wtorek, 15 września 2015

Lindt Mango-Maracuja mleczna nadziewana mango, marakują i mlecznym kremem

 

 Po niezbyt udanej Acai Beere, czas na dalsze rozpracowywanie egzotycznych nadziewanych nowości od Lindta. Jako drugą wypróbowaliśmy Mango-Maracuja. Będąc jeszcze w Polsce, skosztowaliśmy inną lindtowską nowość bazującą na mango, a mianowicie Mango Lassi. Bardzo chciałam, aby w Mango-Maracuja mango mocniej doszło do głosu, niż w Mango Lassi. Wiedząc jednak, co reprezentowała sobą Acai Beere, miałam pewne wątpliwości, czy moje marzenie zostanie spełnione.

Mango-Maracuja otworzyliśmy we wtorkowe południe, będąc na szczycie Hatis 2558 m n.p.m. Góra ta leży pomiędzy Masywem Aragacu a Górami Gegamskimi, toteż jest dobrym miejscem do podziwiania widoków obu pasm, po których wcześniej wędrowaliśmy. W pełnej krasie widać tu także Erywań, a przy lepszej widoczności bosko musi prezentować się Ararat. Podejście na Hatis było naprawdę spokojne, zresztą góra ta zimą jest dość popularna wśród narciarzy.


 


To jak było z tą czekoladą? Wylewający się na zewnątrz dość rzadki dżem, zaraz po rozgryzieniu kostki - nie zapowiadał niczego dobrego. Konwencja wykonania tej lindtowskiej serii zupełnie mnie nie przekonuje. Od razu chciałam przeprosić Was za wspaniały manicure ze zdjęć - do Armenii nie wzięłam lakieru do paznokci, ale zmywacza też nie... Zresztą, czułam się przeszczęśliwa izolując się od wszelkich kolorowych kosmetyków podczas tego wyjazdu.

To, co przede wszystkim dotyka naszych kubków smakowych podczas spożywania Mango-Maracuja, to intensywna słodycz. Poza górami byłabym w stanie zjeść za jednym podejściem góra dwie kostki. I tak egzotycznych nadziewańców od Lindta nigdy nie jadłam na współę z Mężem, zawsze jeszcze dzieliliśmy się z naszym przewodnikiem Serzhem. Wysoki poziom słodkości dominuje wszystko, każdy niuans smakowy to tylko nieliczący się w ostatecznym rozrachunku szczególik.

Mleczne zbite nadzienie jest nijakie i słodkie, dżem również jest bardzo słodki, a do tego lepiący. Mango i marakuję można zidentyfikować, ale nie bombardują owocową świeżością tak jakbym sobie tego życzyła. Mango swą intensywnością na pewno nie przebiło Mango Lassi. Ponadto mam pewne zastrzeżenia co do naturalności owocowych smaków w Mango-Maracuja, ale być może jest to kwestia cukru, który wszystko przyćmiewa. Jedynym ratunkiem jest dobra jak zawsze lindtowska mleczna czekolada, która jednak traci na swej delikatności w konfrontacji z cukrowym wnętrzem.

Po zjedzeniu Mango-Maracuja mój apetyt na wersję z papają spadł niemal do zera... Trzeba było jednak się z nią zmierzyć już kolejnego dnia, na którego opis zapraszam do dalszej części wpisu.



W środę pożegnaliśmy się z Erywaniem i wsiedliśmy do samochodu Serzha by przesuwać się coraz bliżej granicy z Gruzją. Najpierw pojechaliśmy nad jezioro Sewan. Znajdujący się nad nim monastyr Sevanavank możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Śmiałam się, że w przypadku Sewan spacer dookoła jeziora nabiera zupełnie nowego znaczenia - nie byłby to spacerek jak nad Kari czy Akna. Sewan to największe jezioro Kaukazu, o powierzchni 1260 km2. Jego ogrom robi niesamowite wrażenie i świetnie pasuje do spostrzeżenia, że Armenia to dla mnie kraj olbrzymich surowych przestrzeni.


