Dziś pierwszy raz zabiorę Was w niezwykłą krainę, którą miałam okazję eksplorować z moim Mężem od 25 do 31 grudnia minionego roku. Mowa o zapomnianej i niedocenianej Krainie Wygasłych Wulkanów, czyli o Górach i Pogórzu Kaczawskim. Rejon położony między Lwówkiem Śląskim, Jelenią Górą, Bolkowem i Legnicą około 20 milionów lat temu buchał jęzorami ognia i potokami lawy. Dziś najwyższe wzniesienie ma jedynie 724 m n.p.m. (Skopiec), a wiele z wygasłych wulkanów nie przekracza 300 m n.p.m. Góry Kaczawskie kryją w sobie jednak wiele tajemnic - geologicznych, przyrodniczych oraz historycznych. Ślady działalności wulkanicznej są bardzo namacalne. Przyznać się, kto z Was nie wiedział, że na terenie Polski mamy nieczynne wulkany?
Od zwiedzania pieszo tych gór mogą odstraszać dość słabo oznakowane szlaki w większości rejonów oraz spore odległości pomiędzy charakterystycznymi punktami, lecz tak naprawdę pomiędzy atrakcjami Gór Kaczawskich można poruszać się samochodem, z miejsca do miejsca. Niestety infrastruktura turystyczna była tam po stokroć bardziej rozwinięta za czasów niemieckich, a wiele pomników przyrody jest niszczonych przez przemysł - może tym bardziej należy się owym górom większa uwaga i troska. Oh, koniec tego rozwlekłego wstępu - czas skupić się na pierwszym dniu naszej wyprawy oraz na czekoladzie, którą tego dnia jedliśmy. Wszak wiem, że wielu z Was czeka na recenzję tej tabliczki!
25 grudnia po śniadaniu i okołopołudniowej kawie z Rodzicami wyjechaliśmy do miejscowości Sędziszowa. Nasz pensjonat - Agroturystyka Eden - położony jest kilkanaście kilometrów za Złotoryją, u stóp rzeki Kaczawy i dawnego wulkanu Wielisławka, na którego zboczach znajdują się przepiękne Organy Wielisławskie. 26 grudnia wstaliśmy po piątej, by jeszcze sporo przed świtem wyruszyć żółtym szlakiem z Sędziszowej w stronę Proboszczowa. Proboszczów, jak wiele miejscowości w Górach Kaczawskich, cechuje się urokliwym starym budownictwem, typowo sudeckim i poniemieckim - niestety bardzo zaniedbanym. Wieś ta, leżąca u stóp niezwykłej góry - Ostrzycy Proboszczowickiej - mogłaby ukręcić z tego niemały turystyczny interes, tymczasem jest po prostu... zabita dechami. Miałam wrażenie, że gdyby nie duża ferma trzody chlewnej, miejscowość byłaby niemalże martwa. A z samego Proboszczowa na Ostrzycę już tak blisko... Nie trzeba iść tam pieszo z daleka tak jak my, wystarczy podjechać autem do Proboszczowa, zrobić mały spacer i podziwiać widoki...
Ostrzyca jest jedną z najpiękniejszych gór w całych Sudetach. To pozostałość komina wulkanicznego. Pomimo upływu lat, nadal zachowała kształt typowego, wulkanicznego stożka. Jej zbocza w dużej mierze pokryte są rzadkimi bazaltowymi gołoborzami. Charakterystyczna samotna sylwetka "śląskiej Fudżijamy" widoczna jest z wielu miejsc w regionie, a również z niej samej rozciąga się nie byle jaki widok. Na szczycie usadowić się możemy na bardzo przyjaznych ku biwakowaniu rzeźbach skalnych i delektować się pięknem krajobrazu. To właśnie tam postanowiliśmy sięgnąć po Lindt Weihnachts Orangen-Truffel, która została obfotografowana w tych urokliwych okolicznościach przyrody.
Lindt Weihnachts Orangen-Truffel to świąteczna nadziewana propozycja od popularnej czekoladowej marki. Osobiście, spotkałam się z nią jedynie w Empiku. Choć tabliczka liczy sobie 150 gram, jej cena wydała mi się odstraszająca nawet jak na Lindta. W Empiku życzą sobie za nią 19,99 zł. Owszem, jestem w stanie zapłacić tyle za czekoladę, nawet o mniejszej gramaturze, ale zupełnie innych marek niż Lindt. Na szczęście z pomocą przyszła moja Mama, która postanowiła sprezentować mi czekoladę na imieniny. Dzięki niej możecie się dowiedzieć, czy rzeczywiście Weihnachts Orangen-Truffel jest warta swojej ceny.
Od razu po rozpakowaniu tabliczki ze sreberka wiedziałam, co na pewno mnie w niej nie zawiedzie. Lindtowska mleczna czekolada - jej delikatny aromat zaświdrował mi w nosie, a już po chwili usta wypełnił aksamit mlecznego smaku. W Weihnachts Orangen-Truffel mleczna czekolada jest lindtowsko idealna. Zrobili ją tutaj dokładnie taką, jaką kocham. Wspaniale rozpuszczała się, z niebywałą gładkością. Miała w sobie mnóstwo przyjemnej mleczności, a kakao dzielnie jej towarzyszyło. Ten klasyczny przysmak krył w sobie dwuwarstwowe nadzienie, którego najbardziej byłam ciekawa, a już czułam, że i ono będzie bardzo aromatyczne.
