sobota, 29 listopada 2014

Lindt Excellence Roasted Sesame ciemna z sezamem


Lindt Excellence Roasted Sesame zakupiłam wraz z Caramel With A Touch Of Sea Salt podczas promocji w Almie. Deserowa czekolada Lindta z dodatkiem karmelizowanych ziaren sezamu to musiał być hit - byłam tego pewna po degustacji nowości z karmelem i solą, oraz dzięki recenzji Czoko. Mojej tabliczce przypadł zaszczyt zjedzenia jej w wyjątkowych okolicznościach. Tak tak, wpisów górskich ciąg dalszy ;).

Przepięknego jesiennego dnia, zbliżając się do beskidzkiego schroniska - postanowiliśmy zboczyć odrobinkę ze szlaku i celebrować picie kawy z termosu z dala od innych turystów. Stara drewniana chatynka, przepięknie położona - opuszczona nie wiadomo kiedy i przez kogo. Przed nią - solidna drewniana ławeczka. Doprawdy, jesteśmy mistrzami w organizowaniu sobie terenowych kawiarni :).


 Po rozdarciu sreberka doznałam niemałego zaskoczenia. Typowa dla Lindt Excellence cienka tabliczka o dużych kostkach była bardzo bogato upstrzona ziarenkami sezamu. Nie spodziewałam się, że zostaniemy aż tak odbarowani tymi zdrowymi nasionkami. Czekolada pachnie potwornie apetycznie. Raz, że mamy tu typowy kuszący aromat deserowej czekolady Lindta (mmm... to kakao, delikatne i wyraźne jednocześnie). Dwa - sezam! Oj tak, to intensywny aromat dobrej jakości sezamków. Jeśli nie macie nic przeciwko sezamkom - zakochacie się w tej czekoladzie, bez dwóch zdań!

Smak to dobrze znany ciemny Lindt, z bardzo bezpieczną zawartością masy kakaowej. Mamy jej 47%, a więc jest to czekolada bezpieczna nawet dla osobników nietolerujących gorzkiej czekolady (nigdy tego nie zrozumiem, ale ok, o gustach się nie dyskutuje ;)). Słodka tylko tyle, ile trzeba.  Kakao jest, oj jest - charakterne, lekko złagodzone maślaną nutą. Idealnie przystępna czekolada...

 ...która na dodatek genialnie zgrywa się z karmelizowanymi ziarnami sezamu. Tak jak w sezamkach, nasiona zostały otoczone cukrową powłoczką - ale bez zbędnej przesady. Ot tyle, by uwydatnić ich chrupkość i naturalny smak, a do tego dodać odrobinę specyficznego posmaku prażonych ziaren. Jest ich tak dużo, dużo, dużo! Dzięki temu czekolada jest naprawdę odżywcza i sycąca - a do tego tak smaczna, że kostka ucieka za kostką.

Od zawsze jestem fanką czekolad z orzechami. Jak widać, sezam sprawdza się tu również doskonale. Po lichym przedsmaku sezamu w czekoladzie, jaki zafundowała nam Heidi - od Lindta dostajemy coś naprawdę solidnego (ajajaj, na pewno kiedyś zamówię sezamową czekoladę z Manufaktury Czekolady. I sezamowy nugat od Zottera!). Niech Niemcy dalej sprzedają u siebie Lindt Excellence Stracciatella - cieszmy się, że to Roasted Sesame możemy kupić w Polsce! Bardzo dobra czekolada, polecam z całego serca.

Skład: cukier, miazga kakaowa, karmelizowane nasiona sezamu 15% (sezam, cukier), tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, wanilia. 
Masa kakaowa min. 47%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 534 kcal.
BTW: 7/33/48

środa, 26 listopada 2014

Karmello mleczna z żurawiną i pistacjami


Dziś opisywana czekolada to prawdziwa podróżniczka. Zakupiona w Katowicach (zresztą, powyższe zdjęcie zostało zrobione na ogródku katowickiej pijalni piwa Biała Małpa), pojechała z nami do Austrii. Tam pewnego dnia zabraliśmy ją na alpejski szlak, lecz w nienaruszonym stanie wróciła do Polski. Przeleżała swoje w Magicznej Szufladzie, by ponownie wybrać się na górski szlak - tym razem w Beskidy. 

