wtorek, 8 marca 2016

Zotter G.Nuss.Tafel Haselnuss ciemna nadziewana nugatem z orzechów laskowych i orzechami laskowymi


Po rejsie kanałami Xochimilco zatrzymaliśmy się jeszcze na obiad pełen lokalnych specjałów (więcej o meksykańskim jedzeniu przeczytacie w kolejnych wpisach). Toczące się podczas niego w nieskończoność rozmowy z przesympatycznymi Guillermo i Denise sprawiły, że wróciliśmy do biura później niż było to planowane. Tam czekał już na nas Moises, ojciec Pabla (z którym to wchodziliśmy na Nevado De Toluca). Zapakowaliśmy się do jego auta i wyruszyliśmy w drogę do Malinche Hut położonego na 3085 m n.p.m. Po drodze podziwialiśmy piękną sylwetkę wygasłego stratowulkanu, który mieliśmy zdobyć kolejnego dnia. Mowa o Malinche (Matlalcuéitl) 4464 m n.p.m., leżącej na terenie stanu Tlaxcala. Pierwsza jej nazwa nawiązuje do imienia azteckiej kobiety, która została partnerką konkwistadora Hernana Cortesa. Druga nazwa w języku nahuatl oznacza "czcigodną panią w zielonej spódnicy" (czyli boginię roślinności). Mi osobiście Malinche oglądana z daleka przypomina... głowę nosorożca.

Malinche Hut to wypoczynkowy kompleks z licznymi uroczymi domkami. Po braku prądu i ciepłej wody w schronisku pod Nevado De Toluca nie spodziewałam się takich górskich luksusów. Po wieczornych rozmowach z Moisesem (między innymi o czekoladzie - to właśnie jego poczęstowaliśmy ciemnymi Dolfinami oraz jabłkowo-rokitnikowym Zotterem) zajęliśmy się lekturą książek, a potem smacznie i długo spaliśmy w swoich cieplutkich śpiworach. Rano nie musieliśmy się spieszyć. Wyprawa na Malinche miała zająć nam podobny czas jak zaliczenie Nevado De Toluca (czyli około sześciu godzin). Praktycznie bezchmurne niebo o poranku wróżyło wspaniale!

 Wokół Malinche Hut kręci się wiele bardzo przyjaznych bezpańskich psów. Są one często podrzucane w to miejsce i stają się... towarzyszami górskich wypraw. Trzy psy, w tym jeden szczeniak, dołączyły do nas gdy wkraczaliśmy na szlak i zdobyły szczyt razem z nami! Już zawsze Malinche będzie mi się kojarzyć z psami, zwłaszcza, że później podczas odpoczynku w Malinche Hut nie opuszczały nas na krok.

 

 

Pierwsza część drogi na Malinche prowadzi przez niesamowity las o bardzo zróżnicowanej roślinności. Cudnie było podziwiać zupełnie nieznane mi rośliny, napawać się ich zielenią i bogactwem. Zbliżając się do skraju lasu spotkaliśmy dwóch Amerykanów, którzy schodzi na dół. Zdobyli oni Malinche o wschodzie słońca.

Po wyjściu z lasu dookoła nas rozwinęła się niesamowita przestrzeń - tym większa, im wchodziliśmy wyżej. W niższych partiach mocno doskwierał gryzący w nos i oczy bardzo pylisty piach - doskonale czuło się tutaj porę suchą. Wyżej, po skałach, stąpało się już znacznie wygodniej. Im bliżej byliśmy szczytu, tym wyraźniej ukazywały się nam na horyzoncie kolejne wielkie wulkany: Iztaccihuatl i jej dymiący Popocatépetl oraz najwyższy Pico De Orizaba.


 
  
Wtem tuż obok nas wyrósł przepiękny krater Malinche, zdobiony postrzępionymi skałami. Nie mogłam nasycić wzroku tym monumentalnym widokiem. Końcówka drogi na sam szczyt wymagała od nas odrobiny wspinaczki (jak weszły tam nasze psy?!), ale generalnie zdobycie Malinche nie przysparzało żadnych problemów i było dla mnie łatwiejsze niż Nevado De Toluca. Na 4464 m n.p.m. czekała na nas niesamowita cisza i spokój. Robiliśmy zdjęcia upamiętniając te wspaniałe chwile. Odpoczywaliśmy, delektowaliśmy się sukcesem i cudowną pogodą. Aby jeszcze uświetnić ów czas wyjęłam z plecaka czekoladę...

Krater Malinche.


