piątek, 11 grudnia 2015

Zotter Artificial Fertilizer For Spirit And Soul ciemna nadziewana nugatem konopnym i ganaszem aroniowo-kokosowym z chlorellą, baobabem, żeń szeniem, macą i guaraną


Nowych propozycji od Zottera ciąg dalszy! Przeglądając nowości Zottera przez ostatnimi zamówieniami, szczególną uwagę zwróciłam na tabliczkę o bardzo charakterystycznej nazwie - Sztuczny Nawóz dla Ducha i Duszy. Dynamiczna i dziwaczna grafika na opakowaniu jeszcze bardziej przyciągnęła wzrok, a gdy tylko przeczytałam, jakie smaki zawiera w sobie produkt, zupełnie przepadłam. Artificial Feritizer For Spirit And Soul to ciemna kuwertura 70% kakao otaczająca konopny nugat oraz aroniowo-kokosowy ganasz. Prócz tego, wnętrze zawiera w sobie domieszkę chlorelli, baobabu, żeń szenia, macy i guarany. Kolejna bomba superżywności w wykonaniu Zottera! Skład wyrobu sugeruje, że to nie żaden 'artificial fertilizer', lecz w pełni naturalny nawóz i dopalacz nie tylko dla ludzkiej duszy, ale i dla ciała.


Po wspaniałych doświadczeniach z Hemp Plantation oraz For Flashy Ones, pokochałam smak konopnego nugatu. Wiedziałam, że będę polować na wszelkie Zottery z jego dodatkiem, a jeśli nadarzy się okazja na wypróbowanie takiej kombinacji w czekoladzie innej marki, na pewno z niej skorzystam. Aronię bardzo lubię i cenię Zottera za to, że ucieka się do tego zapomnianego (a jakże cennego!) owocu w swoich czekoladach (vide Miraculous Chokeberry, H2O Superfood). Kokos zawsze jest u mnie mile widziany, a co do jakości czekoladowej kuwertury nie miałam żadnych wątpliwości. Śladowe ilości innych superfoods traktowałam raczej jako ciekawostkę (poczytać o nich możecie w recenzji Kimiko). Wiedziałam, że główną rolę w kompozycji będą spełniać kakao, konopie, aronia i kokos.


Nad taflą czekolady unosi się wspaniały, zróżnicowany aromat. Przede wszystkim czuć tu aronię już od pierwszej chwili - jej wyrazistą kwaskowatość. Przebijają się również orzechowe i palone nuty, pół na pół płynące z bogactwa kakao oraz z nugatu. Również specyficzna kwaskowość tej woni kojarzyła się z surowością mielonych orzechów. Jednocześnie badając zapach tej czekolady mieliśmy wrażenie, że słodyczy również tutaj nie zabraknie.

To wrażenie nie było złudne. Już sama czekolada jest zaskakująco słodziutka jak na 70% kakao. Wydaje się być mocno orzechowa - na pewno po części zawdzięcza to przesiąknięciu znajdującym się pod nią nugatem. Jak to bywa z zotterowskimi kuwerturami - bosko przełamuje się podczas przegryzania, dalej rozpuszczając się aksamitnym filmem.



Pod ową słodką kakaową kuwerturą kryją się dwie warstwy nadzienia w ciepłych pastelowych kolorach, pełnych łagodności. Beżowy nugat i liliowy ganasz mają różną grubość w zależności od miejsca przekrojenia tabliczki, lecz w ostatecznym rozrachunku każda z nich stanowi połowę nadzienia. Pierwsze wrażenie po wgryzieniu się we wszystkie warstwy jest nieco zadziwiające. Na myśl przyszedł nam delikatny, lecz nadal zbity i treściwy sernik, okryty czekoladową polewą. Na pewno nie było tu ani krzty surowych i pierwotnych wrażeń, jakich można by się było spodziewać w nadziewanej czekoladzie inspirowanej superżywnością.



Nugat konopny oczywiście mnie nie zawiódł. Tak jak w For Flashy Ones, również i tu urzekł mnie jego specyficzny, delikatny smak. Lekko słodko-sianowaty, z naturalną nutą pikantności i słoności, z subtelną mlecznością oraz posmakiem zmielonych, mocno wysuszonych orzechów laskowych. Dość zbity, lekko suchy, ale ani trochę nie wiórowaty. Nie do podrobienia.