Przed wyjściem w góry 10 listopada byliśmy jeszcze tak pełni po obfitej kolacji zjedzonej w restauracji poprzedniego wieczoru, że po symbolicznym śniadaniu do porannej kawy nie byliśmy wstanie wcisnąć ani kostki czekolady. Dopiero wchodząc na pierwszy szczyt tego dnia naprawdę zachciało się nam kakaowego dopalacza. Zatrzymaliśmy się gdzieś w środku lasu, ledwo co ochronieni przed wiatrem. Na pieńku ściętego drzewa urządziliśmy sobie kawiarniany stolik.

Cóż mogę napisać o tej Karmello? To mleczna czekolada o takiej samej zawartości masy kakaowej, jak niedawno opisywana tabliczka z serii Chococholic. To czuć, bowiem nie zostajemy w żaden sposób przesłodzeni. Smaczna czekolada, gdzie mleko i kakao tworzą spójną, równowartościową fuzję. Odniosłam jednak wrażenie, że tabliczka z żurawiną i pistacjami była odrobinę mniej aksamitna od tej z aromatem karmelowym. Dotyczy to zarówno doznań czysto smakowych, jak i tych dotyczących konsystencji podczas rozpuszczania się w ustach. Dziwi mnie tylko, dlaczego w składzie podano na pierwszym miejscu miazgę kakaową  - cóż, raczej tak nie jest ;).

Jedną z przyczyn, dla której w ogóle zdecydowałam się na zakup tej czekolady były bardzo apetycznie wyglądające duże kawałki suszonej żurawiny. Te bakalie kupowane nawet solo, to częstokroć małe scukrzone pypcie ze sporą domieszką oleju. Tutaj użyto dorodnych, soczystych owoców - wysuszonych bez żadnych kombinacji. Były bardzo smaczne - kwaskowato-cierpkie, dokładnie takie, jaka jest naturalna żurawina. Owoce nie były ani zbyt miękkie, ani zbyt twarde - a wielkość cząstek to doprawdy ideał dla czekolady z bakaliową posypką.

Niestety Karmello poskąpiło nam pistacji. Mogło ich być zdecydowanie więcej. Niestety, ich jakość też nie jest najwyższa. Pistacje znów sprawiają wrażenie rozmiękłych i mało wyrazistych - podobnie jak w przypadku deserowego Karmello z mieszanką orzechów. No, może tutaj pistacje przedstawiały się odrobinkę lepiej. Co nie zmienia faktu, że chciałabym ich WIĘCEJ!


Może nawet dobrze, że Karmello oszczędnie dawkowało nam pistacje, bowiem dwa dni przed degustacją tej czekolady ostro przesadziliśmy z orzechami. Na szczęście nasze żołądki tego nie odczuły, w zasadzie nasze sumienie i tusza również nie :D. W nieco pikantnym konkursie na Blogu CzekoLady wygrałam bowiem zestaw orzechów w surowej czekoladzie od Surovital. Zawartość przesyłki od Aurory Czekoladowej oczywiście postanowiłam zabrać w góry. Mi i mojemu Ukochanemu szczególnie posmakowały orzechy brazylijskie w surowej ciemnej czekoladzie. To było niebo w gębie i turbodoładowanie energetyczne! Tego dnia przedawkowaliśmy selen, NNKT i endorfiny ;). Na zdjęciu powyżej możecie zobaczyć mnie wcinającą właśnie taki boski orzech. To moje kolejne miłe doświadczenie z firmą Surovital (opisy ich czekolad, których dotąd próbowałam znajdziecie tu i tu).

Muszę przyznać, że pomimo chęci do częstszego publikowania postów, jestem zmuszona pozostać przy obecnej częstotliwości. Po ostatnim weekendzie czekolad do recenzji znów przybyło, a ja z pisaniem kolejnych notek jestem daleko do tyłu. Dobrze, że mam fotografie, notatki i nagrania na dyktafon z degustacji - kiedyś były mi niepotrzebne, dziś bez nich nieźle bym się natrudziła.

Skład: czekolada mleczna (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, naturalna wanilia), suszona żurawina, pistacje.
Masa kakaowa min. 33,5%.
Masa netto: 100 g.

niedziela, 23 listopada 2014

Lindt Excellence Stracciatella biała z kawałkami czekolady i chrupkami zbożowymi


Dzień zakupu Lindt Excellence Stracciatella to dożynki po raju czeko-zakupoholizmu w Innsbrucku. Może pamiętacie recenzje Lindtów z końca sierpnia? Tak, już tyle czasu minęło od beztroskich chwil spędzonych na niedużym festiwalu muzycznym w niemieckich fortach... Zawsze zazdrościć będę Niemcom tak łatwego dostępu do różnorakich produktów Lindta - napotkać można je chociażby w pierwszym lepszym markecie Edeka... Właśnie w tym niemieckim sklepie kupiłam swoją tabliczkę, którą dzisiaj Wam przedstawiam.

