wtorek, 17 września 2019

Krakakoa Sea Salt & Pepper ciemna 59%


Ostatnia Krakakoa w mojej kolekcji zakupionej w sklepie Sekretów Czekolady, to podobnie jak wersja Chilli całkiem mocne uderzenie. O ile czekolady z solą są dość popularne, tak połączenie soli i pieprzu występuje już o wiele rzadziej. Po Krakakoa Sea Salt & Pepper sięgnęliśmy podczas podróży autobusem z Limy do Huaraz (owe miasto jest takim peruwiańskim Chamonix). Niestety dopiero po powrocie do domu zauważyłam, że robione podczas jazdy zdjęcia czekolady wyszły bardzo niewyraźne. Tabliczka jednak swym wyglądem nie różniła się niczym od pozostałych, wcześniej jedzonych przeze mnie Krakakoa - brak fotografii nie jest więc chyba aż tak wielką stratą.

Czarny pieprz to generalnie rzecz biorąc w kuchni smak dość klasyczny. W Krakakoa spora jego ilość stanowiła niesamowite zestawienie z tak specyficznym, opisywanym tu już wiele razy indonezyjskim kakao. Pieprz zdecydowanie dominował tu nad solą morską, choć i ona wyraźnie dawała o sobie znać. To jednak właśnie pieprzowe nuty połączone z charakterystyczną ciemną czekoladą od Krakakoa o bardzo umiarkowanym poziomie kakao (59%) określały urok całej kompozycji. To ów duet był prawdziwą esencją. Wszystko wyszło dość pikantnie jak na zwyczajny czarny pieprz, więc osoby wrażliwe na takowe smaki raczej nie powinny sięgać po Sea Salt & Pepper. Fanów soli w czekoladach zachęcam do spróbowania, jednak warto wiedzieć, że słoność będzie w dużej mierze zasłonięta przez bardzo uwodzicielską pieprzność. Zarówno chili, jak i pieprz, świetnie komponują się z Krakakoa.


Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, czarny pieprz, sól morska, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 59%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 560 kcal.
BTW: 6/36/54

niedziela, 15 września 2019

Michel Cluizel Grand Noir 85% ciemna



Cały dzień spacerowania po Limie sam w sobie pozytywnie nas wymęczył, a gdy do tego dodamy przeciążenie długą podróżą oraz siedem godzin różnicy czasu... Gdy nastał wieczór zarówno mnie, jak i mojego Męża dopadł nieunikniony ból głowy. Znaleźliśmy jednak na niego skuteczne, a zarazem przepyszne lekarstwo. W kubkami gorącej kawy w dłoniach usiedliśmy w parku Kennedy'ego w dzielnicy Miraflores, otworzyłam czekoladę. Obserwując przechodniów kostka po kostce, łyk po łyku - wyleczyliśmy się z dolegliwości. Gdyby to zawsze było tak proste!

Grand Noir 85% od Michel Cluizel kupiłam w sklepie Sekretów Czekolady z myślą właśnie o wyjeździe do Peru. Ta ciemna tabliczka wykonana została z blendu ziaren pochodzących z centralnej Ameryki, Afryki oraz Jawy. Nagrodzona została w 2011 roku brązowym medalem Akademii Czekolady.


Jak wspomniałam w poprzednim wpisie, moje peruwiańskie recenzje będą raczej ubogie w czekoladową esencję - moc wrażeń szczególnie mocno zaburzyła moje odbieranie próbowanych na wyjeździe czekolad. Grand Noir 85% zapamiętałam jednak jako szczególnie intensywną i to w taki bardzo przyjemny sposób. Wysoka zawartość kakao nie przeszkodziła tabliczce w byciu uroczo soczystą, a przy tym raczącą nas wyrazistymi nutami kawy, drewna, gęstych kremów deserowych, syropów z czerwonych owoców. Ponadto, czekolada ta przeidealnie komponowała się z pitą kawą, co wbrew pozorom nie jest oczywistością w przypadku wszelkich ciemnych czekolad.

To wybitnie deserowa tabliczka, bardzo udany blend. Przyznam, że to jedna z tych czekolad zabranych na urlop, której degustacja sprawiła mi najwięcej przyjemności. Lubię tego typu inwazyjność w czekoladach. Chętnie kiedyś wrócę do tego smakołyku.

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, trzcinowy cukier, wanilia burbońska.
Masa kakaowa min. 85%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 599,89 kcal.
BTW: 9,44/50,29/14,4

piątek, 13 września 2019

Krakakoa Chilli ciemna 60% z chili


Najbliższych kilkanaśnie wpisów będzie innych. Bardziej moich, choć przecież recenzje czekolad zawsze są osobiste. Niestety kolejne wpisy będą mniej czekoladowe, choć w sumie chciałabym, aby takie były. Jednakże tabliczki, które zabrałam ze sobą do Peru pamiętam jak przez mgłę. Nieraz to tylko kilka wspominek z degustacji, a czasem praktycznie nic konkretnego o danej czekoladzie. Służyły mi jako bardziej wykwintne paliwo, a przede wszystkim - jako cudne narzędzie do DZIELENIA SIĘ. Już kiedyś wspominałam, iż w górach dzielenie się czekoladą nabiera dla mnie zupełnie nowego znaczenia.

To będą wpisy czekoladowo-podróżnicze. Z naciskiem na podróżnicze.

Parque de La Muralla, Lima. Przeszliśmy już kilkanaście kilometrów po peruwiańskiej stolicy, przed nami drugie tyle. W porównaniu do Bogoty czy Quito miasto zdecydowanie mniej przypadło mi do gustu, ale i tak mając ledwie jeden dzień na jego poznanie pragnę chłonąć je całe. W przytoczonym wyżej parku usiedliśmy na ławce, a ja sięgnęłam do plecaka po nader rozgrzewającą czekoladę. Temperatura oscylowała wokół kilkunastu stopni, więc nie wytworzyłam tym samym żadnego dysonansu - Krakakoa Chilli świetnie nam przypasowała do okoliczności. Czekałam na dobrą okazję dla tej czekolady (zakupionej wraz z innymi tabliczkami Krakakoa w sklepie Sekretów Czekolady) i wybrałam doskonale.


Indonezyjskie kakao w ilości 60% zostało połączone z cukrem trzcinowym i sproszkowanym chili. Poznając już charakterystyczne posmaki kakao, które potrafi nieść z sobą Krakakoa byłam przeogromnie ciekawa, jak odnajdą się one w akompaniamencie chili. Zgodnie z moimi przypuszczeniami - efekt był oryginalny i wyrazisty.