Poniżej czeka na nas świetna warstwa aroniowo-kokosowa. Przede wszystkim, jest ona aksamitnie gładka i miękko rozpuszcza się w ustach. Ów ganasz to miękki mleczno-ryżowo-maślany mus, w którym smakowo dominuje kwaskowato rześka aronia. Przełamywana pozostałymi nutami smakowymi budzi również skojarzenia z wiśniami. W aroniowo-mlecznej gładzi delikatnie raz po raz czuć chrupkość miękkich i delikatnych wiórków kokosowych, które w smaku są bardzo wyraziste. Nadają całości struktury, lecz najwyraźniej czuć je pod koniec degustacji, w momencie gdy rześka aroniowa gładź znajdująca się dookoła całkowicie się rozpuści. Stanowią świetne zwieńczenie kompozycji, wraz z lekkim ryżowym posmakiem płynącym z udziału napoju ryżowego w składzie.


Artificial Fertilizer For Spirit And Soul jawiła mi się jako tabliczka surowa, może nieco nieprzystępna przez swoją oryginalność - tym czasem otrzymaliśmy produkt, który czasem wydawał mi się aż zanadto słodki. Ostatecznie jednak słodycz wydaje się być wyważona, utrzymuje się na podobnym poziomie podczas całej degustacji i nie dochodzi do przesilenia. Pojawia się kilka dominujących, wyrazistych smaków: oryginalny konopny nugat, charakterna aronia, delikatny kokos. To takie niegrzeczne rączki baraszkujące pod słodką, czekoladową kołderką (słodką, ale jednak nadal obfitą w kakao!). Ta czekolada jest po prostu przewrotna - tak jak jej nazwa. Kolejny ciekawy eksperyment jak najbardziej udał się Zotterowi. Bo tu w nazwie ARTIFICIAL nie chodzi o "sztuczność", lecz przedrostek ART. Bo to po prostu czekoladowa sztuka.


Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, nasiona konopi, pełne mleko w proszku, sok z aronii, wiórki kokosowe, syrop cukru inwertowanego, mleko, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), odtłuszczone mleko w proszku, proszek kokosowy (mleko kokosowe, maltodekstryna), masło, koncentrat soku cytrynowego, sól, lecytyna sojowa, chlorella w proszku, baobab, żeń szeń, maca w proszku, guarana, wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), lecytyna słonecznikowa, cynamon.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 485 kcal.
BTW: 7,1/34/37

wtorek, 8 grudnia 2015

Pralus Le 100% Criollo Madagascar ciemna 100%


Dziś macie okazję prześledzić mój pierwszy raz z francuską czekoladziarną Francois Pralus, położoną w Roanne (rejon Rodan-Alpy). To dziewicze doświadczenie miało być spektakularne - dzięki Sekretom Czekolady nabyłam kolejną stówkę do kolekcji, na dodatek wykonaną w całości z szlachetnych ziaren Criollo wprost z Madagaskaru. Żeby nie było za mało sensacji, madagaskarska plantacja należy w całości do firmy Pralus, toteż mam pewność, iż czekolada została w pełni skrojona według zamysłu producenta - poczynając od uprawy kakaowców.

Rodzina Pralus posiada bardzo ciekawą ofertę czekolad i co niesamowicie ważne, standardowy rozmiar ich tabliczek wynosi 100 g. Stare poczciwe 100 g. Z tego powodu, prawdopodobnie zrezygnuję z zamawiania kolekcji neapolitanek tzw. Piramidy Tropikalnej, chcąc długo i dokładnie kontemplować każdy z wariantów dostępny w solidnej gramaturze. Póki co, dalsze odkrywanie świata czekolad Pralus muszę odłożyć w czasie, bo moja Magiczna Szuflada została zdominowana przez inne marki. Bądź co bądź - trzymając w rękach moją pierwszą tabliczkę od Pralus, możliwość kontemplacji madagaskarskiej 100% Criollo przez calutkie 100 g było perspektywą powodującą znacznie szybsze bicie serca.



Pozostając jeszcze na chwilę przy charakterystyce firmy, niezwykle ujął mnie jej opis na serwisie C-spot. Dowiadujemy się tam, iż Pralus lubuje się w starej szkole tworzenia czekolady - bardzo mocno pali ziarna i nie szczędzi czasu na konszowanie. Długo, mocno, głęboko.

