sobota, 25 czerwca 2016

Valrhona Lait Jivara Pecan mleczna 40% z orzechami pekan


Z cudnej Mogielicy rozpoczęliśmy zejście niebieskim szlakiem do wsi Jurków. Serce radowało się na myśl, iż na kolejny dzień również planowaliśmy wejście na Mogielicę, ale od innej strony. Tymczasem, prędko traciliśmy wysokość i już wkrótce masywna sylwetka Mogielicy znajdowała się tuż za nami, a my maszerowaliśmy szosą biegnącą przez Jurków, szukając zejścia na szlak prowadzący na Ćwilin. Tak, Ćwilin - drugi co do wysokości szczyt Beskidu Wyspowego - zdobyty już raz podczas tegorocznej Wielkanocy w mgle i śniegu - tym razem miał zaoferować nam piękne widoki. Wyszliśmy ze wsi na drogę wiodącą wśród łąk - kopuła Ćwilina wydawała się być na wyciągnięcie ręki. Nim jednak weszliśmy w las rozpoczynając właściwe podejście, znów z pomocą przyszły nam drewniane bale - czas na trzecie już śniadanie tego dnia.



Oto nasz Ćwilin!

Podejście na Ćwilin ciągnęło się nam w nieskończoność. Cóż, wszak dopiero wytraciliśmy ponad pół kilometra wysokości (Jurków leży na 530 m n.p.m., zaś Mogielica ma 1171 n.p.m.), a teraz znów trzeba było je osiągnąć, podchodząc na Ćwilin liczący 1071 m n.p.m. Oddychaliśmy jednak pełnymi piersiami i osobiście pragnęłam, aby ta wędrówka trwała jak najdłużej. I tak nie mogłam się nią nasycić!


W końcu wyszliśmy z lasu na rozległą polanę szczytową Ćwilina. Aż wierzyć się nie chciało, że w marcu nie było stąd widać nic! Spójrzcie tylko na zdjęcia w tym wpisie... To ten sam Ćwilin! Jakże wielka była moja satysfakcja, że po tylu kilometrach wędrówki rozpostarła się przede mną taka przestrzeń, w marcu całkowicie ograniczona gęstą mleczną mgłą.

Choć było już po 17:30, a my mieliśmy przed sobą dwie i pół godziny zejścia do Mszany Dolnej, wiedzieliśmy, że należy celebrować tą chwilę. Ułożyliśmy się na ćwilińskiej trawie, z centralnym widokiem na trasę, którą przemierzaliśmy tego samego dnia rano. Trzecia tego dnia czekolada wyfrunęła z plecaka wprost w nasze ręce.



Relaks na Ćwilinie dodatkowo osłodzić na miała Valrhona Lait Jivara Pecan, czyli mleczna czekolada spod skrzydeł prestiżowej francuskiej manufaktury, wzbogacona o kruszone orzechy pekan. O ile się nie mylę, Jivara została wykonana na bazie indonezyjskiego kakao, którego znajdziemy tutaj 40%. W kabale imię Jivara oznacza idealistyczną i wrażliwą naturę człowieka, pełną chęci do udoskonalania swego życia pod względem kulturowym. Tabliczkę kupiłam w lutym na lotnisku w Madrycie, w zestawie z innymi Valrhonami z dodatkami.


Valrhona Lait Jivara Pecan zaciekawiła mnie przede wszystkim dzięki obecności orzechów pekan, tak rzadko spotykanych w czekoladach. Generalnie nieczęsto można je spotkać w naszych sklepach, a jeśli już, to w horrendalnych cenach. Po samej czekoladzie wiele się nie spodziewałam. Dobrze pamiętałam niezbyt pochlebne recenzje wersji bez dodatków, opublikowane przez Czoko i Kimiko. W ich opinii czysta Jivara jest nijaka, mało wyrazista. W zasadzie zastrzeżenia może budzić już sam skład - ziarna kakao mamy w nim dopiero na piątym miejscu - za tłuszczem kakaowym, pełnym mlekiem w proszku, cukrem i karmelizowanymi orzechami pekan. To pozwala przypuszczać, że czekolada będzie przede wszystkim maślano-mlecznie-słodka, a dopiero potem wyłoni się bogactwo ziaren kakao. O ile w ogóle pozostałe składniki na to pozwolą...


