poniedziałek, 12 stycznia 2015

Orion Studentska mleczna o smaku grogu, z rodzynkami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Jesteśmy w połowie recenzowania najnowszej limitowanej edycji Studentskiej, zabranej przeze mnie na wyprawę do Maroko - dzisiaj przed Wami czekolada mleczna o smaku grogu, z rodzynkami, orzechami arachidowymi i galaretkami. Jak wspomniałam w poprzedniej notce, alkoholowa nuta smakowa, jakiej należy się spodziewać ze względu na nazwę produktu, wynika jedynie z dodatku odpowiednich aromatów. Niech więc abstynenci nie mają obaw, nie wyczujemy tu żadnego chamskiego spirytusu. Trochę szkoda, że rzeczywiście nie ma tu ani grama alkoholu (choć może i lepiej, jeśli poprzez ten zabieg czekolady miałyby się stać substytutem kieliszka wódki) - przynajmniej z czystym sumieniem mogłam częstować nimi Berberów ;). Można prowadzić samochód, można dać ją dziecku... W sumie, to Orion poczynił bardzo zachowawczy ruch stosując te aromaty ;). Przy okazji przyoszczędził też na cytrusach i cynamonie, które powinien zawierać trunek taki jak grog. Heh. Gdyby nie aromaty, dziś opisywana tabliczka nie różniłaby się niczym od klasycznej mlecznej Studenstkiej.

Przenieśmy się na chwilę do miejsca, gdzie rozdarłam sreberko tej czekolady (tak, Studentska to nadal papierowe opakowanie plus sreberko, szok! ;)). Dzień po zdobyciu Jabal Toubkal, ponownie wyruszyliśmy ze schroniska Neltner przed świtem - tym razem po to, aby zdobyć kolejne czterotysięczniki Atlasu Wysokiego: Timesguida 4088 m n.p.m. i Ras 4083 m n.p.m. (Ouanoukrim). Ta wspinaczka była dla mnie zdecydowanie większym wyzwaniem, niż wejście na Toubkal. Po pierwsze, od rana bolał mnie brzuch (bałam się, że to zaczątki Zemsty Faraona - myśl o prawdopodobnej utracie możliwości spożywania pysznego marokańskiego żarełka jeszcze bardziej mnie dołowała. Z góry zaznaczę, że na szczęście do totalnej Zemsty nie doszło i mogłam jeeeeeść ogromne ilości aż do końca wyjazdu :D). Po drugie - trasa na te szczyty była istotnie trudniejsza, niż na Toubkal. Nie bez przyczyny, na Toubkal tamtego dnia waliły tłumy, a na Ouanoukrim tylko my (kocham samotność na szlaku!). Trochę wspinaczki w skale, strome ściany z sypkim śniegiem... Gdyby tego było mało, na ekspozycjach wiał niemiłosierny wiatr, który wbijał cząstki lodu prosto w moją twarz. 

Oj, wiele było momentów, kiedy czułam agresję, strach, bezsilność... Dopiero na samym Timesguida szalka emocji zaczęła się przechylać na korzyść tych pozytywnych, a apogeum radości osiągnęłam na Ras. Na samiutkim szczycie udało nam się znaleźć w miarę zaciszne miejsce. Tam przysiedliśmy. Nasz przewodnik Hassan swoim zwyczajem otworzył magiczny worek z bakaliami, a ja... no właśnie, rozdarłam sreberko. I w końcu bez negatywnych emocji w tle mogłam napawać się nieziemskimi widokami. Nawet ból brzucha minął, totalny relaks (dobrze, że w tym momencie nie myślałam o tym, że trzeba jeszcze zejść w dół... ;)). Tej czekolady nie zjedliśmy całej na Ras (na raz :D), została konsumowana etapami i to w późniejszych chwilach najpilniej zanotowałam wrażenia smakowe. Jednakże momentowi otwarcia tej tabliczki towarzyszyły tak różnorakie emocje i absolutnie zapierające dech w piersiach widoki - dlatego to właśnie tą historię chciałam Wam w tym wpisie przytoczyć. I przepraszam za tyle zdjęć, ale nie mogłam się powstrzymać :P.




