środa, 24 lipca 2019

Blanxart Filipinas San Isidro Davao mleczna 44%


Po powrocie z sobotniej wędrówki po wschodnich Karkonoszach do naszego schroniska Srebrny Potok w Jarkowicach rozsiedliśmy się wygodnie na świeżym powietrzu, rozkoszując ciszą, spokojem i piękną pogodą. Sięgnęłam po czekoladę, której nie zdążyliśmy skonsumować w drodze - teraz oddając się należytemu odpoczynkowi mogłam spokojnie rozkoszować się każdą kosteczką. A w zasadzie każdą dużą kostką. Rozpakowałam bowiem pierwszą z posiadanych przeze mnie wielkoformatowych czekolad barcelońskiej marki Blanxart. Wcześniej na blogu pojawiła się 80-gramowa Blanxart Classic Origins Republica Dominicana 82%, jednak generalnie marka oferuje sporo tabliczek w słusznym formacie 125 g. Single origin, spora tabliczka i przystępna cena? Przekonałam już się, że w przypadku Blanxart nie jest to wyjątkowo rewelacyjna propozycja - mimo wszystko zderzenie tych cech przekłada się na gorszą jakość. Teraz jednak miałam się przekonać, jak firma radzi sobie z mleczną czekoladą single origin. Na dodatek mleczna Blanxart Filipinas San Isidro Davao 44% miała być  moim pierwszym doświadczeniem z filipińskim kakao.

Tą, jak i inne czekolady Blanxart zakupiłam w sklepie Sekretów Czekolady.

 
Na opakowaniu ujęta została krótka historia tego, w jaki sposób kakao w ogóle znalazło się na Filipinach. Otóż w XVII wieku hiszpański marynarz Pedro Bravo de Lagunas sprowadził kakao w okolice filipińskiego miasta San Jose w prowincji Batangas, gdzie założył pierwszą plantację. Następnie zakładane one były również w innych częściach kraju. Dziś prezentowana tabliczka pochodzi z kooperatywy San Isidro Davao.


Czekolada podzielona na charakterystyczne kostki cechowała się masywnością, jasnym i specyficznie przełamanym odcieniem brązu oraz zapachem sugerującym coś znacznie słodkiego, a przy tym wyważonego pod względem tłustości. Miałam przed sobą solidny kawał mlecznej czekolady, która zdawała się być idealnym paliwem energetycznym i... w istocie nie zaprezentowała nic więcej, poza typowo mlecznoczekoladową przyjemnością.

Blanxart Filipinas San Isidro Davao to słodka prostota. Na szczęście, rzeczywiście jej tłustość nie osiągnęła tak nieznośnego pułapu jak bywa to choćby w czekoladach Bonnat. Ta tabliczka rozpuszczała się w ustach dobrze, lecz bez inwazyjnej maślaności. To raczej delikatne tchnienie śmietanki podane w duecie z karmelizowanym cukrem i wonią letniej łąki. Gdzieś tam zidentyfikowałam nieco nut ziemistych oraz tropikalnych owoców, które jednak nie uderzały wyrazistymi akcentami, lecz płynęły spójnie złączone z prostą mlecznoczekoladową rzeką.

W zasadzie nic więcej nie jestem w stanie o tej czekoladzie napisać. Dobra mleczne tabliczka, bez żadnego szaleństwa - ot, przeciętniak wśród mlecznych single-origin. Mając do dyspozycji połowę 125-gramowej tabliczki pod koniec degustacji czułam się zasłodzona. Prawdopodobnie muszę przyjąć sugestię, iż produkty Blanxart najlepiej będą nadawać się jako energetyczny dopalacz, a nie czekolady na degustacyjne posiedzenia.

Skład: cukier, ziarna kakao, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, wanilia.
Masa kakaowa min. 44%.
Masa netto: 125 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 549 kcal.
BTW: 10,4/38,2/41,1

niedziela, 21 lipca 2019

Georgia Ramon Limette & Thymian biała 37% Dominikana z limonką i olejkiem tymiankowym


Jedna z nowszych propozycji od niemieckiej Georgia Ramon - Limette & Thymian - była dla mnie szczególnie intrygującą zagadką. Zioła w czekoladach potrafią wypaść różnie (a szczególnie w białych!) i zawsze przy okazji takowych połączeń mam w sobie odrobinę obawy. Jako, że zamówiłam w sklepie Sekretów Czekolady sporo tabliczek Georgia Ramon, również ta musiała znaleźć się w mojej kolekcji. Przypomniała mi całkiem udaną Maracuja & Basilikum i tym wzbudzała nadzieję na coś smacznego. Wprawdzie w przytoczonej czekoladzie marakujowo-bazyliowej, bazylię oceniłam ostatecznie jako przeszkadzajkę dla soczystego popisu marakui - jednak teraz limonka wydawała mi się bardziej plastycznym owocem pod połączenia z ziołami (wystarczyło mi przypomnieć sobie, jak stołowałam się w Meksyku - niemal wszystko co się dało skrapiałam sokiem z limonki).