 Letnia swoboda już za nami, ale Lindt pojechał z nami w Beskidy jesienią - a i tam można pozwolić sobie na ogromną dozę relaksu. Tabliczka nie poszła z nami na szlak, zjedliśmy ją drugiego dnia naszej wyprawy do porannej kawy. Miałam bardzo wiele obaw co do tego, jak zasmakuje mi ten wyrób... Aby nieco załagodzić okoliczności degustacji, postanowiłam zabrać ją w góry - tu niemal wszystko smakuje lepiej. Dlaczego tak się bałam? Wystarczy, że przypomnicie sobie moje niemiłe wrażenia związane z lindtowską kolekcją Black&White (klik i klik). Przed wypróbowaniem tych produktów biała czekolada Lindta zawsze wynosiła mnie na wyżyny... Niestety, w pewnym momencie coś się zepsuło - i nie byłam pewna, jak sprawa będzie się przedstawiać w przypadku innych białych czekolad tej firmy.


Tabliczka, jak też widać na załączonym zdjęciu, ma lekko żółtawy odcień bieli. Upstrzona jest nierówno rozmieszczonymi dodatkami - różnymi na spodzie (chrupki zbożowe), jak i na wierzchu (drobinki ciemnej czekolady). Zapach produktu niestety nie przywodzi na myśl najlepszych słodkości z białej czekolady... Mina mi zrzedła, gdy powąchałam tą tabliczkę... To nie jest boska lekka mleczność, jest zbyt ciężko i duszno - choć na całe szczęście nadal nie mamy tu do czynienia z najpodlejszymi białymi wynalazkami.

Humor odrobinę mi się poprawił, gdy skosztowałam wyrobu - smakuje on lepiej niż pachnie. Ubolewam nad tym, że nie jest to doskonała biała czekolada Lindta, za której aksamitem tak bardzo tęsknię. W Black&White było jednak gorzej, niż tutaj - a to daje cień nadziei. Co więcej mogę powiedzieć o smaku Lindt Excellence Stracciatella?

Sama czekolada jest bardzo, ale to bardzo śmietankowa - to pierwsze, co przyszło mi na myśl i zostało w głowie aż do ostatniego kęsa. Wyobraźcie sobie wyraziste lody śmietankowe - ta czekolada właśnie taka jest i to jest jej zaletą. Nie za tłusta, nie za słodka - ale zabrakło tego efektu wow, jakiego oczekuję po naprawdę dobrej białej czekoladzie. Albo ja dostałam przemieszania kubków smakowych, albo rzeczywiście Lindt coś namieszał w swoich recepturach, na niekorzyść. Nie jest już tak niebiańsko gładziutko, jak kiedyś - choć śmietankowość była całkiem fajna. Nie wiem, naprawdę nie wiem... 

Z dodatków bardziej przypasowały mi chrupki zbożowe. W przeciwieństwie do wielu czekolad z tego typu wkładem, tutaj nie były one twarde i mocno chrupkie. Okazały się być delikatne i raczej neutralne w smaku. Niemal wcale nie trzeba było ich gryźć. Czuć, że w ich składzie nie ma tylko jednego zboża - zarówno pszenica jak i ryż nie rzucają się na pierwszy plan.

Czekoladowe cętki zmieniłabym diametralnie. W strukturze czekolady nie czuć ich niemal wcale - rozpuszczając kęs w ustach zlewają się z taflą bieli. Nie nadają produktowi ani jakiejś specjalnej goryczki, ani kakaowej rześkości - nie wiem, czy gdyby ich zabrakło, to odczułabym to znacznie. Zabrakło mi kakaowego kontrastu na tle mocnej śmietanki - a przecież można by było tego oczekiwać po tego typu wyrobie.

Jeśli szukacie naprawdę dobrych czekolad Lindta, nie radzę Wam zaczynać od tej czekolady. Jest smaczna, ale Lindt nieraz pokazał mi o wiele więcej. Zresztą, raczej ciężko będzie dostać Lindt Excellence Stracciatella na półkach polskich sklepów - ale naprawdę nie macie czego żałować.

