poniedziałek, 5 października 2015

Menakao Deep & Fruity ciemna 72%


 Pora rozpocząć serię wpisów dotyczących czekolad Menakao! Marka ta pojawiła się dotychczas jedynie raz na moim blogu. Była to recenzja mlecznej czekolady o 44% zawartości kakao, doprawionej madagaskarską wanilią. Pierwszy kontakt z Menakao miałam dzięki Czoko - mając w pamięci jej recenzję zakupiłam rzeczoną tabliczkę w sklepie R.Rajsigl w Innsbrucku. Kosztując tego skarbu obiecałam sobie, że prędzej czy później wypróbuję wszystkie produkty wypuszczone spod skrzydeł tej niezwykłej marki. Teraz te postanowienia realizują się - a wszystko to dzięki Sekretom Czekolady.

 Dlaczego Menakao jest takie niezwykłe? Otóż wszystkie etapy powstawania czekolad tej marki mają miejsce na Madagaskarze. Od uprawy kakao, aż po zapakowanie gotowej tabliczki. Tak. Jeśli chcecie spróbować czegoś prawdziwie madagaskarskiego, Menakao jest dla Was. Dzięki takim miejscom jak na przykład Sekrety Czekolady jesteście w stanie przenieść się do tego odległego i tak odmiennego kraju. Po polsku o Menakao możecie poczytać na menakao.pl i... sukcesywnie coraz więcej poczytacie o tej marce także na moim blogu :).

Opakowania czekolad Menakao są piękne. Kartoniki zdobią postacie w tradycyjnych strojach, o tamtejszej urodzie. Wewnątrz czeka na nas skrzętnie opakowana w próżniową czarną folię tabliczka i... historia, skąd tak właściwie wziął się pomysł na Menakao. My postanowiliśmy najpierw wypróbować czystą pełną czekoladę 72%, której nadano nazwę Deep & Fruity. O tym, czy imię zostało czekoladzie trafnie nadane, mieliśmy się już za chwilę przekonać.



 Pod czarną pierzynką kryje się piękna tabliczka o czerwonawym odcieniu. Właśnie stąd wziął się przedrostek MENA w nazwie firmy. Mena po malgasku oznacza kolor czerwony. Odcień czekolad Menakao sugeruje, że to prawdziwa esencja tej krainy - wszak Madagaskar nazywany jest Czerwoną Wyspą ze względu na licznie występujące tam gleby laterytowe.

Podzielona na kostki wygląda w przekroju niczym marmur. Wydaje się być stateczna i potężna. Kostki dotykane jedna o drugą stukają niczym warcaby - dźwięk ten znam już z kilku czekolad i podobnie jak ostry trzask łamanej tabliczki wywołuje już u mnie odruch zwiększonej pracy ślinianek. Zapach naszej Menakao wydaje się być bardzo przystępny. Jest w nim wprawdzie wiele nut sugerujących surowość, ale jest to jej bodaj najprzyjemniejsza forma. To surowość dzikiej i rześkiej słodyczy owoców.



Po włożeniu pierwszej czerwonawej kostki do ust, pierwszym wrażeniem odczuwalnym na kubkach smakowych jest kwaśność. Na początku wydaje się ona silna i okraszona szorstkością. Mimo swej mocy jest to kwaśność przystępna, bowiem przywodzi na myśl po pierwsze cytryny, a po drugie grejpfruty. Spod kwaśności z wielką gracją wyłania się słodycz. Ową dynamikę można przedstawić tak: na języku odczuwamy szorstki kwasek, a dalej w drodze do przełyku - słodycz z kremowym zwieńczeniem, przyjemnie rozlewającym się po podniebieniu. Goryczki w Deep & Fruity jest tylko tyle, ile możemy spotkać jej w cytrusach - a wywodzi się z białych cząstek pomiędzy owocowym miąższem bądź z grubej wierzchniej skórki. Pierwsze skrzypce gra tutaj orzeźwiająca kwaśność cytrusowego koktajlu.