Georgia Ramon Limette & Thymian to biała czekolada zawierająca 37% masła kakaowego z Republiki Dominikany, stworzona z dodatkiem soku limonkowego oraz olejku tymiankowego. Do degustacji przystąpiliśmy na łonie natury, w karkonoskich Budnikach.

Już dawno nie miałam w swych dłoniach tabliczki Georgia Ramon, która nie byłaby doszczętnie połamana! Limette & Thymian się udało. Jej tafla była lekko żółtawa. Ów odcień był na tyle subtelny, że bez wiedzy o udziale limonki mogłabym ją zrzucić na karb naturalnej barwy białej czekolady. W zapachu uwodziła rześkością limonki, delikatnością mleka oraz subtelnym tchnieniem tymianku (który w sferze aromatu nie wydawał się ani trochę groźny, jedynie odrobinkę sugerując zielarnię tudzież aptekę).


Limette & Thymian okazała się w smaku czystą rozkoszą. Pierwszy kęs rozwiał wszystkie moje obawy. Czekolada była idealnie gładziutka, rozpuszczała się w ustach bez nadmiernej tłustości. Niosła ze sobą słodycz i mleczność, nie była sucha - można by ją określić jako nieco śmietankową. Limonka grała tu ogromnie ważną rolę. Świeża, kwaskowata, aromatyczna, z odrobiną specyficznej goryczki - wspaniale przełamywała słodycz białej czekolady, nie niosąc przy tym żadnych przykrych nut. Była spójna. Przy tak zgranym duecie wydawałoby się, iż olejek tymiankowy tylko niepotrzebnie namiesza. Stało się wręcz przeciwnie.

Tymianek pojawił się jako kropka nad i, jako wisienka na torcie. Istotny element, zwieńczenie świetnej kompozycji. Bezsprzecznie wyczuwalny, ale jednak pozostający na drugim planie, pozwalający białej czekoladzie z limonką zagrać pierwsze skrzypce. Okazał się tu idealnie dobraną przyprawą. Dodał całości jeszcze większej rześkości i lekkości. Sprawił, iż czekoladę jadło się jeszcze lepiej.

Warto nadmienić, iż dotychczas z tymiankiem spotkałam się jedynie w dwóch nadziewańcach Zottera: Passion Fruit and Caramel with Thyme oraz HimbeerBlut. W tej pierwszej tymianek był aż przesadnie intensywny, w drugiej zaś stanowił tylko część złożonej kompozycji ziół. Limette & Thymian jest więc pierwszą moją czekoladą, w której tymianek pokazał się od wyrazistej, lecz tym samym wyważonej strony. Georgia Ramon zrobiła to świetnie.


Skład: tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, suszone limonki w proszku 8% (koncentrat soku limonkowego, skrobia kukurydziana), olejek tymiankowy.
Masa kakaowa min. 37%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 594 kcal.
BTW: 5/42/50.

czwartek, 18 lipca 2019

Willie's Cacao Surabaya Gold ciemna 69% Indonezja


Indonezyjskie kakao z Jawy Wschodniej (a dokładniej okolic miasta Surabaja) w interpretacji Willie's Cacao poznałam już w mlecznej czekoladzie Milk of the Stars. Tym razem, również dzięki sklepowi Sekretów Czekolady, miałam okazję wypróbować owe ziarna w tabliczce ciemnej (69% zawartości masy kakaowej). Surabaya Gold według producenta ma charakteryzować się delikatnymi nutami karmelu oraz toffi. W Milk of the Stars karmel zaprezentował się nam w wyjątkowo apetycznej odsłonie, toteż jego udział w ciemnej czekoladzie wydawał się naturalną koleją rzeczy - choć ciekawiło mnie, w jak odmienny sposób go odczujemy bez udziału mleka.

 Czekolada okazała się znacznie ciemna w swej barwie pomimo jedynie 69% zawartości kakao. Pachniała rześko i bogato, przede wszystkim niosąc ze sobą akcenty kwiatów, łąki, rozlicznych roślin rozgrzanych letnim słońcem. Najbardziej intensywnym skojarzeniem w sferze zapachu były główki kwiatów rzucone na patelnię i podgrzewane wraz z cukrem aż do uzyskania bardzo osobliwego karmelu.


