia Ramon Grünkohl & Senf biała 39% Dominikana z jarmużem i gorczycą


Decydując się na zamówienie czekolad niemieckiej marki Georgia Ramon w sklepie Sekretów Czekolady miałam spory dylemat. Oferta GR bardzo się rozrosła i najchętniej spróbowałbym wszystkiego, ale coś trzeba było wybrać. Prócz różnorakich single-origin zakupiłam kilka dziwactw, między innymi dziś opisywaną tabliczkę. Jest totalnie zakręcona i nie miałam zielonego pojęcia, czego się po niej spodziewać. Tym mocniej zielonego, iż sama czekolada również jest zielona ;). To "biała" czekolada z 39% zawartością tłuszczu kakaowego z Dominikany, wzbogacona o suszony jarmuż w proszku (13%) i ziarna gorczycy 5%. Takich dodatków jeszcze nigdy w czekoladzie nie spotkałam!


Zielone dziwadło otworzyłam 3 lutego podczas schodzenia ze szczytu Iliniza Norte. Podzieliłam się nią z Mężem, Ivanem i Leninem, czyli całą ekipą, jaka weszła ze mną na szczyt. Wzbudziła powszechne zainteresowanie, wszak wyglądała niezwykle oryginalnie - zieleń z żółtymi kuleczkami gorczycy. Pachniała ciekawie - dobrej jakości tłuszcz kakaowy mieszał się z jarmużem, który w postaci świeżej bardzo lubię. Musztardę też generalnie lubię, nie mówiąc już o czekoladzie, więc powinno być ok, ale... Po pierwszym kęsie cieszyłam się, że jest między kogo podzielić czekoladę.


Czekolada była ohydna. Chyba najohydniejsza z wszystkich dziwactw, jakie jadłam. Gorzka niczym zleżałe, nadpleśniałe warzywa. Szorstka i pylista. Dramat. Zdołałam zjeść tylko niewielki kawałek. Wzbudziła we mnie wielkie obrzydzenie i prędko otworzyłam inną czekoladę, byle tylko zamazać jej posmak w buzi. Nie sposób napisać nic więcej... Mój Mąż powiedział, że chyba otworzyłam ją dla nas za karę.

Jak widać, nie wszystkie odważne eksperymenty się udają. Grünkohl & Senf na tyle mnie przeraziła, iż podczas urlopu w Ekwadorze nie otworzyłam już żadnej tabliczki Georgia Ramon, choć zabrałam ich ze sobą kilka. To już nawet grzybowy Zotter był dla mnie bardziej znośny.


Za nami Cotopaxi o świcie... Wchodzimy na Ilinizę Norte.

Widok na nasze Corazón.



Za nami Iliniza Sur.

Cotopaxi <3



W oddali widać Chimborazo - najwyższy szczyt Ekwadoru.

Skład: tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, suszony jarmuż w proszku 13%, ziarna gorczycy 5%.
Masa kakaowa min. 39%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 575 kcal.
BTW: 9/45/33

czwartek, 22 lutego 2018

Jordi's Chocolate mleczna 51% z owczym mlekiem


Dwie próbowane dotąd czekolady czeskiej marki Jordi's skradły moje serce swoją wyrazistością i oryginalnością (mowa o single-origin Honduras Xoco Farms 75% i Vien Nam Ben Tre 75%). Gdy sklep Sekretów Czekolady umożliwił mi zakup pozostałego, bogatego asortymentu Jordi's, nie omieszkałam zakupić kilku kolejnych egzemplarzy. Szczególnie ciekawiło mnie porównanie trzech wariantów mlecznych: krowiego, koziego i owczego. Całą trójkę zabrałam do Ekwadoru wiedząc, jak dobrze mleczne czekolady sprawdzają się na szlaku. Na pierwszy ogień poszła czekolada z owczym mlekiem, zawierająca 51% kakao (zresztą, całe wspomniane trio cechuje się właśnie taką zawartością składników kakaowych). Niestety nie wiemy, jakich dokładnie ziaren tutaj użyto - prawdopodobnie jest to blend.


Dotychczas miałam okazję wypróbować dwie czekolady z mlecznym mlekiem: od Zottera i od Domori. Warto zaznaczyć, iż Jordi's spośród nich charakteryzuje się najwyższym poziomem kakao. Mogło to dać bardzo ciekawy efekt, zwłaszcza, iż Zotter przy 36% zawartości kakao był błogo łagodny, zaś Domori przy 45% - wręcz ordynarny, bardziej mięsny niż mleczny. Jordi's miała subtelnie brązową barwę, co w połączeniu z jej ziarnistością i wrażeniem masywności, rzeczywiście obiecało wiele. Pachniała pięknie - głębią orzechowego kakao, sianem, delikatną jagnięciną i tłustym owczym jogurtem.


Smakiem zachwyciła wszystkich nas: mojego Męża, naszego przewodnika Ivana oraz mnie. W istocie okazała się wypośrodkowaniem między Domori a Zotterem. I tutaj pojawiły się motywy tak mocno owcze, że aż mięsno-owczarniane. Przykryte one były na tyle dużą dozą łagodności, takiej typowo mlecznej, jak i płynącej z wyważonego w nutach kakao - iż w żadną ze stron nie czułam się przeciążona. A przy tym sposób rozpuszczania się czekolady w ustach - z jednej strony gładki, ale również lekko proszkowy, strukturalny - dopełniał wrażenia idealnego balansu. Bardzo, ale to bardzo dobra czekolada, dzięki której Jordi's zbiera u mnie kolejne punkty.