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, chrupki zbożowe (ryż, kiełki pszenne, skrobia pszenna, cukier, sól), miazga kakaowa, lecytyna sojowa, aromaty.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 589 kcal.
BTW: 6,1/40/51

czwartek, 20 listopada 2014

Karmello mleczna z aromatem karmelowym


Pełna mleczna czekolada Karmello o 33,5% zawartości kakao wraz ze swoją gorzką koleżanką 70,5% zagościły w Magicznej Szufladzie prędzej, nim uskuteczniłam zakupy w katowickim sklepie powyższej firmy. Dłuższy termin ważności sprawił, że bezpiecznie mogły czekać w niej na swoją kolej (zresztą, gorzka tabliczka jeszcze czeka...). Skoro nie kupiłam ich w Katowicach, a w poznańskim sklepie Karmello nadal nie byłam - to skąd się u mnie wzięły?

Dostałam je w prezencie. Bardzo miły gest od pewnej bardzo miłej osoby. Dopiero ten prezent uświadomił mi, że istnieje taka firma jak Karmello. Zresztą, pisałam już o tym przy okazji recenzji ich deserowej czekolady z malinami i bananami, toteż odeślę Was do tamtej notki.


Dziś opisywana tabliczka należy do serii pełnych czekolad aromatyzowanych Chocoholic Line - tutaj użyto aromatu karmelowego. Nie wiem dlaczego na dość ładnym, przykuwającym wzrok opakowaniu pokuszono się o tak mocne słowa - "Rewolucja w czekoladzie! Takiej czekolady jeszcze nie było". Hmm, no bez przesady. Moim zdaniem to mocne nadużycie, bo wcale nie mamy do czynienia z czymś ekstremalnie wyjątkowym. Muszę za to przyznać, że podoba mi się skala nut smakowych umieszczona na odwrocie opakowania (widoczna na powyższej fotografii). Wyprzedzając opis moich wrażeń z degustacji stwierdzam, że były one mocno zbieżne w tym, co sugeruje producent.


Otworzyliśmy ją pierwszego dnia naszego długiego weekendu listopadowego, spędzonego w Beskidach. Pół nocy podróży samochodem, by wraz ze świtem dotrzeć do Węgierskiej Górki. Kawa, czekolada i już można było ruszyć na wiele godzin na szlak - aż do zmroku (oczywiście z przerwami także na inne posiłki :D). W zasadzie, Karmello bez problemu sprawdziłaby się również na szlaku - na powyższym zdjęciu możecie zobaczyć, w jak fajny sposób tabliczka została zabezpieczona przed urazami mechanicznymi. Nie sposób ją połamać przed wyjęciem z plastikowej foremki. Plus za takie nietypowe rozwiązanie. Kolejną zaletą są duże i dość grube kostki - naprawdę przyjemnie próbuje się takiej czekolady.

Czekolada pachnie bardzo mlecznie, ale jednocześnie mleko nie przesłoniło tu całkowicie kakao. Czujemy słodycz, jednak nie jest ona ordynarna. Wszystko to znajduje swoje odzwierciedlenie w smaku. Cukier nie jest od razu przywoływany na myśl, swoja uwagę zwraca głęboka mleczność - ale bez nadmiernej tłustości. Nic nie jest w niej przesadzone, czekolada jest delikatna i zbalansowana. Nie doszukiwałabym się tu jednak na siłę aromatu karmelowego - na pewno nie jest wyraźnie wyczuwalny. Prawdopodobnie po prostu spójnie zlewa się z mleczną słodyczą. 

Z maksymalnym poziomem wyrazistości zaznaczonym na opakowaniu w zasadzie można się zgodzić - nie dotyczy to jednak karmelu, ale właśnie mleczności. To dobra mleczna czekolada, gdzie nieco podwyższony poziom masy kakaowej naprawdę robi różnice. Jestem zaskoczona, bo w przypadku Karmello bardziej przypasowała mi ich wersja mleczna, niż dotychczas próbowane przez nas tabliczki deserowe (oprócz wyżej wspomnianej malinowo-bananowej, była to jeszcze czekolada z miksem orzechów). Zazwyczaj jest odwrotnie, a tutaj zostałam mile zaskoczona. Przyjemny produkt, który może być dobrą bazą dla wielu połączeń.

PS Zapewne zaskoczyła Was ilość zdjęć w dzisiejszej notce - NIE będzie to regułą ;)

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, aromat.
Masa kakaowa min. 33,5%.
Masa netto 80 g.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Wedel KarmelLove biała karmelowa z wafelkami



Znacie ten ból, kiedy macie gotową niemal całą notkę, a nagle magicznym sposobem wszystko Wam się kasuje i zapisuje? Tak właśnie stało się w przypadku dziś publikowanej recenzji... Trudno, trzeba było przysiąść i próbować odtworzyć to, co już raz zostało napisane.