Pudrowo-owocowa słodycz lekko przytłumiona ziemistością i wulkanicznym pyłem, z akcentami orientalnych przypraw - na to wszystko położono cudną papryczkową ostrość, z tym, co naprawdę lubię - ewidentnym papryczkowym (warzywnym) posmakiem. Zawsze sprawia on, iż pikantność nie jest "pusta", choć i tak trudno, by taka była w przypadku bogatego kakaowego tła. Już przy pierwszym kęsie wyczułabym bowiem w ciemno, iż to czekolada od Krakakoa - tak była specyficzna. Potem już rozkoszowałam się pieszczącą podniebienie pikantnością na sporym poziomie (choć Carolina Reaper to oczywiście nie była), połączoną z lubianym przeze mnie bukietem Krakakoa. Dla fanów czekolad z chili pozycja konieczna do spróbowania - warto przekonać się na własnych kubkach smakowych, czy fuzja tego akurat kakao z chili przypadnie Wam do gustu.


Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, chili w proszku, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 580 kcal.
BTW: 5/40/50

środa, 11 września 2019

Lindt Creation Pomelo mleczna nadziewana kremem czekoladowym i musem pomelo-grejpfrut



Kolejną propozycją od Lindta, którą zakupiłam w niemieckim sklepie Edeka podczas festiwalu OBOA w Fort Gorgast. Tym razem jest to propozycja z asortymentu kolekcji Creation, z której miałam okazję wypróbować już wiele tabliczek na podobną modłę, to jest połączenia czekoladowych kremów z owocowymi musami. W tym przypadku mamy do czynienia z czekoladą mleczną w solidnej gramaturze 150 g, którą połączono z musem kakaowym (niestety z udziałem odtłuszczonego kakao w proszku oraz ciekawym połączeniem musu na bazie soków z pomelo i grejpfruta. Obawiałam się, czy pomelo w ogóle znajdzie swe miejsce w składzie (nie tylko jako aromat pomelo przekształcający grejpfrutowy sok), ale Lindt użył sprytnego rozwiązania: nie wiemy wszak, jak duży udział ma pomelo w wymienionym w składzie koncentracie soku z pomelo i grejpfruta 6%.


Najistotniejszym jednak było dla mnie, czy w całej kompozycji bez trudu będzie można zidentyfikować specyficzny smak pomelo. Okazało się to możliwe. Mleczna czekolada jest znów przogromnie słodka, tak charakterystyczna dla Lindta. Czekoladowy mus również niespecjalnie odbiega jej słodyczą, ma jedynie bardziej zbitą strukturę. Półpłynny żółciutki mus niby to smakuje orzeźwiająco grejpfrutowo z jakże przyjemnie przełamującą słodycz goryczką, ale jednak pojawia się tam odmienny akcent - aromatyczne pomelo. Dzięki niemu słodycz mlecznej czekolady była o wiele bardziej znośna (wiele innych Creation z owocami to czekolady ciemne) - jej połączenie z mało popularnymi w słodyczach cytrusami okazało się strzałem w dziesiątkę.


Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, koncentrat soku z pomelo i grejpfruta 6%, odtłuszczone kakao w proszku, syrop glukozowy, odtłuszczone mleko w proszku, cukier inwertowany, koncentrat soku cytrynowego, lecytyna sojowa, wanilina, aromat pomelo.
Masa netto: 150 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 513 kcal.
BTW: 5,5/29/56.

poniedziałek, 9 września 2019

Lindt Roasted Nuts & Toffee mleczna nadziewana słonym karmelem, kremem orzechowym i kruszonką z orzechów laskowych


Za parę dni miną już dwa lata od czasu ostatniej recenzji czekolady Lindta na moim blogu. Jakże wiele zmieniło się od czasu, gdy była to moja ulubiona marka. Tego roku, przy okazji pobytu na niemieckim festiwalu OBOA w Fort Gorgast odnowiłam tradycję zakupu niedostępnych w Polsce Lindtów. Przyznam się, że teraz już nawet straciłam rachubę, które Lindty można kupić u nas - przestałam na bieżąco śledzić lindtowski asortyment. W markecie Edeka wybrałam dwie tabliczki. Pierwsza z nich pochodzi z urokliwej serii Hello Nice To Sweet You. Roasted Nuts & Toffee to mleczna czekolada nadziewana słonym karmelem, kremem orzechowym i zatopioną w nim kruszonką z orzechów laskowych. Na grafice widocznej na opakowaniu całość prezentowała się bardzo apetycznie.


Niestety nie zdołałam w pełni ochronić tabliczki przed wysoką temperaturą (co ciekawe, druga czekolada zniosła je bez najmniejszego uszczerbku) - stan Roasted Nuts & Toffee był jednak jeszcze jak najbardziej przydatny do spożycia. To czekolada o charakterystycznej dla Lindta mlecznej słodyczy i wciągającym maślano-waniliowym posmaku przy zachowanej delikatnej kakaowej goryczce - zawsze dobrze jest sobie ową specyfikę przypomnieć.

Zapewne przez upał ciężko było wyraźnie odgraniczyć warstwę słonego karmelu od reszty nadzienia, a przynajmniej było to trudne w większości kostek. Był on bardzo słodki z lekkim jedynie tchnieniem słoności. Płynnie komponował się z również bardzo słodkim kremem na bazie orzechów laskowych, w których laskowość była łatwo indentyfikowalna. Atrakcyjności dodawały maleńkie kawałki chrupiących orzechów laskowych - niezbyt liczne, ale bardzo przyjemnie, nie za twarde.


Poziom słodyczy w całej kompozycji był przeogromny i innej marce niż Lindt zapewne bym tego nie wybaczyła. Tu jednak ma ona swój urok, w pewien sposób właśnie z takim aż do przesady błogim charakterem Lindta identyfikuję. W spokojnych, domowych degustacjach swego miejsca u mnie już nie znajdzie, co innego podczas beztroskich wypadów w teren. Szkoda tylko, że Lindt nie może zrezygnować z syropu glukozowego i tłuszczu palmowego w swoich produktach.

