czwartek, 7 stycznia 2016

Lindt Weihnachts Orangen-Truffel mleczna nadziewana truflą pomarańczową i przyprawowym nugatem z orzechów laskowych

 

 Dziś pierwszy raz zabiorę Was w niezwykłą krainę, którą miałam okazję eksplorować z moim Mężem od 25 do 31 grudnia minionego roku. Mowa o zapomnianej i niedocenianej Krainie Wygasłych Wulkanów, czyli o Górach i Pogórzu Kaczawskim. Rejon położony między Lwówkiem Śląskim, Jelenią Górą, Bolkowem i Legnicą około 20 milionów lat temu buchał jęzorami ognia i potokami lawy. Dziś najwyższe wzniesienie ma jedynie 724 m n.p.m. (Skopiec), a wiele z wygasłych wulkanów nie przekracza 300 m n.p.m. Góry Kaczawskie kryją w sobie jednak wiele tajemnic - geologicznych, przyrodniczych oraz historycznych. Ślady działalności wulkanicznej są bardzo namacalne. Przyznać się, kto z Was nie wiedział, że na terenie Polski mamy nieczynne wulkany?

Od zwiedzania pieszo tych gór mogą odstraszać dość słabo oznakowane szlaki w większości rejonów oraz spore odległości pomiędzy charakterystycznymi punktami, lecz tak naprawdę pomiędzy atrakcjami Gór Kaczawskich można poruszać się samochodem, z miejsca do miejsca. Niestety infrastruktura turystyczna była tam po stokroć bardziej rozwinięta za czasów niemieckich, a wiele pomników przyrody jest niszczonych przez przemysł - może tym bardziej należy się owym górom większa uwaga i troska. Oh, koniec tego rozwlekłego wstępu - czas skupić się na pierwszym dniu naszej wyprawy oraz na czekoladzie, którą tego dnia jedliśmy. Wszak wiem, że wielu z Was czeka na recenzję tej tabliczki!


25 grudnia po śniadaniu i okołopołudniowej kawie z Rodzicami wyjechaliśmy do miejscowości Sędziszowa. Nasz pensjonat - Agroturystyka Eden - położony jest kilkanaście kilometrów za Złotoryją, u stóp rzeki Kaczawy i dawnego wulkanu Wielisławka, na którego zboczach znajdują się przepiękne Organy Wielisławskie. 26 grudnia wstaliśmy po piątej, by jeszcze sporo przed świtem wyruszyć żółtym szlakiem z Sędziszowej w stronę Proboszczowa. Proboszczów, jak wiele miejscowości w Górach Kaczawskich, cechuje się urokliwym starym budownictwem, typowo sudeckim i poniemieckim - niestety bardzo zaniedbanym. Wieś ta, leżąca u stóp niezwykłej góry - Ostrzycy Proboszczowickiej - mogłaby ukręcić z tego niemały turystyczny interes, tymczasem jest po prostu... zabita dechami. Miałam wrażenie, że gdyby nie duża ferma trzody chlewnej, miejscowość byłaby niemalże martwa. A z samego Proboszczowa na Ostrzycę już tak blisko... Nie trzeba iść tam pieszo z daleka tak jak my, wystarczy podjechać autem do Proboszczowa, zrobić mały spacer i podziwiać widoki...

Ostrzyca jest jedną z najpiękniejszych gór w całych Sudetach. To pozostałość komina wulkanicznego. Pomimo upływu lat, nadal zachowała kształt typowego, wulkanicznego stożka. Jej zbocza w dużej mierze pokryte są rzadkimi bazaltowymi gołoborzami. Charakterystyczna samotna sylwetka "śląskiej Fudżijamy" widoczna jest z wielu miejsc w regionie, a również z niej samej rozciąga się nie byle jaki widok. Na szczycie usadowić się możemy na bardzo przyjaznych ku biwakowaniu rzeźbach skalnych i delektować się pięknem krajobrazu. To właśnie tam postanowiliśmy sięgnąć po Lindt Weihnachts Orangen-Truffel, która została obfotografowana w tych urokliwych okolicznościach przyrody.