Na zotterowską serię G.Nuss.Tafel czaiłam się już od dawna. Dziwnym trafem nigdy nie spytałam o nią podczas składania zamówień w Czekolady Zotter Polska, aż w końcu samej mi ją zaproponowano. Bez zastanowienia zakupiłam całe trio. Dla fanki orzechów takie tabliczki to nie lada gratka. Niedawno G.Nuss.Tafel zmieniły szatę graficzną opakowań na bardziej wyrazistą i atrakcyjną. Ja kupiłam czekolady jeszcze w dawnych opakowaniach. Z tego co widzę, skład produktów nie uległ zmianie.

 Na Malinche zabrałam wersję, która mimo bazowania na ciemnej czekoladzie wydawała mi się najmniej pociągająca. Moje obawy okazały się całkiem słuszne - zdradzę, że uznałam Haselnuss za najsłabszą w serii G.Nuss.Tafel. Dlaczego? Przede wszystkim, zabrakło jej charakteru - zarówno jeśli chodzi o samą czekoladę, jak i w kwestii dodatków.


Na horyzoncie Popocatépetl wypuszcza smugę dymu, po prawej pręży się Iztaccihuatl. Psiak to dzielny szczeniak będący jednym z trzech psów które weszły z nami na Malinche.

Ciemna czekolada o 70-procentowej zawartości kakao kryje w sobie bardzo podobny do niej (jeśli nie identyczny) względem konsystencji i barwy kakaowy nugat z orzechów laskowych. W zasadzie nie ma mowy o oddzieleniu ciemnej czekolady od nugatu. W tabliczce zatopione zostały całe orzechy laskowe, których jest bardzo mało. Oglądając zdjęcia w sieci wiedziałam, że Haselnuss nie będzie mimo gęsto upstrzona, ale i tak czułam się zawiedziona. Dzieląc tabliczkę pomiędzy mojego Męża, naszego przewodnika i mnie, musiałam nieźle się nagimnastykować aby każdy z nas otrzymał w miarę równą porcję orzechów. Na szczęście okazały się być one rewelacyjnej jakości - starannie wyselekcjonowane, lekko podprażone, idealne. Tym bardziej szkoda, że nie było ich więcej.


Gdybym nie jadła na wyższym Nevado De Toluca innego Zottera przypuszczałabym, że to wysokość zaburzyła mi percepcję smaku. Labooko Hazelnut & Almond smakowały jednak wybornie, zaś G.Nuss.Tafel Haselnuss wydawała mi się bardzo płaska jak na ciemną czekoladę. Nie eksplodowała w mojej buzi bogactwem smaku co wydaje się tym dziwniejsze, że nugat z orzechów laskowych powinien podkręcać w niej pewne nuty. Cóż, orzechy stanowią 29% całego produktu, a że w całości umieszczono ich tu niewiele, cała reszta powinna urozmaicać wnętrze. Tak się jednak nie stało, przynajmniej moje kubki smakowe tego nie zanotowały. Czekolada była mało czekoladowa, a nugat mało nugatowy - wszystko było dziwnie suche i gasnące, jakby ktoś stłumił w nich całą energię. Tabliczka wydała mi się mało "zotterowa", a obecne w składzie cynamon i wanilia przebrzmiewały tak nikłym echem, że wcale nie ratowały sytuacji.


To było bardzo zwyczajne i dostając kawałek tabliczki w ciemno raczej nie odgadłabym, że to Zotter. Zjedliśmy Haselnuss traktując ją jako paliwo i przyznam, że gdybym otwierała ją w domu do degustacji pewnie czułabym się jeszcze bardziej zawiedziona. Na Malinche nie zaburzała nam ona piękna sytuacji, ale też nie wzbogaciła naszych doznań (tak jak zrobiły to Hazelnut & Almond na Nevado De Toluca). Hmm, nie można mieć wszystkiego, więc cieszę się, bo i tak tego dnia dostałam wiele!!! Było w końcu tak pięknie!

Droga z Malinche przebiegała bardzo spokojnie. Najbardziej stromy odcinek trasy pokonaliśmy zsuwając się po drobnych skałach i piachu. Dalej po prostu maszerowaliśmy w dół i chłonęliśmy piękno. Docierając do Malinche Hut od razu udaliśmy się na obiad do lokalnego baru, co zapoczątkowało pełne błogiego relaksu świętowanie zdobycia uroczej Malinche.


