czwartek, 15 września 2016

Les Chocolats de Pauline ciemna 100% z Peru


Moja pierwsza styczność z francuską marką Les Chocolats de Pauline miała miejsce podczas internetowej rozmowy z Piotrem z Sekretów Czekolady, który obwieścił, iż będzie miał dostępną peruwiańską setkę z ich asortymentu. O ile dobrze pamiętam, nabyłam ją w lutym tego roku podczas pierwszego (z dwóch) moich dotychczasowych wizyt w Łodzi. Ze stówek zakupiłam wtedy jeszcze propozycję od Bonnat, ale nadal czeka ona na rozpakowanie. Choć ja jestem wierną fanką intensywnych doznań związanych ze stuprocentowymi czekoladami, to dla mojego Męża są one wręcz męczące (wyjątkiem były setki od Domori klik i klik oraz Ghana z Manufaktury Czekolady, w sumie Menakao też). Prawdopodobnie sama otworzę Bonnat i dłuuugo będę odkrywała jej walory. Tak, taka metoda rzeczywiście najlepiej sprawdza się przy setkach, szczególnie tych większego formatu - smakować powoli, w różnych warunkach. Wtedy setki nie obciążają za bardzo i z każdą próbą odkrywają przed nami swój bukiet. Wróćmy jednak do samej marki Les Chocolats de Pauline.

Skąd ta nazwa? Otóż, podchodzi ona od imienia córki założyciela firmy Jean-Michel Mortreau. Wytwarza on organiczną czekoladę od 2005 roku, skupiając się na metodach małych partii, wykluczając całkowicie dodatek lecytyny sojowej. Według strony internetowej marka nie ma w swej ofercie bardzo wielu czekolad, co w gruncie rzeczy jest całkiem korzystne. Bazuje na trzech kooperatywach kakaowych farmerów: z Peru, Dominikany i Tanzanii. Nasza setka, i zresztą obecnie chyba jedyna setka w ofercie, stworzona została z kakao peruwiańskiego. Przed degustacją myśl o Zotter Peru 100% nie chciała mnie opuścić...



Naszą stówkę od Pauline otworzyłam w Mężem i Weroniką przed naszym wyjazdem na festiwal OBOA w Fort Gorgast. Chciałam, aby Weronika spróbowała stuprocentowej czekolady, a 70-gramowa peruwiańska tabliczka zdawała się być idealną na taką okazję. Choć sama tabliczka, jej podział na kostki oraz zdobienia, prezentuje się całkiem elegancko - opakowania czekolad Pauline nie przypadły mi do gustu. Jakoś zupełnie nie kojarzą mi się z czekoladą single-origin wysokiej jakości.

Wszyscy zgodnie przyznaliśmy, iż wygląd i zapach tabliczki nie sugeruje stuprocentowości. Patrząc na barwę, dałabym jej maksymalnie 80%. Głęboko nasycony brąz pobłyskującej powierzchni pięknie prezentował się również w przekroju, okazującym wnętrze tyle proszkowe, ile i soczyste. Zapach to fuzja wiśni, alkoholowego likieru, ziemisto-piaszczystych przebłysków oraz... w gruncie rzeczy, aromatu kojarzącego się z prawdziwie "gorzkimi" czekoladami o mało górnolotnej jakości.



Smak to w pierwszym kontakcie peruwiańska kwasowa masakra, przez co moi towarzysze prędko odpadli z degustacji. Dostałam część tabliczki do dalszego próbowania, co też uczyniłam parę dni później. Czekolada zalepia buzię ziemisto-proszkowym filmem, niczym naprawdę mocna glina. Z jej czeluści na wierch wydostaje się bardzo ziemisty kwas, stający się postacią pierwszoplanową i mogący odrzucić całkowicie od czekolady bez podjęcia kolejnych prób. Wprawdzie siarkowych wyziewów tu nie ma, lecz obecne są inne groźne nuty...

Próbując kolejnych kęsów zauważyłam, iż z kwasowej ziemistości wychodzi alkoholowo-zbożowy posmak wyraźnie kojarzący się z whisky, mieszając się też z akcentami rumowymi i octowymi. Rozpuszczając czekoladę na języku koniec końców atakowało bardzo mocne ściąganie i wysuszanie, przywołujące na myśl tytoń. Tytoń wracał do mnie nie raz, tak samo whisky - w końcu przeniosłam się myślami do zadymionego baru pełnego sączących whisky zblazowanych mężczyzn, którzy nie mają niczego do stracenia.