Tabliczka jest jasna i żywo brązowa. Od spodu przebijają liczne drobinki orzechów pekan. Gdy podzielimy ją na kostki zauważamy, iż posiadają one bardzo charakterystyczny kolor. One są złotawe! Dosłownie, jakby ktoś zatopił złoto w mlecznej czekoladzie. To wyglądało naprawdę smakowicie. Zapach jednak uświadomił nam, że owszem, może będzie smacznie, ale na pewno bardzo prosto. Mleczna słodycz z lekkim orzechowym poniuchem, nic ponadto. Bogactwa kakao nie można się tu było doszukać.


Czekolada bardzo dobrze rozpuszcza się w ustach. Jest słodziutka i mleczna. Ma w sobie troszkę zbożowych, lekko palonych nut - ale nie wiem, na ile płyną one z ziaren kakao, a na ile z dodatku ekstraktu ze słodu jęczmiennego (po co on? kolejny dziwny składnik po maśle z Caraibe Hazelnuts). Cukier występuje w składzie kilka razy, nie ma się co dziwić, iż słodycz jest intensywna (ale nadal prym wiedzie mleczność). Obłoczek wanilii unosi się nad tą słodyczą, wieńcząc kompozycję błogą i beztroską, lecz pozbawioną jakiejkolwiek górnolotności. Z takiej czekolady ucieszyłby się każdy dzieciak. Nie ma w niej nic, nad czym można by było się dłużej skupić. A szkoda, bo Valrhona to nie jest pierwsza lepsza marka.


Orzechy pekan? Oczywiście, wolałabym jakby znalazły się tutaj większe ich kawałki. Było by wspaniale! Tak rzadko można się nacieszyć owymi smakowitymi orzechami. Szczerze powiedziawszy, one tutaj przepadały. Ciężko by mi było zidentyfikować, że to akurat pekany. Owszem, ich obecność dała dużo czekoladzie, bez nich byłoby naprawdę... słabo. Słabo, bo zbyt pospolicie. Tu ich chrupkość, i siłą rzeczy - orzechowość - wprowadza choćby odrobinę urozmaicenia. Nie jest to jednak nic wyrazistego. Ponadto, ich skarmelizowanie, jeszcze bardziej nasila słodycz kompozycji.




Dobrze, że wybrałam Valrhona Lait Jivara Pecan do degustacji w takich, a nie innych warunkach. Gdziekolwiek indziej prawdopodobnie zjechałabym ją od góry do dołu. Jest prosta do bólu. Valrhona namieszała tu moim zdaniem z proporcjami zastosowanych składników. Więcej ziaren kakao!!! Tu uzyskaliśmy słodką bagienkowatą przyjemność, ale nie za tą cenę, nie w wykonaniu tej marki... Jako dosładzacz na górskim szlaku Jivara wypadła nienagannie, natomiast w domowym zaciszu nie potrafiłabym się nią rozkoszować. W porównaniu do innych mlecznych czekolad wysokiej klasy, ta jest po prostu słabiutka.




Po chwili błogiego relaksu podążyliśmy dalej żółtym szlakiem w stronę szczytu Czarny Dział. Część drogi prowadziła przez las, jednak w większości nadal mogliśmy rozkoszować się wspaniałymi widokami. Gdy z Czarnego Działu spojrzałam za siebie i ujrzałam całą naszą trasę z tego dnia, wraz z majaczącą daleko w tle Mogielicą - aż nie chciało mi się wierzyć, że to wszystko było nasze!