Skład: miazga kakaowa, orzechy laskowe 29%, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, wanilia, cynamon.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 573 kcal.
BTW: 8,8/43/33

niedziela, 6 marca 2016

Heidi Summer Delight Citrus Sorbet mleczna nadziewana mlecznym kremem z pomarańczą i cytryną


Oto pierwsza część historii o tym, jak niegdyś lubiana przeze mnie popularna marka straciła w moich oczach. Rumuńska Heidi - na początku mojej czekoladowej historii stawiałam ją niemal na równi z Lindtem, którego do dziś darzę sporym sentymentem. Pierwszą wypróbowaną tabliczką Heidi była Orange & Seeds, która ponad cztery lata temu bardzo mi smakowała. Potem przyszedł czas na klasyczne Heidi z dodatkami: Almonds & Cherry, Milk & Hazelnuts, Milk & Almonds, White & Hazelnuts, Florentine. Były one dla mnie całkiem poprawne, aczkolwiek nie wiem, jak dzisiaj bym je oceniła. Tabliczki z dodatkami z serii Dark (Pear & Almonds, Black Salt, Mint & Lemon, Orange) nie podbiły mojego serca, lecz w czasie ich konsumpcji podchodziłam do Heidi jeszcze z dużą sympatią.

Absolutnym hitem była dla mnie kolekcja SummerVenture. Przez trzy lata z rzędu (2012-2014), Heidi wypuszczała trzy różne czekolady z dodatkami inspirowane podróżami (2012: Carribean, Cote D'Azur, Amazon. 2013: Himalaya, Sicilia, Mexico. 2014: Casablanca, India, Thailand) . Choć skład owocowych cząstek czasem pozostawiał sporo do życzenia, były to czekolady wyraziste i bardzo oryginalne. Z rozrzewnieniem wspominam całą wypróbowaną przeze mnie dziewiątkę, ale najbardziej chyba ujęły mnie, nomen omen, Mexico i Himalaya. W podobnym zamyśle wykonany był również smaczny duet WinterVenture (Apple & Cinnamon oraz Orange & Cinnamon).

Zeszłej zimy Heidi postanowiła po raz pierwszy wydać czekolady nadziewane. W trio Winter Delight najbardziej smakowała mi Creme Brulee. Tiramisu była już pełna podejrzanych posmaków, zaś Walnut Brownie okazała się być całkiem niezjadliwa. Wiosną 2015 roku z niecierpliwością czekałam na kolejną podróżniczą niespodziankę od Heidi, a tymczasem postawiła ona ponownie na nadziewańce w trio Summer Delight. Zrażona niezbyt udaną Winter Delight, postanowiłam nie kupować żadnej z proponowanych tabliczek. Na przeciw wyszła mi Olga z livingonmyown.pl, która zostawiła dla mnie część swoich Citrus Sorbet i Iced Coffee. Stracciatelli nie było mi dane wypróbować, ale wcale tego nie żałuję. Możecie o niej poczytać u Olgi.

Olga podzieliła się ze mną dwoma kostkami Citrus Sorbet, co okazało się porcją zupełnie wystarczającą dla mojego Męża i dla mnie. Swoją recenzję opublikowała wczoraj i dobrze jest czytać, że degustacja sprawiła jej więcej radości niż nam. My po kostce na łebka wcale nie mieliśmy ochoty na więcej i tylko przekonaliśmy się o słuszności niezakupienia swoich tabliczek. Dlaczego tak było?


Citrus Sorbet to mleczna czekolada nadziewana kremem opartym na tłuszczu palmowym, nad czym bardzo ubolewam. W owym kremie zatopiono cząstki cytrynowe i pomarańczowe, które zgodnie z zwyczajem Heidi posiadają w składzie jeszcze inne cuda niż cytryny i pomarańcze. To jednak jestem w stanie wybaczyć, bowiem w SummerVenture nigdy mi to specjalnie nie przeszkadzało w cieszeniu się czekoladą. Jestem skłonna stwierdzić, że nawet Lindtowi zdarza się bardziej zgrzeszyć jeśli chodzi o skład "owocowych cząstek" w swojej serii Excellence.

Jasna i miękka mleczna czekolada skrywa w sobie białe nadzienie z lekkimi przebłyskami pomarańczowych drobinek. Jej zapach nie okazał się dla nas zbyt przystępny. Aromat samej czekolady nie był zbyt silny i ginął pod naporem cytrusowego szamponu lub płynu do mycia naczyń. Była to taka pseudoodświeżająca woń.