Nim przejdę do swoich osobistych wrażeń, warto napomknąć, iż Le 100% Criollo Madagascar zostało w 2009 roku nagrodzone  srebrnym medalem Academy od Chocolate. W sieci roi się od opinii na temat tej tabliczki i są one pochlebne, aczkolwiek, nie mogłam się nadziwić, że ludzie generalnie szczędzili słów na jej opis. Oto mały zbiór internetowych recenzji: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9. Wszystkie je łączy fakt, iż zwrócono w nich szczególną uwagę na gładkość i aksamitność czekolady. Tym bardziej zżera mnie ciekawość, przez jaki dokładny czas konszowano tą czekoladę...



Potężna tabliczka opakowana jest klasycznie w papierek i sreberko. Muszę przyznać, że szczególnie przypadł mi do gustu wygląd opakowania - jego prostota i elegancja projektu. Wygląd samej tabliczki również ujmuje. Gruba tafla podzielona została na dość drobne kostki (co akurat stanowi o niezbyt łatwym podziale, choć przy tak wysokiej zawartości kakao pozwala to wydzielać porcje adekwatne do mocy). Ćwierć tabliczki pozbawiona jest podziału, w zamian zdobi ją grawerowane logo firmy, co moim zdaniem pięknie się prezentuje. Le 100% Criollo Madagascar ma stateczną, poważną barwę, jest raczej matowa, a przy tym uwodzicielsko przebłyskują w niej bordowe refleksy, tak dobrze znane z Menakao. Wszak Madagaskar to czerwona wyspa... Oj tak, madagaskarskie klimaty ostatnio często przewijają się na moim blogu.

Zapach tabliczki jest o dziwo bardzo delikatny, niczym lekka perfumowa otoczka. Czuć tu przede wszystkim wrażliwe polne kwiaty, odrobinę duszności płatków róż, a dalej zapowiedź feerii czerwonych owoców - do głosu próbują dobić się niezbyt dojrzałe maliny oraz porzeczki. Czekolada przełamuje się z głuchym trzaskiem, tak jakby przytłumionym. Przez wrażenia dotykowo-zapachowo-wizualne możemy uznać Le 100% Criollo Madagascar za tabliczkę pełną spokoju i melancholii, nieco ociężałą, która kryje jednak w sobie wiele tajemnic - a jej spora gramatura daje duże pole do popisu w kwestii ich odkrywania.



Oczywiście do tej tabliczki robiliśmy wiele podejść, choć i tak muszę przyznać, że przy pierwszym smakowaniu nadzwyczaj nas wciągnęła. Próbowałam ją przez parę dni w różnych warunkach: w domu przy kawie (z Mężem oraz sama), w trakcie długiego spaceru (z Mężem), a także kontemplując długo rozpuszczającą się kostkę podczas samotnej wieczornej jazdy samochodem. Zdradzę Wam, że zgodnie z pierwszym wrażeniem czekolada okazała się być stateczną panią i potrzebowałam wiele czasu, by w pełni nacieszyć się niuansami płynącymi z bukietu jej urody. Tak, jakby była ona nieśmiała, przerażona swoją własną mocą. Trzeba ją było stopniowo i łagodnie ułaskawiać, aby zechciała odkryć przede mną wszystkie swe walory.

 Pierwsze podejście odbyło się w domowych pieleszach. Tutaj wraz z Mężem spróbowałam największej jednorazowej porcji tej czekolady i w zasadzie... wcale nie doprowadziło to nas do licznych i najtrafniejszych wniosków. Po włożeniu do ust pierwszego kawałka, wydaje się on być proszkowy i szorstki przez ułamek sekundy. Po chwili to wrażenie umyka i już nigdy, przenigdy do nas nie wraca. Tak, jakby czekolada próbowała się przed nami bronić, stworzyć nieprzystępną barykadę. Jednakże zaskakująco szybko się poddaje i ustępuje. Chyba po prostu bardzo lubi ciepło oralnych pieszczot.