Lindt Weihnachts Orangen-Truffel to świąteczna nadziewana propozycja od popularnej czekoladowej marki. Osobiście, spotkałam się z nią jedynie w Empiku. Choć tabliczka liczy sobie 150 gram, jej cena wydała mi się odstraszająca nawet jak na Lindta. W Empiku życzą sobie za nią 19,99 zł. Owszem, jestem w stanie zapłacić tyle za czekoladę, nawet o mniejszej gramaturze, ale zupełnie innych marek niż Lindt. Na szczęście z pomocą przyszła moja Mama, która postanowiła sprezentować mi czekoladę na imieniny. Dzięki niej możecie się dowiedzieć, czy rzeczywiście Weihnachts Orangen-Truffel jest warta swojej ceny.


Od razu po rozpakowaniu tabliczki ze sreberka wiedziałam, co na pewno mnie w niej nie zawiedzie. Lindtowska mleczna czekolada - jej delikatny aromat zaświdrował mi w nosie, a już po chwili usta wypełnił aksamit mlecznego smaku. W Weihnachts Orangen-Truffel mleczna czekolada jest lindtowsko idealna. Zrobili ją tutaj dokładnie taką, jaką kocham. Wspaniale rozpuszczała się, z niebywałą gładkością. Miała w sobie mnóstwo przyjemnej mleczności, a kakao dzielnie jej towarzyszyło. Ten klasyczny przysmak krył w sobie dwuwarstwowe nadzienie, którego najbardziej byłam ciekawa, a już czułam, że i ono będzie bardzo aromatyczne.

Dolna warstwa jest cieńsza i poprzez swój biały kolor od razu skojarzyła mi się nieprzyjemnie z cukrowo-mlecznymi "kremami" znanymi chociażby z zeszłorocznej serii egzotycznej (Acai Beere, Mango-Maracuja, Papaya). Na szczęście, tym razem to coś zupełnie innego! Wprawdzie przypuszczam, iż podstawowym składem nie różni się ona od białej warstwy w wyżej wspomnianych czekoladach, jednak posiada w sobie czynnik stanowiący o jej wyjątkowości. Mowa o olejku pomarańczowym, który otula swym wyrazistym aromatem całą tabliczkę i w zasadzie staje się istotą kompozycji smakowej. Oto właśnie ta tajemnicza pomarańczowa trufla, która nadaje świątecznego, cytrusowego uroku całości.



Grubsza, obfitsza warstwa jest znacznie zbita - zresztą podobnie jak warstwa biała - czym nieco mnie zdziwiła, bowiem obrazek na opakowaniu sugerował coś odmiennego. Dla mnie było to jednak pozytywne zaskoczenie, ponieważ nie przepadam za półpłynnymi nadzieniami. Według nazwy miał to być przyprawowy nugat z orzechów laskowych. Owszem, przyjemna orzechowość była wyczuwalna bez dwóch zdań, ale bardziej przypominała mi a'la piernikowe ciasto. Korzenne przyprawy delikatnie przebijały się spomiędzy olejku pomarańczowego, który zaopiekował się każdą częścią świątecznej czekolady. Szkoda, że w składzie nie wyróżniono, jakie dokładnie przyprawy zastosowano. Na pewno jest tu cynamon, może trochę goździków i kardamonu. Nie jest to jednak korzenny zawrót głowy.

Całość okazała się być udana, jednak muszę przyznać, że najbardziej przypadła mi do gustu po prostu świetnie rozpuszczająca się, aksamitna mleczna czekolada. Posmak olejku pomarańczowego z czasem odbijał się niczym po wypiciu oranżady, ale samo wspomnienie czekoladowo-orzechowo-korzennego filmu rozciągającego się na podniebieniu jest już w 100% przyjemne. Zwłaszcza, gdy pomyślę o widoku z Ostrzycy, który obserwowałam jedząc Lindt Weihnachts Orangen-Truffel. Nie ma się jednak co oszukiwać - nie jest to tabliczka warta bagatela 20 zł. Mimo tak wysokiej ceny widzę, że zyskała powodzenie - w pobliskim Empiku na początku stycznia nie ma po niej śladu.




