niedziela, 15 listopada 2015

Grand Candy ciemna 60%

 

Z Pilska zeszliśmy z powrotem na Górę Pięciu Kopców, a stamtąd czarnym szlakiem udaliśmy się ponownie w kierunku Hali Miziowej, mijając je jednak górą. Skierowaliśmy swe kroki na szlak niebieski, prowadzący szczytami w stronę znanej nam już dobrze Hali Rysianka. Jesienią zeszłego roku, gdy eksplorowaliśmy Beskidy kwaterując się w Węgierskiej Górce, odwiedziliśmy Rysiankę idąc z Węgierskiej Górki przez Halę Boraczą, Redykalny Wierch i Lipowski Wierch, a wracając poprzez Romankę i Abrahamów.

 

Tym razem, idąc na Rysiankę od strony Pilska, zdobyliśmy Tanecznik, Munczolik, Palenicę i Trzy Kopce. Niestety, w tym paśmie żaden ze szczytów nie był oznaczony choćby małą tabliczką przy szlaku. Razi mnie to tym bardziej, iż wiem, że w Beskidzie Małym niemal każdy szczycik jest oznaczony tabliczką z nazwą i wysokością. Zawsze jakoś tak raźniej się idzie, no i łatwiej wtedy o orientację w przestrzeni - szczególnie docenia się takie oznakowanie w zalesionym terenie.

Gdy wyszliśmy już na Halę Rysianka doznaliśmy szoku. Choć zeszłego roku pogoda wcale nie była zła, dopiero teraz przekonaliśmy się, czym jest dobra widoczność na Hali Rysianka. Gdy patrzę teraz na fotografie stamtąd pochodzące aż nie chce mi się wierzyć, że zostały one wykonane w środku jesieni.




 

Po chwili kontemplacji widoków na ławeczce przy schronisku, ruszamy dalej znaną trasą przez Przełęcz Pawlusią na Romankę. Podziwiamy Babią Górę i Pilsko co rusz z nieco innej perspektywy.

 



Schodząc z Romanki skierowaliśmy się w inną stronę, niż rok temu. Udaliśmy się do Sopotni Wielkiej - najpierw niebieskim szlakiem przez Majcherowkę i Kotarnicę, następnie schodząc na szlak czarny. Będąc już w wiosce, usiedliśmy na ławce w pobliżu wodospadu, celem dopicia reszty kawy z termosu. Z plecaka wyjęłam jedną z posiadanych przeze mnie czekolad Grand Candy.

O tej armeńskiej firmie pisałam już tutaj. Zdradziłam wtedy, że nasz przewodnik sprezentował mi parę tabliczek rodem z tej erywańskiej fabryki słodyczy. O ile z Grand's uporaliśmy się dość szybko, tak pozostałe dwie czekolady spod szyldu Grand Candy pozostawiłam sobie na kolejny wyjazd w góry. Wiedziałam, że to mogą być niezbyt miłe sensualne spotkania z czekoladowymi produktami, dlatego wolałam uporać się z nimi na szlaku, gdzie przynajmniej posłużą jako dopalacz energetyczny.



Dziś opisywana czekolada to tabliczka ciemna o bezpiecznej, 60% zawartości kakao - podbitej niestety udziałem kakao w proszku. Wypakowana z kartoniku i sreberka zaprezentowała nam swe duże płaskie kostki, ozdobione firmowym grawerem. W podejrzany sposób świeciła się i pachniała... No niestety, pachniała najtańszą bombonierką - w której to pośledniej jakości kakao w proszku desperacko próbuje tłumić zwyczajność cukru, a do tego doprawione jest wszędobylską etylowaniliną.

Czekolada okazała się być idealnym przykładem na to, czym jest tabliczka wykonana z kakao masowej produkcji, nie z odmian aromatycznych. O ile o Prawdziwej Czekoladzie można się rozpisywać w nieskończoność, co rusz odkrywać ją na nowo - tak o tej nie jestem w stanie napisać zbyt wiele, bo po prostu bym zmyślała. Nie mogę stwierdzić nic ponadto, że smakowała jak nieprzesłodzona polewa z tanich pralin, była lekko gumowata i trąciła plastikiem. W innych warunkach niż górski szlak nie sprawdziłaby się wcale, a w Beskidach przynajmniej okazała się być energetyczna zapchajdziurą. Stwierdzam, że wraz z Lindt Sommerlaune Limette-Buttermilch beskidzki piątek nie był udany pod względem czekolad.