 Tak, ona to uwielbia. Prędko przekonujemy się, jak bardzo gładko potrafi rozpuszczać się w ustach, tworząc nieprawdopodobny maślano-lekkomydlany film. To rozpuszczanie się jest bardzo specyficzne. Jednocześnie jesteśmy zachwyceni aksamitem tej czekolady, ale przy tym nadal zachowuje ona swoją stateczność i powagę, nie jest anielsko zalepiająca i łagodna. Roztapia się, ale nadal trzyma się w ryzach, nie traci nad sobą kontroli. Nie ucieka prędko do gardła, lecz uparcie trzyma się podniebienia, rozsmarowując na nim kakaowy krem, mocno lecz gładko do niego przywierający.


Najwyraźniejsze w pierwszym podejściu jest złudzenie rwanych i odstanych, lecz nadal wilgotnych delikatnych płatków róż oraz polnych kwiatów. Włożono je do glinianego naczynia, ugnieciono i pozostawiono same sobie. Wniosek z tego taki, iż dominującym odczuciem jest kwaśność, gliniasto-kwiatowa. Potem przychodzi akcent kawowo-tytoniowej goryczki, przechodzący w zabawną iluzję słodyczy zwieńczoną lekką pikantnością. Ta dziwna słodycz wywodząca się z kwiatowej kwaśności wydaje się być jakąś pseudosłodyczą, niczym w domowej kiszonej kapuście czy w świeżo wyciskanym soku z cytryny. Na koniec czekolada próbuje ściągać, ale aksamitność konsystencji sama w sobie ciągle się z tymi taninami gryzie.

Po chwili przerwy, drugie podejście ponownie szokuje idealną gładkością: bez cienia sypkości, suchości, granulkowatości. Słodyczokwaśność zaczyna sprawiać wrażenie gęstego, surowego musu z orzechów laskowych i włoskich. Ponownie pojawiają się polne kwiaty, tym razem w towarzystwie dzikich malin, porzeczek oraz jeżyn. Im dalej w las, tym wyraźniejsza zdawała się być iluzja orzechowego musu, a kwaskowata owocowość zgrabnie przebrzmiewała raz po raz w tle. Teraz czekolada zaczyna intensywnie i z pewną dozą ciężkości zalepiać, tworząc w buzi aksamitny i potwornie gęsty muł.



W tym miejscu przystopowaliśmy. Zorientowaliśmy się, że jak na stówkę przy jednym posiedzeniu i tak zjedliśmy jej zaskakująco dużo. Co ważne - nie sililiśmy się na to, nie było w tym ani krzty masochizmu. Po prostu dobrze się ją jadło. Przesyciła nas naprawdę późno, aż zlękłam się, czy aby nie przekroczyliśmy niepostrzeżenie granicy. Gdyby gramatura tej tabliczki była mniejsza, niechybnie wciągnęlibyśmy ją całą naraz. Teraz wiem, że bardzo bym tego żałowała, bowiem Le 100% Criollo Madagascar po prostu potrzebuje czasu i powoli się odczarowuje, przemienia. Na pewno nie można jej przyrównać do stówek z gatunku Zotter Peru czy Morin Peru, które fundowały ekstremalne piekielne doznania. Z drugiej strony nie jest to także stówka z gatunku niebiańskiej Domori IL100% Criollo czy również bardzo przystępnej Ghany 100% z Manufaktury Czekolady, która była potwornie dynamiczna. Cieszę się, że Pralus zaoferował mi aż 100 g swojej stóweczki, a ja dałam sobie czas.


Zabrana na długi jesienny spacer, czekolada odkryła przed nami, że potrafi również chrupać. Nadal pozostała aksamitna, ale odnalazłam w niej pewną zalotną chrupkość, niczym w podsmażonej skórce chleba. Żeby było zabawniej, również takie podprażone chlebowe smaki w niej odnalazłam. Dalej znów rozpływała się w ustach i uwodzicielsko gęsto zalepiała, jak wysokoglutenowy chlebowy miąższ.

Właśnie podczas tego spaceru, gdy realny zapach suchych kolorowych liści zaczął się mieszać w mej głowie z iluzją takich suchych kolorowych liści płynącą z bukietu czekolady, zidentyfikowałam najważniejszą nutę w Le 100% Criollo Madagascar. W końcu zreflektowałam się, o co chodzi z tą aksamitnością nieustannie ścigająca się z cierpkimi taninami. To WINO. Wytrawne czerwone wino, a oprócz tego jeszcze przydymione drewno. Razem - mocno zdrewniałe łodygi winogron, rosnące w ogrodzie zadymionym obłokami z ogniska, w którym palą się opadłe liście.