Tytoniowe ściąganie masakrycznie kontrastowało z konsystencją czekolady, która w swej ziemistości wcale nie była sypka, lecz bardzo oleista. Gdy kwas ciągle wychodzący gdzieś spod spodu sparaliżował już kubki smakowe iluzją whisky i papierosów poczułam, że do zadymionego ciemnego baru weszła nieprzyzwoicie wydekoltowana kucharka kładąc na stół gar... naszego rodzimego bigosu. Kwas wprawdzie coraz częściej sugeruje mi w czekoladzie kiszoną kapustę, lecz tutaj to nie była jedyna przyczyna stanowiąca o bigosowym skojarzeniu. Wyraźnie czułam mocno wędzony posmak tradycyjnie przyrządzonej kiełbasy oraz intensywne doprawienie pieprzem.

Szaleni pijacy z naszego baru po bigosowej uczcie pragnęli przenieść się zupełnie gdzie indziej. Doznania ogłupiałych kubków smakowych utworzyły teraz w mej głowie wizję patery pełnej pomarańczy i cytryn. Pomarańczowo-cytrynowy posmak, niczym autentyczny świeżo wyciskany sok, pojawił się gdzieś na końcu wraz ze swoją świeżością i soczystością, wprawiając mnie w niemałą konsternację i łagodząc wszystko to, czego doznałam wcześniej.



Peruwiańska stówka od Les Chocolats de Pauline utwierdziła mnie w przekonaniu, iż przy tego typu czekoladach nie ma miejsca na pośpiech. Tu trzeba zwolnić, poddać się chwilami całkiem masochistycznym doznaniom i wyciągać z nich zaskakujące wnioski. Degustacje stówek rządzą się swoimi prawami, co jakiś czas potrzebuję takiej odmiany, ale nie mogłaby za często po nie sięgać - kakaowa moc jest w nich ponuro nieokiełznana.

Skład: masa kakaowa 100%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 587 kcal.
BTW: 12,1/52,5/5,6

wtorek, 13 września 2016

Domori mleczna 45% z wielbłądziego mleka


Po recenzji oślej czekolady od Domori, czas na tabliczkę wielbłądzią! Została ona wykonana analogicznie do pozostałych nietypowych mlecznych czekolad włoskich mistrzów, to znaczy przez połączenie 45% kakao Criollo, 22% mleka oraz cukru trzcinowego. To już ostatni taki wyrób, jaki został wypuszczony przez Domori, toteż dzisiejszy wpis można także potraktować jako podsumowanie. Wszystkie mleczne cudeńka liczą sobie ledwie 25 g wagi, a zakupiłam je dzięki niezawodnym Sekretom Czekolady.

Wcześniej nigdy nie próbowałam ani mięsa, niż też mleka wielbłądziego - podobnie jak w przypadku oślego. Nawet nie wiem, z którymi zwierzętami z tych dwóch gatunków miałam w swoim życiu więcej do czynienia. Dzięki temu, dwie ostatnie czekolady z mlecznej kolekcji były dla mnie niczym czysta karta. Jeszcze przed rozpoczęciem degustacji porównawczej kładąc obok siebie tabliczkę oślą i wielbłądzią widziałam, iż ta druga bez wątpienia cechuje się ciemniejszą barwą (co można dostrzec na ostatnim zdjęciu w tym wpisie). Unosił się na nią również intensywniejszy aromat, ale powstrzymywałam się przed pełnym zaciągnięciem się nim aż do zakończenia degustacji tabliczki oślej.



Z literatury wiem, iż mięso wielbłąda jest ponoć wręcz śmierdzące dla osób nieprzywykłych do jego spożywania. Mleczna czekolada stworzona na bazie mleka wielbłądziego również posiada niecodzienny zapach. W bardzo intensywny sposób łączą się ze sobą wonie spróchniałego drewna, przepoconych skórzanych ubrań, starego przypleśniałego wilgotnego koca lub dywanu. Takowe aromaty niejednego konsumenta odrzucą od pierwszej chwili obcowania. Mojego Męża i mnie oczywiście zaintrygowały, zaś ja sama po stokroć wolę taką egzotykę niż fekalia znane z Zotter Kandierte Preiselbeeren.


W smaku na szczęście nie jest aż tak ostro jak z zapachu. Niewątpliwie, odczuwamy tu wiele słoności i goryczy, ale sprawiają one pewną masochistyczną przyjemność. Czekolada zdaje się być bardzo mięsna. Zdecydowanie jest mniej gumowata niż ośla, zresztą jest ona totalnie odmienna, w 100% oryginalna, nieporównywalna z niczym innym. Z każdą chwilą gęstego rozpuszczania w ustach kolejnych kęsów przychodzą do głowy coraz to nowe skojarzenia. Stare mleko, zjełczałe masło - wszystkie pozostawione na pełną ekspozycję słońca w bardzo duszny dzień. Zaduch i odór zatęchłego arabskiego namiotu. Stoisko z dywanami pośród zawilgoconych ścian wąskich uliczek tłocznego miasta pełnego targujących się ludzi. Na końcu: zleżała padlina, zepsute mięso.


