wtorek, 11 marca 2014

Nczekolada mleczna z kawą mieloną i ziarnami kawy


Po pierwszym, ekstremalnym podejściu do asortymentu Nczekolad - z nieukrywaną ciekawością zastanawialiśmy się, co jeszcze w zanadrzu ma dla nas warszawska pracownia kakaowej rozkoszy. Drugą tabliczkę tej marki po jaką sięgnęliśmy też można nazwać ekstremalną - jest ona bowiem poczwórnie kawowa. Kawa i jej koncentrat zostały zatopione w samej czekoladzie, zaś z wierzchu posypano ją mielonymi i całymi ziarnami kawy. Po otwarciu eleganckiego opakowania już na pierwszy rzut oka widać, że kawy nie poskąpiono - rzeczywiście, calutka powierzchnia tabliczki jest gęsto oprószona mieloną kawą. Dodatkowa ozdoba w postaci całych ziaren czyni produkt jeszcze milszym dla oka. 

Wiemy już, że biała czekolada rodem od warszawskich pasjonatów jest naprawdę dobra. Jak natomiast przedstawia się sytuacja w przypadku mlecznej? Oh tak, lubię to uczucie, gdy zapach mówi sam za siebie. Kakao czuć, oj mocno je czuć. I to specyficzne przełamanie goryczy kakao mleczną delikatnością. Szkoda, że nie podano, ile masy kakaowej zawiera smakołyk. Obstawiam jednak, że na pewno jest jej ponad 35%. W zapachu kawa nie jest intensywnie wyczuwalna - zdecydowanie na pierwszy plan wysuwa się czysty aromat wysokiej jakości mlecznej czekolady.

Smak? Nie zawodzi. Nie ma mowy o przesłodzeniu. Moc kakao, odrobina mleka, szczypta wanilii. I kawa. W samej czekoladzie, tak jak w zapachu, nie jest mocno wyczuwalna. Wtapia się, zgrywa z tym, co jest najistotniejsze. Naprawdę, wspaniała mleczna czekolada. Pełnia smaku. Coś, czego szukam.

O dziwo, posypka z mielonej kawy również nie poraża kubków smakowych intensywnością wrażeń. Nadal jest tylko i wyłącznie miłym akcentem, nawet pomimo tak obfitej warstwy. Prawdziwie kawowym kopem częstują nas dopiero całe ziarna. Palone, goryczkowe, chrupiące i dość twarde (dla mojego Ukochanego zbyt twarde). Taka kropka nad i. Nie od dziś wiadomo, że Coffee & Chocolate to duet doskonały ;). Dla mnie całe ziarna kawy w połączeniu z tą mleczną czekoladą były wprost rewelacyjne! Oj, pochrupałabym jeszcze...

Skład: czekolada cappuccino (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, miazga kakaowa, kawa, lecytyna sojowa, koncentrat kawy, wanilia), kawa mielona, ziarna kawy.
Masa netto: 100 g.

sobota, 8 marca 2014

Wedel Szkolny mleczna z orzechami arachidowymi, cząstkami pomarańczowymi i chrupkami zbożowymi

Źródło: http://przegladhandlowy.pl/4375/nowosc-szkolny-wedel-czekolada-z-pysznymi-dodatkami-na-nowy-rok-szkolny/

Mała, 38-gramowa tabliczka Szkolny wyfrunęła spod Wedlowskich skrzydeł przed rozpoczęciem roku szkolnego 2013/2014. Pierwsze skojarzenie jakie nasuwa się na widok tego typu produktu? Studentska! Przecież to w niepowtarzalnej Studentskiej, pochodzącej zza naszej południowej granicy, roi się od orzechów arachidowych i innych smakowitych dodatków. Nie wierzę, że Wedel nie wzorował się na dziecku czeskiego Oriona. Dobrymi pomysłami, na które wpadli producenci Szkolnego są gramatura idealna "do kieszonki" i całkiem udana szata graficzna opakowania (od razu wiadomo, do kogo kierowany jest wyrób). Ale, zaraz zaraz? Co ów produkt robi na moim blogu? Przecież tego typu czekolad miałam wystrzegać się jak ognia...