Podczas późniejszych prób smakowania czekolady, już nie mogłam uwolnić się od tego wrażenia i dopiero ono dało mi pełen spokój degustowania. Wyschnięte i przeciążone po sezonie winne pnącza wraz w typową winną wytrawą esencją, tworzyły w moich ustach dzieło jakże zgrane z jesienną aurą. Prócz tego nadal pojawiała się dzika owocowość malin, porzeczek i jeżyn, ale kryjąca się pod jakby przypudrowaną pierzynką. W bogactwie kwaśności mocno odznaczały się nuty palonego drewna i chrustu, co w połączeniu z goryczką przywodziło na myśl również mocno palone, kwaskowate espresso. Przez chwilę pomyślałam również o świeżo lakierowanych panelach podłogowych. Było tu taninowo, syropowo i wykwitnie pralinowo - wszystko na raz.

Mimo wszystko, Le 100% Criollo Madagascar wydaje mi się być bardzo klasyczna, nadal pozostaje spokojna i zrównoważona. Wszak to dopiero moja cierpliwość sprawiła, że odkryłam w niej tak wiele. W swej niesamowitej aksamitności czekolada wydaje się być nieprawdopodobnie czysta, bez skazy, bez szorstkiej surowości. Jest w niej pewne ciepło. Gdy przejdziemy już przez te wszystkie etapy - od kwiatów, tytoniu i kapusty z cytryną, przez owoce leśne i orzechowy mus, aż po chleb, espresso, drewno i przede wszystkim WINO - odnajdujemy w kompozycji zaskakującą świeżość. Można wręcz powiedzieć, że jest to pewna... lekkość. Tak, jakby osobie zaklętej w czekoladę po prostu ulżyło, że ktoś poświęcił jej czas i ją odczarował. Aż żal byłoby tego nie zrobić. W końcu ktoś, kto ma tak niebywale aksamitną duszę musi się okazać kimś niezwykłym, o bogatym wnętrzu.


Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa 100%.

sobota, 5 grudnia 2015

Zotter Chocolate Mint ciemna nadziewana miętową galaretką i ganaszem z ciemnej czekolady


 Przeglądając najnowszą ofertę Zottera miałam kilka swoich wariantów "must have", które niezwykle mnie fascynowały i wzbudzały moje niepohamowane pożądanie. Dziś opisywana Chocolate Mint absolutnie nie należała do tej grupy. Pochodziłam do niej bardzo sceptycznie, a jednak zdecydowałam się ją zamówić. Pomimo tego, iż wiedziałam, że Zotter doskonale radzi sobie z miętą w czekoladzie (dowiódł tego w przepysznym duecie Mint 40% & Mint 70%), nadal odczuwałam pewien dystans wobec swobodnego wyboru akurat takiego połączenia smaków. Jednakże słowo się rzekło - Chocolate Mint trafiła do mojej Magicznej Szuflady i trzeba ją było przetestować. Ośmieliłam się, gdy CharlotteMadness w jednym w komentarzy napisała, że to najlepsza miętowa czekolada, jaką jadła w życiu. Czy podzielę jej zdanie?


 Kuwertura otaczająca miętowe wnętrze to ciemna czekolada o 70% zawartości kakao. Posiada zaskakująco żywy odcień brązu. Pachnie bogato, kwiatowo i świeżo - przez ów czekoladowy bukiet lekko przebija się nutka naturalnej mięty. Po przekrojeniu tafli na pół dostrzegamy wyraźny podział na warstwy. Centralnie położona została ciemnozielona galaretka, z dwóch stron otoczona płacikami białej czekolady, które również nabrały zielonego koloru, o bardzo żywym tonie. Podwójną warstwą bezpośrednio stykającą się z ciemną kuwerturą jest czekoladowy ganasz, kolorem niemal nie różniący się od owej kuwertury. Ganasz wykonany został na bazie czekolady 80% kakao. Wzbogacono go o odrobinę olejku miętowego oraz brandy z cukru trzcinowego. Takie zestawienie składników okazuje się być bardzo niskokaloryczne, bowiem deklarowana wartość energetyczna 100 g produktu nie przekracza nawet 400 kcal (aż trudno mi uwierzyć, że to nie błąd).