Po degustacji tej czekolady mam wrażenie, iż wielbłądzie mleko jest niezwykle gęste i tłuste, wręcz likierowe. Właśnie, gdzieś pomiędzy wyżej wymienionymi posmakami pojawia się też złudzenie czekoladowego likieru na bazie tłustej śmietany, przyprawionego w nietypowy, orientalny sposób. Zdecydowanie, jest to tabliczka tylko dla odważnych - bardzo wyrazista i specyficzna. Bardzo dobrze, że wypróbowaliśmy jej na koniec naszej przygody z mlecznym kwartetem od Domori.

 

Ze zdziwieniem przyznaję, iż najłagodniejszą z całej czwórki okazała się być czekolada kozia (inaczej niż kozi Zotter). Owcza zaskoczyła mnie swoim wyrazistym, mięsnym charakterem - tak odmiennym od analogicznej tabliczki Zottera. Oślą można traktować jako ciekawostkę nieprzyprawiającą o szaleństwo zmysłów, natomiast wariant wielbłądzi to już jazda bez trzymanki. Uwielbiam tego typu porównawcze degustacje i z utęsknieniem czekam, aż inne firmy szerzej zaczną wykorzystywać w produkcji mlecznych czekolad bardziej nietypowe rodzaje mleka.


Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko wielbłądzie 22%, masa kakaowa Criollo, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 45%.
Masa netto: 25 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 606,5 kcal.
BTW: 7,5/44,5/43

niedziela, 11 września 2016

Zotter Arabian Dates with Mint ciemna mleczna nadziewana nugatem migdałowym z daktylami i ganaszem czekoladowym z mietą


Jako rozgrzewkę przed Domori z wielbłądzim mlekiem mam dla was inne arabskie dzieło - mowa o nadziewańcu od Zottera (zakupionym przez biokredens.pl), który już dawno chodził mi po głowie (zwłaszcza, że u Kimiko i hard-big-hand zebrał pozytywne opinie). Arabian Dates with Mint (nie, mój Mężu, to nie arabskie randki!) to cudnie opakowana dwuwarstwowa pralina: duet nugatu migdałowego z daktylami oraz ganaszu czekoladowego z miętą - wszystko to oblane tak lubianą przeze mnie mleczną kuwerturą o 60% zawartości kakao. Połączenie na pozór oryginalne, po przekrojeniu tabliczki wydaje się być najprostszym na świecie.


Czekolada pachnie bardzo świeżo, co jest oczywiste przy udziale mięty. Zotter już nie raz pokazał, że jest mistrzem w wykonywaniu miętowych słodyczy, które zawsze wypadają bardzo naturalnie i nigdy nie są przesadzone. Tym razem już sam aromat zapowiadał równie dobry produkt. Nad tabliczką unosiła się bowiem rześka woń świeżo zaparzonych liści mięty - aż od razu przeniosłam się do Maroko, gdzie hektolitrami piliśmy miętowe napary (tzw. berberyjskie whisky). Ów lekki, frywolny aromat doskonale mieszał się w pełną głębi czekoladą oraz migdałowym muśnięciem.


Ciemna mleczna kuwertura po raz kolejny świetnie sprawdziła się w swej roli, kipiąc mocą kakao i głębią mleka, przesiąkając również miętowym i migdałowym aromatem. Jej górna część dość płynnie przechodzi w czekoladowy ganasz, który kryje w sobie miętowy olejek. Rzeczywiście, mięta tutaj jest pełna subtelności, naturalna i świeża - jak dopiero co przygotowany napar ze świeżo zerwanych liści, nawet nie za bardzo mocny. Ganasz czekoladowy okazuje się być dość twardy, szczerze powiedziawszy spodziewałam się czegoś bardziej aksamitnego, lecz... nie ma co narzekać. Struktura całego nadzienia jest na tyle zwarta, że bez obaw o jej naruszenie można by było ją zabrać np. na górski szlak.


Migdałowy nugat znajdujący się poniżej jest bardzo delikatny w smaku, choć w konsystencji również zwarty. Niechybnie produkty mleczne miały wpływ na jego ostateczny charakter, pełen mleczno-migdałowej łagodności. Drobne miętowe nuty przeniknęły również tutaj. Głównym gwoździem programu w tej warstwie były jednak tytułowe daktyle. Ich dość duże rwane cząstki zostały nierównomiernie i dość obficie w nim zatopione. Okazały się być soczyste, miąższyste, nieprzesłodzone, naprawdę dobrej jakości. To ciekawe urozmaicenie, bowiem rzadko spotykamy się z daktylami w czekoladzie - tutaj koniec końców wraz z pozostałymi składnikami stworzyły bardzo harmonijną i w gruncie rzeczy prostą kompozycję.