Energicznym krokiem obraliśmy szlak żółty, który zaprowadził nas do Łabysówki i Przełęczy Przysłop. Zmierzch zbliżał się wielkimi krokami, a my stojąc na rozstaju dróg zastanawialiśmy się, czy zamiast schodzić bezpośrednio do Korbielowa nie zahaczyć jeszcze w bok o Halę Malorka. Koniec końców zrezygnowaliśmy z tego planu, czego teraz oczywiście żałuję, bo prawdopodobnie zdążylibyśmy dojść na Malorkę akurat na sam zachód słońca. Wolę o tym za dużo nie myśleć, bo takie "jednak tam nie poszliśmy i nie mamy zielonego pojęcia, jak tam jest" spędzają mi zawsze sen z powiek. Był ktoś na Malorce? Warto?

Zeszliśmy do Korbielowa tuż pod Karczmę Pod Borami i tam zatrzymaliśmy się na kolację. W sporym lokalu byliśmy tylko my i jedna para. Przeszczęśliwi, przy obfitym posiłku, snuliśmy plany odnośnie kolejnego dnia górskiej wędrówki...




Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, cukier, wanilina, lecytyna.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 522 kcal.
BTW: 7,5/35,1/45,8

piątek, 13 listopada 2015

Lindt Sommerlaune Limette-Buttermilch biała limonkowo-maślankowa i ciemna


Nasz jesienny wypad w Beskid Żywiecki, z dwoma trasami trekkingowymi prowadzącymi z Korbielowa - zaplanowany był już dawno, oczekiwany jak wyprawa na koniec świata. Już tak bardzo potrzebowałam gór, tak bardzo za nimi tęskniłam. Uzależniają mnie z każdym wyjazdem coraz bardziej, moja miłość do nich nieustannie wzrasta. Wracając w czwartek wcześniej z pracy i kładąc się szybko spać, nastawiłam budzik na pięć po północy. W środku nocy krzątałam się w kuchni przygotowując dwie porcje owsianki, uderzając się przy tym głową w futrynę drzwi, aż mi się w niej ostro zakręciło. Usiadłam, myśląc, czy aby uderzenie nie jest na tyle mocne, by przeszkadzało mi w prowadzeniu auta przez ponad pięć godzin. Na szczęście obyło się nawet bez guza. Po zjedzeniu pożywnej owsianki wsiedliśmy do auta. Mój Mąż całą drogę spał, a ja dzielnie prułam do przodu, w stronę Korbielowa...

Przed naszym pensjonatem byliśmy jakoś w pół do siódmej. Otworzyła nam miła pani w szlafroku. Ja tylko przebrałam buty, zjedliśmy szybkie śniadanie, zaparzyliśmy kawę do termosu i o siódmej stawiliśmy się już na szlaku. Mgły osnuwające wszystko dookoła o świcie zaczęły powoli opadać, odsłaniając praktycznie bezchmurne niebo zwiastujące wspaniałą pogodę. Jak się później okazało - tak wymarzonej pogody nie mieliśmy jeszcze nigdy podczas jesiennego wyjazdu, a ten był naszym piątym.


 Podchodziliśmy z Korbielowa zielonym szlakiem w stronę Hali Miziowej. Wyłaniająca się spod mglistej kołderki Babia Góra robiła niesamowite wrażenie. Zresztą, Babia Góra zawsze robi wrażenie.

 



W znacznej odległości przed nami, w tym samym kierunku człapał tylko jeden turysta. Byliśmy sami. Na Hali Miziowej ostre słońce bawiło się w berka z mroźnym jeszcze powietrzem. Do schroniska nawet nie weszliśmy, napawaliśmy się widokami. Prędko obraliśmy żółty szlak, stopniowo wchodząc z piętra lasu w pasmo kosodrzewiny. Widoczność była coraz to lepsza. Na Górze Pięciu Kopców ponownie zachwyciła nas Babia Góra, doskonale widać było już także Tatry (powiększcie drugie zdjęcie poniżej). Od zdobycia Pilska byliśmy już o krok... Warto wiedzieć, że po II Wojnie Światowej wejście na Pilsko znajdujące się po stronie słowackiej było surowo zakazane - choć naszą Górę Pięciu Kopców dzieli od Pilska raptem kilka minut drogi.