Po zejściu z Ostrzycy udaliśmy się poprzez wioski Bełczyna i Bystrzyca (mijając najstarszy cis w Polsce) do miasteczka Wleń. Tam wdrapaliśmy się na Górę Zamkową, gdzie z ruin zamku podziwialiśmy piękny widok na całą okolicę. We Wleniu przykolegował się do nas przesympatyczny, puszysty piesek z obróżką, który za nic nie chciał się od nas odłączyć. Gdy zbliżaliśmy się już do urokliwej wsi Tarczyn, w końcu zrozumiał, że kontynuacja marszu z nami zbyt mocno oddali go od domu. Za Tarczynem oznakowanie szlaku było tragiczne, ale na szczęście odnaleźliśmy właściwą drogę. Dalej przez Przełęcz Rząśnicką i Leśniak, udaliśmy się na drugi priorytetowy cel naszej wędrówki tego dnia, a mianowicie szczyt Okole 718 m n.p.m. Widoczność z tego szczytu jest już ograniczona ze względu na zarośnięcie lasem, jednakże wiele lat temu była na nim nawet wieża widokowa. Poniżej zamieszczam zdjęcie widoku ze zboczy Okola na Ostrzycę.

Pierwszego dnia zdecydowanie przesadziliśmy z kilometrami. Na Okolu byliśmy już o zachodzie słońca, a stamtąd czekał nas jeszcze marsz na kwaterę przez Lubiechową i Świerzawę. Moje nogi nieźle dostały w kość, zwłaszcza, że cały grudzień moja aktywność fizyczna była praktycznie żadna (oprócz weekendowych spacerów). Bałam się o to, jak dam radę podczas kolejnych dni wyprawy, ale na szczęście potem było już tylko lepiej. Uspokoję Was, że aby dotrzeć w opisane dziś przeze mnie miejsca wcale nie trzeba planować tak długiej trasy - wszędzie można podjechać i uskuteczniać spacery.



Do dalszych czekoladowych relacji z Gór Kaczawskich powrócimy po recenzji pewnej mlecznej Domori, która pojawi się na blogu już pojutrze. 

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, orzechy laskowe 9%, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, dekstroza, śmietanka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, olejek pomarańczowy 1%, lecytyna sojowa, laktoza, ekstrakt słodu jęczmiennego, olej rzepakowy, syrop glukozowy, zagęszczony sok cytrynowy, wanilina, ekstrakty przypraw.
Masa netto: 150 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 589 kcal.
BTW: 7,3/39/51

wtorek, 5 stycznia 2016

Zotter Stress Stopper mleczna nadziewana ganaszem z białej czekolady i karmelizowanym makiem



O zotterowskiej czekoladzie Stress Stopper mogliście już poczytać na blogu Kimiko. W komentarzach pod jej recenzją obie nie mogłyśmy odżałować, że w Czekolady Zotter Polska ów wariant smakowy był dostępny jedynie pod szyldem Stress Stopper - bowiem ta sama tabliczka występuje także pod nazwą Blue Poppyseed. Naszym zdaniem, Blue Poppyseed posiada o wiele ładniejsze opakowanie (tu fotka), choć Stress Stopper jest rzeczywiście bardziej chwytliwą nazwą, dzięki której produkt świetnie nadaje się na przykład na prezent dla nerwusa. Ponadto, staje się czekoladą, którą bezwiednie wybiera się celem odstresowania. Tak było u mnie, w wigilijne przedpołudnie.