Wgryzienie się kostkę przenosi nas w tak trafnie opisany przez Olgę świat plastelinowo-margarynowych doznań. Sama czekolada wydaje się być tłusto-oślizgła i jest dość znacznie słodka. Kryjący się pod nią krem tylko nasila te niezbyt miłe wrażenia. Pomimo słodyczy wydaje się być sztuczny i mdły, zaś przełknięty kęs pozostawia po sobie mydlany posmak. Zanurzone w nijakim pseudomlecznym kremie chrupkie owocowe cząstki próbują urozmaicać ten monotonny teatrzyk, lecz robią to bardzo nieumiejętnie. Zbyt mało owoców w owocach doprowadziło do tego, że choć wprawdzie przypominają one nieco kwaśne żelki pod względem posmaku (a może raczej galaretki maczane w cukrze), to jednak są one zaskakująco mdłe i nie niosą ze sobą oczekiwanego efektu orzeźwienia.

Gdzie jest Heidi, którą zawsze z chęcią wybierałam spośród łatwo dostępnych czekolad? Po zjedzeniu swojej kostki czułam się naprawdę zawiedziona. Moje obawy co do obecnej jakości produktów Heidi były jeszcze większe gdy spostrzegłam, że Olga zostawiła mi o wiele więcej Iced Coffee. Ledwo ją napoczęła, a to nie wróżyło dobrze. Na moją recenzję Iced Coffee musicie jednak jeszcze trochę poczekać...


PS Citrus Sorbet został zrecenzowany także przez Czoko. Ona również nie wyniosła przyjemnych wrażeń z obcowania z tym produktem...



Zmieńmy klimat na przyjemniejszy i przenieśmy się do kolejnego magicznego miejsca w Mexico City. Tym razem, pragnę zabrać Was do najpopularniejszej części dzielnicy Xochimilco, która to jest jedną z niewielu pozostałości po pierwotnym wyglądzie terenów stolicy Meksyku. Za czasów azteckich, teren dzisiejszego Mexico City był... jeziorem i to bardzo dużym. A właściwie dziś leży na terenie kilku dawnych jezior. Największe z nich - jezioro Texcoco - otaczało aztecką stolicę Tenochtitlan. Północna część dzielnicy Xochimilco leży w niecce dawnego jeziora Xochimilco. Jest poprzecinana kanałami będącymi pozostałością po nim. Do dziś uprawia się tu ziemię na tradycyjnych poletkach chinampas.

Barwne łodzie trajineras były tu niegdyś używane przede wszystkim w celach handlowych. Dziś stanowią jedną z największych atrakcji Meksyku. Każda z nich nazwana jest żeńskim imieniem. Na romantyczny rejs trajineras po kanałach Xochimilco decydują się nie tylko turyści, ale również miejscowi częstokroć urządzając na ich pokładzie imprezy okolicznościowe. Można sobie tam urządzić prawdziwą ucztę!



Wraz z Guillermo i Denise popłynęliśmy taką łodzią, szkoda tylko, że akurat ten dzień nie był zbyt słoneczny. Wśród wynajmowanych przez chętnych łodzi kursują również trajineras z zespołami mariachi, u których można zamówić sobie piosenkę. Słuchanie ich gry i śpiewu w tak pięknych okolicznościach to niesamowite przeżycie.

Sielankę rejsu chwilowo przerywa jedynie mijanie upiornej Wyspy Lalek. Czy ona jest? A po tą historię odeślę już Was na innego bloga. Tam przy okazji obejrzyjcie również filmiki z mariachi. Muszę przyznać, że rejs kanałami Xochimilco to doskonała okazja na pełną relaksu regenerację pomiędzy górskimi wyprawami. Jest to jednocześnie okazja do bardzo namacalnego obcowania z tradycją i kulturą meksykańską.


Skład: cukier, olej palmowy, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, kawałki czerwonej pomarańczy 1% (czerwona pomarańcza 59,5%, buraki 0,5%, sacharoza), kawałki cytryny 0,7% (cytryna 10%, sacharoza, fruktoza, kwas cytrynowy, naturalne aromaty), lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii, aromat pomarańczowy.
Masa kakaowa min. 30%.
Masa netto: 110 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 568 kcal.
BTW: 4,6/34,6/59,4

piątek, 4 marca 2016

Zotter Apple and Sea Buckthorn with Vanilla jabłkowo-rokitnikowa z wanilią


Apple and Sea Buckthorn with Vanilla to jedna z nowszych czekolad Labooko. Zamawiałam ją w Czekolady Zotter Polska wraz z Cheeky Fruits jeszcze nie wiedząc, jak genialne zmiany poczynił Zotter w swych owocowych nowinkach. Pomimo zachwycenia Cheeky Fruits i tak miałam małą obawę, czy jabłkowo-rokitnikowa wariacja nie okaże się przypadkiem zbyt mdła. Producent usilnie przekonuje na opakowaniu, że będzie zupełnie inaczej - głównie dzięki udziałowi kwaskowatego i orzeźwiającego rokitnika.