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, orzechy laskowe 10%, miazga kakaowa, syrop glukozowy, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, tłuszcz mleczny, olej palmowy, mleko skondensowane, cukier gronowy, lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa, sól, naturalne aromaty, wanilina.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 549 kcal.
BTW: 6,6/33/55

sobota, 7 września 2019

Noe (Eclat Chocolate, Fruition Chocolate Works) ciemna 80% Peru Nacional x Criollo


Wprawdzie przed dziś opisywaną czekoladą w kolejce ułożonej według terminów ważności znajdowało się jeszcze wiele innych tabliczek, lecz ta wyjątkowo mnie intrygowała. Trudno, by było inaczej - wszak to naprawdę unikatowa pozycja w mojej czekoladowej kolekcji. Kupiłam ją całkiem niedawno w sklepie Sekretów Czekolady, jako jedną z, uwaga, jedynie 1500 tabliczek na świecie. Mowa o Noe - ciemnej czekoladzie o 80% zawartości wyjątkowego kakao, powstałej na wskutek kooperacji dwóch amerykańskich manufaktur: Éclat Chocolate i Fruition Chocolate Works). Dlaczego zastosowane kakao jest aż tak wyjątkowe?


W dolinie rzeki Marañón leżącej w północnym Peru swą plantację posiada Noe Vasquez. Wśród pielęgnowanych przez niego krzewów kakao znajduje się 25 przysparzających sporo kłopotów. Ich owoce są wyjątkowo duże i delikatne, a ziarna często kiełkują wewnątrz nich przed zbiorem. Odpowiednie trafienie w termin zbioru (okno trwające od jednego do trzech dni) graniczy z cudem - lata 2016 i 2018 nie przyniosły sukcesu. W 2017 roku udało się zebrać ziarna. W ilości 250 kg po fermentacji i suszeniu trafiły one do wspomnianych wyżej amerykańskich czekoladników, którzy poddali je prażeniu oraz połączyli je z cukrem trzcinowym.

Genetycznie owe 25 ciekawych roślin okazały się krzyżówką Nacional i Criollo. Wśród pasjonatów kakao, którzy mieli okazję poznać Noe Vasqueza, wszyscy zachwyceni są jego dbałością o plantację i wytrwałością w dążeniu do zachowania unikalnej genetyki dla potomnych. Wczytując się w całą tą niezwykłą historię zastanawiam się, czy z pozoru wysoka cena sprowadzonej do Polski czekolady Noe (79 zł na półce sklepu Sekretów Czekolady) to i tak kwota poniżej rzeczywistej wartości.


Z namaszczeniem otworzyłam piękne w swej prostocie opakowanie, następnie z folijki odwinęłam cienką i delikatną 60-gramową czekoladę. Bardzo zaskoczyła mnie jej barwa - jak na 80% zawartość kakao była wyjątkowo jasna, kojarzyła się wręcz z ciemnym mlecznym smakołykiem. Unoszący się nad nią aromat również był wyjątkowo subtelny - wprawdzie wyraźnie odczuwałam paloność podobną do kawowej, lecz mocno podlana ona była czymś na kształt śmietankowego kremu. Wszystko sprawiało wrażenie wyjątkowej delikatności, która jednak posiada skonsolidowany charakter i jest trwała.

 W ustach rozpuszczała się niewyobrażalnie gęsto i miękko zarazem. Uwiodła od pierwszego kęsa kawowymi akcentami - dość solidnie palone ziarna złagodzone dobrze ubitym tłustym mlekiem. Jak na 80% kakao przy tej swojej palonej kawowości była niesamowicie słodka - nieustannie wracały do mnie skojarzenia z bardzo porządną mleczną czekoladą. Bez wiedzy na temat jej składu na pewno nie dałabym jej 80%.


Jest niesamowicie łagodna, z urzekającym śmietankowym posmakiem. Skojarzyła mi się z deserem tiramisu podanym w luksusowej kawiarni - takim, który swą lekkością, a przy tym głębokością smaku po prostu wysyła do nieba. Kolejne skojarzenia to delikatny sernik na cukrze trzcinowym z dojrzałymi na pełnym słońcu truskawkami. Nie ma tu zupełnie kwasków i cierpkości - ta czekolada to same subtelne słodycze połączone z doskonałą kawą. Dość tłusta, na ile tłusty może być śmietankowy deserowy mus - w zestawieniu z występującymi nutami smakowymi oraz intensywnym zalepianiem zupełnie wa tłustość nie przeszkadza.

Wszystko jest esencjonalne, acz wyważone. Kompleksowe i wykwintne, acz proste - oparte na paru podstawowych, stale przewijających się akcentach. Noe jest niczym prosta, lokalna kuchnia - bez przekombinowania, lecz z najwyższej klasy składników. Degustacja tej czekolady była wspaniałym doświadczeniem i wielką przyjemnością. Pomijając nawet całą niepowtarzalną historię tabliczki, wśród propozycji o 80% zawartości kakao stanowi naprawdę coś wyjątkowego.


Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 80%.
Masa netto: 60 g.

środa, 4 września 2019

Naive Don Epimaco Ulloa ciemna 68% Kolumbia


Kiedyś postanowiłam sobie, iż chcę przetestować wszystkie czekolady od litewskiego Naive. Dzięki sklepowi Sekretów Czekolady stopniowo realizuję ten plan. Tym razem sięgnęłam po tabliczkę bez dodatków z kolekcji Nano_lot, stworzoną z kolumbijskiego kakao uprawianego przez Don Epimaco Ulloa na plantacji Vista Hermosa w departamencie Meta. Co ciekawa, ów plantator był swego czasu zmuszony przez partyzantów do przekształcenia swych upraw w plantację koki. Na szczęście, po czasie mógł powrócić do swej pasji i kultywować oryginalną dla regionu genetykę kakao.


Dom Epimaco dla wyhodowanych przez siebie ziaren opracował unikalną metodę fermentacji oraz pozostałych procesów, którym kakao poddawane jest po zbiorze. Dzięki temu, a także poprzez charakterystykę genetycznych hybryd i specyfikę gleb, w interpretacji Naive otrzymujemy wyjątkową czekoladę. Na dodatek Naive jak zwykle raczy nas rozbudowanym i ciekawym opisem tabliczki umieszczonym na wkładce wewnątrz opakowania - możecie powiększyć zamieszczone przeze mnie zdjęcia tej wkładki i oddać się lekturze.


Stęskniłam się już za kolumbijskim kakao, łaknęłam go, toteż do tej degustacji zasiadłam ze szczególnym skupieniem. Czekolada kusiła nieco gryzącym w nos aromatem limonki z pieprzem, a nawet odrobiną chili, wymieszanym z zapowiedzią masywnej paloności.