Po pierwszym strzale kwaskowej owocowości wkraczamy w głębię wyżej wspomnianej kremowej słodyczy. Mamy dojrzałe i dorodne truskawki, czy raczej kompot z tych truskawek. Kwas zaczyna w wyrafinowany sposób mieszać się ze słodyczą, a intensywniejsze manipulowanie językiem na kostce staje się niczym wyciskanie z niej gęstego soku z malin. Pojawiają się także nuty dymione, wzbudzające skojarzenie z gęstymi domowymi powidłami ze śliwek tudzież z miąższem dorodnych jeżyn rosnących przy polanie na której często pali się ogniska. Przez moment odczuwałam to jako przypaloną skórkę od chleba, a mój Ukochany stwierdził, iż Deep & Fruity ma coś wspólnego z kwaśnością tytoniu do żucia. Ja poczułam się przez chwilę jakbym stała przy stoisku z owocami w Marrakeszu, wokół którego palą się kadzidła.

Deep & Fruity jest głęboka i lekka zarazem - dokładnie tak, jak mówi niezwykle trafnie dobrana nazwa. Nie jest zalepiająca, ale dobrze rozpuszcza się w ustach, niosąc ze sobą zaskakujące jak na ciemną czekoladę orzeźwienie - coś w deseń jak Zotter Peru Criollo Cuvee. Mimo wszystko jest totalnie odmienna od tej czekolady (bardziej dystyngowana, poważna, a przy tym dzika) i wydaje się być naprawdę oryginalna. Nie ma się co dziwić - w końcu na Madagaskarze wszystko jest inne. To było pyszne i już nie mogę doczekać się degustacji kolejnych tabliczek.


Skład: ziarna kakao z Madagaskaru, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa non-GMO.
Masa kakaowa min. 72%
Masa netto: 75 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 594,07 kcal.
BTW: 12,7/41,27/42,96

sobota, 3 października 2015

Zotter Brazil 70% ciemna

Źródło: http://www.chocolatiers.co.uk/

 Lubię zestawienia czekolad single-origin w zotterowskich duetach Labooko Contest. Dwie tabliczki w jednym opakowaniu, które łączy ta sama zawartość masy kakaowej, a dzieli miejsce pochodzenia czy też inny czynnik - to idealny pretekst to bardziej rozbudowanej degustacji. To analiza porównawcza, określenie na bieżąco różnic. Ciężko o to jedząc dwie czekolady występujące w duetach Labooko osobno, w większym odstępie czasu. Dlatego też z wielką chęcią zakupuję Zottery z tej serii, pomimo występowania solo (2x 35 g tej samej czekolady w jednym opakowaniu) umieszczonych w nich wariantów.


Dziś opisywaną Brazil 70% również zakupiłam w duecie, jednak o koleżance z pary nie przeczytacie w następnej notce. Przyczyna jest prosta - sparowaną z Brazylią tabliczkę Peru 70% już jadłam i szczegółowo opisałam. Odkryłam to dopiero po otwarciu opakowania, gdy przeczytałam opis Peru 70% i z czymś mi się skojarzył. No tak... Criollo z regionu Amarru, 20 godzin konszowania - przecież to druga tabliczka z magicznego zestawu dwóch peruwiańskich siedemdziesiątek różniących się jedynie czasem konszowania! Zmyliła mnie zupełnie inna postać na opakowaniu Peru 70% i nie wpadłam na to, że będzie to ta sama czekolada (w końcu kakao mogło pochodzić z zupełnie innego regionu Peru, wykonanie również mogło być inne). Gdybym wiedziała, kupiłabym Brazil 70% solo, aby móc jej więcej posmakować. Choć z drugiej strony, miło było sobie przypomnieć tamtą czekoladę, skonfrontować doznania z napisaną wcześniej recenzją. Porównanie z Brazil 70% również było ciekawą przygodą, ale w dzisiejszym spisie skupię się tylko i wyłącznie na brazylijskiej czekoladzie.

 Każdy element procesu powstawania czekolady jest istotny dla końcowego efektu - od uprawy kakao, aż po temperowanie i formowanie w tabliczki. Zotterowska brazylijska czekolada ma w sobie ducha mistrzów jednego z bardzo istotnych etapów, przebiegających jeszcze na poziomie ziarna kakao przed jego wysuszeniem. Mowa o fermentacji. Brazylijscy farmerzy Vronsky i Laercio Rodriguez Mota są nazywani mistrzami fermentacji. Córka Zottera spędziła z nimi w dżungli wiele miesięcy ucząc się - dzięki czemu możemy skosztować Zotter Brazil 70%.