Mój pierwszy raz z rokitnikiem w czekoladzie przeżyłam za sprawą innej austriackiej marki, a mianowicie Pichler. Tutaj przeczytać możecie recenzję pichlerowskiego Sanddorn-Marzipan, czyli deserowej czekolady nadziewanej rokitnikowym marcepanem. W podlinkowanym wpisie znajdziecie również informacje na temat samego rokitnika, który to jest bardzo ciekawym owocem, niesamowicie bogatym w witaminę C (która w rokitniku nie ulega rozkładowi nawet po obróbce termicznej!).



Jeśli chodzi o jabłka, Zotter sięgnął po te pochodzące z licznych sadów Styrii. Znów poczyniono więc ukłon dla rozwoju i propagowania regionu manufaktury, za co należy się pochwała. Lokalny patriotyzm zawsze wskazany! Kompozycja zwieńczona została madagaskarską wanilią. Z surowców kakaowych mamy sam tłuszcz kakaowy, jak to w owocowych Zotterach bywa. Pozostałe najważniejsze składniki to surowy cukier trzcinowy i odtłuszczone mleko w proszku.

Po dziś opisywaną czekoladę sięgnęliśmy tuż przed wyruszeniem na drugi z czterech zdobytych przez nas meksykańskich wulkanów - La Malinche (relacja z wyprawy za parę dni). Również tą tabliczką podzieliłam się nie tylko jak zawsze z moim Mężem, ale i z naszym przewodnikiem. Moises był totalnie zaskoczony tak zakręconą koncepcją na czekoladę - zupełnie mu się nie dziwię!



Dwie tabliczki ukryte w opakowaniu okazały się mieć bardzo specyficzny złotawo-połyskliwy odcień, kojarzący mi się z dużymi żółtymi śliwkami. Zapach od razu odwiódł mnie od podejrzeń mdłości - był niezwykle orzeźwiający, a przy tym lekko wytrawny. Do głowy przyszła mi jakaś nietypowa szarlotka z bardzo mocno podprażonych jabłek, w towarzystwie dzikich czerwonych owoców - osnuta polewą z wysokiej jakości białej czekolady.

Smak bardzo mnie zaskoczył. W żadnym wypadku nie przypominał on czekolady, a raczej jakieś genialne lody na bazie śmietanki. Tak, Apple and Sea Buckthorn with Vanilla jest na tyle odświeżająca, iż jej konsumpcja kojarzyła mi się z jedzeniem lodów. Ta czekolada buzowała pozytywną energią, nie było w niej ani krzty przesłodzenia, czy w ogóle przesady w jakąkolwiek stronę. Jeśli ktoś z Was obawia się tu przesadnej kwaskowatości, to również jej nie znajdzie.



Jabłka same w sobie są tutaj bardzo delikatne i oczywiście w pełni naturalne w smaku. To subtelny smak żółciutkiego miąższu jabłek mimo wszystko słodszych odmian. Bez wątpliwości łatwo zidentyfikować, że w skład czekolady wchodzi jeszcze inny owoc, aczkolwiek moje dotychczasowe pojedyncze doświadczenie z rokitnikiem nie pozwalało na jednoznaczne przypisanie pewnych walorów czekolady właśnie jemu. Nie mniej jednak, rozpoznając przede wszystkim jabłkową słodycz, bardzo rześka kwaskowatość zdaje się pochodzić bezpośrednio od właśnie tego czerwonego owocu. Ma ona w sobie pewne leśno-dzikie zacięcie, bardzo aromatyczne, kojarzące się również odrobinę z lekko perfumowanym winem. Myślę, że to wrażenie zostało dodatkowo podkręcone przez wanilię, która zadziwiająco zgrywa się z oboma owocami. Wanilia, tak genialna i mocna w niedawno opisywanej Labooko Almond - tutaj też świetnie spełnia swoją przyprawową rolę, choć robi to w zupełnie inny sposób. Dopełnia wrażenia konsumpcji doskonałych lodów zaklętych w tabliczkę nietypowej czekolady.

Apple and Sea Buckthorn with Vanilla to kolejna po Cheeky Fruits nowa owocowa tabliczka Zottera, która naprawdę jest godna polecenia. To bardzo oryginalny twór i nigdy dotąd nie jadłam niczego podobnego. Orzeźwienie jakie ze sobą niosła było niesamowicie energetyzujące i smakowite. Widać, że Zotter przemyślał bardzo dokładnie wykonanie tej czekolady - była na swój sposób charakterna, lecz przy tym w pełni wyważona.




