czwartek, 19 lutego 2015

Heidi Winter Delight Tiramisu mleczna z nadzieniem tiramisu i kawą


Jesteśmy w połowie wypróbowywania najnowszej limitowanej serii od Heidi - Winter Delight. Po bardzo smacznej Creme Brulee, pod lupę bierzemy wariację na temat popularnego włoskiego deseru tiramisu. Zerkając na skład czekolady stworzonej przez tego rumuńskiego producenta widzimy, że wiele mu brakuje do odzwierciedlenia oryginalnego tiramisu. Zamiast biszkoptów mamy herbatniki, brakuje tu także likieru amaretto (nie mówiąc już o serku mascarpone ;)). Nie bądźmy jednak aż tak wymagający - w końcu to tylko luźna interpretacja (ale na przykład Lindt Tiramisu Kuhl geniessen zawierało mascarpone! :D). Mało która czekolada o smaku tiramisu ma w sobie wszystko to, bez czego nie obędzie się autentyczny deser. Najważniejsze, że Heidi nie zapomniało dodać kawy ;). W końcu kawa stanowi tutaj słowo-klucz.

Po otwarciu klasycznego dla Heidi kartonika i rozdarciu tradycyjnego sreberka, rozpoczynamy zapoznawanie się z czekoladą od sfery zapachowej. Nie miałam wątpliwości, że mleczna czekolada od Heidi będzie zadowalająca - jej aromat jest wyraźnie i świeżo mleczny, z niedającą się ukryć nutą kakao - a jest to zawsze minimum, jakiego oczekujemy od wszelkich mlecznych czekolad. Spośród przyjemnej woni dobrej mlecznej czekolady wyłania się coś, co do czego od samego początku mam wątpliwości. Zmysł węchu identyfikuje tutaj rozwodnione kawowe lody. Niby dobrze - jest kawa, i to wyraźna. Jednakże w tym aromacie jest coś wadliwego, sprawiającego, że waham się przed sięgnięciem po pierwszą kostkę.

W kwestii smaku, w samej mlecznej czekolady nie mam się do czego przyczepić. Heidi w tej brązowej otoczce serwuje nam dużo słodyczy, ale również sporo przyjemności. Łatwa w obcowaniu, kakaowo-mleczna fuzja. Nadzienie jest już w wiele trudniejsze i hmm... zastanawiające.



Generalnie nadzienie jest podobne w konsystencji do tego, co odnaleźliśmy w Heidi Creme Brulee. Jest ono nieco zbyt słodkie, ale w gruncie rzeczy delikatne. Gładkie w konsystencji, lecz niemaziste - pozostawiało jednak nieco większe uczucie tłustości w ustach, niż karmelowa poprzedniczka. Zatopione w nim zostały małe kawałki mielonych ziaren kawy - delikatnie gorzkawe, niezbyt twarde, chrupiące. Skład mówi o obecności herbatników, jednak chyba zostały one jednolicie zmieszane z całą beżową masą - gdyby nie przestudiowanie opisu na opakowaniu, zupełnie bym o ich istnieniu nie wiedziała.

Co jeszcze jestem w stanie powiedzieć o nadzieniu w dziś opisywanej Heidi? Hmm... Najtrafniejszym określeniem będzie, że balansuje ono na granicy kiczu. Z każdym kęsem zastanawiałam się, czy to aby na pewno mi smakuje? Niewiele brakowało, aby szalka przechyliła się na niekorzyść Heidi i czekolada byłaby po prostu niesmaczna. Napotkane w sferze zapachu rozwodnione lody kawowe pojawiają się również w smaku. To nie one są jednak najgorsze. W mojej głowie pojawiły się także skojarzenia z napojem kawowym o smaku kakaowym, czyli popularne "cappuccino" z paczki. Wiecie - takie, w którym prym w składzie wiodą cukier i tłuszcz roślinny. Wątpliwa przyjemność. 

Mam naprawdę bardzo mieszane uczucia odnośnie tej czekolady. Nie było to niezjadliwe paskudztwo, ale podczas degustacji nieustannie coś mi w niej nie pasowało... Chyba był to ten "pierwiastek obrzydliwości", o którym czasem pisze Olga ;). Nie mogę Wam polecić tej Heidi z czystym sumieniem, za to na pewno bez strachu sięgajcie po wersję Creme Brulee. Ciekawa jestem, jak spisze się Walnut Brownie - i szczerze powiedziawszy, jest to najbardziej intrygująca mnie tabliczka z kolekcji Winter Delight.