W Wigilię wyjechałam grubo przed świtem do pracy, żeby podomykać ostatnie sprawy przed urlopem. Wróciłam jeszcze przed południem, by wraz z Mężem od razu biec do ulubionej cukierni po słodkości na świąteczne posiedzenia z Rodzicami przed naszym wyjazdem w góry. Wróciłam głodna, głodna i nerwowa, a na dodatek apogeum osiągało u mnie napięcie związane z przejściem z trybu praca na tryb urlop. Nim zrobiłam kawę, musiałam przekąsić coś "normalnego" (nie słodkiego), co było pierwszym sposobem na uspokojenie się. Drugim etapem uspokajania miał być kawałek świeżego sernika z orzechami w karmelu, ale uznałam, że zotterowski Stress Stopper o wiele lepiej spisze się w tej sytuacji.

Stress Stopper to jedna z tych Zotter Handscooped, która posiada bardzo prosty skład. Zresztą, po co przekombinowywać i wzbogacać coś, co ma być mleczną czekoladą 40% nadziewaną ganaszem z białej czekolady z karmelizowanym makiem. W końcu to brzmi tak prosto i tak smacznie, samo w sobie. Ot, alternatywna forma świątecznego makowca.



Tafla czekolady wygląda niezwykle łagodnie, tak jasny i ciepły jest jej brąz. Chyba już dawno nie jadłam mlecznej Zotter Handscooped, która miałaby mniej niż 50% kakao. Od razu muszę przyznać, że spotkanie z 40% mlecznym Zotterem tego dnia sprawiło mi niesamowitą radość. Aksamitna kuwertura łatwo topiąca się pod palcami pachniała przerozkosznie - słodziutko, bogato, mocno mlecznie, błogo. Spod jej warstwy docierał do nas wyraźny aromat maku, niczym z najlepszego makowego ciasta. Ponadto uwydatniały się nuty maślane. Pomimo nieobecności w składzie wydawało nam się, że czujemy również kokos i migdały. Przepysznie kusząco!


Mmm... O tak... Wystarczyła chwila, aby wszystkie części ciała rozluźniły się, a relaks stopniowo zalewał każdy zakamarek umysłu. Boska mleczna czekolada zaczęła cudownie rozpuszczać się w ustach, przenosząc w krainę beztroski. Już sama czekolada okazała się być wprost genialna - idealnie słodka, z odpowiednim balansem pomiędzy mocą kakao i mleka, wspaniale jedwabista, zostawiająca w ustach przyjemne miękkie błoto.

Wnętrze ani trochę nie zaburza tej błogości, a wręcz ją jeszcze intensyfikuje. Ganasz jest również niezwykle gładki i tak jak kuwertura łatwo i miękko rozpuszcza się w ustach. To barrrdzo śmietankowy krem z białej czekolady, maślany i słodki, z drobną nutką wanilii. Tak jak w zapachu, również w smaku przebrzmiewa iluzja kokosa i migdałów, co jeszcze zwiększa smakowitość. Jestem przekonana, że owe złudzenie płynie z bogactwa kakao, choć połączenie śmietanki z makiem również może wywoływać takie wrażenie.




Jak wypadł mak? W ganaszu znajduje się go naprawdę sporo i pięknie prezentuje się w przekroju tabliczki. Jak mówi nazwa produktu, został on poddany procesowi karmelizacji. W końcowym efekcie, po zatopieniu w aksamitnym ganaszu - staje się on jędrny, wilgotny, wyrazisty w smaku. Choć wieczorem tego dnia jadłam pyszny makowy tort, to jednak mak z Stress Stopper dał mi większą satysfakcję. Myślę, że głównie jest to skutek tak wspaniale gładkich i dopracowanych kompanów, z którymi występował z zotterowskiej kompozycji. Mak - charakterystyczny i niebanalny w smaku, jest jednak dość neutralny. Po odpowiednim przygotowaniu wprost musiał harmonijnie połączyć się z czekoladowym niebem ganaszy i kuwertury.