 Naive wspomina, iż w Don Epimaco Ulloa spotkamy nuty suszonych bananów, gryki, czarnego bzu oraz brownie. Bardzo zaintrygowało mnie to połączenie i już od pierwszego kęsa poczułam, że ma to sens. Najpierw pomyślałam o gęstym, kawowym piwie typu stout, co następnie podążyło w stronę wyraźnych skojarzeń z paloną kaszą gryczaną, odrobinę skwaśniałą. Specyficzna paloność przewijała się cały czas, przywodząc na myśl także brązowy ryż solidnie przyprażony na patelni z dojrzałymi bananami oraz jabłkami w cynamonie. W ustach jej gęsta masywność mieszała się z pewną suchością kojarzącą się właśnie z czymś odparowanym, zbyt długo gotowanym bądź nieuważnie smażonym.


W drugiej kolejności dopadły nas akcenty, które szczególnie mnie uwiodły. Takie, które wyjątkowo mocno kojarzą mi się z kolumbijskim kakao. Specyficzna kwaśność, a właściwie cierpkość, przywodząca na myśl ziołowy syrop, surowe ziarna kakao, delikatnie prażone ziarna kawy, niedojrzałą marakuję i inne tropikalne owoce. Bardzo specyficzne bogactwo, które w połączeniu z wyżej opisanymi intrygującymi palonościami stworzyły kompleksowe dzieło. Dodajmy do tego aromatyczne tchnienie czarnego bzu i otrzymujemy tabliczkę, która mogłaby się nie kończyć.

Naive po raz kolejny nie zawiodło. Pokazali oryginalne kolumbijskie ziarna w wyjątkowym świetle, nie zaprzepaszczając ich potencjału. Tego typu czekolady doskonale się degustuje. Producent dostarcza wszelkich informacji upewniających nas, iż trzymamy w dłoniach coś wyjątkowego i rzeczywiście daje nam coś wspaniałego.


Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 57 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 646 kcal.
BTW: 4/40/58

niedziela, 1 września 2019

Georgia Ramon Pfifferlinge ciemna 70% Dominikana z kurkami


Moje dotychczasowe doświadczenia z połączenia czekolady i grzybów były przykre. Kandierte Preiselbeeren od Zottera była dla mnie zupełnie nieakceptowalna, natomiast Porcini od Naive odebrałam już lepiej, choć nadal jej degustacji nie można było nazwać czystą przyjemnością. Gdy zobaczyłam w ofercie sklepu Sekretów Czekolady tabliczkę od Georgia Ramon z kurkami pomyślałam sobie - do trzech razy sztuka. Skoro każda kolejna degustacja czekolad grzybowych była dla mnie lżejsza, może tym razem będzie naprawdę miło. Poza tym, kusiły kurki - grzyby tak odmienne od znanych już z czekoladowych połączeń borowików. Nie mniej jednak, ciągle odkładałam degustację Pfifferlinge, jakoś brakowało mi do niej śmiałości. W końcu jednak odważyłam się.

Georgia Ramon Pfifferlinge to ciemna czekolada o 70% zawartości kakao z Republiki Dominikany, zawierająca aż 11% suszonych kurek (dzikich, zbieranych ręcznie).


Ciemna, stonowana tabliczka pokryła się już delikatnym nalotem. Z obawą powąchałam ją i całe szczęście nie odczułam nawet śladu wymiocinowej woni, jaka prześladowała mnie przy wcześniejszych doświadczeniach z grzybowymi czekoladami. Pfifferlinge pachniała raczej... rodzynkami. To było pierwsze skojarzenie. Dopiero potem wychwyciłam las, a w nim ukryte połacie kurek. Puszysty i delikatny omlet na maśle z kurkami. To zdecydowanie było apetyczne.

Czekolada sama w sobie była delikatna, z maślanym i lekko orzechowym posmakiem. Resztą, Georgia Ramon ma już wybadane, iż używane przez nich dominikańskie kakao stanowi świetne tło do różnorakich połączeń. Tutaj również te nieskomplikowane ziarna sprawdziły się świetnie. Całość charakteryzuje się gładką strukturą, powoli lecz skutecznie rozpływającą się w ustach (choć mi trafił się jeden maleńki kurkowy paproszek).

Kurki w smaku można było zidentyfikować bezsprzecznie, ale nie wiązało się to z żadnymi przykrymi odczuciami jak w przypadku borowików. Tu grzyby doskonale zgrały się z czekoladą, a samo kakao zupełnie nie przeszkadzało wyrazistemu smakowi świeżych kurek. Poczułam się, jakbym siedząc na drewnianym tarasie domu położonego w środku lasu otrzymała świeżo usmażony na maśle omlet pełen dopiero co zebranych kurek. Niesamowicie aromatyczne, choć subtelne doznania.


Przy opisie sfery zapachu wspomniałam o skojarzeniu z rodzynkami. W smaku również okazało się ono bardzo silne. Wypływało z kurek, a jednocześnie płynęło obok nich, jakby stanowiło łącznik między grzybami a kakao. W tym miejscu pomyślałam o marokańskim tadżinie, z kaszy kuskus podanej z rodzynkami w obłędnie słodkim syropie, delikatną jagnięciną i miękkimi warzywami wprost z wywaru.

To było cudownie zaskakujące doświadczenie. Nareszcie, połączenie grzybów i czekolady zostało dla mnie odczarowane.


Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone kurki 11%.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 518 kcal.
BTW: 11/40/30

czwartek, 29 sierpnia 2019

Beskid Ekwador 71% ciemna z erytrytolem Hacienda Zoilita Nacional Arriba


Przyznam szczerze, że gdy sięgałam po dziś opisywaną czekoladę miałam w głowie myśl, iż chcę mieć już to za sobą. Skąd taki brak entuzjazmu? Otóż niedawno próbowana wenezuelska czekolada 80% od Beskidu słodzona maltitolem wydała mi się po prostu smutna i ponura. Teraz dzierżyłam w dłoniach wprawdzie zupełnie inną czekoladę - zawierającą 71% ekwadorskich ziaren Nacional Arriba, słodzoną innym poliolem - erytrytolem, lecz miałam w sobie obawę, czy nie nastąpi powtórka z rozrywki. Cóż, lepiej pochodzić do danej degustacji sceptycznie i doznać miłego rozczarowania, niż odwrotnie.

Wszystkie moje czekolady z rodzimej manufaktury Beskid z siedzibą w Węgierskiej Górce zakupiłam w sklepie Sekretów Czekolady.



