środa, 5 kwietnia 2017

Cortez ciemna 60%


Chwila oddechu od single-origin. Dziś mam dla Was krótki wpis o czekoladzie, którą Weronika zakupiła podczas wyjazdu do Krakowa i zabrała na nasz wspólny niedzielny nordic walking po Wielkopolskim Parku Narodowym. Cortez wydaje się być dość znaną marką wśród polskich czekolad "ręcznie robionych". Spotkać ją można często w sklepach z herbatami czy pamiątkami. "Ręcznie robione" tabliczki to popularny u nas chwyt, który ma kojarzyć się z czymś ekskluzywnym, imitującym Prawdziwą Czekoladę. W rzeczywistości, są to po prostu tabliczki stworzone z pastylek czekolady belgijskiej, często ręcznie zdobione na przykład suszonymi owocami. Tego typu wymysły dobrze odnalazły się na naszym rynku prezentowym (innymi firmami trudniącymi się taką pracą są Pelczar czy Chocolate Bush).


Producent na swojej stronie internetowej przybliża genezę powstania nazwy, ładnie opowiadając, jak to konkwistador sprowadził do Europy kakaowy skarb. Dla mnie jednak, po wizycie w Meksyku, Cortez kojarzy się raczej pejoratywnie. No trudno, to tylko moja osobista opinia i chyba już zawsze będzie mnie dziwiło w Ameryce Łacińskiej zderzenie tradycji prekolumbijskiej i chrześcijańskiej.

Ciemna czekolada o 60% zawartości kakao została pięknie "wyrzeźbiona" i zafarbowana - nie powiem, wygląda to dość efektownie i na pewno przyciąga oko w sklepie z pamiątkami. Pod względem jakościowym, wielkim plusem jest brak udziału odtłuszczonego kakao w proszku. Dzięki temu Cortez zdecydowanie wygrywa z Chocolate Bush.


Tabliczka pachnie przyjemnie, niczym nie najgorsze pralinki wypełnione kremem z orzechów laskowych. Łamała się bez zabójczego trzasku, lecz w ustach nie tworzyła piaskowej kluchy - rozpuszczała się całkiem przyjemnie, powoli, niespecjalnie błotniście czy aksamitnie - ale bez śladu proszkowatości. Okazała się być umiarkowanie słodka, z wyraźnym akcentem lekko goryczkowych orzechów laskowych - rzeczywiście odniosłam wrażenie, jakby dodano tutaj orzechowy aromat. Na całe szczęście pozbawiona była przykrych kwaśnych posmaków, zamiast tego delikatnie uwodząc wanilią (obecną w czekoladzie jedynie jako naturalny aromat).

Wiadomo, nie jest to produkt najwyższych lotów, jednakże chcąc sprawić sobie czekoladową pamiątkę, nie będzie to tragiczny wybór - tabliczka jest jak najbardziej jadalna, super spisała się podczas wysiłku na świeżym powietrzu, w towarzystwie kawy z termosu. Absolutnie nie musi mieć ostatecznego zastosowania jako obrazek do powieszenia na ścianie :).

Nad Jeziorem Jarosławieckim.

Skład: czekolada 99,9% (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), pyłek metaliczny złoty (krzemian glinowo-potasowy, tlenek tytanu, tlenek żelaza).
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 555 kcal.
BTW: 6,1/39/40

4 komentarze:

  1. Kraków. <3
    Corteza lubię, ale raczej ich mleczne czekolady, bo tak jak piszesz - ciemna nie jest najwyższych lotów, mimo że smaczna. Proste w końcu też czasem jest bardzo fajne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale taka prostota najlepsza jest dla mnie na wysiłek fizyczny. Do kawy w domu bym do tej tabliczki nie zasiadła z wielką przyjemnością.

      Usuń
  2. Jadłem ich tabliczkę z chili, sama czekolada nic nadzwyczajnego, ale jako kompozycja wyszła im nieźle. Ta tutaj ładnie wygląda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dobrze skomponowane chili to wcale nic łatwego :)

      Usuń