Pewnie dziwicie się, że karmelowy Wedel ponownie pojawia się na moim blogu. Myślicie, ah, znowu Baśka dostała ataku irracjonalnego czeko-zakupoholizmu. Otóż tym razem nie! W tym przypadku mam dla siebie usprawiedliwienie :). Wszystkiemu winien jest mój Facet! Po niezwykle udanej degustacji karmelowego Wedla z solonymi orzechami ziemnymi, mój Mężczyzna nie szczędził sobie KarmelLove. Wszystkie trzy dostępne w sklepach warianty często gęsto gościły jako towarzysz do jego porannych kaw w pracy. No halo! Nie mogłam tak tego zostawić. Musiałam spróbować chociaż jeszcze jednej karmelowej propozycji Wedla, weryfikując opinię Ukochanego :). I co, dobre mam wytłumaczenie? ;)

Miałam obawy, czy karmelowa biała czekolada, pozbawiona przełamania smaku solą i orzechami – nie okaże się za nadto mdła. Czy dam radę przebrnąć przez taką dawkę słodyczy? Całe szczęście, już po pierwszej kostce moje obawy zostały w dużej mierze rozwiane. Zapach tabliczki jest tak jak w przypadku wersji z orzechami obezwładniająco karmelowy. Mleczna krówka, ulubiona. Zapowiadająca dużą dawkę słodyczy, ale podaną w sposób inny niż zazwyczaj. To nie cukierniczka, margaryna i stare mleko w proszku – o nie. Ta biała czekolada do takich nie należy. To cukierek-krówka w formie czekolady i za ten produkt naprawdę Wedlowi należą się brawa.

Smak samej czekolady nie różni się niczym od wersji z orzechami, toteż odsyłam Was do jej recenzji. Dodatek wafelków nie wnosi praktycznie żadnych szczególnych wrażeń smakowych. Nie dość, że są one bardzo cienkie, to na dodatek drobno pokruszone. Pomimo braku smakowych efektów specjalnych, jakie mogłyby fundować dodatki w czekoladzie – dostrzegłam zalety wafelków zatopionych w KarmelLove. Tylko i wyłącznie przez to, że otwierając w biegu tą czekoladę, pozwoliłam sobie na moment zwolnić…

Najlepiej ugryźć pół kostki. Zostawić ten kawałeczek na języku i delikatnie ssać. Karmelowa słodycz powoli zacznie rozpościerać swoją kołderkę na całym podniebieniu, aby koniec końców dojść do tych wafelkowych drobinek. Lekko chrupiących, lecz delikatnych – nie są kłujące, nie przeszkadzają, pasują.  To naprawdę fajne uczucie, że tak tania i łatwo dostępna czekolada może podczas wieczornej bieganiny po chłodnym jesiennym mieście przenieść nas w ustronne miejsce, w tak samo rozbieganym jak ja tłumie. Dodajmy do tego cynamonowe cappuccino kupione na wynos i mamy szansę na relaks pomimo tego, że nadal pędzimy.

Z KarmelLove zdecydowanie bardziej smakowała mi wersja z solonymi orzeszkami, ale ta z wafelkami również jest niczego sobie. Wciąż ciężko mi uwierzyć, że to jest ten sam Wedel, który zrobił paskudną w mojej opinii Creme Brulee. KarmelLove jest w porządku i tylko szkoda, że do stałej oferty ma wejść jedynie wersja bez dodatków…

PS Co do mojego zapytania o częstsze dodawanie notek... Z chęcią bym tak robiła, zwłaszcza, że po naszym wyjeździe w góry na długi weekend nazbierało się sporo zjedzonych czekolad - ale sęk w tym, że nawet nie miałam czasu ich opisać :P. Muszę przysiąść przez kilka długich wieczorów i zabrać się za pisanie, obudzić czekoladowe wspomnienia :).