2 lutego nie miał być dla nas wymagającym dniem. Podjechaliśmy wraz z Ivanem, naszym nowym znajomym Kanadyjczykiem Jacquesem oraz jego przewodnikiem Marco do podnóża wulkanu Illiniza - który wieńczą dwa szczyty mierzące powyżej 5000 m n.p.m. - północny i południowy. Następnego dnia przed świtem planowaliśmy wyruszyć na nieco niższy wierzchołek północny. Poprzedzającą noc spędziliśmy w klimatycznym schronisku Nuevos Horizontes położonym na przełęczy między Illinizą Sur a Norte. Tak więc 2 lutego naszym jedynym wysiłkiem fizycznym było bodaj dwugodzinne podejście z parkingu do schroniska. No, jeszcze kolejnym wysiłkiem była sama aklimatyzacja - w końcu mieliśmy spać aż na 4800 m n.p.m.



Wieczór w schronisku był wyjątkowy. Opiekujący się budynkiem Gatito zaserwował nam rewelacyjne jak na górskie warunki jedzenie. Choć w Nuevos Horizontes było tłoczno, o dziwo zupełnie mi to nie przeszkadzało. Czas spędzony w międzynarodowym towarzystwie na niewielkiej przestrzeni, gdy wszystkim przyświeca jeden cel - był naprawdę niezapomniany. Trudno było zasnąć...


Skład: owcze mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, ziarna kakao.
Masa kakaowa min. 51%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100g: 621 kcal.
BTW: 12/47/37

wtorek, 20 lutego 2018

Domori Cioccolato Fondente Extra ciemna 56% Ekwador Arriba


 1 lutego po śniadaniu w hostelu w Machachi przyjechał po nas nasz przewodnik Ivan, który miał z nami wejść na wszystkie następne szczyty w Ekwadorze. Samochodem terenowym ruszyliśmy do stóp położonego w niedalekiej okolicy wygasłego wulkanu Corazón, mierzącego 4790 m n.p.m. Był to nasz kolejny cel aklimatyzacyjny.

Na jego szczycie, zdobytym bez żadnych problemów i z czystą przyjemnością, otworzyłam Domori Cioccolato Fondente Extra, zakupioną niegdyś w sklepie Sekretów Czekolady. Ta tabliczka wprost czekała na taką okazję! Prosta, a przy tym szlachetna, no i jeszcze stworzona przez wybitną włoską markę z kakao Arriba wyhodowanego oczywiście w Ekwadorze!



 Przede wszystkim zadziwił mnie wygląd tabliczki. Wprawdzie podzielona była na charakterystyczne dla Domori kostki, ale pozbawione one były logo marki. Tym dziwniejsze, iż jedzona parę dni później analogiczna mleczna Domori już owe loga posiadała. A to Ci heca! To właśnie naszą Fondente Extra chciałam porównać z degustowaną poprzedniego dnia Hoja Verde 58%, wykonaną z tego samego kakao.

 Jak się pewnie domyślacie oglądając zdjęcia, na szczycie Corazón bardzo trudno było się w szczegółach skupić na cechach czekolady... Tym trudniej mi teraz wrócić do nich po czasie, podczas pisania recenzji. Najwyraźniej zapamiętałam po prostu różnice pomiędzy Domori, a o 2% bogatszą w kakao Hoja Verde. Domori była bardziej aksamitna i gęstsza, w bardziej inwazyjny sposób rozpuszczała się ustach, okazała się po prostu bardziej błoga (w końcu jedząc ją byłam siłą rzeczy bliżej nieba niż na Pasochoa ;)). Kwiatowe nuty były również bardzo wyraziste, ale mniej surowe - więcej było tu nut klasycznych, uderzających w stronę karmelu czy kawy (ale takiej słabiej prażonej). Domori wydała mi się słodsza od Hoja Verde, ale zanotowałam ową słodycz jako szlachetną, wyważoną. Słowem - wszystko to, czego mogłam spodziewać się po podobnej Domori.


Parę kadrów z drogi na Corazón...




A poniżej oczywiście Cotopaxi... Znów boski wulkan kusił niemiłosiernie swym wyglądem, prezencją przy idealnej pogodzie.



A poniżej po prawej stronie widać dwa szczyty wulkanu Iliniza - południowy i północny.


A to już sam Corazón. To stary wulkan, mocno już wyerodowany - skalisty teren znajduje się jedynie w widzianych poniżej okolicach szczytowych.


Tam gdzieś za chmurami jest Ocean Spokojny...




Na szczycie z Ukochanym...


A tu już schodzimy.



Po powrocie do Machachi oczywiście nie omieszkaliśmy udać się na kolejną włóczęgę wypełnioną odwiedzaniem lokalnych knajpek.

Skład: cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 56%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 557,5 kcal.
BTW: 6,5/39,5/46,5