Tak, po chwili byliśmy już na Pilsku, drugim po Babiej Górze najwyższym szczycie Beskidu Żywieckiego. Idący przed nami wędrowiec przysiadł gdzieś pomiędzy kamieniami wpatrując się w stronę Tatr. Oprócz nas nie było nikogo. Było praktycznie bezwietrznie, cisza świdrowała w uszach. Przejrzystość powietrza na poziomie 1557 m n.p.m. była niesamowita. W niższych partiach snuły się jeszcze zamglenia, co w zestawieniu dawało wspaniały efekt. Zresztą, co ja się będę rozpisywać - sami zobaczcie. Widać wszystko.


Po zrobieniu zdjęć usiedliśmy na kamieniach nieopodal krzyża na Pilsku, w znacznej odległości od mężczyzny, który krótko przed nami zdobył szczyt - by nie przeszkadzać mu w kontemplacji. Wyjęliśmy termos z kawą i rozpakowaliśmy czekoladę. Wybór padł na Lindta z niemieckiej limitki Sommerlaune. Biała maślankowo-limonkowa czekolada położona na warstwie czekolady deserowej (50% kakao) została niedawno opisana na blogu Kimiko. Razem idealnie wstrzeliłyśmy się w polską złotą jesień wraz z typowo letnią czekoladą. Moje Sommerlaune (miałam też drugą, truskawkową wersję) były już z nami wprawdzie na urlopie w Armenii, lecz tam nie doczekały się zjedzenia. Przyleciały z powrotem do Polski, ale i tak zadecydowałam, że ich koniec nastąpi w górach.

Wyjęłam tabliczkę ze sreberka i próbowałam zrobić zdjęcie. Ostre światłocienie wcale nie sprzyjały fotografowaniu czekolady, więc niespecjalnie upierałam się na wykonaniu rzetelnych zdjęć. Próba zrobienia zdjęcia kostek z tłem w postaci otaczającego nas krajobrazu kończyła się zaślepieniem przez słońce. Zresztą, czułam, że tracę czas, gapiąc się na taflę Lindta w tak cudnych okolicznościach przyrody. Po ładniejsze zdjęcia tej czekolady odsyłam Was do recenzji Kimiko.




 Próbowaliśmy powąchać czekoladę, choć rześkość powietrza rozbijała zapach na drobne. Nie wiem, czy to kwestia warunków, ale woń tabliczki wydawała mi się bardzo płaska. Znacznie odbiegała od tego, co spodziewałam się będąc po degustacji nadziewańców Lindta wykonanych w podobnych wariantach smakowych (a trochę ich było: Zitrone-Buttermilch, Joghurt Limette, Lime Splash, Citron Frappe, Delizia D'Agrumi).

 Posmakowanie sprawiło, iż już całkiem poważnie miałam wątpliwości, czy warunki atmosferyczne, wysiłek fizyczny i wysokość n.p.m. nie miały wpływu na odbiór tej czekolady. Po pierwsze, wydawała się zaskakująco twarda i nawet pod wpływem ciepła języka nie uzyskiwała miękkiej konsystencji. To najbardziej wiórowa i sucha biała czekolada od Lindta, jaką przyszło mi jeść.  Cieńsza warstwa deserowej czekolady stanowiąca podstawę tabliczki wcale nie ratowała sytuacji. Również wydawała się być płaska (była, lecz tak jakby jej nie było), a moc kakao nie przebijała się umiejętnie przez owocową lawinę (tak, jak na przykład stało się dzięki warstewce czekolady umieszczonej pod galaretką w zotterowskiej Blackcurrans In & Out). Zresztą, tu nawet o owocowej lawinie nie było mowy...