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, proszek karmelowy 9,6% (mleko odtłuszczone, serwatka, cukier, masło, aromat), serwatka w proszku, wafelki 3% (mąka pszenna, cukier, tłuszcz mleczny, tłuszcze roślinne: sojowy, palmowy i rzepakowy; laktoza, białka mleka, sól, mąka ze słodu jęczmiennego, wodorowęglan sodu), lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu, aromat, sól.
Masa netto: 90 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 546 kcal.

piątek, 14 listopada 2014

Fin Carre mleczna z mielonymi orzechami laskowymi



Cofnijmy się do czasów, kiedy byłam na pierwszym roku studiów. Wtedy jeszcze nie parałam się z moim Ukochanym maniakalnym degustowaniem czekolady. Pamiętam dobrze ponury dzień, gdzie podczas ćwiczeń z biochemii czułam się jak przejechana walcem. Zaraz po ich zakończeniu pobiegłam do Lidla po jedyny ratunek – mleczną czekoladę z kruszonymi orzechami laskowymi. Mocna kawa i do tego kostka do kostce pochłonięta calutka tabliczka. Od razu poczułam się jak nowonarodzona. Do dziś pamiętam ten zwyczajny, lecz całkiem przyzwoity smak.

Takie proste wspomnienie tamtego dnia rozbudziło mój czeko-zakupoholizm podczas promocji w Lidlu na czekolady Fin Carre. Już bardzo dawno ich nie próbowałam i chciałam skonfrontować dawne wspomnienia z obecnym doświadczeniem. Kilka tabliczek trafiło do Magicznej Szuflady. Połówka pierwszej z nich, dzisiaj opisywanej, została przeze mnie zabrana jako dopalacz do pracy.

Niemiecka firma Solent jest twórcą zarówno lidlowskich czekolad Fin Carre, jak i Bellarom. Bellarom już dawno w promocji nie były (w ogóle kiedyś były?), a muszę przyznać, że tych tabliczek nigdy nie próbowałam. No trudno, tym razem skupmy się na Fin Carre. Te mniejsze od Bellarom tabliczki może nie tak mocno wpadają w oko, ale... jest w czym wybierać :).

Dlaczego w Lidlu sięgnęłam akurat po mleczną czekoladę z mielonymi orzechami laskowymi? Raz, że mam słabość do takich tabliczek. Chorwacka Bajadera, włoskie Pernigotti, nugatowa seria Lindta... Uwielbiam mieszankę smaku kakao i orzechów laskowych... Tak jak generalnie kocham orzechy solo, tak orzechy laskowe wolę w połączeniu z czekoladą. Zarówno całe, jak i zmielone.

Kolejnym czynnikiem, który skłonił mnie do zakupu dziś opisywanej tabliczki jest zerknięcie na skład. Zainteresowała mnie w nim stosunkowo niska zawartość węglowodanów oraz wyższa od standardowej dla mlecznych czekolad zawartość masy kakaowej. To dobrze wróżyło.

Mimo licznych argumentów za - nie oczekiwałam wiele od tej czekolady. W końcu kosztowała ledwo ponad 2 złote. Kto by przypuszczał, że za taką cenę można dostać coś naprawdę dobrego? Jednakże już po otwarciu plastikowego opakowania wiedziałam, że będzie fajnie. Zachęcający, naturalnie delikatny zapach mleka, kakao i orzechów. Czekolada nieco się roztopiła (w chłodne poranki grzeję sobie tyłek w służbowym autku), ale pomimo to nie straciła swoich walorów. Była po prostu bardziej miękka, a przez to... jeszcze bardziej delikatna ;).

Każda mała kostka tej czekolady powoooooli i rozkosznie rozpływa się w ustach, rozpościerając maślaną miękką powłoczkę na podniebieniu. Jest słodko, ale słodycz nie przyćmiewa nam pozostałych składników czekolady. Masło i mleko idealnie połączyły się z mielonymi orzechami laskowymi oraz podwyższoną zawartością kakao - tworząc kompozycję niezwykle subtelną, ale przy tym wyrazistą. Z chęcią powróciłabym do tego produktu i cieszy mnie fakt, że jest praktycznie na wyciągnięcie ręki - w każdym Lidlu. Wyważona, spokojna, prosta, smaczna czekolada.

Ciekawa jestem, jak spiszą się pozostałe tabliczki Fin Carre zakupione przez mnie podczas promocji... Póki co, zaryzykuję i pokuszę się o stwierdzenie, że czekolady Fin Carre to w tej puli cenowej prawdziwy rarytas! Bardzo prosty skład, a smak zdecydowanie przekonuje nas do faktu, że zastosowano dobre jakościowo surowce. Solidna niemiecka robota. Chcecie dobrej taniej czekolady? Marsz do Lidla! :)

Apropos maszerowania do Lidla... W tym tygodniu zauważyłam tam parę nowych tabliczek czekolad z Tygodnia Deluxe. 75-gramowe, pakowane w przezroczystą folię, za około 5 zł. Po dwa rodzaje z mlecznej, deserowej i białej, z różnymi dodatkami. Zraziło mnie, że nawet nie podano na opakowaniu kraju produkcji. Nie wzięłam ani jednej - wystarczy, że dopiero co złożyłam zamówienie na galeriaslodyczy.pl ;)