Potem przejeżdżając przez miasto Dilidżan, zwane ze względu na malownicze położenie ormiańską Szwajcarią - kierowaliśmy się w stronę monastyru Haghartsin. Żeby tam dotrzeć, musieliśmy przejechać przez dość długi tunel. Wyjeżdżając z niego przeżyliśmy szok - pogoda po jego drugiej stronie była diametralnie inna, niż nad Sewanem. Mgła, wilgoć, zimno i bardzo kiepska widoczność. Choć Haghartsin nabrał we mgle niezwykle tajemniczego uroku, to i tak wolałabym oglądać go w słonecznej i ciepłej aurze.


Kolejnym punktem wyprawy był monastyr Goshavank. Po wzgórzach go otaczających mieliśmy odbyć trekking, ale przekropna pogoda skutecznie nas zniechęciła. Na dodatek mój Ukochany kiepsko się czuł. Po zwiedzeniu Goshavank zdecydowaliśmy się na skierowanie się do naszej kwatery w pobliskiej wsi Hovk.


Trudną górską drogą dojechaliśmy do gościńca prowadzonego przez przyjaciela Serzha. Bez auta terenowego dojazd tam jest praktycznie niemożliwy. Tam poznaliśmy gospodynię Wirginię i dwójkę jej dzieci. Grzejąc się przy kominku, pijąc herbatę i jedząc Lindt Papaya (o której poczytacie pojutrze) poczułam, że nogi rwą mi się do dalszej wędrówki. Godzina nie była jeszcze późna i już nie padało, choć widoczność była nikła. Wraz z Serzhem i Mężem wybrałam się na trzygodzinny spacer po błotnistych górskich ścieżkach wokół Hovk. Nic nie było widać i aż serce mi krwawiło, gdy po powrocie pokazano mi zdjęcie gościńca w Hovk podczas słonecznej pogody. Niesamowity widok.

Wirginia tego wieczoru ugościła nas przepyszną kolacją. Baranina w towarzystwie mnóstwa wspaniale doprawionych warzyw była prawdziwą rozkoszą dla mojego podniebienia. Do dziś wspominam smak genialnie przyrządzonego mięsa czy bakłażanów pieczonych wprost na piecu...



Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 15%, cukier inwertowany, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku 3%, olej palmowy, koncentrat soku z marakui 1,5%, mango 1%, syrop glukozowy, koncentrat soku z mango 0,5%, koncentrat soku cytrynowego, lecytyna sojowa, laktoza, pektyna, naturalne aromaty.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 512 kcal.
BTW: 6,1/28/58

38 komentarzy:

  1. charlottemadness15 września 2015 05:41

    Swoją przygodę z letnim trio Lindt'a rozpoczęłam właśnie od Lindt Mango-Maracuja i od razu zniechęciłam się do reszty tabliczek.Żałowałam i nadal żałuję,że je zakupiłam.No cóż, nie spodziewałam się tego,że będę cukier łyżkami jeść.Ta seria wyszła beznadziejnie.Jedynie mleczną czekoladę można wydłubać, bo ona zachowała tylko swój honor.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że tak ciężko by się dłubało tą czekoladę ;). Mango-Maracuja chyba najsłabiej wyszła.

      Usuń
  2. Ten smak był dla mnie gorszy z dwóch, jakie jadłam. Acai jeszcze przede mną, ale cóż...

    O matko! Te zdjęcia! Mgliste, szare... jak ja kocham takie klimaty! Chociaż szkoda, że trekking nie wyszedł. Gościnność niektórych nie zna granic - ja z kolei ciągle wspominam kiełbaski z mięsa renifera, zapewne podobnie, jak Ty tę baraninę z warzywami. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mango-Maracuja chyba wyszła najsłabiej, tak myślę.

      Trekking najbardziej lubię przy jakiejkolwiek widoczności ;).

      Mięso z renifera! No to dopiero coś! Też bym wspominała non stop, bo nigdy renifera nie jadłam. Co do baraniny, z nią mam w ogóle zajebiste wspomnienia, bo dotąd jadłam ją przede wszystkim w klimatycznych miejscach. Maroko, Czarnogóra, Armenia... W Polsce baaaardzo mało razy.