 

 Grająca główną rolę biała czekolada nie była ani specjalnie słodka, ani maślanie tłusta - po prostu nijaka. Skojarzenie wiór nieustannie się przewijało - tak jakby ktoś mocno wysuszył posłodzone skórki limonki i jako gładką masę wtopił je w tabliczkę. Maślankowy kwasek w niczym nie przypominał moich wcześniejszych doświadczeń z tym dodatkiem w czekoladach. Kojarzyło się to raczej z rozwodnioną starą maślanką, nieco już zepsutą, przesiąkniętą kartonem. To już Pacari 70% Raw miała w sobie więcej posmaku autentycznej maślanki, niż ten Lindt.

Nie smakowało mi to, zupełnie mi nie smakowało - mój Mąż podziela moje zdanie. Znów czułam pieprzony dysonans pomiędzy widokami, a tym, co czułam w buzi (kulminacją takiego dysonansu był paskudny Ritter Sport Haselnuss-Cookies jedzony na górze Żar). Ta czekolada nie zasłużyła na wyróżnienie wyjątkowym miejscem degustacji. A przecież mogła być orzeźwiająca, przyjemnie maślana, ujmująco słodka. To nie takiego Lindta zawsze ceniłam w puli łatwo dostępnych czekolad. Zdradzę, że na szczęście wersja śmietankowo-truskawkowa obroniła się, ale o niej dopiero za kilka dni... Tym czasem, zapominając o niemiłym doświadczeniu z limonkowo-maślankowym Lindtem, udaliśmy się dalej - w stronę Hali Rysianka.


Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, maślanka w proszku 3%, odtłuszczone mleko w proszku, syrop glukozowy, śmietanka w proszku, koncentrat soku z limonki 0,5%, aromaty naturalne, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa w czekoladzie ciemnej: min. 50%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 552 kcal.
BTW: 7,1/34/53

środa, 11 listopada 2015

Zotter Blackcurrants In & Out porzeczkowa nadziewana galaretką i ganaszem z czarnej porzeczki


Aby umilić sobie jesienny czas, jedną z dodatkowych tabliczek Zottera zamawianych wraz z nowościami została turboporzeczkowa Blackcurrants In & Out. Jeśli chodzi o świeże owoce, zdecydowanie bardziej wolę czerwone porzeczki, jednakże czarne nie mają sobie równych w kwestii przetworów. Uwielbiam ciasta przekładane konfiturą z czarnej porzeczki, a lambik z prawdziwym sokiem z tego owocu również jest urzekający. Dobroczynnych właściwości czarnej porzeczki nie trzeba nikomu przedstawiać, a że fotografia porzeczkowej Zotter Handscooped umieszczona na stronie producenta jest ślinotokogenna - nie miałam wątpliwości, iż muszę ją mieć. Zwłaszcza, że we władaniu czerwoną porzeczką Zotter osiągnął mistrzostwo, co miałam okazję sprawdzić próbując doskonałej Ribisel Chili Rock. 

Zastanawia mnie tylko fakt, dlaczego w opisie Blackcurrants In & Out stoi "red currant jelly" - zwłaszcza, że galaretka posiada wręcz czarną barwę... W składzie nie wyróżniono, czy nastąpił ewentualny rozdział mocy pomiędzy czarną a czerwoną porzeczkę, więc ciężko jest mi to interpretować.


 Tabliczka okazuje się mieć przepiękny fioletowy kolor, który w połączeniu z tradycyjnym "pofalowaniem" tafli czekolad przynależnych do serii Handscooped tworzy rewelacyjnie smakowity widok. Fioletowa kuwertura jest tym, co możemy spotkać w pełnych czekoladach Labooko Fruit, a więc białą czekoladą, w której część mleka w proszku zastąpiono sproszkowanymi owocami.

Odkrojona warstwa samej czekolady smakuje bardzo orzeźwiająco, kwaskowo w sposób typowo porzeczkowy. Nie jest przy tym pozbawiona cech typowych dla białej czekolady: specyficznej tłustości, miksu doznań śmietankowo-waniliowych, odrobinkę tylko mdłych i mydlanych. Niestety obawiam się, że porzeczkowa tabliczka jedzona solo zafundowałaby mi podobne doznania co Blueberry, choć prawdopodobnie byłaby o parę tonów bardziej wyrazista.