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, zmielone orzechy laskowe 15%, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 36%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 599 kcal.
BTW: 7,8/21,7/43,6


wtorek, 11 listopada 2014

Zotter Ayurveda Genusskur sojowa nadziewana nugatem sezamowym, imbirem i daktylami



Po mękach zaserwowanych przez Wawel czas na prawdziwą ucztę dla zmysłów! Zotter Ayurveda Genusskur to jedna z tych tabliczek, której zakup po ujrzeniu jej w sklepie R.Rajsigl w Innsbrucku był dla mnie absolutnie oczywisty. To była niezwykła rzecz. Po pierwsze, nadzienie to prawdziwa gratka dla fanów przypraw korzennych – a ja jestem ich zagorzałą miłośniczką. Jeśli do tego lubicie daktyle i sezam – proszę bardzo! Mnie te składniki od razu urzekły – nie dość, że tak oryginalne jeśli chodzi o dodatki w czekoladzie, to do tego z zasady smakowite! Po drugie – warstwa czekolady otulająca to niesamowite nadzienie jest również nietypowa. Ma ona 40% masy kakaowej, lecz nie jest czekoladą mleczną. Zamiast mleka w proszku użyto tutaj… proszku sojowego. Mamy więc do czynienia z czekoladą sojową. Wielkie dzięki dla Zottera, że umożliwia nam eksplorowanie tak różnorodnych smaków! Przy okazji, jest to atrakcja dla wegan – choć mnie to akurat zupełnie nie obchodzi ;).

Zapach tego smakołyku obezwładnił mnie. Cała feeria korzennych aromatów, a do tego mocne kakao i orzechowe nuty. Bajka. Zakochałam się od pierwszego niuchnięcia ;). Czym prędzej sięgnęłam po pierwszy kęs, a potem… pragnęłam, aby trwał jak najdłużej w moich ustach. Wszystkie składniki razem stanowiły potwornie rozgrzewającą, rozkosznie słodką orientalną kompozycję – pozwólcie jednak, że skupię się na opisie każdego składnika z osobna.

Sojowa czekolada. Wydawało mi się, że tutaj warstwa kakaowego nieba była grubsza, niż w przypadku wcześniej degustowanych nadziewanych tabliczek Zottera. Tym bardziej super! Kakao głębokie i bogate w smaku, mocno wyczuwalne – podkreślone i uszlachetnione orzechową nutą. A ten orzechowy przyjemny posmak płynie wprost z soi. Coś naprawdę pysznego, wyjątkowego. Zotter ma w swej ofercie pełną czekoladę sojową i z wielką chęcią bym jej skosztowała.

Warstwa czekolady jest hipersmaczna, a nadzienie to już w ogóle totalny czad! Wyobraźcie sobie sezam, drobniutko zmielony i uformowany w grubaśną taflę. Nieprzesuszony, lecz jędrny i aromatyczny.  Po prostu genialny sezamowy nugat z delikatnym akcentem wanilii. W nim zatopione są całkiem spore kawałki suszonych daktyli i kandyzowanego imbiru – z przewagą tych pierwszych. Te bakalie są naprawdę wysokiej jakości – soczyste, smakowite. A do tego – prawdziwy gwóźdź programu – cała masa przypraw korzennych, idealnie podkreślających wszystkie pozostałe składniki. Najmocniej wyczuwalny jest imbir, ze swoją lekko cytrusową nutą. Dalej cynamon, kardamon, kolendra i odrobinka anyżu. Najwspanialsze bogactwo korzeni.

Szczypta anyżu, mimo wszystko wyczuwalna – nieco odstręczała mojego Ukochanego. Dlatego też nie podszedł do tej czekolady tak entuzjastycznie jak ja. Wcale na to nie narzekam, bowiem odstąpił mi część swojej połówki :D. Mmm… Muszę przyznać, że dla mnie to była jedna z najlepszych nadziewanych tabliczek Zottera jaką dotąd jadłam. Idealnie wpasowała się w moje gusta. I już za nią tęsknię…

 Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, proszek sojowy, miazga kakaowa, sezam 9%, imbir 6%, daktyle 6%, syrop glukozowo-fruktozowy, olej sezamowy, cynamon, sól, lecytyna sojowa, kardamon, kolendra, wanilia, anyż.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g:  457 kcal.
BTW: 3,6/32/37

sobota, 8 listopada 2014

Wawel ciemna z nadzieniem jagodowym i jogurtowym


Dzisiaj opisywaną czekoladę zakupiłam podczas durnowatego napadu czeko-zakupoholizmu, o którym napomknęłam w notce na temat Wawel Petit Beurre. Trochę poleciałam na nazwę produktu - "Jagodowa" - bo to przecież brzmi dobrze. Jaka ja głupia... Głupia, oj głupia! Przecież wszystko, dosłownie wszystko poza nazwą było w tym wyrobie kiepskie. Dokładnie, jak przy wyżej wspomnianej tabliczce z herbatnikami. Kurczę, Wawel powinien pozostać przy produkcji Michałków.

Jesienny zimny dzień, dziwnym trafem bez deszczu. Znów długi dzień w pracy, znowu chcę poćwiczyć zaraz po powrocie - ale paliwa na podskoki brak. Wyciągam zachomikowaną w aucie Jagodową. Aż cud, że nie rozpuściła się na wskutek ogrzewania, którego ostatnio intensywnie używam w samochodzie.

Śmieszne, ale po samym zapachu można rozpoznać, że to Wawel. No dobra, może mogłabym się pomylić z Wedlem z nadzieniem owocowym, ale tutaj mamy do czynienia z tą specyficzną deserową czekoladą od Wawela. Dobra, czyli co właściwie mamy w tym aromacie? Uderzającą słodycz taniego dżemu z owoców leśnych podkreśloną dodatkowo nieco sztuczną wonią słabej jakościowo czekolady. Dosłownie - taka tępa, ostra słodycz.

Deserowa czekolada Wedla to dobrze znany smak. Troszkę kakao jest, ale jakieś takie plastikowe. Po rozgryzieniu kostki dzieje się coś, czego bardzo nie lubię - usta oblepia lejące się nadzienie. Wnętrze kostki nie wygląda tak ładnie, jak na obrazku. Jest bardziej płaskie i rozpływające się. Ciemnofioletowa, rzadka masa ma smak wysokosłodzonego dżemu z owoców leśnych. Absolutnie nie jest to smak samych jagód - co zresztą znajduje odzwierciedlenie w składzie. Moi drodzy, w tak zwanym "nadzieniu jagodowym" znajduje się (zaraz po syropie glukozowo-fruktozowych) 20% przecierów owocowych. I są to przeciery najróżniejsze - mamy nie tylko jagodę, ale i malinę, truskawkę oraz aronię. Tja, wszystko mi jedno. Słodka breja i tyle.

Nadzienie jogurtowe - albo ginie pod nawałem tego wszystkiego, co zostało opisane wyżej. Albo samo w sobie jest tak scukrzone, że zawartość proszku jogurtowego objawia się jedynie nikłą kwaskowatością - która równie dobrze może pochodzić z przecierów owocowych. Na całe szczęście, dodatek częściowo utwardzonych tłuszczy roślinnych nie odznaczał się tu swoją ordynarnością. Ufff, tego by jeszcze brakowało.

Mój Mężczyzna podzielił moją opinię na temat tej czekolady. Absolutnie niczym nie wyróżnia się na tle innych, tanich nadziewanych czekolad. Trudno byłoby jednoznacznie stwierdzić, że to ma być akurat jagodowo-jogurtowa tabliczka. Słodki misz-masz, bez celu i sensu. Nie jest to nawet czekolada z gatunku "zjedz i zapomnij", ale raczej "nie jedz wcale, bo nie warto pakować w siebie zbędnych kalorii" ;). Podsumowując, Wawel swoimi ostatnimi czekoladowymi nowościami szału nie zrobił, a wręcz wypada beznadziejnie. Jestem tylko odrobinę ciekawa pełnej deserowej czekolady od Wawela z wiśnią i chili. Być może za jakiś czas się zadecyduję na taką próbę. Kolejna mała szansa Wawela na ewentualne wykazanie się ;).

Skład: czekolada 60% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcze roślinne: palmowy i shea, lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu, aromat), nadzienie jagodowe 20% (syrop glukozowo-fruktozowy, przeciery owocowe 20%: czarna jagoda, malina, truskawka i aronia; cukier, kwas cytrynowy, pektyna, agar), tłuszcze palmowy i rzepakowy częściowo utwardzone, cukier, mleko w proszku odtłuszczone, proszek jogurtowy 2,4%, lecytyna sojowa, aromat, kwas cytrynowy.
Masa kakaowa min. 43%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 503 kcal.
BTW: 4,4/27/58