czwartek, 13 października 2016

Michel Cluizel Maralumi mleczna 47%


W końcu dotarliśmy do schronu El Molinillo położonego na wysokości 2420 m n.p.m. Rozejrzeliśmy się, jaką drogę powinniśmy dalej obrać, bowiem nie było to wcale oczywiste. Szlak, którym mieliśmy przetrawersować główny masyw Sierra Nevada nie był oznakowany - bez mapy, kompasu i oczu dookoła głowy nie da się iść. Na tym etapie wiedzieliśmy, że po prostu nadal trzeba piąć się... pod górę. Najpierw jednak przysiedliśmy na głazach przy schronie i posililiśmy się czekoladą.

Wybrałam kolejną mleczną propozycję Michel Cluizel, po niedawno próbowanej madagaskarskiej Mangaro 50% (wszystkie czekolady Michel Cluizel zakupiłam poprzez Sekrety Czekolady). Dziś opisywana Maralumi różni się od niej o 3% mniejszą zawartością kakao oraz przede wszystkim odmiennym pochodzeniem ziaren. O ile z madagaskarskim ziarnem miałam już sporo do czynienia, tak z tym pochodzącym z Papui Nowej Gwinei ledwo co się zapoznałam. Dwie czekolady z tamtego regionu, których miałam okazję próbować, bardzo różniły się od siebie (Zotter i Bahen & Co.). Co takiego zaserwuje nam Michel Cluizel zarówno w mlecznej, jak i w ciemnej Maralumi? Cóż, zacznijmy od mlecznej, porównując ją z Mangaro, którą jadłam również w górach, ale w jakże odmiennych warunkach!


Wydaje mi się, że pomimo nieco mniejszej zawartości kakao, mleczna Maralumi jest nieco ciemniejsza od Mangaro. W zasadzie, to także w zapachu zdała się ciemniejsza... Mniej tu było lekkości, a więcej przysadzistych perfum. Maralumi również miała w sobie wiele palonych nut, ale wydawały się one bardziej goryczkowe, kawowe i roślinne. Naturalnie wszystko to przykryte było mlekiem, co sprytnie modyfikowało i zapewne łagodziło niesione przez kakao nuty.

Pierwszy kęs swą strukturą przypomniał mi o boskiej mlecznej Mangaro. Ta czekolada również bardzo dobrze rozpuszczała się w ustach, śmietankowo i aksamitnie. Czerpałam przyjemność z samej błogiej konsystencji, lecz już po chwili wiedziałam, że pozostałe doznania będą odmienne od tych serwowanych przez madagaskarskie cudo. Maralumi wydała mi się mnie słodka i mimo wszystko mniej błoga niż Mangaro, miała w sobie więcej niepokojących oraz poważnych nut. 

Przyznam rację Kimiko, która już wcześniej recenzowała mleczną Maralumi - jest tu intrygujący akcent lekko przegniłych leśnych owoców, który mi skojarzył się także w przesadzonym aromatem polnych kwiatów, duszną łąką położoną przy zabagnionych, leniwie płynących strumykach. Przede wszystkim, najbardziej w tej czekoladzie zdetronizowała mnie KAWA.


Choć nam kawa w termosie już się skończyła, to czułam się tak, jakbym rzeczywiście kosztowała kawę, i to taką świeżo zmieloną. Kawa, tak jak kozie mleko w Mangaro, była tu dla mnie motywem przewodnim, absolutnie dominującym. Mleczność tylko podkreślała jej palono-ziemiste nuty. Właśnie, mleczna Maralumi także mocno kojarzyła mi się z wilgotną ziemią. Generalnie była bardzo wilgotna w sposób zarówno łąkowy (bagno, polne kwiaty), jak i leśny (owoce leśne, zmurszała ściółka). Zaintrygowała mnie na tyle mocno, że na kolejną degustację zaplanowałam wersję ciemną, by jak najprędzej zestawić ze sobą nuty występujące w tych dwóch tabliczkach z Papui Nowej Gwinei.

Swą powagą, swego rodzaju majestatem i tajemniczością mleczna Maralumi doskonale zgrała się z otaczającym nas krajobrazem. Na pewno magicznie nocowałoby się w El Molinillo, ale my mieliśmy jeszcze trochę drogi przed sobą tego dnia...




 

My zaplanowaliśmy swój nocleg przy Lavaderos De La Reina (Łaźnie Królowej) na 2683 m n.p.m. Oglądając w sieci zdjęcia i filmiki z tego miejsca byliśmy urzeczeni wodnymi kaskadami spływającymi z gór i malowniczym jeziorem w pobliżu którego pragnęliśmy rozbić namiot. Zbliżając się coraz bliżej głównej grani Sierra Nevada, u której stóp mieliśmy odnaleźć Lavaderos De La Reina byliśmy nieco zakłopotani. Szumu wody nie słyszeliśmy praktycznie wcale.



Gdy w końcu dostrzegliśmy miejsca kojarzone z fotografii wszystko stało się jasne. Śnieg w górnych partiach gór już dawno stopniał. Wzburzone potoki i energiczne wodospady były teraz jedynie wodą płynącą ciurkiem, zaś jezioro zamieniło się w oczka wodne. Nic nie szkodzi. I tak było cudownie w tym zacisznym, samotnym miejscu. Jak przystało na królową i tak wykąpałam się zupełnie nago pod wodospadem górskich łaźni.



To gdzie rozbijamy namiot? :)

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, wanilia burbońska.
Masa kakaowa min. 47%.
Masa netto: 70 g.

8 komentarzy:

  1. Jak przeczytałam ,,kawa" i to jeszcze wielkimi literami... to ja już wiem i Ty już wiesz, że to czekolada idealna dla mnie. :D Jeszcze na dodatek mleczna? Żyć nie umierać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cluizel jest bardzo ciekawy, choć z tych dwóch wybrałbym Mangaro, ze względu na ten koziomleczny smak. NA pewno warto spróbować obu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kawowe nuty w czekoladzie,to zdecydowanie coś co uwielbiam.Przynajmniej w chociaż minimalnym stopniu zatrzymują chęć na kolejną "kawkę" :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kawy zabrakło, ale czekolada nas poratowała :)

      Usuń
  4. Mleczną kawkę i ja czułam, ale nie aż tak. Coś śmiem twierdzić, że w Twoim przypadku podziałała też ta z termosu, która się skończyła. :>
    No, to jest czekolada, którą w sumie i ja wzięłabym na szlak, ale już wiedząc, że gigantycznego wrażenia na mnie nie wywrze. Dalej nie decyduję się na ambitniejsze czekolady w góry. :P

    Brak szumu wody w takich warunkach w sumie rzeczywiście nie wydaje się dziwny.
    Ostatni akapit... A gdzie zdjęcia do niego, hihi? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i tak - odnaleźliśmy nasz substytut kawy ;)

      Ja nie mam wyjścia. Nie wiem, co miałabym kupować na wyjazdy w góry, których jest sporo. Za rzadko jadłabym Prawdziwe Czekolady.

      To zdjęcie jest prywatne :D

      Usuń