Zastanawiałam się, czy podczas degustacji tej tabliczki będzie wyczuwalny kunszt owej fermentacji. Czy zanotujemy jakąkolwiek różnicę? Coś naprawdę wyjątkowego? To moje pierwsze doświadczenie z brazylijskim kakao, więc nie mam jako takiego porównania bazującego na tym samym materiale. Najpierw w kwestii zapachu odnajdujemy w Brazil 70% dobrze znany nam chociażby w Morin Peru Chanchamayo 63% wyraźny akcent malin w pudrze. Z pozostałymi trudno identyfikowalnymi na początku nutami tworzył wrażenie świeżej, owocowej i bardzo przyjemnej kwaskowatości.

Smak od pierwszego kęsa wydaje się być bardzo głęboki, taki wprost do zapadania się. Nie jest to wciąganie przez muliste błoto - Brazil 70% roztacza przed nami niczym nie skażoną wolną przestrzeń. Wprawdzie ciężej rozpuszcza się w ustach, ale koniec końców tworzy w buzi delikatny lepki film. Od razu rzuca się nam bardzo miła słodycz, znów przywodząca na myśl delikatne czerwone owocowe, a przede wszystkim maliny w idealnym do konsumpcji etapie dojrzałości. Jagodowa owocowość najpierw wychodzi na pierwszy plan, by po chwili przepychać się z intensywną orzechowością. Mój Mąż bezapelacyjnie uznał, że w ostatecznym rozrachunku to orzechy wiodą tutaj prym. Stwierdził nawet, że jest to najbardziej orzechowa ciemna tabliczka bez dodatków, jaką dotąd próbowaliśmy. Nie do końca się z nim zgodzę (na przykład dla mnie bardziej orzechowa była chociażby Morin Sao Tome Uba Budo 63%, choć w niej było również wiele mleczności), ale faktem jest niebywała orzechowość Brazil 70%. Najpierw dominuje nugat z orzechów laskowych, bardzo gładki i naturalny, wykonany z drobniutko zmielonych orzechów - następnie pojawiają się również wyraźne nuty orzecha włoskiego. Zwieńczenie słodyczy jest wykwintne, z lekko pikantnym akcentem - coś, jakby pokuszono się o szczyptę najdelikatniejszego pieprzu wymieszanego z prawdziwą wanilią.



Deserowych skojarzeń, jakie przychodziły nam do głowy podczas degustacji Brazil 70% było mnóstwo. Maliny zapiekane pod orzechową kruszonką, dobrze doprawiona sałatka z orzechami i świeżymi owocami - oba warianty podane z lodowym musem czekoladowym, zmrożone gładkie masło orzechowe. Odczuwamy przytłumioną podpaloną owocowość (taką przypieczoną), niezwykle sycącą (lecz nie ciężką). Bardzo, ale to bardzo chciałabym spróbować tej czekolady w konfrontacji z nieistniejącą niestety Brazil 90%. Siedemdziesiątka była bowiem tak czysta w smaku, że aż nieprawdopodobna. W porównaniu z dziewięćdziesiątką, wykonaną na bazie tak samo fermentowanych ziaren, przekonałabym się, czy aby dodatek cukru trzcinowego po prostu nie uładził dodatkowo Brazil 70%.

Ta czekolada była bardzo harmonijna, pozbawiona goryczki i przykrego kwasu. Jedzona zaraz po Peru 70% wydawała się smaczniejsza, a może po prostu łatwiejsza i przyjemniejsza - bez żadnych przeszkadzajek, bez ściągania, suchości, goryczki, błota, jakichkolwiek niejednoznaczności. Wyglądało to tak, jakby ta mistrzowska fermentacja zabiła w Brazil 70% wszystkie drażniące nuty, prowadząc nas do czystej esencji najdelikatniejszych kakaowych nut (co ważne - bez posmaku mleczności jak w wielu innych ciemnych czekoladach o bardziej subtelnym smaku). Brazil 70% zapamiętałam jako czekoladę wyczyszczoną i uładzoną - aż do tego stopnia, że w gruncie rzeczy pisząc recenzję dwa tygodnie po jej degustacji, trudno by mi było dokładnie przywołać w pamięci charakterystykę jej smaku gdybym nie korzystała z notatek i nagrań. Było to bardzo ciekawe doświadczenie - Vronsky i Laercio Rodriguez Mota rzeczywiście zaczarowali to brazylijskie ziarno. Czy może po prostu brazylijskie kakao zaczarowało ich?


Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól.
Czas konszowania: 18 godzin.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 35 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 603 kcal.
BTW: 10/46/34

czwartek, 1 października 2015

Manufaktura Czekolady ciemna Ghana 100%



Dzisiejszy wpis dedykuję Oldze - wiem, jak czekała na tą recenzję u mnie :). Gdy tylko na naszym rynku pojawiła się tabliczka 100% kakao wyprodukowana przez Manufakturę Czekolady wiedziałam, że muszę jej spróbować (a zakupiłam ją poprzez Czekolady Zotter Polska, jako dodatek do zamówienia ukochanych Zotterów). To chyba pierwsza polska czekolada w której składzie znajdziemy tylko i wyłącznie ziarna kakao, bez grama cukru czy innych dodatków. Mimo, że polski rynek czekoladowy nadal raczkuje (polskich producentów dobrej czekolady można policzyć na palcach jednej ręki), to ten fakt jest już nie lada wyczynem! Manufakturowa stóweczka jest wyjątkowa także z innej przyczyny - kakao użyte do jej stworzenia pochodzi z Ghany, a takiej tabliczki 100% jeszcze nie spotkałam. Wprawdzie moja przygoda ze stówami nie jest długa, ale tym bardziej każda nowość jest dla mnie w tej dziedzinie szczególnie intrygująca. Ghana to państwo, w którym uprawia się ogrom kakao, co oznacza, że w dużej mierze trafia ono do masowego przerobu. Na szczęście na terytorium Ghany funkcjonują też bardziej alternatywni producenci kakao, jak chociażby kooperatywa ABOCFA - dzięki której mogłam skosztować wyśmienitej tabliczki Zotter Ghana 75%.

Gdy wyjęliśmy Ghanę 100% z szczelnie zamkniętego opakowania, odnieśliśmy wrażenie, że wcale nie mamy do czynienia z absolutną zawartością kakao. W istocie, pachniała tak, jakby miała w sobie te 75%, no może niewiele więcej. Aromat czekolady miał w sobie na pierwszy rzut pewną lekkość, która po chwili kontaktu z nozdrzami ciężko opadała w dół. Po krótkim namyśle już wiedzieliśmy z czym to się kojarzy. Ja przywołałam bukiet ciężkich mokrych róż, z których woń olejku różanego wydobywa się z przytłaczającą, oleistą mocą. Mój Mąż w zapachu Ghany 100% odkrył wilgotną, ciemną i głęboką jamę - przepastną i przerażającą dziurę w żyznej ziemi. Uhh, takie aromaty dały nam jasno do zrozumienia - zapowiada się bosko! Czym prędzej sięgnęliśmy po pierwszą kostkę.



Na początek chciałam Was przeprosić za chaos w opisie Ghany 100%. Okazała się ona być na tyle zmienna (niczym kobieta!), że starałam się dokładnie odzwierciedlić moje odczucia i przemyślenia pojawiające się po kolei podczas degustacji, bez wprowadzania ich na siłę w ład. W pierwszym kontakcie Ghana 100% wydała się mi zaskakująco miękka, a następnie lekko proszkowa. Uczucie proszkowatości prędko przechodzi jednak w dziwne zalepianie, w specyficzny suchy sposób. Spod suchości wydobywa się lepkie błoto. A może było to błoto posypane z wierzchu suchym piachem przywianym przez wiatr? Na pewno ów wiatr przyniósł ze sobą niedużą goryczkę, papierowo-paloną suchość, obszyte szronem ściąganie.

Odnosimy wrażenie, że w tej czekoladzie brak jest górnych nut - to niczym czołganie się wąskim korytarzem, którym to zaraz mamy zapaść się wprost do głębi jaskini. Warto od razu zaznaczyć, że absolutnie NIE MA tu ostrych siarkowych i popielnych akcentów, morderczej kwaśności i goryczy - to zupełnie inna stówka niż Zotter Peru 100%, Morin Peru 100% (nie ma jej na blogu, kosztowałam podczas degustacji w Pintej Klepce) czy Zotter High-End 96%. Bardziej jest to czekolada skierowana w stronę Domori IL100% Criollo. Choć od Domori różni się znacznie (zupełnie inny bukiet smaków), to obie tabliczki łączy niesamowite bogactwo oraz niebywała przystępność. Choć Manufaktura w tym porównaniu jest czekoladą o wiele surowszą.