Wąchanie całej tabliczki prowadzi nas do dość dobrze znanych miejsc. Wiele Zotter Handscooped ma w sobie tą specyficzną zapachową nutę - kojarzącą się z dobrym, nieprzesłodzonym ciastem, wykonanym z naturalnych składników. Tutaj lekko odznacza nam się pewna mydlaność, która jednak szybko ucieka pod naporem mocnego, typowo porzeczkowego aromatu. Delikatnie przebrzmiewa przyjemna migdałowość.


 Wgryzienie się we wszystkie warstwy równa się z orzeźwiającym kopem. Pomimo wyraźnej kwaśności porzeczek, całość wydaje się bardzo słodka. W zasadzie to lepiej pasowałoby tu określenie "słodziutka", bowiem jest to słodycz beztroska, nieprzesadzona, w sam raz do takiej fuzji smaków. Jest tutaj niezwykle intensywnie porzeczkowo, jakbyśmy zajadali porzeczkowy krem wymieszany z dobrą porzeczkową konfiturą. Dzieła zwieńcza sama konsystencja produktu - wszystkie warstwy w ustach tworzą mięciutki, lepko-płynny delikatny film.


Przyjrzyjmy się teraz poszczególnym częściom nadzienia. Zarówno z góry jak i z dołu, w bezpośrednim sąsiedztwie białej porzeczkowej czekolady, znajduje się porzeczkowy ganasz. Jest on jasnej, pudrowo-pastelowej barwy. Jego konsystencja jest miękka i lekka. Bazę stanowią mleko i migdały, które po wymieszaniu z porzeczkami stworzyły delikatny, rześki koktajl.

Wiem, że wielu z Was nie przepada za galaretkami, ale po raz kolejny muszę przyznać, że Zotter robi je doskonale! Galaretka umieszczona po środku czekolady jest idealnie miękka, potwornie porzeczkowa. Zero w niej gumowatości, przesadnej jędrności kojarzonej z zimnymi nóżkami - o nie, tego tu nie ma! Powiedziałabym, że jest to raczej bardzo skupiona porzeczkowa konfitura. Smakuje wybornie, tworząc epicentrum rześkości w tej czekoladzie.



Super porzeczkowo, super orzeźwiająco... Ok, ale bez jednego jedynego elementu, zrobiłoby się tu niemal zupełnie nieczekoladowo. To byłby tylko szalony deser, bowiem nawet szlachetny tłuszcz kakaowy zawarty w białej porzeczkowej czekoladzie gdzieś umyka w obliczu inwazji czarnych porzeczek. Zotter pokusił się o doskonały chwyt - o ile w niektórych swoich czekoladach z galaretką umieszczał pod jej warstwą płat białej czekolady (Jellied Strawberries, Elderflowers, Miraculous Chokeberry), tak tutaj znalazła się warstwa ciemnej (lub ciemnej mlecznej, ciężko jest mi to stwierdzić). Kakaowy kop wyraziście przebijający się przez całą furę porzeczek stanowi kropkę nad i, idealne dopełnienie kompozycji. Bez tego posunięcia, Blackcurrants In & Out mogłaby być dla mnie zanadto przytłaczająca porzeczkami powielonymi do potęgi entej.


Blackcurrants In & Out to kompozycja dopracowana co do szczegółu. Jej nazwa zobowiązuje, a przy tym sam produkt świetnie się z tego zobowiązania wywiązuje. To beztroska delikatność, rozkoszna przeplatanka naturalnej słodyczy i kwaśności. Kakaowy płat umieszczony pod soczystą galaretką przypomina nam o tym, że nadal mamy do czynienia z czekoladą - cudownie komponuje się z czarną porzeczką, niczym w najlepszym cieście. Jeśli macie ochotę na tchnienie lata zimną porą - koniecznie sięgnijcie po tą tabliczkę.