 Ta dopracowana prostota smaków okazała się być dla mnie idealnym pomostem pomiędzy pracą a urlopem. Nie spodziewałam się, że będzie AŻ TAK pozytywnie. Łyk ciepłej kawy i błogo rozpuszczający się kęs mojego małego Stress Stoppera - jak dobrze jest cieszyć się chwilą przyjemności. A potem było już tylko milej, wszystko za sprawą mojego cudownego Męża. Z niego to jest już całkiem duży Stress Stopper :).



Skład: surowy cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, śmietanka, miazga kakaowa, szary mak, cukier inwertowany, masło, sól, wanilia, lecytyna sojowa, cynamon.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 551 kcal.
BTW: 7,6/41/38

niedziela, 3 stycznia 2016

Domori Javagrey mleczna 45% Jawa



Odkrywanie świata 70% single-origin od Domori miało być preludium do zagłębienia się w tabliczki wykonane z konkretnych szczepów kakao uprawianych na wenezuelskiej plantacji Hacienda San Jose. Po jakże odmiennych i zaskakujących Sambirano, Morogoro i Apurimac, musiałam jednak zrobić sobie przerwę. Po ostatnich zakupach w sklepie Sekretów Czekolady, w mojej Magicznej Szufladzie zagościły także 25-gramowe mleczne propozycje od włoskiego mistrza Franzoni. Przy niedzielnej kawie zasiadłam wraz z Mężem do porównania dwóch wariantów opartych na mleku krowim - 45% kakao z Jawy w fuzji z mlekiem od tyrolskich szarych krów oraz 45% kakao Arriba z Ekwadoru w fuzji z mlekiem przyprawionym francuską solą Guerande. Najpierw pragnę przedstawić Wam Javagrey (tutaj link do recenzji na seventypercent.com) - jedną z nielicznych mlecznych czekolad, w której znamy zarówno pochodzenie kakao, jak i rasę krów.


Javagrey wypakowana z zgrabnego pudełeczka i zdobionego sreberka urzeka nas jaśniutkim, lekko rudawym odcieniem brązu. Unosi się nad nią bardzo delikatny zapach, tak subtelny, że trudno się po nim czegoś spodziewać - stawia wiele znaków zapytania. Aromat nie ma wielkiej mocy, niesie ze sobą przede wszystkim zapowiedź przyjemnej mlecznej słodyczy, z odrobiną wanilii i karmelu. Kakao wydaje się być przykryte pod gęstą mleczną powłoką, ale czy w smaku będzie tak samo?

Przy przełamywaniu w palcach, a następnie przegryzaniu, Javagrey okazuje się być czekoladą miękką i delikatną, a przy tym umieszczona na języku i poddana swobodnemu rozpuszczaniu uwalnia z siebie nieco suchości i specyficznej szorstkości. Wystarczy chwila kontaktu z kubkami smakowymi by przekonać się, iż zapach nie kłamał. Wyraźna mleczność jest tutaj wiodącą nutą i niemal cała moc kakao się pod nią chowa. Szkoda, bo gdy tylko wspomnę recenzję ciemnej neapolitanki Domori Javablond u Kimiko, nabieram niesamowitej ochoty na jawajskie kakao we włoskiej interpretacji. Nie ma się jednak czemu dziwić, skoro w Javagrey miazga kakaowa zajmuje dopiero czwarte miejsce w składzie, po cukrze trzcinowym, tłuszczu kakaowym oraz pełnym mleku w proszku.




Javagrey błogo, lecz nieskomplikowanie rozpuszcza się w ustach tworząc w nich gęste i zwarte błoto. Nie topimy się jednak na maksa w tym czekoladowym błocie, coś utrzymuje nas w rezerwie przed całkowitym zatraceniem się w czekoladzie. Spod zdecydowanej, acz nadal wyważonej słodyczy, mleczno-karmelowo-bananowej, próbuje wynurzyć się trochę dzikości. Dzikości nieco palonej i dymionej, nieco przyprawowej - ale nie, tego jest zbyt mało, by zdecydowanie ją wyłapać, szczegółowo opisać. Delikatne mleko uładziło wszystko, słodycz wiedzie prym w kwestii smaku - w pewnym stopniu przypominało mi to mlecznego Lindta. Ponadto, Javagrey ma w sobie jakiś szorstkawy element konsystencji, który uparcie kojarzył mi się z jaglanym i gryczanym Zotterem, co akurat było mało przyjemnym wspomnieniem.