Czekolada pachniała rześko, prezentowała się aksamitnie - czym już przyniosła mi ulgę. Jej woń przyniosła na myśl kruche babeczki czekoladowe z borówkami amerykańskimi i listkami mięty. W smaku okazała się bardzo delikatna i subtelnie kwiatowa. Rozpuszczała się w ustach o wiele przyjemniej i lżej niż Wenezuela. Wyraźnie czuć w niej chłodzący efekt polioli, a przy tym nie jest tak siermiężna jak maltitolowa, gorzka Wenezuela. W przypadku wersji ekwadorskiej, zawartość kakao i jego typ zostały jeszcze w odpowiedni sposób zrównoważone tym zamiennikiem cukru.

Esencją tej czekolady jest lekko szczypiąca w język swą rześkością i cytrusowością ziołowa herbata z plasterkami cytryny. Szczególnie mięta pieprzowa wychodzi tu na z znaczący plan. Wszystko otacza również miękkość, chłód i nienachalna słodycz lodów owocowo-śmietankowych (borówki, trochę truskawek). W finiszu bardzo klasycznie pojawiają się kawa, ziemia i orzechy.

 

Ta czekolada nie posiada wyjątkowego charakteru i jest dość lekka, dzięki czemu dobrze sprawdziła się w upalny dzień. Nie miałabym ochoty do niej wracać, choć na pewno zrobiłabym to chętniej niż w przypadku tabliczki wenezuelskiej z maltitolem. Wydaje mi się, że ekwadorska czekolada z erytrytolem będzie o wiele lepszą propozycją dla diabetyków, szukających klasycznych i bardziej subtelnych smaków w ciemnej czekoladzie bez cukru.


Skład: ziarna kakao, erytrytol, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 71%.
Masa netto: 50 g.

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Krakakoa Pulukan Bali ciemna 85%


Kolejną i ostatnią już ciemną single origin bez dodatków od indonezyjskiego Krakakoa jest Pulukan Bali o 85% zawartości kakao z - jak sama nazwa mówi - upraw w okolicach miasta Pulukan leżącego na wyspie Bali (kabupaten Jembrana). Spośród próbowanych przez mnie ciemnych czystych Krakakoa, ta czekolada jest najobfitsza w kakao. Kupiłam ją, jak i pozostałe tabliczki tej marki - w sklepie Sekretów Czekolady.

Pulukan Bali w zapachu prezentowała się mocno kwaskowato i cytrusowo, z pewną musującą, odświeżającą aluzją. Pomyśleliśmy o lemoniadzie z limonką i miętą, sporządzonej na bazie gazowanej wody. Co ciekawe, już przy pierwszym kęsie czekolada również wzbudziła skojarzenia ze świeżą wodą - było w niej coś takiego przestrzennego. Jej konsystencja skojarzyła mi się z pluszem i pianką. 


 

Czego można było się spodziewać po ciemnej 85% czekoladzie, okazała się ona mało słodka. Producent na opakowaniu wspomniał o nutach oliwek, orzechów pekan oraz kardamonu. W pełni zgodzę się, jeśli chodzi o kardamon - jego specyficzny posmak przewijał się podczas całej degustacji, szczególnie w finiszu przyjmując postać niskosłodzonego dżemu z twardych gruszek solidnie doprawionego kardamonem. Jeśli oliwki, to wyłącznie czarne i to takie mało delikatne. Orzechy pekan? Owszem, lecz ja kierowałam swą wyobraźnię bardziej w stronę orzechowych łupinek oraz drewna. Znaczna kwaskowość czekolady dążyła w kierunku nie do końca dojrzałego jeszcze agrestu.

Czekolada niespodziewanie pozostawiała w ustach lekowy posmak, będący niejako kontynuacją kardamonowych tchnień. Akcent balansujący gdzieś między ziołową nalewką, syropem a uparcie niedającą się połknąć proszkową tabletką - stopniowo przemieniał się w o wiele bardziej romantyczne skojarzenie z dzikimi ziołami rosnącymi pośród wulkanicznego pyłu.


 

Spośród dotychczas próbowanych Krakakoa chyba najmniej chętnie wróciłabym właśnie do tej, co nie znaczy, że była ona niesmaczna. Wszystkie Krakakoa są oryginalne. Pulukan Bali po prostu nie wciągnęła mnie nazbyt mocno. Być może w wersji chociażby 75% stałoby się już inaczej.

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 85%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 640 kcal.
BTW: 10/48/40.

piątek, 23 sierpnia 2019

Domori Chacao mleczna 42% Wybrzeże Kości Słoniowej


Chacao to zupełnie nowa seria czekolad od włoskiego Domori, która bazuje na kakao z regionu, który twórcy Prawdziwych Czekolad raczej omijają. Mowa o Wybrzeżu Kości Słoniowej. W jednej swej tabliczce Domori pokazało mi już wcześniej, iż potrafi znaleźć dobre ziarna także w tym kraju (mowa o Costa D'Avorio 70%). Tym razem, ulubiona włoska marka sięgnęła po kakao rzadkiej odmiany forastino i zaklęła je w tabliczki o różnej jego zawartości. Dziś zaprezentuję Wam wersję mleczną, z 42% forastino.

Wszystkie moje Chacao kupiłam w sklepie Sekretów Czekolady.


W porównaniu do ekwadorskiej Domori Cioccolato al Latte, nasza Chacao okazała się być również bardzo sielankowa, lecz w zupełnie odmienny sposób. Raczej nie odnalazłam tu złagodzonych mlekiem orzechów, kwiatów i kawy - wszystko poszło bardziej w stronę orzeźwiających owoców. Ta mleczna czekolada okazała się wyjątkowo orzeźwiająca. Budziła mnóstwo skojarzeń z jabłkami: od świeżych zielonych wcinanych wraz z chrupką skórką, przez jabłecznik solidnie przyprawiony prawdziwą wanilią (nie cynamonem, lecz właśnie wanilią!), aż po galaretki jabłkowe. Do głowy przyszły również dojrzałe banany otoczone karmelem - nadal bardziej żywiołowe i radosne, niż przymulające swą słodyczą.

To prosta, lecz bardzo dobra i oryginalna mleczna czekolada, o szczególnie wyrazistych nutach przewodnich. Ciekawe, co afrykańskie forastino zaprezentuje w czekoladach ciemnych.


Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa.
Masa kakaowa min. 42%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 591 kcal.
BTW: 8/41/46,5

wtorek, 20 sierpnia 2019

Willie's Cacao Venezuelan El Blanco Matcha biała 36% z zieloną herbatą


Kultowa dla mnie wenezuelska El Blanco od Willie's Cocoa jeszcze niedawno w Górach Kaczawskich zaprezentowała nam się w wersji z malinami - Raspberries & Cream - która również przypadła nam do gustu. Gdy tylko w sklepie Sekretów Czekolady pojawiła się kolejna wariacja na temat El Blanco, bez zastanowienia zakupiłam ją. Tak oto w pewną lipcową niedzielę, na szczycie sudeckiego Trójgarbu zrobiło nam się baaardzo zielono. Tym razem bowiem, do białej czekolady dodano 0,1% japońskiej zielonej herbaty matcha Kotobuki.


Prześlicznie prezentująca się tabliczka o dziwo pachniała mocno orzechowo, przeplatając w sobie nuty orzechów włoskich i pistacji (skojarzenie potęgowane przez kolor!). Podążały one w stronę akcentów ziemistych oraz maślanych, by finalnie dać nam do zrozumienia, że rzeczywiście mamy do czynienia z dodatkiem zielonej herbaty (choć o ile pamiętam, w zapachu nie zdawał się on tak oczywisty jak w Domori Te Matcha, która już w sferze woni był bardziej herbaciano-ziołowa. Zresztą, Domori była od Willie's nieco ciemniejsza).


Już od pierwszej chwili w ustach, czekolada rozlała się cudowną błogością tak typową dla El Blanco, tak niesamowicie wciągającą i ekskluzywną. El Blanco to wszak nie jest biały słodki ulepek, lecz biała czekolada pełna równowagi i bogactwa zarazem, najczystszy skarb masła kakaowego. Od początku czuć w niej też było wyrazisty udział zielonej herbaty, co z jednej strony stanowiło pewien dysonans, a z drugiej potwornie wciągało. Dodatek zielonej herbaty nie zabijał uroku dobrej białej czekolady, lecz płynął jakby niezależnie obok niej. Czułam się tak, jakbym El Blanco popijała świetnej jakości mocnym naparem z zielonej herbaty. Pojawiło się również skojarzenie z mocną herbatą ziołową podaną z gorącym tłustym mlekiem, w towarzystwie miksu orzechów do przegryzania. Na domiar tego, kawa towarzysząca nam w degustacji cudownie przełamywała ów niebanalny czekoladowo-herbaciany duet.

Mocne zderzenie smaków, choć w samym zestawieniu białej czekolady z matchą herbaciana goryczka nie była nazbyt wysoka. Choć Domori Te Matcha jadłam już dawno temu, to ją wspominam jako bardziej natarczywą (w pozytywny sposób). El Blanco z matchą mimo wszystko niosła w sobie nutę przewodnią z dobrej białej czekolady - zielona herbata tylko (i aż) ją obmywała, nie modyfikując znacznie jej bazy. Willie's Cacao po raz kolejny nie sprawiło mi zawodu, co docenić należy szczególnie przy tak niecodziennym połączeniu.

Skład: tłuszcz kakaowy, mleko w proszku 39%, surowy cukier trzcinowy, matcha 0,1%.
Masa kakaowa min. 36%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 604 kcal.
BTW: 10,6/44,2/40,5.

sobota, 17 sierpnia 2019

Naive Kefir mleczna 50% z kefirem


Ostatnio dość solidnie wzbogaciłam swe zapasy w bardzo ciekawe czekolady od litewskiego Naive. Jak dotąd, marka ta ani razu mnie nie zawiodła, zawsze oferując coś oryginalnego. Poznałam ją oczywiście dzięki niezastąpionym Sekretom Czekolady. Wypoczywając w Jedlinie Zdrój po całodziennym marszu, postanowiliśmy jako deser uraczyć się pierwszą próbowaną przez nas czekoladą z dodatkiem kefiru. Jogurtowych czekolad jest sporo, trafią się także takie z maślanką, natomiast kefir to prawdziwa rzadkość. A spośród mlecznych napojów fermentowanych kefir jest moim ulubieńcem.

Niegdyś Naive Kefir wyrabiana była na bazie boliwijskiego kakao, natomiast obecnie, o ile dobrze się zorientowałam - jest to blend (kakao stanowi 50% całości czekolady). Oprócz cukru i kefiru miejsce znalazło się również dla klasycznego krowiego mleka w proszku (aczkolwiek, co zostało wyszczególnione, pochodzącego od wypasanych krów). Naive Kefir należy do kolekcji Forager (tak jak Porcini), która ma wymiar eksperymentalny, miesza w czekoladowej bazie nadając tabliczce wielowarstwowości.


W Naive urzekają wkładki-pocztówki umieszczone wewnątrz opakowania. Tym razem ze zdjęcia spogląda na nas uroczy jeż chłepcący z miseczki tytułowy kefir. Na odwrocie przybliżone nam zostają nuty smakowe, których możemy spodziewać się podczas degustacji. Udział kefiru wprowadza iluzję szampana, odpowiedzialny jest za kwaskowaty posmak. Drożdże kefirowe mają być odpowiedzialne za kwiatowe akcenty, poza tym czekolada winna nieść ze sobą skojarzenia z lodami oraz migdałami. Cudowne są zawarte we wkładce propozycje parowania z napojami i jedzeniem (konkretne rodzaje win, kozie sery, młody miód), choć my kosztowaliśmy tej czekolady solo.


Niepodzielona na kostki tafla z zapadającym w pamięć logo Naive pachniała niczym schłodzony sernik z galaretką i zatopionymi w niej czerwonymi owocami. Kęs położony na języku rozpuszczał się gęsto, z przyjemną szorstkością, bez odczucia tłustości - a raczej z przyjemnie drażniącą kwaskowatością, przeokrutnie owocową. Pomyślałam o doskonale przyrządzonym koktajlu na bazie kefiru, wiśni, malin i czerwonych porzeczek. Przez to, iż kefir sam w sobie jest lekko gazowany, skojarzenia z szampanem faktycznie się pojawiają - potęgowane przez owocową świeżość i soczystość, a jednocześnie lekko cierpki, typowo kakaowy finisz.

Naive Kefir niesie ze sobą potężne pokłady orzeźwienia. Akcenty charakterystyczne dla kefiru mieszają się z wybitną owocowością i lekką orzechowością kakaowego blendu, co daje spektakularny efekt. Wydawało nam się bowiem, iż jemy czekoladę nadziewaną, coś na kształt Zotter Handscooped. Wybitnie kojarzyła mi się szczególnie  z wariantami mlecznymi o podwyższonej zawartości kakao, kryjącymi w sobie owocowe galaretki, przeplatane esencjonalnymi nugatami. Można ów efekt przyrównać także z lodowymi iluzjami przytoczonymi przez producenta.