 Wgryzienie się we wszystkie warstwy przebiega bardzo miękko, z lekkim tylko chrzęstem ciemnej czekolady łamiącej się pod naporem zębów. Ku mej radości już na samym początku dostrzegam, że kuwertura i ganasz tworzą bardzo solidną czekoladową podstawę produktu - niezwykle gładką, orzechowo-kwiatowo bogatą, kokieteryjnie słodką. W ciemnoczekoladowych częściach nie ma krzty kwaśności oraz szorstkiej goryczy. Taki zgrany i dopracowany duet to świetna baza pod jakiekolwiek dodatki, a szczególnie pod tak kontrowersyjne jak mięta.

Samej mięty jest w Chocolate Mint oczywiście sporo, ale nie gryzie ona w gardło niczym ostra pasta do zębów. Nie powoduje nachalnego mentolowego ochłodzenia jak guma do żucia - a to często irytuje w miętowych czekoladach niższej jakości. Tutaj mięta jest delikatnym herbacianym naparem. Naturalnie słodkawym, zdrowo rześkim. Lepiej nie można było tego zrobić.




 Stanowiąca serce wyrobu galaretka bardziej przypomina dziwaczny dżem ze słodkiego miętowego naparu. Jest tak nie tylko przez wzgląd na jej mało zwartą konsystencję, ale i przez złudzenie owocowych posmaków. Była bardzo przyjemnie miękka, poza raz kolejny dając mi do zrozumienia, że Zotter jest mistrzem galaretek w czekoladzie. Spójrzcie tylko na zdjęcia - przecież miętowa warstwa przypomina na nich bardziej domową konfiturę, niż coś, co kojarzymy z trzęsącym się żelatynowym tworem.

Smak płacików białej czekolady ginie pod naporem czekoladowego głaskania i miętowych westchnień. W zasadzie mam wrażenie, że te płaciki są w Chocolate Mint odpowiedzialne jedynie za utrzymanie w ryzach dość luźnej galaretki. Alkoholu zawartego w brandy z cukru trzcinowego praktycznie w tej tabliczce nie czuć, być może nadaje ona jedynie dodatkowej wytrawności czekoladowemu musowi.




Bezsprzecznie stwierdzam, iż rzeczywiście Chocolate Mint zasługuje na miano najlepszej miętowej czekolady, jakiej dotąd próbowałam. Na mój gust, przebiła nawet pełne koleżanki Mint 40% i Mint 70%. Delikatność i naturalność tej pralinowej kompozycji jest godna najwyższego uznania. Dodatkowym plusem tej tabliczki jest fakt, iż ku mojemu zaskoczeniu po degustacji długo utrzymywał się w ustach nie posmak mięty, lecz słodziutka kakaowość musu. Nie bez przyczyny produkt nosi nazwę Chocolate Mint, a nie Mint Chocolate. To wyrób na poły wytrawny, a na poły naprawdę uroczo słodki. Duet mięty i czekolady został zupełnie odczarowany.

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, mleko, syrop cukru inwertowanego, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, brandy z cukru trzcinowego, koncentrat sok cytrynowego, mięta, pektyna jabłkowa, sól, olejek miętowy, wanilia, lecytyna sojowa, cynamon.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 393 kcal.
BTW: 5,9/26/32 

czwartek, 3 grudnia 2015

Domori Sambirano Madagascar ciemna 70%


 Gdy tylko Piotr z Sekretów Czekolady przekazał mi, że będzie zamawiał czekolady Domori wprost od producenta wiedziałam, że nie będę szczędzić funduszy na zakupy produktów tej marki. Nie mogłam przegapić szansy na zdobycie wyrobów znanej włoskiej czekoladziarni. Dlaczego byłam aż tak zdesperowana? Latem 2014, gdy w Austrii miałam okazję zakupić dwie tabliczki Domori, jeszcze nie byłam świadoma prestiżu firmy. Już same degustacje Ilblend 70% oraz Il100% Criollo dały mi do zrozumienia z czym mam do czynienia. To były jedne z najlepszych czekolad jakie jadłam w życiu. Ich degustacje były przeniesieniem do zupełnie innego świata.