Opisywana w poprzednim poście meksykańska dzielnica Coyoacan jest znana przede wszystkim ze znajdującego się tam niebieskiego domu malarki Fridy Cahlo, w którym to obecnie znajduje się muzeum jej imienia. Wybraliśmy się tam wraz z Guillermo i Denise. Codziennie przed drzwiami La Casa Azul ustawia się długa kolejka chętnych na zwiedzenie miejsca, gdzie Frida żyła i tworzyła przez wiele lat.

Życie Fridy przepełnione było cierpieniem. Jako dziecko zachorowała na polio, zaś będąc młodą kobietą przeżyła wypadek komunikacyjny, wskutek czego doznała potwornie licznych złamań i zwichnięć, a także przebicia macicy. Przeszła ogrom skomplikowanych operacji, a jej burzliwy związek z Diego Riverą wcale nie osładzał jej życia. Na domiar złego, w związku tym Fridę niesamowicie bolała niemożność urodzenia upragnionego dziecka i wielokrotne poronienia.  


Funkcjonowanie w nieustającym bólu miało olbrzymi wpływ na dramatyczną twórczość, w której surrealizm przeplatał się z tradycyjną meksykańską kulturą. Zapraszam Was do bliższego zapoznania się z życiorysem i twórczością tej niezwykłej artystki. Zachęcam również do obejrzenia filmu "Frida" z Salmą Hayek w roli głównej. Spacerując po pięknym La Casa Azul, oglądając obrazy Fridy, jej zdjęcie, meble, ubrania (także te, które bardziej przypominały pancerze podtrzymujące chore ciało) - odkryłam urok jej tragicznej postaci na nowo, tak bardzo namacalnie... To jedno z muzeów, w których to wizyt się nie zapomina.






Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone jabłka 7%, odtłuszczone mleko w proszku, suszony rokitnik 3%, lecytyna sojowa, wanilia 0,1%, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), sól.
Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 578 kcal.
BTW: 2,5/39/54

środa, 2 marca 2016

Dolfin Noir 88% ciemna i Noir 70% ciemna


Wraz z kolejnymi relacjami z naszej wyprawy do Meksyku dość często pojawiać się będą u mnie neapolitanki belgijskiej marki Dolfin. Dolfin ostatnimi czasy stał się popularny w blogosferze, a ja za sprawą prezentu od Olgi z livingonmyown.pl również nie będę odbiegać od tego trendu. Jeszcze raz Tobie Olgo dziękuję!

Osobiście już dawno nie miałam bezpośrednio do czynienia z produktami Dolfin. Swego czasu, gdy częściej robiłam zakupy w Almie, pojawiały się one raz po raz na moim blogu. Spośród nich, najbardziej smakowała mi Hot Masala.

Neapolitanki z zestawu, o którym Olga pisała tu i tu, zapakowałam do plecaka z myślą, że zdegustujemy je podczas długiego lotu aby zabić nudę. Podróż jednak wcale nie okazała się nudna, a na czekoladę jakoś wielkiej chęci nie było. Wypróbowanie Dolfinów rozbiliśmy na dwa razy już podczas naszych meksykańskich eskapad. Na pierwszy rzut poszły wersje ciemne: 70% i 88%, głównie dlatego, że przebywał wówczas z nami w schronisku nasz przewodnik Mojses, będący fanem ciemnej czekolady - przede wszystkim do picia. To, że chciałam się z nim podzielić, po raz kolejny dowodzi, iż górskie powietrze zaskakująco działa na mój mózg.

Siedemdziesiątka i osiemdziesiątka od Dolfina posiadają pewną cechę, której nie jestem w stanie wybaczyć producentowi. Machnę rękę na to, że Dolfin nie robi czekolad bean-to-bar, ale odtłuszczone kakao w proszku zastosowane w zastępstwie tłuszczu kakaowego jest dla mnie karygodne. Gdy sprawdziłam skład tych dwóch wariantów smakowych na stronie internetowej Dolfin , od razu się uprzedziłam. Wiem, że gdyby nie prezent od Olgi (która swoje egzemplarze opisała tu), sama bym ich nie kupiła - odtłuszczone kakao w proszku w pełnej czekoladzie od razu skreśla je z listy "do wypróbowania".

Noir 88% po lewej, Noir 70% po prawej.

 Pomimo świadomości kiepskiego składu, do degustacji usiadłam z czystym umysłem, w ciepłe słoneczne popołudnie po zdobyciu kolejnego meksykańskiego wulkanu (o którym poczytacie za kilka dni). Najpierw sięgnęłam po wersję 88%. Po rozpakowaniu kilku sztuk neapolitanek przeraziłam się ich wyglądem. Były przeraźliwie suche, z pylistym nalotem, poszarzałe. Wyglądały bardzo pierwotnie, ale nie w sposób dziko-czekoladowy, który mógłby do siebie przyciągać. Czekoladki łamały się łatwo, były bardzo kruche, jakby ulepione z piachu.