Przejdźmy w końcu do opisu samego produktu. Mleczną czekoladę Studentską oraz występujące w niej orzechy arachidowe opisywałam już wiele razy i w tych kwestiach raczej nic się nie zmienia. Kiepska jakościowo czekolada w połączeniu z licznymi, nie przeleżanymi orzeszkami tworzą wyrób, który jest tolerowany przez moje podniebienie - a zwłaszcza, gdy dorzucimy do tego jeszcze soczyste galaretki i owoce. Przecież za to darzymy Studentską sympatią! 

Galaretki nie wyróżniają się na tle innych dodatków tak bardzo, jak stało się to w wersji z ponczem. Tutaj zdecydowany prym wiodą rodzynki. Dlaczego? Przypuszczam, że to właśnie na nich producent skupił swoja uwagę, aromatyzując produkt (choć w składzie tego nie podano - może to silnie wchłonęły aromat dodany do samej czekolady. Hmm, też nie? Cóż, szczegóły tych rozważań na końcu...). Rodzynki są średniej wielkości i jak na dodatek do czekolady - są dość jędrne i soczyste. Niech antyfani rodzynek trzymają się od tej tabliczki z daleka! Sprawiają wrażenie lekko nasączonych rumem, a do tego dochodzi pewna cytrusowa nuta, roznosząca się po całej tabliczce. Nie jest to tylko i wyłącznie akcent kwasu cytrynowego, który znajduje się w składzie galaretek. Bardziej przywodzi to na myśl syrop pomarańczowy. Koniec końców, aromatyzacja tej czekolady jest wyraźna - nie wiem, czy nie najwyraźniejsza z całej trójki zimowych limitek.

Wiele razy w tym wpisie użyłam słowa "aromat". Głębsze przestudiowanie składu produktu doprowadza nas do dziwnego wniosku, że w nim to słowo zostało zastosowanie jedynie raz, i to tylko w składzie galaretek! (Cofnęłam się do poprzedniej notki, w wersji z ponczem było podobnie...). Coś mi tu nie pasuje... Przecież zdecydowanie ta tabliczka ma w sobie coś innego, niż zwykła mleczna Studentska... Nie wiem, co o tym myśleć. Czy Orion coś przed nami ukrywa? A może mimowolnie poddałam się sile autosugestii? W to drugie akurat w tym przypadku mocno wątpię. Trudno. Są pewne tajemnice, których nigdy nie dociekniemy (tak jak i wiele gór, w których nigdy nie będziemy... I wiele czekolad, których nigdy nie spróbujemy...).

Skład: cukier, orzechy arachidowe 12%, galaretki 12% (cukier, syrop glukozowy, woda, kwas cytrynowy, pektyny, cytrynian sodu, aromat, tłuszcz palmowy, tłuszcz kokosowy, wosk karnauba), rodzynki 12%, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, shea, sal, illipe, kokum gurgi, z pestek mango), lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 505 kcal.
BTW: 7,0/27,5/57,2

Bonusowo jeszcze widoki z tego dnia wyprawy na trzy zdobyte przez nas szczyty: Toubkal, Timesguida i Ras/Ouanoukrim (specjalna dedykacja dla Candy Pandas :)).








20 komentarzy:

  1. Wszystko ładnie, pięknie, a tu rodzynki. Dziękuję, postoję. Od dziecka rodzynek nie znoszę, fuj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W dzieciństwie również nie pałałam sympatią wobec rodzynek, na szczęście teraz mi się to odmieniło. Bardzo dobrze się składa, bo np. wydłubywanie ich z sernika było niezwykle męczącym zajęciem :D. Ze Studentskiej to już w ogóle ciężko by było wydłubać ;). A w Maroko jadłam pyszną kuskus z jagnięciną, warzywami i rodzynkami w pysznie doprawionym syropie <3.

      Usuń
  2. Poproszę więcej takich zdjęć :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze trochę wspomnień zostało do opisania, parę fotek się pojawi w najbliższych notkach ;) - chociaż nie już tak dużo, jak w tej. Nie przesadzajmy :D.

      Usuń
  3. piękna wycieczka i do tego pięknie opisana :)
    chyba dziś zakupię studentską - mam nadzieję, że u mnie będzie ta limitka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podoba :).

      Daj znać, jak z dostępnością tej limitki w naszym kraju!