Na pewno Javagrey jest świetną czekoladą dla fanów przystępnych, prostych smaków - a przy tym mającym chęć na odrobinę wykwintności. To w 100% klasyczna mleczna czekolada - wykonana solidnie, ale z naciskiem na MLEKO. Mi zdecydowanie przeszkadzało tu nadmiernie uładzone jawajskie kakao, choć zdaję sobie sprawię, że taki mógł być zamysł stworzenia Javagrey. Przez chwilę pojawiała się też dziwaczna mydlaność, no i ta specyficzna szorstkość, które okazały się być przeszkadzajkami w tej jakże prostej i klasycznej mleczności. 

Osobiście nie chciałabym już wracać do tej tabliczki, mam wrażenie, że pozbawiono ją znacznej części kakaowego bogactwa. Mając polecić komuś dobrą mleczną czekoladę zdecydowanie skierowałabym się nie ku Javagrey, lecz w stronę Zottera. Equador 50% i Nicaragua 50% o wiele, wieeeele bardziej przypadły mi do gustu i póki co to one są moimi faworytami w świecie mlecznych czekolad bez dodatków.



Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 20%, miazga kakaowa, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 45%.
Masa netto: 25 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 602,5 kcal.
BTW: 7/43,5/45

piątek, 1 stycznia 2016

Zotter Mountain Gentian ciemna 80% nadziewana czekoladowym ganaszem z wódką z goryczki



Mountain Gentian to jedna z nowości Zottera, której na początku wcale nie planowałam zamawiać. Jednakże, gdy pierwszy raz przymierzałam się do zamówień edycji jesiennej oraz nowości na przełom 2015-2016, nie wszystkie pożądane przeze mnie pozycje były dostępne. Przy kolejnej dostawie z Austrii do Czekolady Zotter Polska skompletowałam już moją listę must-have, a Mountain Gentian postanowiłam wziąć na doczepkę. Poza tym, urzekła mnie prosta i bardzo ładna szata graficzna opakowania. Słowo "mountain" w nazwie również nie mogło przejść u mnie bez echa. Czy było warto? Zapraszam do lektury!


Mountain Gentian to ciemna czekolada o 80% zawartości kakao, wypełniona czekoladowym ganaszem nasączonym wódką z goryczki. Brzmi ekstremalnie? Na pewno. Dla wielu z Was pewnie nawet przerażająco. Może niektórzy na myśl o próbowaniu takiej czekolady szykowaliby już zagrychę, zapojkę i alkomat. Zwłaszcza, że wysoka zawartość kakao oraz tajemnicza nazwa "goryczka" jeszcze dokładają do pieca. Tymczasem goryczka to nic strasznego, lecz ów ładny kwiatek widoczny na opakowaniu. Jego płatki posiadają przepiękną, bardzo intensywną niebieską barwę. Stanowią symbol alpejskiej roślinności, stąd taka a nie inna nazwa tabliczki. Nazwa rośliny pochodzi od gorzkiego smaku wyciągu w liści i korzeni. Fitoleczniczo używany jest on przede wszystkim celem pobudzenia układ trawiennego. W Mountain Gentian miejsce znalazł tradycyjny austriacki sznaps zrobiony na bazie wyciągu z korzeni goryczki. W Nowy Rok na moim blogu wkraczamy więc wznosząc toast bardzo nietypowym trunkiem.