Czekolada łamie się tak, jakby miała zaraz rozpylić się na wszystkie strony świata. W zapachu pachnie kakaowym proszkiem i sadzą, bez większych konkretów. Jest sucha niczym proch. W smaku okazuje się być głównie kwaskowata, na szczęście wcale nie w najgorszy sposób, choć bogactwa i głębi tu nie znajdziemy. Zidentyfikowałam za to nieco dusznych kwiatów, chemicznie-suchą owocowość oraz zwietrzałą kawę rozpuszczalną. Z każdym kęsem sypała się niczym zaschnięta kora z drzewa i również trochę tak smakowała. Była dość przystępna, ale bardzo przeciętna. Na koniec wraz z Mężem stwierdziliśmy, że pozostawia po sobie posmak tanich i starych czekoladowych płatków śniadaniowych. Nie, wcale nie byłam z góry uprzedzona!

Następnie sięgnęłam po wersję 70%. Czekoladki wyglądały już atrakcyjniej, aczkolwiek nadal nie  był to stan w pełni zadowalający. Wprawdzie wiem, że moje Dolfiny w czasie degustacji były już na granicy terminu ważności, ale nie wydaje mi się, żeby była to główna przyczyna ich kiepskiej kondycji. Ciekawa jestem, czy świeżo zakupione pełnowymiarowe tabliczki Dolfin 70% i 80% również charakteryzowałyby się tak mało przystępną strukturą.

Siedemdziesiątka o dziwo okazała się być aromatyczniejsza - miała w sobie podobną do 88% nutę kwiatową, lecz znalazło się tu także miejsce dla jagód z wanilią. Od pierwszego kontaktu węchowo-smakowego kojarzyła mi się z czymś mocno perfumowanym. W smaku uderzyła mnie swoją słodyczą - tak, na sam początek wydała mi się bardzo słodka. Jest mniej pylista niż 88%, bardziej ciastowata. Owa ciastowatość nie jest jednak czymś w pełni pozytywnym, bowiem przywołuje na myśl kakaowe nadzienie z nadmuchanych rogalików. Odnalazłam tutaj również odrobinę orzechowości w formie lekko podprażonych fistaszków. Całość wydaje się jednak płaska i w zasadzie zarówno w 88%, jak i w 70% coś mi nie pasowało, coś zaburzało degustację. W ustach nie rozpuszczały się praktycznie wcale. Nie chciałabym wracać do żadnej z nich, a mój Mąż prędzej jako zapychacz wybrałby siedemdziesiątkę.

 

Po zdobyciu Nevado De Toluca wraz z Pablem i Albertem udaliśmy się autem do Mexico City. Mieliśmy wrócić do biura HgMexico w dzielnicy Iztapalapa, a dotarcie tam zajęło nam mnóstwo czasu. Jeśli chcecie przestać narzekać na ruch uliczny w Polsce, musicie koniecznie wybrać się do Meksyku! Stolica plasuje się w końcu w trójcy największych miast na świecie, co wiąże się z pewnymi konsekwencjami. Powierzchnia 1 485 km² (plus do tego aglomeracja), 10 milionów mieszkańców w samym mieście... Uwielbiam zwiedzać miasta na własną rękę, ale tutaj po prostu bym się bała. Nie przez wzgląd na sławetną wysoką przestępczość, ale dlatego, że najzwyczajniej w świecie bym się zgubiła. Obserwując przeróżne dzielnice Meksyku podczas wielokrotnego przebijania się przez miasto i tak nie mogłam się nadziwić, nie mogłam się napatrzeć. To miasto kipi niesamowitym życiem, jak żadne inne.

Zależało mi, żeby przejść się po historycznym centrum Meksyku, lecz nasza wizyta zbiegła się akurat z pielgrzymką papieża Franciszka. Wysiadanie z auta przy placu Zocalo, całkowicie przygotowanym pod przyjazd papieża, zupełnie mijało się z celem. Napawałam się tylko patrząc przez okno. Wprawdzie przyjechaliśmy tu dla gór, ale będąc w pobliżu tak słynnych miejsc aż żal się nie zatrzymać.