Dalej przedzieramy się przez zwały przypalonego papieru oraz drobnego i mokrego piasku. W tym miejscu jako taka goryczka i kwaśność mieszają się wraz ze ściąganiem, nie mogąc się zdecydować, kto winien przejąć dominację. Wszystkie smaki są niedopowiedziane, ustępują kolejnym. Gdy w końcu uda się nam przedrzeć przez piach i papier, odkrywamy zaskakującą świeżość słodkawo-kwaskowatego ogórka. Świeżego gruntowego ogórka, z twardą skórką, jeszcze trochę przysypanego glebą, pachnącego liśćmi - ale w środku bardzo soczystego i rześkiego. Na tym etapie odkryłam, że Ghana 100% strasznie gryzie mi się z kawą, którą popijałam do duetu. Kęs tej czekolady zapity kawą zamieniał się z ekscytującej przygody w zgniło-wymiocinowy ulepek. Zdecydowanie lepiej do Ghany 100% pasowałby inny napój - ale o tym później.



Lekko karmelowa słodycz coraz to bardziej próbuje się przebijać przy dłuższym ssaniu kawałka czekolady. Żadna rażąca suchość nie pozostaje w buzi, gdy język dłużej zabawia się kęsem. Po kolejne kostki sięga się mimowolnie, z zaciekawieniem, bez masochistycznego odczucia, że to jest smakowa piekielna masakra, ale chcemy brnąć w nią dalej. Zwłaszcza, że tak pięknie zmienia się w każdą kolejną kostką.

Po roztarciu na języku karmelowej słodyczy wiedziałam już, że wraz ze swoją piaskowo-papierową suchością oraz zbalansowanymi i wycofanymi nutami kwaśno-goryczkowymi - Ghana 100% dobrze pasowała by do ciemnego piwa, mocno nachmielonego a przy tym pełnego karmelowych i czekoladowych słodów. Może jakieś Black IPA? Przy klasycznie popijanej przeze mnie do czekolady kawie kubki smakowe oszalały i wcale nie było to dobre połączenie. Konkretne piwo było by lepszym towarzyszem dla Ghany 100%. Moc kawy została zniweczona przez tą czekoladę i tyle.

Brnąc dalej byłam w stanie już podsumować tą czekoladę jako bardzo nietypową i surową, bez olbrzymiej głębi - lecz mimo to niezwykle zróżnicowaną. Tak, im dalej w las, tym suchy papier odchodzi hen w dal. Oddaje miejsce feerii aromatycznej i świeżo palonej słodyczy. Co jakiś czas powracają ogórki, przeplecione świeżością igliwia. Momentami sprawiają one wrażenie słodzika. Pojawia się całe mnóstwo słodowo-ziarnistych nut: słód z chleba, słody karmelowe, palone drewno, pestki słonecznika. Powraca skojarzenie z błotem, ale tym razem jest to wierzchnia warstwa błota spieczonego upałem przyświecającego mocno w południe słońca. Tak, bo dalej jest już tu więcej wilgoci niż suchości. Troszkę tak, jakbyśmy lepili zmielone kakao w kulki za pomocą zimnej wody.

Sam finisz okazuje się być bardzo orzechowy. Najpierw do głowy przychodzą rozgryzane niedojrzałe orzechy laskowe, takie świeżo rwane z leszczyny. Potem czułam jakbym wgryzała się w obfity surowy nugat - mocno skompresowane zmielone orzechy najróżniejszych gatunków. Zależy jak się ugryzie Ghanę 100% - różne pomysły przychodzą do głowy. Chwilami miałam wrażenie, że jest tu po trochę wszystkiego - choć nie odnajdziemy tu jednoznacznych owocowych nut. Ghana 100% to czekolada potwornie dynamiczna, podczas jej degustacji nie ma miejsce na znudzenie i rutynę. Dzieło Manufaktury Czekolady zauroczyło mnie - i choć wiem, że jest to doświadczenie na jeden raz, będę je bardzo miło wspominać. Z czystym sumieniem polecam ją każdemu, zwłaszcza, że jest to bodaj najłatwiej dostępna stówka na naszym rynku (i na dodatek stworzona przez rodaków!). Bierzcie i jedzcie, cieszcie się, odkrywajcie dziką i surową Ghanę!