W tej tabliczce uwagę zwraca bardzo prosty skład jak na Zotter Handscooped. Prym wiodą surowce kakaowe, mleczne, no i oczywiście wódka z goryczki, stanowiąca aż 15% całości. Po wyjęciu czekolady z opakowania, zostajemy zaskoczeni bardzo kuszącym zapachem tej głęboko ciemnobrązowej tafli. Urzeka nas aromat dobrego czekoladowego likieru, podkreślony przez nuty typowe dla Zotter Handscooped z ciemną kuwerturą. Wyczuwamy przyjemną maślaność, a także o dziwo piernik i korzenie - choć jedyną aromatyczną przyprawą zastosowaną w tym wyrobie jest wanilia.

Przekrojenie tabliczki na pół ukazuje nam jej miękkie, ciastowate wnętrze, o parę tonów jaśniejsze od kuwertury. Warstwa ciemnej czekolady łatwo odchodzi od nadzienia, które zostawia na niej jednak lekki film, przypominające przylegające do wieczka lody czekoladowe. Przegryzamy cudnie chrupiącą pod zębami czekoladę, dostając się do gęstego i kremowego nadzienia. Mmm...



Od razu alkohol mocno osiada nam na języku. Zaraz po nim przychodzi mocno cytrusowa kwaśność czekolady, a następnie wyraziste ściąganie. 80% kakao robi swoje! Wielka szkoda, że nie wiemy, jakiego pochodzenia jest owe kakao, bo jak się potem okaże, namieszało ono nieźle w całej kompozycji. Ale po kolei...

Całość w ustach tworzy lepiący, pełny krem. Pomimo alkoholu cały czas dającego o sobie znać, czekolada jest tu absolutnym szefem - to kakao wnosi do Moutain Gentian najwięcej niuansów. Wszystko gładko się rozpuszcza, idealnie. Słodycz kompozycji jest wyważona niczym w najlepszych gęstych czekoladowych lodach, tutaj podlanych jeszcze czekoladowym likierem. Pomimo gładkiego rozpuszczania pod koniec wyraźnie pojawia się ściąganie, ale jest ono przyjemne, pozbawione proszkowatości. Nie kojarzy się ono bezpośrednio z surową goryczą, bowiem tuż przed uczuciem ściągania czekolada funduje nam owocową feerię: cytryn, limonki oraz cierpkawych wiśni. Ponadto, później pojawia się wyraźna sugestia orzechów laskowych. Na samym końcu jednoznacznie odznaczają się soczyste, przepyszne pomarańcze.



Trudno stwierdzić, jakie wódka z goryczki wnosi do Mountain Gentian charakterystyczne nuty poza samą alkoholowością. Czy całe bogactwo smaków to tylko i wyłącznie kwestia kakao? Nie zdziwiłabym się, aczkolwiek rozpiera mnie ciekawość, jak smakowałby kieliszek goryczkowego sznapsa. Szkoda, że istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo, iż kiedykolwiek się o tym przekonam...


Choć wódka w składzie może straszyć, Mountain Gentian okazała się być mimo wszystko łagodna, bardzo harmonijna i stonowana. Alkohol był tutaj tylko małym elementem gry, w której karty rozdawało boskie kakao. Na pewno ta Zotter Handscooped przypadła mi do gustu bardziej, niż Silver Firs. Podczas degustacji tej goryczkowej czekolady totalnie się zrelaksowałam, a zamykając oczy przeniosłam się na łąkę przy schronisku Martin Busch Hutte w Alpach Otztalskich. Wspomnienia wróciły tak bardzo żywe i zrobiło się mi błogo... Mountain Gentian była dla mnie bardzo miłą niespodzianką i za nic nie spodziewałabym się, że swą prostotą i jednoczesną głębią smaku tak bardzo mnie urzeknie. Godna polecenia!


Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, wódka z goryczki 15%, tłuszcz kakaowy, syrop glukozowo-fruktozowy, mleko, pełne mleko w proszku, sól, wanilia.
Masa kakaowa min. 80%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 511 kcal.
BTW: 7,9/35/30