 Ta czekolada wprost tryskała mocą czerwonych owoców, położoną na apetycznym kefirowym tle. Pomimo swej świeżości, miała w sobie wiele powagi. Zdawała się być poukładana i bardzo przemyślana. Mimo żywiołowych nut przez swą oryginalność i konsekwentną kompleksowość, zdawała się być wręcz elegancka, o znamionach luksusu.

Choć nietypowość i wyjątkowość czekolady z tytułu dodatku kefiru jest niekwestionowana, nadużyciem wydaje mi się nazywanie jej probiotyczną. Czy rzeczywiście odnajdziemy w niej żywe kultury bakterii i grzybków kefirowych? Po przejściu przez proces wytwarzania czekolady - szczerze wątpię.

 
Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, kefir, mleko w proszku.
Masa kakaowa min. 50%.
Masa netto: 57 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 503 kcal.
BTW: 6/45,6/42,8

środa, 14 sierpnia 2019

Georgia Ramon Erdbeere & Joghurt biała jogurtowa 36% Dominikana z truskawkami

  
 Kolejną z najnowszych fuzji owoców z białą czekoladą od niemieckiej Georgia Ramon jest Erdbeere & Joghurt. Po niezbyt udanej Holunderbeere & Joghurt dość sceptycznie podchodziłam do kolejnego jogurtowego wariantu. Miałam większą ochotę na coś na kształt przepysznej Limette & Thymian. W wersji jogurtowo-truskawkowej pocieszał mnie jednak fakt, że w przeciwieństwie do czekolady z czarnym bzem tutaj producent skusił się na niewielki udział mleka w proszku. Prócz tego, tabliczka to samo masło kakaowe, surowy cukier trzcinowy, truskawki oraz jogurt. Erdbeere & Joghurt, tak jak inne propozycje od Georgia Ramon, zakupiłam w sklepie Sekretów Czekolady.


Bladoróżowa z wierzchu, po przełamaniu tabliczka ukazuje swe żywą barwę swego wnętrza - co wyglądało bardzo apetycznie. Czekolada pachniała intensywnie truskawkowo, z tłustym jogurtem w tle. Gdzieś tam przypałętały się skojarzenia z owocowymi Zotterami Labooko, lecz coś mi podpowiadało, że Georgia Ramon zaprezentuje nam jednak coś w innym stylu.

Na szczęście, nie był to styl znany z Holunderbeere & Joghurt. Myślę, że wpływ na to miała sama specyfika zastosowanych owoców (truskawki są jednak przystępniejsze w pracy) oraz wspomniany już wcześniej choćby niewielki udział mleka w proszku. Czekolada jest wyraziście kwaskowata na jogurtową modłę, lecz nie jest to jej istotą. Najważniejsza jest odurzająca fuzja dobrej jakości masła kakaowego z Dominikany oraz suszonych truskawek. Świeżość i dojrzałość tych słodkich owoców połączyła się z masłem kakaowym tak, iż stworzyła iluzję ciężkiego do granic możliwości dżemu, pełnego dorodnych truskawek.


To było naprawdę unikatowe wrażenie - jogurtowa czekolada pokazała bowiem wyjątkowo dużo ciała miast przewidywanej lekkości. Zdecydowanie wolę taką owocową masywność od lekkiej, lecz suchej i mdłej prezencji opcji z czarnej bzem. To było ciekawe doświadczenie. I tak jak przypuszczałam, owocowe Zottery Labooko to zupełnie inna bajka.

Skład: tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, suszone truskawki 14%, jogurt w proszku 12%, pełne mleko w proszku.
Masa kakaowa min. 36%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 566 kcal.
BTW: 7/39/50.

niedziela, 11 sierpnia 2019

Michel Cluizel Bresil Plantation Riachuelo mleczna 51%


Wyjeżdżając na weekendową wędrówkę w Góry Kamienne i Wałbrzyskie, tę czekoladę francuskiej marki Michel Cluizel dorzuciłam do plecaka w ostatniej chwili. Po niedawnej degustacji jej ciemnej siostry, miałam przeogromną ochotę jak najprędzej wypróbować mleczny wariant czekolady wykonanej z brazylijskiego kakao z plantacji Riachuelo. Wersja mleczna zawiera 51% ziaren uprawianych w regionie Bahia. Kupiłam ją oczywiście również w sklepie Sekretów Czekolady.

 Na ławce w pobliżu szczytu Waligóra schroniliśmy się w cieniu i siegnęliśmy po upragnioną czekoladę. Było upalnie, więc prędko topiła się w dłoniach. Podczas marszu jednak nic się z nią nie stało, gdyż dobrze wiem, jak przechowywać czekolady w plecaku nawet podczas wysokiej temperatury. Nasza mleczna Brazylia pachniała przytulnie śmietankowym serkiem wymieszanym z plejadą dojrzałych i słodkich czerwonych owoców. Jej barwa była cudownie ciepła.


W ustach rozpuszczała się lepko, gęsto i bardzo przyjemnie. Nie porażała zarówno tłustością ani słodyczą, była idealnie wyważona. Wyraźna śmietankowa woń przerodziła się teraz w coś na kształt skondensowanego mleka, choć nie tak słodkiego jak to zwykle bywa. Ta słodycz była raczej tchnieniem delikatnego akacjowego miodu. 

Żywiołowe wrażenia znane z wersji ciemnej zostały złagodzone pysznym mlekiem. Czekoladowy napój z przyprawami korzennymi zamienił się w gęsty budyń na tłustym mleku, zaś wieloowocowy sok w słodki sos na bazie owoców, który polewał ów budyń. Był to sos, w którym dominowały dojrzałe wiśnie, choć pomyślałam również o truskawkach z kompotu. Wszystko wieńczyło karmelowe, łagodne echo.


Mleczna Bresil Plantation Riachuelo podobnie jak ciemna siostra pozostawiła po sobie wrażenie dynamicznej słodyczy, buzującej energii - choć w tym przypadku mleko czyniło ją bardziej subtelną i dziewczęcą. Brazylijski duet od Michel Cluizel przysporzył mi mnóstwo prostej, a jakże smacznej czekoladowej radości.