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, syrop glukozowo-fruktozowy, koncentrat z czarnych porzeczek 7%, pełne mleko w proszku, mleko, suszone czarne porzeczki 3%, odtłuszczone mleko w proszku, serwatka w proszku, migdały, masło, koncentrat cytrynowy, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, pektyna jabłkowa, sól, wanilia, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana).
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 449 kcal.
BTW: 4,9/27/46

poniedziałek, 9 listopada 2015

Pacari Raw 70% ciemna surowa

 

Pacari Raw 70% trafiła do mnie z Sekretów Czekolady przez... przypadek. Ba, teraz pytanie - to przypadek, czy też może przeznaczenie? Koniec końców, dzierżyłam w łapkach właśnie tą, potwornie utytułowaną tabliczkę i miała być ona moim pierwszym doświadczeniem z marką Pacari. Marką niemiecką, która jednak wszystkie swoje tabliczki robi w Ekwadorze - z ekwadorskiego ekologicznego kakao, na ekwadorskiej ziemi.

Ekwadorska surowa panienka zdobyła srebro w finale International Chocolate Awards w 2012 roku, a w tym samym konkursie rok później powtórzyła ten sukces. Ponadto, zdobyła wtedy złoto w kategorii czekolad z kakao amerykańskiego.



 Surowa czekolada - czy coś Wam to mówi? Czasem w swoich recenzjach odnoszę się do wyrażenia "surowa" jako opisu dzikich i szorstkich doznań - tymczasem surowość to w świecie czekolad zupełnie odrębna kategoria, wynikająca z procesu wytwarzania. Ziarna kakao przeznaczone do wytwarzania surowej czekolady są prażone w niskiej temperaturze, nie przekraczającej 42 stopnie Celsjusza. Dla porównania - "normalna" czekolada zrobiona jest z ziaren prażonych nawet w o 100 stopni wyższej temperaturze.

Generalnie pierwszorzędną ideą produkcji surowej czekolady jest zachowanie w niej jak największej ilości dobroczynnych składników kakao, które nie są do końca termostabilne (np. antyoksydanty). To proste - jest to idea przemawiająca za całym ruchem RAW FOOD. Z drugiej strony - niska temperatura prażenia prowadzi do pozostawienia wielu nut smakowych charakteryzujących zupełnie surowe ziarno kakao (no bo jakby nie patrzeć - 42 stopnie to też jest jakaś obróbka cieplna i mimo wszystko oddalamy się od w 100% nieobrobionego ziarna). Nad surową czekoladą wisi jednak wiele kontrowersji m.in. fakt, że podczas fermentowania ziarna kakao częstokroć uzyskują wyższą temperaturę niż owe magiczne 42 stopnie. Ponadto, czekolada zrobiona z ziaren prażonych w takich warunkach ma zawierać szkodliwe związki, które inaktywują się w temperaturze klasycznego prażenia (nie szukałam szczegółów na ten temat, po co się straszyć).



Obecnie surowa czekolada jest w Polsce na wyciągnięcie ręki za sprawą marki Surovital, parającej się produkcją właśnie takiej czekolady. Dwie tabliczki Surovital (ta i ta) pojawiły się już na moim blogu, miałam również okazję kosztować wspaniałych orzechów brazylijskich w polewie z surowej czekolady. Od dawien dawna produkty tej marki widuję w Almie, jakiś czas temu pojawiły się również w Carrefourze. Tak naprawdę, każdy z Was może dziś zapoznać się z surową czekoladą. Tymczasem, przybliżę Wam jedną z najpopularniejszych surowych tabliczek na świecie, o której w sieci wypowiadano się już tu, tu i tu.


Pięknie opakowana 50-gramowa tabliczka charakteryzuje się idealną grubością i jak na mój gust - nieco za drobnym podziałem na kostki. Ma głęboką barwę i taki też zapach - niejednoznaczny oraz bogaty. Pierwszym moim wrażeniem w aromacie była słodycz i rześkość, a po chwili przeszedł on na ciemniejszą stronę mocy, ukazując paletę surowości, dymności, wędzoności i odrobiny octu. Subtelniejsze nuty usilnie próbowały się przez to przebić, dzięki czemu odzywają się nuty kwiatowe (róże, jaśmin) oraz owocowe (brzoskwinie oraz koktajl owoców tropikalnych). Połączenie tych wszystkich akcentów doprowadziło do nieco absurdalnego skojarzenia z kandyzowanymi brzoskwiniami zanurzonymi w octowej zalewie, uprzednio podwędzonymi. Podsumowując - Pacari Raw 70% pachnie obłędnie smakowicie.