Słońce wyraźnie chyliło się ku zachodowi, a mi pośród łąk zagubiliśmy gdzieś oznaczenia żółtego szlaku. Żadna to strata! Dzięki temu, zupełnie przypadkowo zdobyliśmy kolejne wzniesienie - Grunwald 513 m n.p.m. ze znajdującym się u wierzchołka krzyżem. Z Grunwaldu zeszliśmy już bezpośrednio do Mszany Dolnej, mając w nogach niemal 40 km (jeszcze raz dla przypomnienia schemat naszej trasy). To był cudowny dzień i chyba nasz najdłuższy kilometraż jaki dotąd zrobiliśmy w jeden dzień w górach. Ponadto, zrobiliśmy niemal 2 km przewyższeń.





Skład: tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, cukier, karmelizowane orzechy pekan 15% (orzechy pekan, cukier), ziarna kakao, cukier brązowy, ekstrakt z wanilii, lecytyna sojowa, ekstrakt słodu jęczmiennego.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 85 g.

13 komentarzy:

  1. Dla mnie za mało się tu dzieje. Są tylko orzechy, dobrze że zmielone ale to jednak tylko orzechy chociaż peacany bardzo lubię i to też na plus, bo jakby to były laskowe to nie zatrzymałabym pewnie na niej wzroku nawet trzy sekundy. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie też za mało się działo. Gdyby były tu bardziej pospolite orzechy niż pekany, to już w ogóle lipa.

      Usuń
  2. charlottemadness25 czerwca 2016 07:31

    Nie spodziewałabym się aż takiej przeciętności.Miała szczęście,że konsumpcja odbyła się w górach.Góry wszystko wybaczą ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zła nie była, choć przeciętna. Nie zaburzała w żaden sposób radosnej percepcji górskich widoków :)

      Usuń
  3. Szkoda, że akurat Jivarę miałam bez dodatku (po Manjari i Caraibe właśnie z dodatkami)... Mimo że orzechy też nie są tutaj jakieś wybitne, to i tak, na pewno lepiej by z nimi wyszło. Takie czekolady jednak tłumaczę sobie, że no cóż... jak ktoś bogaty i wybredny będzie miał ochotę na zwykłego zasładzacza z orzechami, to pewnie właśnie taką czekoladę kupi.

    Hm, zastanawiają te składniki, to prawda.
    A zdjęcia... cóż tu dużo mówić? Jak zwykle piękne. :D Dzień czterdziestu kilometrów musiał być naprawdę wspaniały! Jejku, te widoki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż trudno mi sobie wyobrazić nijakość Jivary bez tego dodatku. Orzechy zawsze pomagają. Ale w pełni zgadzam się z ostatnim zdaniem pierwszego akapitu Twego komentarza :).

      Bardzo mi brakuje takiego wysiłku w pięknych okolicznościach przyrody...

      Usuń
  4. Uff, ulżyło mi, że kolejna osoba stwierdziła, że Jivara jest nijaka. Widać jeżeli chodzi o Valrhonę to miałam pecha z wyborem czekolady. Za mało się w niej dzieje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście nie wszystkie Valrhony są takie :).

      Usuń
  5. Znów te rozdrobnione orzechy, tu aż się proszą, żeby dać większe kawałki. 40% to nie tak źle jak na mleczną, dziwne, że nie daje się tego odczuć. Przynajmniej wiem, żeby nie kupować mlecznych kuwertur Varlhony i skupić się na ciemnych :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 40% niby ok, ale nie przy takiej proporcji miazgi kakaowej do tłuszczu...

      Usuń
    2. To znaczy, tutaj akurat całych ziaren. Tłuszcz dołożono dodatkowo, no i jest go całkiem spory udział.

      Usuń
  6. Dla nas największym minusem są te malutkie cząstki orzechów, takie całe okazy byłyby tutaj najmilej widziane :D

    OdpowiedzUsuń