Surabaya Gold to czekolada dzika. Zaskoczyła mnie, bo choć po Indonezji spodziewałam się solidnej dawki wulkanicznych wyziewów, otrzymałam zgoła coś innego. Przede wszystkim było kwaskowato w bardzo roślinny sposób - szczaw i rabarbar otoczone bujnym i aromatycznym kwieciem czerwcowej łąki.

Choć generalnie rozpuszczała się w ustach dobrze, podążał za tym ślad plażowego piasku. W smaku na karmelowym tle położona została roślinna feeria. Raptem przeniosłam się ponownie na francuską wyspę Reunion na Oceanie Indyjskim, gdzie długo i mozolnie schodziliśmy z wulkanu Piton de la Fournaise w stronę Basse Valle. Wulkaniczne pyły, woń ognia i siarki oraz zupełny brak roślinności stopniowo oddawały miejsce coraz to bujniejszej zieleni i tchnieniu znad oceanu. Taka właśnie była Surabaya Gold - mająca za sobą wulkan, skierowana w stronę bujnej zieleni i oceanicznej przestrzeni.


W swej roślinności była bogata i powściągliwa zarazem. Jedząc ją nie myślałam zupełnie o soczystych owocach, lecz o przepastnej gęstwinie, drapiącej i kłującej - a jednak tak uparcie zielonej. Kwasek, goryczki, niebanalne aromaty - żałowałam, że tabliczki od Willie's Cacao nie są większe, bym mogła rozebrać to wszystko na części pierwsze, miast po prostu zagłębiać się w zieleni.

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 69%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 559 kcal.
BTW: 8,8/38,4/39,9

poniedziałek, 15 lipca 2019

Beskid Venezuela 50% mleczna Hacienda Valdiviezo


 Beskid to jedna z najnowszych polskich manufaktur zajmujących się produkcją prawdziwych czekolad bean to bar oraz single-origin. Siedziba Beskidu mieści się w Węgierskiej Górce leżącej między Beskidem Śląskim a Żywieckim. W cały aktualny asortyment zaopatrzyłam się w sklepie Sekretów Czekolady, pełna ciekawości, jak spisze się zupełnie nowa na rynku marka. W pierwszej kolejności sięgnęłam po mleczną 50% czekoladę w ich wykonaniu, bazującą na wenezuelskim kakao z plantacji Hacienda Valdiviezo na półwyspie Paria. Prócz ziaren kakao i kakaowego masła, tabliczka złożona jest jedynie z nierafinowanego cukru trzcinowego oraz pełnego mleka w proszku. Konszowana była przez min. 48 godzin.


 Ciekawy kwiatowy wzór zdobi taflę niepodzieloną na kostki. Brąz czekolady jest ciepły i soczysty zarazem, zaś przełamana na pół tabliczka ukazuje wnętrze wyglądające dość przewrotnie - szorstko i piankowo zarazem. Otworzyłam ją w przeupalny dzień, więc w dłoniach topiła się prędko, zdając się wyjątkowo miękką. Pachniała zapowiedzią czegoś wykwintnego - woń kojarząca się z kozim mlekiem i kwiecistą łąką zawsze zwiastowały przepyszne mleczne czekolady.

Mleczny wenezuelski Beskid okazał się błogim i wykwintnym smakołykiem, który skojarzył mi się z miksem: Bonnat Java oraz mlecznych Michel Cluizel Mangaro i Maralumi. Czekolada rozpuszczała się w ustach miękko, gęsto, lepko, intensywnie. Była znacznie słodka, ale w sposób wybitnie karmelowy, ze słoną nutą. Gdyby tylko ją schłodzić, byłaby najlepszymi w świecie lodami o smaku solonego karmelu.


Nie jest jednak aż tak prosto. Nie możemy w pełni zanurzyć się w karmelowej beztrosce, bowiem czekolada oferuje nam o wiele więcej i nie pozwala przestać myśleć, analizować. Mignął gdzieś grejpfrut, by za chwilę przerodzić się w pachnącą ukropem kwiecistą łąkę. Rozgrzana ziemia, soczyste trawy, słodki nektar, wonny pyłek. Tłuste kozie mleko nalane wprost do drewnianej kanki. Zapach ciepłej koziej sierści. Zapach świeżego siana, w którym układając się można zasnąć już na zawsze. 

Ta mleczna czekolada stanowiła jak najlepsze preludium do dalszego eksplorowania tabliczek marki Beskid. Czeka mnie wspaniała przygoda, tym lepiej, że stworzona przez rodzimych czekoladników - na dodatek w rejonach przeze mnie znanych i kochanych.
 
Skład: ziarna kakao 25%, tłuszcz kakaowy 25%, cukier trzcinowy nierafinowany 25%, pełne mleko w proszku 25%.
Masa kakaowa min. 50%.
Masa netto: 60 g.