W końcu przyszedł czas złożenia zamówienia, a mój Mąż nie był skory do pomocy w wyborze poszczególnych tabliczek. Nie miałam więc innego wyjścia niż... zakup wszystkich dostępnych (prócz tych których próbowałam i neapolitanek). W najbliższym czasie prócz Zotterów pojawiających się tutaj praktycznie co drugi wpis, sporo miejsca poświęcę również Domori. Z racji tego, że Kimiko również zasypała się Domori, obie pozostaniemy mocno w temacie. Mam nadzieję, że w żaden sposób Was to nie przytłoczy. W głębi serca wiem, że stanie się wręcz przeciwnie - i wielu z Was po lekturach naszych recenzji bardzo zapragnie skosztować nieba w wykonaniu Domori!



Większość posiadanych przeze mnie Domori można w skrócie podzielić na trzy grupy: 50-gramowe tabliczki single-origin 70%, 25-gramowe czekolady mleczne oraz 25-gramowe ciemne czekolady z kakao Criollo różnych szczepów uprawianych na wenezuelskiej plantacji Hacienda San Jose. Aby dawkować sobie emocje, degustacje rozpoczęłam od grupy czekolad single-origin, stworzonych z kakao pochodzącego z najróżniejszych miejsc świata.

Z racji, że ostatnimi czasy przewijały się u mnie Menakao, zdecydowałam się najpierw sięgnąć po Domori wykonaną z ziaren Trinitario i Criollo uprawianych w tym samym regionie, w którym znajdują się plantacje madagaskarskiej manufaktury. Mowa o dolinie rzeki Sambirano, leżącej w północnej części Czerwonej Wyspy. Byłam bardzo ciekawa konfrontacji Menakao z madagaskarskim Domori, wiedząc, w jak niezwykle delikatny sposób Domori obrabia używane przez siebie ziarna. Zresztą, o specyfice Domori można by pisać długo, ale muszę coś zostawić na kolejne liczne wpisy dotyczące owej marki :).



Opakowania Domori są niezwykle eleganckie i proste. Po wyjęciu 50-gramowej, dość cienkiej tabliczki na zewnątrz - zachwyciłam się. Od razu żywo wróciły wspomnienia o wcześniej próbowanych Domori. Już sam wygląd tafli statecznie mahoniowej i pełnej bordowo-brunatnych refleksów, podzielonej na zgrabne zdobione kostki - sugeruje niebywałą gładkość. Czekoladowe cudo po badaniu wzrokiem i dotykiem zdaje się być idealnie delikatne. Aż strach było przełamywać to uosobienie piękna na kostki, choć przełamywana czekolada odwdzięczyła się nam za uznanie pięknym śpiewem dźwięcznego trzasku.

Zapach jest bardzo subtelny i czysty, stanowiąc zapowiedź czegoś wyjątkowego. Skojarzył mi się z wydelikaconymi nutami charakterystycznymi dla czekolad Menakao. Wszystko, co surowe i dzikie w kakao z Sambirano - tutaj zostało uładzone i wyesencjonowane. Wśród czerwonych owoców mamy tutaj soczyste truskawki i dojrzałe czerwone porzeczki, niezwykle rześkie. Owocowy koktajl zdaje się być przykryty pod pierzyną z ciepłego, gładkiego karmelu. Pojawia się nieco drzewnych i korzennych nut przyprawowych.



Pierwszy kęs jeszcze bardziej wyostrza nam zmysły i wprawia w stan błogiej kontemplacji i relaksu. Od samego początku czekolada zostawia w buzi niesamowicie gładkie i lepkie błoto, bosko rozpuszczając się w ustach. To, co dzieje się z konsystencją kęsa podczas trzymania w ustach jest wręcz esencją czekoladowości. Cudownie słodka delikatność szczelnie zalepia każdy zakamarek i wciąga w przepastną, aksamitną głębię. Jest tłuściutko w sposób maślany - nie za ciężko i nie za lekko. Konsystencja Domori jest idealna i jeszcze nie raz będę się w tym utwierdzać. Ba, pewnie niejedna tabliczka tej marki wprowadzi mnie w jeszcze większy zachwyt względem owej konsystencji. Rozpuszczając w ustach kawałek Domori nie jestem w stanie odciągnąć od siebie skojarzeń o głębokim, długim orgazmie. A to dopiero chodzi o samą strukturę... Co zaś ze smakiem?