Skład: pełne mleko w proszku, ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, wanilia burbońska.
Masa kakaowa min. 51%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 611 kcal.
BTW: 11/48/36

czwartek, 8 sierpnia 2019

Michel Cluizel Bresil Plantation Riachuelo ciemna 70%


Cudownie jest w niedzielni letni wieczór niespiesznie popijać kawę i smakować Prawdziwą Czekoladę - a to wszystko z Ukochaną Osobą. Michel Cluizel Bresil Plantation Riachuelo 70% wprost czekała na taką okazję. Kupiłam ją już jakiś czas temu w sklepie Sekretów Czekolady wraz z mleczną siostrą (na nią przyjdzie jeszcze czas). Najpierw pragnęłam wypróbować wersji ciemnej. Plantacja Riachuelo znajduje się w brazylijskiej Bahii, a na stronie Michel Cluizel możecie zobaczyć filmik nagrany właśnie tam.

 Choć na tabliczce osiadł już leciutki nalot, po przełamaniu okazała soczyste i jednocześnie zwarte, konkretne oblicze. To wrażenie zostało spotęgowane przez zapach: jednoznacznie kojarzący się z dojrzałymi wiśniami oraz nektarem z czarnych porzeczek. Automatycznie zadziałało to pobudzająco na moje ślinianki. Po jedzonej po poranku ponurej Caicara del Orinoco z Beskidu, byłam spragniona bardziej dynamicznych wrażeń.


Na całe szczęście otrzymałam je. Bresil Plantation Riachuelo 70% należy do tego typu ciemnych czekolad, które mogę jeść bez opamiętania. Choć nie była tak bogata jak choćby Valrhona Andoa czy Zotter Ecuador Arriba Los Rios, to przez swą niesamowitą żywiołowość skojarzyła mi się właśnie z tymi propozycjami. Brazylijskie szaleństwo od Michel Cluizel wręcz prosiło się o pochłanianie kostki za kostką. Każda z nich rozlewała się miękko na języku eksplozją soczystych smaków. Dominowały owoce: przede wszystkim wiśnie, a także czereśnie, porzeczki, truskawki, soczyste jagody. Jedząc tę czekoladę czułam się trochę tak, jakbym bardzo spragniona dorwała się do schłodzonego soku z owoców jagodowych. Paradoksalnie - ta czekolada gasiła pragnienie.

Finisz przy tym był delikatnie mleczny i karmelowy, budząc przy tym skojarzenia z jakimiś wyjątkowo udanymi landrynkami. Słodycz i kwaśność mieszały się tu w niebywale przystępny sposób, zaś typowo kakaowa goryczka stanowiła jedynie tło, budząc skojarzenie z jakimś obłędnie wciągającym czekoladowym napojem przyprószonym cynamonem, wanilią i panelą (znów coś do picia!).


Rzadko zdarza się, by ciemna czekolada wciągała aż tak bardzo, będąc jednocześnie niezbyt bogatą w dynamiczny przepływ poszczególnych nut smakowych. Moje skojarzenia były proste i jednoznaczne, a jednak tak żywe i świeże, że mogłabym się w nich wręcz tarzać, a czekoladą objadać do obrzydzenia. Zdecydowanie trafiła w mój gust. Coś czuję, że wersję mleczną wciągnę z podobnym apetytem.

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia burbońska.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 570 kcal.
BTW: 7/42/45

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Beskid Wenezuela 80% ciemna z maltitolem Caicara del Orinoco

 
Po pierwszych doświadczeniach z naszą rodzimą marką Beskid, nadal pozostajemy przy kakao wenezuelskim. Teraz jednak z półwyspu Paria przenosimy się do centralnej Wenezueli, a dokładniej w rejony miasta Caicara del Orinoco w gminie Cedeño. Przedtem mieliśmy do czynienia z czekoladą mleczną, a teraz nie dość, że sięgnęłam po czekoladę ciemną o wysokiej 80% zawartości kakao, to jeszcze zamiast cukru posłodzona została maltitolem. Dotąd próbowałam dwóch czekolad z maltitolem, ale były to zupełnie inne propozycje (deserowa z jagodami, truskawkami i stewią oraz biała z jagodami goji), a więc ciężko będzie o rzeczowe porównanie. W cały asortyment czekolad Beskid z Węgierskiej Górki zaopatrzyłam się w niezastąpionym sklepie Sekretów Czekolady.
 

50-gramowa tabliczka podzielona na dość klasyczne kostki była matowa i mocno ciemna z bordowymi refleksami. Pachniała świeżo niczym jeszcze ciepłe brownie przyprawione odrobinę na piernikową modłę lub jak czekolada na gorąco ze szczyptą chili i skórką limonki. W ustach okazała się twarda, chrupiąca, wyraźnie goryczkowa od pierwszego momentu. Odebrałam ją jako suchą, choć absolutnie nie piaskową. Rozpuszczała się dość ciężko i... w gruncie rzeczy zdała mi się płaska i monotonna, choć ciekawe nuty w sobie kryła.

Jej goryczka aż gryzła w podniebienie. Prócz skojarzeń z mocną gorzką kawą doprawioną jeszcze czymś pikantnym, pomyślałam o ziołach - nawet o piołunie - choć znalazły się tu również inne, bardziej przystępne rośliny (na przykład czystek). Stanęłam przed wejściem do skalnego, bazaltowego labiryntu, porośniętego dzikimi ziołami. Coś jednak nieustannie blokowało mnie, by się w niego w pełni zagłębić, dotknąć skał, zaciągnąć wonią. Kładąc na język kolejne kawałeczki czekolady czułam się tak, jakbym trzymała w dłoni nazbyt starannie wypolerowany szlachetny kamień, który przez ów zabieg stracił wiele ze swojej natury. 

 

Mogę tylko przypuszczać, że za owe zblokowanie czekolady odpowiedzialny jest maltitol. Owszem, stwierdzam, iż wolałabym poczuć tutaj zwykły cukier, lecz staram się spojrzeć na twórczość marki Beskid z innej perspektywy. Ta czekolada to wszak doskonała żywność funkcjonalna. Chociażby dla cukrzyków, dziś prezentowana tabliczka to świetna alternatywa w gamie czekolad ciemnych. Jednakże ja sama, mogąc jeść cukier, drugi raz nie wybrałabym Caicara del Orinoco 80%. Z ciekawością skosztowałabym tych ziaren w klasycznym połączeniu.

Skład: ziarna kakao, maltitol, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 80%.
Masa netto: 50 g.