 Po cudnie dźwięcznym przełamaniu tabliczki i spróbowaniu pierwszego kęsa, w buzi rozlewa się nieprzebrana głębia i cudnie naturalna miodowa słodycz. Czekolada sprawia wrażenie szorstko-ziemistej, lecz rozpuszcza się dość dobrze, bez ziarnistości - choć jednocześnie nie jest całkowicie aksamitna. Mimo to, szorstkość jest tu odczuwalna bardziej na płaszczyźnie smaku, niźli konsystencji. Po prostu jest tu wiele roślinno-glebowych nut, ale o tym za chwilę...

Słodycz i kwaśność idą w zgranej parze przez cały czas degustacji. Powiedziałabym, że słodycz najmocniej pojawia się na początku, a kwaśność w finiszu - lecz po kilku kostkach doznania zaczęły się już mieszać ze sobą, odkrywając nowe pokłady. Goryczy niemalże się tu nie uświadczy - jedząc Pacari Raw 70% stwierdziłam wraz z Mężem, że dawno już nie jedliśmy naprawdę cierpkiej czekolady (kolejny dowód na to, że wyrażenie "gorzka czekolada" można sobie wsadzić głęboko).



No dobra, spróbujmy to jakoś poukładać. Przez pierwsze wrażenie miodowej słodyczy przebija się szorstka ziemistość, która prędko przechodzi w kwaskowato-słodką pleśń. Wraz z Mężem ewidentnie czułam tu coś nadpleśniałego i lekko zepsutego - choć dziwi mnie fakt, że w sieci nikt o takim skojarzeniu nie pisał. Pleśniowo-zjełczałe skojarzenia prowadziły nas w stronę przeterminowanej, lekko ściętej tłustej maślanki oraz masła roztopionego na mocnym słońcu.

Gdzieś przebrzmiewająca nadal ziemista nuta powodowała, że odczuwaliśmy także specyficzną kwaskowatość zbyt świeżych, lub też za starych orzechów włoskich, nadkażonych już pleśnią. Był to też smak kojarzący się z mokrą korą pokrytą pajęczyną i ze zdrewniałymi starymi szparagami (w których to jeszcze uparcie pojawia się maślaność penisoidalnych końcówek).



Dalej do gry wchodzą owoce, na czele z soczystymi brzoskwiniami z syropowej zalewy. Pojawiają się również smażone banany, kandyzowana kostka ananasowa, suszone mango, jędrne rodzynki w orientalnym lepkim sosie. Przez chwilę pojawia się złudzenie alkoholowe, jak w gęstym likierze - ale trudno mi określić, jaki byłby to likier. Tuż po tej serii zdarzeń, na koniec pojawia się ponownie kwaskowata nabiałowa nuta - dzięki czemu pomimo pleśniowo-ziemistych wcześniejszych doznań finiszujemy deserowo.

Po zakończeniu degustacji tak jakby odbiło mi się... rybą, ale nie wiem, czy powinnam w 100% wiązać to z tą czekoladą ;). Pomimo tak szalonych doznań, o dziwo długo po kosztowaniu czekolady utrzymywało mi się w buzi odświeżające uczucie. Czułam również przyjemny miodowy film. Ostatecznie czułam się tak, jakbym jadła wcześniej sernik z grubo mielonego twarogu, z dodatkiem brzoskwiń w zalewie, muśnięty miodową rosą. Końcowe wrażenie Pacari Raw 70% pozostawia po sobie bardzo ciepłe.



Jedzenie tej czekolady było przygodą i teraz już wiem, że zdobycie jej nie było przypadkiem, a właśnie przeznaczeniem! Bardzo mi smakowała i bardzo mnie intrygowała - miałam ochotę na więcej, zupełnie mnie nie zamuliła, nie nasyciła - a raczej rozbudziła. To było mój pierwszy raz z marką Pacari, ale już wiem, że na tej czekoladzie się nie skończy. Bo jakże bym mogła powiedzieć pas po czyś tak niezwykłym?

Skład: surowe ziarna kakao, pełny cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 597 kcal.
BTW: 10/40/50