      Usuń
  4. Przypuszczam, ze pewnie w takiej wspinaczce górę by wziął mój wewnętrzny tchórz i w połowie drogi żądałabym by już, teraz, natychmiast sprowadzić mnie bezpiecznie na dół. Chociaż jest też jeszcze mój wewnętrzny dumny uparciuch ;D
    Ja się rodzynek nie boję, ja rodzynki lubię, a jak jeszcze nie mam tym śladu alkoholu, to tym bardziej jest to czekolada dla mnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem mi się włącza taki tchórz na szlaku i szczerze tego nienawidzę. Muszę mieć wtedy obok jakąś silną męską dłoń, która mnie złapie i pociągnie za sobą w odpowiednim kierunku. Całe szczęście na szlaku częściej jest we mnie ten uparciuch :D. Do przodu, do przodu, do przodu! ;)

      Ciekawa jestem, co byś tam wyczuła ;). W tej czekoladzie...

      Usuń
  5. Te wszystkie wersje smakowe tak kuszą, że nigdy w życiu nie potrafiłybyśmy wybrać jaką czekoladę Studentską najpierw kupić :P Najbardziej ciekawią nas te soczyste galaretki, bo jest to coś nowego co raczej nie spotka się w tabliczkach innych firm :)

    Jakie Marokańskie danie najbardziej Ci smakowało? Właśnie najlepsze w wyjazdach jest to, że można zjeść zupełnie inne posiłki niż te co jemy na co dzień :D
    Jak tak patrzymy na te zdjęcia powiększone na cały ekran to już w ogóle czujemy ucisk w żołądku. Także gratulujemy wytrwałości i szczerze podziwiamy, że tam weszłaś i co najważniejsze - zeszłaś! :D Nas to chyba jakieś służby ratunkowe musiałyby ze szczytu zbierać :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepiej zacząć od klasyków ;). Galaretki na szczęście są we wszystkich wersjach i to naprawdę unikatowy dodatek. Do tego bardzo smaczny!

      Muszę przyznać, że każdy posiłek bardzo mi smakował. Tylko śniadania mogłyby być bardziej urozmaicone (tęskniłam za owsianką). Nasz kucharz w Atlasie był naprawdę wspaniały, ale stwierdzam, że wygrała nasza ostatnia kolacja, w Riad Omar w Marrakeszu. Jadłam wtedy kaszę kuskus z jagnięciną, miliardem warzyw, a do tego jeszcze z rodzynkami i cebulką w słodkim sosie cynamonowym. Swoją drogą, tadżin mogłabym jeść non stop.

      Ze schodzeniem bywa gorzej niż z wchodzeniem, tutaj na szczęście tak się nie wydarzyło ;).

      Usuń
    2. Takie łamanie smaków musi być fantastyczne :) Szkoda, że u nas rzadko np. tradycyjne potrawy podaje się w nowy, ciekawy sposób. Chciałybyśmy kiedyś właśnie popróbować czegoś oryginalnego i same zdecydować czy to odpowiada naszym kubkom smakowym :) Jesteśmy też ciekawe czy w Polsce w restauracjach tradycyjne zagraniczne dania smakują tak samo jak w oryginale, czy też wszystko jednak jest robione trochę na polską modłę.

      Usuń
  6. Piękne widoki, a i wpis bardziej o przeżyciach niż czekoladzie. Fajnie! Co do zemsty Faraona, prędzej była to zemsta Berbera, który jednak wyczuł w rodzynkach rum (sama napisałaś, że tabliczka nie była całkiem alcohol-free).
    Nabrałam ochoty na wycieczkę do mojej Hali Targowej, rzucę okiem, co tam z sąsiedzkiego południa do Wro przyjechało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skład na opakowaniu jest bezalkoholowy, mogę mieć czyste sumienie :D. Choć zastanawiam się, czy taki Berber co nigdy nie miał w ustach alkoholu, w ogóle by miał szansę coś wyczuć?

      Usuń
    2. Dopiero na drugi dzień, wstając z bólem głowy.

      Usuń
  7. Jezu jak pięknie! Zazdroszczę Ci takiego zdobywania szczytów, ja to jestem amatorka :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja to niby kto, jeśli nie też amatorka? ;)

      Usuń
    2. Oczywiście, że nie! Ty masz doświadczenie :D

      Usuń
  8. jakie piękne widoki aż człowiek piersią pełniejszą oddetchnie:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdziwie pełną piersią można było odetchnąć tam :)

      Usuń