Tak jak w zapachu - dominują tutaj czerwone owoce. Pozbawione są one dzikości wyjętej wprost z zacienionej leśnej ściółki, wijących się pnączy, gęstwiny zarośli. To owoce lubieżnie wyeksponowane na życiodajne słońce, prężące się na nim w całej swej jędrności, wygrzane i wymuskane przez promienie. Podlane przez rześkie, dynamiczne strugi deszczu. Eksplodujące soczystością zwartego miąższu. Szczególnie mocno odznaczają się dojrzałe wiśnie - zwłaszcza część przylegająca zaraz do skórki. Zaraz po nich pojawiają się bardzo słodkie truskawki z końca sezonu. Potem już zasypuje nas cała feerie smakowitości. Nabrzmiałe czerwone porzeczki, wręcz czarne czereśnie, bardzo dojrzałe śliwki, jędrne i duże rodzynki. Dalej z niezwykłą wyrazistością pojawiają się esencjonalne jagody.


Bogata owocowość przybiera postać smolistą i smukłą. Wszystko to przez wzgląd na towarzystwo, w jakim występuje. Pojawia się lekko palony gładki karmel, a także odrobina dobrej kawy o bardzo aksamitnej konsystencji. Ot, kawowy deser, gładki i soczysty, podany w najlepszej kawiarni. Właśnie - czekolada sprawa wrażenie bardzo soczystej, przez co przegryza się ją niczym dobrze wysmażony wołowy stek.

Dominującym smakiem jest zdecydowanie błoga, wykwintna słodycz. Kwaśności jest tu tylko tyle, ile występuje naturalnie w owocach, na domiar tego barrrdzo soczystych i dojrzałych - jest więc to kwaśność niezwykle przyjemna. Goryczka? Owszem, lecz tylko taka, jak w dobrej kremowej kawie z ekspresu. Jak w palonym karmelu.

Wszystko razem układa się w buzi w formę gęstego wiśniowego syropu, czy raczej likieru. Chwilami spod wiśni wydobywa się odrobina pikantności chili i pieprzu, a może cynamonu. Tworzy to iluzję niebanalnego trunku, choć jako tako nie ma tu ani śladu alkoholowego posmaku.

Tak zakręciłam się podczas upojnej degustacji, że aż sięgnęłam po część tabliczki wydzieloną dla mojego Męża i koniec końców oboje nie wiemy, kto ile jej zjadł. Gdy już przeszliśmy przez wszystkie etapy rozwijającej się czekolady poczuliśmy w pełni niezwykle bijący od niej spokój. Choć nuty w niej wyczuwalne są mocne i wyraziste, nie zmienia się w niej dużo i jest w tych zmianach powolna - pozwalając we wszystkim się rozsmakować. Domori Sambirano ma jasną duszę i pełne ciało. Coś jest w tym skojarzeniu z uładzonym Menakao - pozbawionym charakterystycznej nabiałowej nuty. Tutaj z madagaskarskiego kakao wyciśnięto kremową esencję, wyzutą z jakiejkolwiek szorstkości - tworzącą obezwładniającą turboczekoladowość.



W tej czekoladzie niesamowity jest finisz. Trwa on bowiem baaaardzo długo i jest niesamowicie głaaadki. Posmak arcy aksamitnych owocowo-karmelowych nut pozostaje w ustach bardzo długo, przytulnie się w nich moszcząc. Rozkosz ciągnie się i ciągnie, nie odchodzi, nie umyka - pozwala nam bez przeszkód się w niej zatracać. Czekolada wydaje się być przez to bardzo wdzięczna - jakby czule trzymała nas za dłonie i nie chciała odchodzić na zawsze, pozostawiając po sobie jedynie gorące wspomnienia z Czerwonej Wyspy. Tak, jakby chciała zniweczyć ulotność zmysłowych wrażeń.

Jakże dobrze mi z tym, że w Magiczna Szuflada jest praktycznie w połowie zapełniona przez Domori. Madagaskarska tabliczka jest przez to dopiero początkiem prawdziwej przygody. Nie mogę przestać się ekscytować! Jeśli chcecie poznać opinie innych czekoholików na temat Domori Sambirano Madagascar 70%, odsyłam Was w następujące miejsca: 1, 2, 3, 4, 5. Dostępna jest również recenzja w języku polskim.


Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 553 kcal.
BTW: 8,5/37/42