Skład: 100% ziarno kakao z Ghany.
Masa kakaowa: 100%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 682 kcal.
BTW: 13,6/54,5/31,8

wtorek, 29 września 2015

Zotter Buckwheat gryczana 45%


Kocham kasze. Nie wyobrażam sobie bez nich obiadów w moim domu. Jem je prawie codziennie, tylko czasem zastępując ryżem czy makaronem. Ziemniaki w innej formie niż do zupy mogłyby dla mnie nie istnieć (ok, czasem mogę zjeść pieczone ziemniaczki, ale to wszystko). Kasza jest moją królową stołu, a najbardziej kocham dwa rodzaje: gryczaną i jaglaną.

Gdy tylko w ofercie Zottera zauważyłam wegańskie względne nowości - tabliczki na bazie gryki oraz prosa - MUSIAŁAM je mieć! Przepadłam. Jawiły się dla mnie jako raj - zwłaszcza, że wiedziałam, iż Zotter potrafi idealnie wykonać roślinną imitację mlecznej czekolady. Przekonałam się o tym w wersjach ryżowych i sojowych. Mając w sercu moją miłość do gryki i prosa wyobrażałam sobie, że Buckwheat i Golden Millet zasmakują mi jeszcze bardziej niż Soy i Rice. Byłam autentycznie podekscytowana tymi czekoladami!



W pierwszej kolejności do degustacji wybrałam czekoladę na bazie gryki. Surowy cukier trzcinowy na początku składu, następnie tłuszcz kakaowy, dalej aż 20% sproszkowanej gryki, a za nią miazga kakaowa. Wszystko doprawione solą i wanilią. Buckwheat zawiera łącznie 45% masy kakaowej, więc miałam nadzieję na magiczną fuzję gryczanej goryczki z torpedą bogactwa kakao. Ajajaj, to przecież mogło być takie pyszne!

Dwie cienkie tabliczki Labooko, każda ważąca 35 g, pokryte są lekkim nalotem, przez co sprawiają wrażenie przykurzonych. Przy przełamywaniu tafli słychać głuchy chrzęst - zaznaczam,  jest to chrzęst a nie trzask. Czekolada sprawia wrażenie papierowo-sypkiej. Zapach sugeruje mleczność, choć przecież nie ma tu ani grama mleka. Poza tym, aromat nie niesie ze sobą żadnego bogactwa kakao oraz ani krzty gryczanej sugestii.



Przy pierwszym kontakcie z kubkami smakowymi Buckwheat okazuje się być bardzo słodka. W konsystencji rzeczywiście jest taka papierowo-sypka, niezbyt łatwo rozpuszcza się na języku pozostawiając na nim uczucie chłodu. Od razu zauważamy podobieństwo do mlecznej czekolady, ale takiej naprawdę kiepskiej jakości. Ba, to smakuje niczym wyrób czekoladopodobny... Naprawdę! Wszystko to przez mocną słodycz i dziwaczny roślinny posmak, jakby żuć zdrewniałą łodygę. Jasnobrązowa barwa tabliczki tylko to wrażenie podkręca. W ogóle nie czuć tu specyficznej palonej goryczki gryki i za nic nie domyśliłabym się, że czekolada zawiera jej aż 20%!!! Na domiar złego, w Buckwheat coś zabija moc kakao - 45% masy kakaowej również nie czuć. Nie wiem, co się stało, że czekolada z takim składem, stworzona przez takiego producenta - jest po prostu mdła, mydlana, nudna, niesmaczna, odrzucająca, płaska, tandetna.

To jeden z moich największych zawodów ostatnich czasów. Owszem, może jest to dobry zamiennik dla osób, które nie mogą spożywać mleka krowiego, a przy tym chcą zjeść imitację takiej tabliczki bez obcych posmaków. Ok, Buckwheat jest mniej charakterystyczna i nie tak odmienna jak tabliczki sojowe i ryżowe - ale co z tego, skoro jest po prostu nijaka! Nawet nie mam ochoty się więcej rozpisywać nad tą czekoladą, bo ewidentnie robi mi się przykro. Być może po prostu nie dało się zrobić inaczej smakującej czekolady z gryką w proszku, ale to nie zmieni poziomu mojego niezadowolenia i poczucia zawodu. Jak dobrze, że mogę jeść normalne mleczne czekolady... Grykę pozostawię na swoim obiadowym talerzu.


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, gryka w proszku 20%, miazga kakaowa, sól, wanilia.
Masa kakaowa min. 45%.
Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 513 kcal.
BTW: 2,3/37/42