      Usuń
    2. W Polsce nawet o wołowinę ciężko, a na baraninę w ogóle... natknęłam się w restauracjach może ze dwa razy, chociaż... bywam raczej w miejscach, gdzie się nie dziwię, że jej nie ma. :P
      Chciałabym mieć takie wspomnienia... nie chodzi mi o samą baraninę, ale kraje, które wypisałaś. :D

      Usuń
    3. Mój Mąż wypróbowuje steki wołowe w każdej możliwej restauracji, w jakiej bywamy. Czasem trafia się taki kapeć, że aż żal. Baraninę na szczęście zawsze jadłam świetnie przyrządzoną.

      Pewnie masz na myśli restauracje z sushi? ;) Muszę powiększyć moje doświadczenia z tym jedzonkiem.

      A ja bym chciała mieć wspomnienia z USA... :)

      Usuń
  3. Czekolady z dżemowym nadzienieniem to zdecydowanie nie moje smaki i kompletnie do mnie ona nie przemawia, tym bardziej po tym co piszesz, aczkolwiek w przekroju wygląda smacznie :p
    Zresztą przy opisie Waszych wycieczek, ta czekolada to nicość :p I zjadłabym teraz bakłażana prosto z pieca :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smacznie w przekroju to wyglądają Zottery :D

      Wiesz jak bosko pachniały takie bakłażany? Aż kruche się zrobiły na tym piecu.

      Usuń
    2. Mogę sobie wyobrazić jedynie, bo pieczonego bakłażana jadłam jedynie z piekarnika i na pewno nie były kruche, ale i tak bardzo dobre :p

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    4. W sumie to ciężko mi znaleźć słowo na ich strukturę jaką otrzymały po zdjęciu z pieca :)

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Życzyłabym sobie mgły za każdym razem, jak odwiedzam jakiś zamek tudzież ruiny. Robienie klimatu to mało powiedziane.

    Czekolady mnie interesowały, kiedy weszły na rynek. Podejrzewam, że byłabym nimi oczarowana, nawet pomimo (albo właśnie dzięki) Twoich obiekcji. Teraz zbieram kasę, więc wydatek 10 zł na tabliczkę nie jest na moją kieszeń.

    Czuję niedosyt opowieści o samych budowlach.

    P.S. Obraziłaś się, że już mnie nie odwiedzasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy mam świadomość, że wokół roztaczają się piękne górskie panoramy, jednak wolałabym bez mgły.

      Na co zbierasz kasę? Znając Twoje czekoladowe upodobania rzeczywiście mogłabyś być oczarowana. Może na jakąś promocję utrafisz :>.

      Powiem, że im dalej od wyprawy, tym trudniej mi o niej szczegółowo pisać, bo serce coraz bardziej mi się kraje. Zresztą, od budowli i tak bardziej mnie interesowały góry. Monastyry były dla mnie tylko ciekawym dodatkiem.

      Nie obraziłam się, no co Ty. Czytam Cię, choćby na kiblu na Orlenie, ale tam trudno sklecić komentarz. Ostatnio mam bardzo napięty grafik, a gdy już mam czas na blogosferę, to zajmuję się swoim blogiem. Czekolad do opisania mnóstwo czeka w kolejce.

      Usuń
    2. Zbieram na wykupienie/przejęcie mieszkania, w którym mieszkam i wielki remont, bo wszystko ma tu po sto lat. Tapety odchodzą od ścian, w łazience odpadły kafelki, podłogi jak u dziada. Niełatwo zebrać sumę na całość, ale oszczędzanie pomoże :) Poza tym wolę mieszkać w swoim i cudnym mieszkaniu niż zjeść kilka Lindtów. Wartości w zasadzie nieporównywalne.

      Usuń
    3. Dokładnie, nie da się tego porównać :). Trzymam kciuki za dopięcie do celu! Z drugiej strony, mój Mąż już się nauczył, że na cokolwiek nie zbierałabym pieniędzy - czekoladowe zakupy muszą być! :D

      Usuń
  6. Za samym owocem mango nie przepadamy ale już na przykład mus z niego zrobiony bardzo nam smakuje. Marakuja z kolei w ogóle do gustu nam nie przypadła pod żadną formą i tym bardziej wszelkie jogurty czy inne słodkości z tym owocem nam się ciekawią. Już dawno postanowiłyśmy darować sobie tą kolekcję Lindtów.
    Jednak trzeba przyznać, że na zdjęciu ta mgła nadaje taki klimat nieco z horroru :D Jakby opuszczone miejsce :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja dla odmiany musu z mango jako takiego nigdy nie jadłam. Bo nadzienie w tej czekoladzie nie traktuję jako mus ;).