Po raz kolejny muszę przyznać, iż miętowe wyroby Zottera są zaprzeczeniem wszystkich zbyt intensywnych miętowych słodyczy, które niejednokrotnie budzą urazę. Antyfani miętowych czekolad muszą wypróbować coś z miętowego asortymentu Zottera - przysięgam, że doznają przyjemnego zaskoczenia. Tym lepiej będzie im sięgnąć po bohaterkę dzisiejszej recenzji, w której mięta nie gra mimo wszystko głównej roli - niż po w pełni skupiające się na mięcie, lecz również rewelacyjne Chocolate Mint czy miętowy duet Labooko (bo Minty Goat to już zupełnie inna bajka).


Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, daktyle 9%, pełne mleko w proszku, migdały, mleko, syrop glukozowo-fruktozowy, masło, słodka serwatka w proszku, brandy z cukru trzcinowego, wanilia, olejek miętowy 0,01%, płatki róż, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), cynamon,
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 536 kcal.
BTW: 8,4/37/39

piątek, 9 września 2016

Domori mleczna 45% z oślego mleka


Po porównawczej degustacji owczej i koziej Domori (nieuchronnie porównywanych z analogicznymi Zotterami), przyszedł czas na jeszcze bardziej nietypowe mleczne połączenia wypuszczone spod skrzydeł prestiżowej włoskiej marki. Mowa o czekoladach stworzonych na bazie 45% kakao Criollo wzbogaconych o mleko ośle oraz wielbłądzie. Oba warianty zestawiłam razem w jednej degustacji, mając tym samym pierwszą styczność z mlekiem zarówno oślim, jak i wielbłądzim. Biorąc pod uwagę moje podróże być może wkrótce przekonam się, jak smakują solo. Tymczasem musiałam zdać się na eksperymenty Domori (możliwe do wypróbowania oczywiście dzięki Sekretom Czekolady).

Do oślego mleka i tak było mi bliżej niż do wielbłądziego, bowiem niegdyś piłam mleko kobyle. Było dość wodniste, mało tłuste, słodkawe z pewnym orzechowym zacięciem. Teraz, rozpakowując obie porównywane 25-gramowe tabliczki bez trudu zauważyłam, iż wersja ośla jest dużo jaśniejsza od wielbłądziej. Porównując BTW obu czekolad dostrzegamy, iż ośla zawiera o wiele mniej tłuszczu, co zgadzało by się z niską tłustością mleka kobylego (bądź co bądź, dość mocno zbliżonego do mleka kobiety).




Woń nie sugerowała obecności prawdziwego mleka, kojarzył się raczej z mlekiem roślinnym. Czekolada pachniała soją, orzechami, a także sianem. Już przy pierwszym kontakcie z językiem okazała się być dość gumowata i klejąca, wręcz lepka. Rzeczywiście nie wyczuwaliśmy tu klasycznego mlecznego posmaku, lecz coś na kształt miksu mleka sojowego, ryżowego i orzechowego, może także owsianego.

Czekolada okazuje się być dość mocno słodka, z przyjemnym karmelowo-palonym zacięciem. Nie jest to typowo cukrowa słodycz, a raczej coś przewrotnego, momentami kojarzącego się ze słodyczą słodziku oraz przez swą kleistość z... paskudnymi Zotterami jaglanym i gryczanym (ośla Domori była na szczęście milion razy smaczniejsza, ale przebłysk ze skojarzeniem powstał).



Podczas dalszej degustacji, nieustanne obcowanie z kleistością i karmelowością sprawia, iż zdajemy się obcować z lekko smażoną konsystencją, czymś podobnym także do dobrej jakości suszonego mięsa. Po takich doznaniach ośle mleko nieźle mnie zaintrygowało i nie odpuszczę sobie ewentualnej okazji na jego wypróbowanie (to samo zresztą tyczy się oślego mięsa). Patrząc jednak przez pryzmat samej czekolady, warianty z owczym i kozim mlekiem okazały się dla mnie bardziej kuszące.

Ośla Domori to czekoladowa ciekawostka zawierająca w sobie parę dziwnych niuansów, ale generalnie szału nie zrobiła. Tuż po jej degustacji przyszedł czas na wypróbowanie tabliczki wielbłądziej i za to tutaj... hmm, na tę recenzję musicie poczekać jeszcze kilka dni!



Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko ośle 22,5%, masa kakaowa Criollo.
Masa kakaowa min. 45%.
Masa netto: 25 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 581 kcal.
BTW: 5,5/39/51