Gdy w końcu dotarliśmy do biura HgMexico, jego właściciel Guillermo zaproponował nam wieczorny wypad w czwórkę wraz z jego dziewczyną Denise do dzielnicy Coyoacan. Ochoczo przystaliśmy na tą propozycję, choć w Coyoacan mieliśmy gościć również dnia następnego. W końcu po zmroku miasto zawsze wygląda i żyje inaczej.

W tym miejscu warto napomknąć, że nasza wyprawa do Meksyku wyglądała pod względem górskim inaczej, niż wszelkie poprzednie. Ze względu na konieczność przekroczenia 5000 m n.p.m. piekielnie ważnym elementem była rozsądna aklimatyzacja. Podczas wcześniejszych eskapad, gdy nieco przekraczaliśmy 4000 m n.p.m., wystarczała nam jedna noc w bazie. Tu sporą wysokość mieliśmy osiągnąć kilka razy, stopniując wrażenia, powracając w niższe partie i przeplatając górski wysiłek dniami totalnego odpoczynku.



Coyoacan, choć wcale nie znajduje się na obrzeżach Mexico City, jest zupełnie odmienne od zatłoczonych dzielnic, które przemierzaliśmy wcześniej autem. Guillermo specjalnie zabrał nas właśnie do Coyoacan, nie tylko dlatego, że to właśnie tam znajduje się dom i muzeum Fridy Kahlo (któremu poświęcę osobny wpis). "Miejsce kojotów" przypomina raczej miasto w mieście, zupełnie odrębny organizm, w którym pomimo ogólnego meksykańskiego rozgradiaszu życie płynie jakby wolniej. Nawet pomimo popularności centrum dzielnicy, czyli Villa Coyoacan.

Villa Coyoacan zwiedzana zarówno po zmroku, jak i za dnia, pozwala odkrywać się z wielu stron. Wieczorem, pod kościołem San Juan Bautista ludzie spotykają się by wspólnie tańczyć niesamowity aztecki taniec. Rytmiczne bębny i nadążające za nim transowe ruchy zgranego tłumu, wygrywające ciałem kolejną melodię - za pomocą poprzyczepianych do nóg grzechotek. W ciągu dnia - wewnątrz świątyń skupienie związane ze Środą Popielcową. Z zaskoczeniem obserwowałam zdobienia ołtarzy, w których wielokrotnie przewijały się motywy owoców kakaowca - co ma związek z silnym przeplataniem się azteckiej tradycji z chrześcijańskimi wpływami.


Guillermo i Denise zaproponowali nam wizytę w tradycyjnej kawiarni El Jarocho, parzącej kawę z meksykańskich ziaren. Gdy jest się w Coyocan i nie wypije się kawy El Jarocho to tak, jakby wcale się tam nie było! Rzeczywiście, co trzecia osoba spacerująca po Villa Coyoacan miała przy sobie firmowy kubeczek. Świetnie wrażenie robi znajdująca się w centrum kawiarni maszyneria preparująca ziarna kawy. My skosztowaliśmy specjału El Jarocho, czyli cappuccino z przyprawami korzennymi. Nie znam dokładnej receptury, lecz szczególnie mocno odznaczał się anyż i kardamon. W połączeniu z bardzo aromatyczną kawą, smakowało to naprawdę wybornie.

W Coyocan natrafiłam na lokal z szyldem Cocoa, na którego widok moje serca zaczęło szybciej bić. Niestety, okazało się, że to tylko jedna z wielu cukierni - w żadnym wypadku nie był to sklep z tak poszukiwaną przeze mnie meksykańską czekoladą. Nie mniej jednak, w meksykańskich cukierniach można spotkać wiele ciekawych słodkich wypieków opartych np. na amarantusie, siemieniu lnianym, czy też doprawionych kminkiem (tak, nadal było to słodkie pieczywo). Amarantus zresztą jest tam tani jak barszcz, o czym przeczytacie na moim blogu jeszcze nie raz.

To właśnie na ulicach Coyoacan miałam okazję spróbować pieczonych świerszczy, doprawionych czosnkiem i limonką. Mam nawet filmik z degustacji! Sama nie odważyłabym się na kupno tego specjału, ale Guillermo postanowił poczęstować nas swoją porcją. Zresztą, Guillermo i Denise okazali się być niezwykle sympatycznymi i otwartymi ludźmi, o rewelacyjnym poczuciu humoru. Nie omieszkaliśmy się wytłumaczyć im, co w Polsce oznacza sformułowanie "Ale Meksyk"!



Noir 88%
Skład: miazga kakaowa, cukier, odtłuszczone kakao w proszku, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 88%.
Masa netto: 4,5 g.

Noir 70%.
 Skład: miazga kakaowa, cukier, odtłuszczone kakao w proszku, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 4,5 g