      Ze spokojem możecie ją sobie darować.

      Troszkę strasznie było, zwłaszcza, że wszędzie śmierdziało świecami ;).

      Usuń
    2. To jakbyśmy jeszcze wyczuły kadzidło to byśmy zwiewały stamtąd aż by się za nami kurzyło :P

      Usuń
    3. Kadzidło to akurat dla mnie ładnie pachnie :D. Tamten zapach to było coś jak... przefermentowany wosk? ;p

      Usuń
  7. W taki miejscu byłabym tak szczęśliwa, że nawet najtańsza czekolada będąca wyrobem czekoladopodobnym by mi smakowała. :D Oczywiście żartuję, jednak widoki naprawdę są zachwycające!
    Tak jakoś obawiałam się właśnie o te czekolady, nie wiem miałam właśnie przeczucie, że będą przesłodzone i choć dodatki wyczuwalne to jednak nie będzie to odczuwanie smaku podobnego do wgryzania się w prawdziwy owoc. Szkoda też, że mleczna część pozbawiona została jakiegokolwiek charakteru. Lind oczywiście ma czekoladę zawsze wysokiej jakości, szkoda, że wnętrze zawodzi, bo czekolada sama w sobie ma potencjał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że żartujesz, bo ja wiem, że nie smakowałaby Ci :D. Kiedyś w Czarnogórze się nacięliśmy i kupiliśmy tabliczkę czekoladopodobną... Poleciała do śmieci, a fe!

      Cały czas nie mogę przeboleć, że ta seria nie została wykonana w stylu Kasekuchen-Mandarine...

      Usuń
  8. Ze w3szystkich t5rzech akurat ta najmniej mnie interesowała. Ale i tak widać, ze nie zgadzamy się w naszych odbiorach tej serii :D
    Popieram komentarze powyżej. Życzyłabym sobie mgły za każdym razem jak zwiedzam jakiś zamek czy kościół <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może po prostu Armenia nie wyciągnęła ze mnie turbo zapotrzebowania na cukier ;).

      Ja może i też, ale nie mając świadomość, że wokół są piękne górskie krajobrazy, a ja ich nie widzę.

      Usuń
  9. Odpowiedzi
    1. Żyjesz! Ah! Wróciłaś na bloga! Super! Już biegnę do Twoich wpisów :)

      Usuń
    2. Żyję, jakoś jeszcze :D
      Ale Ci zazdroszczę tych wycieczek, ja w tym roku chyba tylko raz na weekend wyjechałam z miasta :(

      Usuń
    3. Korzystam jak mogę z możliwości urlopu :)

      Usuń
  10. Z całego trio ta najsłabsza, a właśnie na nią liczyłam najbardziej! Odpuszczam sobie całą serię :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla pewności może wypróbuj choćby jeden smak - wszak nasze opinie mogą się różnić!

      Usuń
  11. O matko! Na taką kolacyjkę to i ja bym z przyjemnością się wprosiła :3 Cuuudownie to wygląda :)
    A smak mango-maracuja najczęściej sięgam jak widzę, a wcale jakoś nie szaleję xDD Nie wiem... może dlatego, że lubię kwaśno-śłodkie smaki :) Ale tej czekolady nie jadłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Burczy mi w brzuchu na samo wspomnienie!

      Tu kwaśności nie uraczysz. Sama słodycz.

      Usuń
    2. na prawde sama? :> No wiecie cooo xDD i mi burczy nie powiem :D

      Usuń
    3. No w zasadzie to sama, wszystko inne w tej czekoladzie zostało przez nią przytłumione.

      Usuń
    4. to w takim razie jest żle, bo jak zawsze ktoś pisze, że za słodka, to przymykam oko, bo mam wysoki próg tolerancji cukru, ale skoro piszesz, że to sam cukier to nawet ja wymiękam :)

      Usuń
    5. E tam, lepiej nie wierz mi na słowo i po prostu spróbuj :D

      Usuń
  12. Ładna grafika opakowania i chyba tyle co?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety tylko tyle... A takie śliczne te owoce na obrazku.

      Usuń