Dolna warstwa jest cieńsza i poprzez swój biały kolor od razu skojarzyła mi się nieprzyjemnie z cukrowo-mlecznymi "kremami" znanymi chociażby z zeszłorocznej serii egzotycznej (Acai Beere, Mango-Maracuja, Papaya). Na szczęście, tym razem to coś zupełnie innego! Wprawdzie przypuszczam, iż podstawowym składem nie różni się ona od białej warstwy w wyżej wspomnianych czekoladach, jednak posiada w sobie czynnik stanowiący o jej wyjątkowości. Mowa o olejku pomarańczowym, który otula swym wyrazistym aromatem całą tabliczkę i w zasadzie staje się istotą kompozycji smakowej. Oto właśnie ta tajemnicza pomarańczowa trufla, która nadaje świątecznego, cytrusowego uroku całości.
Grubsza, obfitsza warstwa jest znacznie zbita - zresztą podobnie jak warstwa biała - czym nieco mnie zdziwiła, bowiem obrazek na opakowaniu sugerował coś odmiennego. Dla mnie było to jednak pozytywne zaskoczenie, ponieważ nie przepadam za półpłynnymi nadzieniami. Według nazwy miał to być przyprawowy nugat z orzechów laskowych. Owszem, przyjemna orzechowość była wyczuwalna bez dwóch zdań, ale bardziej przypominała mi a'la piernikowe ciasto. Korzenne przyprawy delikatnie przebijały się spomiędzy olejku pomarańczowego, który zaopiekował się każdą częścią świątecznej czekolady. Szkoda, że w składzie nie wyróżniono, jakie dokładnie przyprawy zastosowano. Na pewno jest tu cynamon, może trochę goździków i kardamonu. Nie jest to jednak korzenny zawrót głowy.
Całość okazała się być udana, jednak muszę przyznać, że najbardziej przypadła mi do gustu po prostu świetnie rozpuszczająca się, aksamitna mleczna czekolada. Posmak olejku pomarańczowego z czasem odbijał się niczym po wypiciu oranżady, ale samo wspomnienie czekoladowo-orzechowo-korzennego filmu rozciągającego się na podniebieniu jest już w 100% przyjemne. Zwłaszcza, gdy pomyślę o widoku z Ostrzycy, który obserwowałam jedząc Lindt Weihnachts Orangen-Truffel. Nie ma się jednak co oszukiwać - nie jest to tabliczka warta bagatela 20 zł. Mimo tak wysokiej ceny widzę, że zyskała powodzenie - w pobliskim Empiku na początku stycznia nie ma po niej śladu.
Po zejściu z Ostrzycy udaliśmy się poprzez wioski Bełczyna i Bystrzyca (mijając najstarszy cis w Polsce) do miasteczka Wleń. Tam wdrapaliśmy się na Górę Zamkową, gdzie z ruin zamku podziwialiśmy piękny widok na całą okolicę. We Wleniu przykolegował się do nas przesympatyczny, puszysty piesek z obróżką, który za nic nie chciał się od nas odłączyć. Gdy zbliżaliśmy się już do urokliwej wsi Tarczyn, w końcu zrozumiał, że kontynuacja marszu z nami zbyt mocno oddali go od domu. Za Tarczynem oznakowanie szlaku było tragiczne, ale na szczęście odnaleźliśmy właściwą drogę. Dalej przez Przełęcz Rząśnicką i Leśniak, udaliśmy się na drugi priorytetowy cel naszej wędrówki tego dnia, a mianowicie szczyt Okole 718 m n.p.m. Widoczność z tego szczytu jest już ograniczona ze względu na zarośnięcie lasem, jednakże wiele lat temu była na nim nawet wieża widokowa. Poniżej zamieszczam zdjęcie widoku ze zboczy Okola na Ostrzycę.
Pierwszego dnia zdecydowanie przesadziliśmy z kilometrami. Na Okolu byliśmy już o zachodzie słońca, a stamtąd czekał nas jeszcze marsz na kwaterę przez Lubiechową i Świerzawę. Moje nogi nieźle dostały w kość, zwłaszcza, że cały grudzień moja aktywność fizyczna była praktycznie żadna (oprócz weekendowych spacerów). Bałam się o to, jak dam radę podczas kolejnych dni wyprawy, ale na szczęście potem było już tylko lepiej. Uspokoję Was, że aby dotrzeć w opisane dziś przeze mnie miejsca wcale nie trzeba planować tak długiej trasy - wszędzie można podjechać i uskuteczniać spacery.
Do dalszych czekoladowych relacji z Gór Kaczawskich powrócimy po recenzji pewnej mlecznej Domori, która pojawi się na blogu już pojutrze.
Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, orzechy laskowe 9%, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, dekstroza, śmietanka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, olejek pomarańczowy 1%, lecytyna sojowa, laktoza, ekstrakt słodu jęczmiennego, olej rzepakowy, syrop glukozowy, zagęszczony sok cytrynowy, wanilina, ekstrakty przypraw.
Masa netto: 150 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 589 kcal.
BTW: 7,3/39/51