Skład: cukier, nieutwardzony olej palmowy, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, herbatniki 1,5% (mąka, cukier, jaja, skrobia ziemniaczana, odtłuszczone mleko w proszku, mono i diglicerydy kwasów tłuszczowych, sorbitol, difosforan disodowy, wodorowęglan sodu, wanilina), lecytyna sojowa, kawa mielona 0,5%, naturalny ekstrakt z wanilii, aromat tiramisu. 
Masa kakaowa min. 30%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 551 kcal.
BTW: 6,83/32,04/57,81

20 komentarzy:

  1. charlottemadness19 lutego 2015 06:05

    Szkoda, że marka Heidi tym razem zawiodła :( na pewno zimowa wersja nie przebije letniej ;) Też mnie najbajdziej intryguje tabliczka Walnut Brownie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nie, Winter Delight do pięt nie dorasta wymyślnym letnim smakom :D. Jestem fanką SummerVenture!

      Walnut Brownie pojawi się na blogu w przyszłym miesiącu - prawdopodobnie w kolejny weekend ją otworzę.

      Usuń
  2. Nie wiem czemu, ale mi zawsze się wydaje, że smak tiramisu jest bardzo ryzykowny i często się nie udaje. Jak widać tu się nie udało. No i czekam na Brownie, liczę, że przynajmniej tego nie skopali.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie wariacje na temat kawy są w ogóle ryzykowne. Kocham kawę, ale na dobrą kawową czekoladę rzadko trafiam. Trochę obawiam się otwierać Brownie ;)

      Usuń
  3. Z tej serii w sumie jedynie wersja brownie mnie kusiła, jeżeli napiszesz recenzję i nie zniechęci mnie ona, to pewnie kupię w końcu :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam otworzyć Walnut Brownie w ten weekend, ale przestawię ją na kolejny - musisz uzbroić się w cierpliwość :D. Chyba do czasu publikacji tej recenzji będzie jeszcze w sklepach :D

      Usuń
  4. Poległam wczoraj w Almie i kupiłam Creme Brulee. Tej w sumie też bym spróbowała, chociażby dla obiecanego pierwiastka, ale musiałam powiedzieć sobie stop, bo wzięłam 5 czekolad i ciastka. Szlag trafił moje niekupowanie. Słabą osobą jestem, jeśli chodzi o słodycze.

    Kiedy recenzja browniacza?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, ja już się cała trzęsę na myśl wielkich zakupów, jakie zrobię, gdy wyczerpię swoje czekoladowe zapasy. Tak mnie podnieca ta myśl, że rzeczywiście uciekam od chwilowych pokus na zamówienie jakichś pojedynczych sztuk :D. Najlepsze są kompulsywne zakupy gdy zamawiam/biorę wszystkie czeko, jakie mnie zainteresują, sasasasa :>.

      Już patrzę w kalendarz... :> Recenzja Walnut Brownie pojawi się prawdopodobnie 6 marca. Zjem ją w przyszły weekend. Tak jak w przypadku Tiramisu, dam cynka, czy warta uwagi.

      Usuń
  5. Nigdzie tej serii czekolad nie widziałam. Tiramisu lubię, nawet bardzo ale czekolady w tym wariancie smakowym nie jadłam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja widziałam tylko w Almie, ale mało teraz chodzę po marketach.

      Usuń
  6. Nawet nie wiemy jak dokładnie smakuje prawdziwe tiramisu, więc pewnie porównania i tak byśmy nie miały. Chociaż i tak nigdy nie zapowiadało się na to, żebyśmy sięgnęły akurat po tą tabliczkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tiramisu gdzieś tam kiedyś we Włoszech jadłam... Kawa najlepsza jest jednak jako napar ;)

      Usuń
  7. "Pierwiastek obrzydliwości" - nikt nie potrafi określić co to, ale każdy wie o co chodzi. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olga znalazła bardzo trafne określenie na to coś :D

      Usuń
  8. Nie przekonują mnie takie połączenia, ale i za tiramisu nie przepadam jakoś szczególnie, więc z pewnością bym takiej nie kupiła, choć wizualnie jak dla mnie prezentuje się całkiem ok i nie widzę tego tajemniczego pierwiastka obrzydliwości (który wg. mnie czasem można dostrzec już przed spróbowaniem:P)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu pierwiastek obrzydliwości zaczynał się pojawiać w aromacie, a w smaku to już w ogóle wzbudzał duże wątpliwości.

      Usuń
  9. To widzę, że zdanie zupełnie to samo mamy. Dochodzę do wniosku, że Heidi w ogóle nie jest warta testowania. Szkoda, że kiedyś kilka różnych tabliczek kupiłam.

    OdpowiedzUsuń