Jak się już zapewne domyślacie, Szkolnego kupiłam w wyniku przeceny. Termin przydatności do spożycia nieubłaganie się zbliżał, toteż Carrefour rzucił karton pełen tabliczek: 99 groszy za sztukę. A że wieczorem czekało mnie posiedzenie nad magisterką pomyślałam, że małe cukrowe doładowanie nie zaszkodzi - choćby i nawet miało być obleśnie, to 38 gramów jakoś przełknę. Darmo ocet słodki. Bo nawet nie łudziłam się, że Wedel da radę dorównać Studenstkiej (zresztą biała limitka z bakaliami już dowiodła tego, że nie sięga Orionowi do pięt).

 Maleńka tabliczka podzielona jest na klasyczne kostki, jak w większości Wedlowskich czekolad. Od razu widzimy zatopione w niej dodatki, ale nie jest ona nimi upstrzona niczym Studenstka. Najlepszym dowodem na to jest fakt, iż Szkolnego bez problemów można połamać na równe kostki. 

Gdy przyłożymy nos do powierzchni produktu, trudno odnaleźć w nim jakiekolwiek kakaowe aromaty. Delikatna mleczność też gdzieś przepadła. Ot, cukrowa brązowa masa. Na pierwszy plan wysuwa się sztuczny aromat pomarańczy, dobrze mi znany z Wedlowskiej mlecznej z cząstkami pomarańczowymi. Zresztą, owocowe cząstki umieszczone w Szkolnym niczym nie różnią się od tych zawartych w powyższej czekoladzie (owocowe to trochę za dużo powiedziane, spójrzcie na skład...). Nosem wyczuć można jeszcze aromat fistaszków, ale stanowi on jedynie tło.

Mleczna czekolada jest kiepska. Bardzo słodka i naprawdę nijaka. Trudno doszukiwać się tu jakichkolwiek górnolotnych doznań. Orzechów nie jest wiele, co stanowi duży minus - w końcu orzechy zawsze ratują sytuację! Niby są to połówki orzeszków, ale jakieś takie niedorobione... Przy tak małej gramaturze produktu, Wedel mógł się postarać i naprawdę solidnie zapodać orzechami. Niestety, okazał się być niezwykłym skąpcem.

O cząstkach pomarańczowych nie ma co się rozpisywać - odsyłam do linka powyżej. Wedel mógł udoskonalić ten dodatek, bo czuć od niego chemią z kilometra. Pomarańcza jest sztuczna niczym w płynie do naczyń. Na dodatek, niektóre cząstki były przesadnie potraktowane kurkuminą - ich barwa była na tyle intensywna, że mogłabym je posądzić o świecenie w ciemności...

Nad chrupkami też nie ma sensu się rozwodzić. Jedyne, co nadają czekoladzie, to chrupkość (doprawdy, trudno było się tego spodziewać ;)). Nawet ciężko mówić tu o jakichkolwiek wrażeniach smakowych. Wtapiają się w wszechobecną słodycz i totalnie giną.

Najbardziej przeraża mnie fakt, jak prędko pochłonęłam opisywany dziś produkt. Rach ciach i pozamiatane. Rzadko zdarza mi się wciągać słodycze niczym odkurzacz, zdecydowanie wolę się nimi delektować. Tutaj jednak nie było się nad czym skupić. Przeciętność produktu włączyła we mnie tryb bezmyślnego pożeracza cukru. Żadnych uniesień, ot, chęć szybkiego podniesienia poziomu glukozy we krwi.

Podsumowując - mogło być fajnie, a wyszło jak zawsze. Pomysł na nadzianą małą tabliczkę, którą można nosić przy sobie jako koło ratunkowe jest jak najbardziej trafny. Gdyby tylko wykonanie było solidniejsze, to może sama kupowałabym regularnie taki smakołyk. Niestety, Wedel nie jest w stanie podołać zadaniu stworzenia funkcjonalnego produktu o świetnej jakości. Szkoda.

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, orzechy arachidowe 9%, cząstki pomarańczowe 5% (glicerol, syrop fruktozowo-glukozowy, zagęszczony przecier pomarańczowy 6%, błonnik z pszenicy, cukier, tłuszcz palmowy, skrobia ryżowa, pektyna, kwas cytrynowy, naturalny aromat pomarańczowy, kwas askorbinowy, kurkumina), chrupki 4% (mąka ryżowa, mąka pszenna, mąka kukurydziana, cukier, mąka owsiana, koncentrat słodu jęczmiennego, sól), serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu, aromaty.
Masa kakaowa min. 29%.
Masa netto: 38 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 520 kcal
BTW: 8,2/27,8/56,9


środa, 5 marca 2014

Nczekolada biała z suszonym pomidorem, czosnkiem, solą, bazylią i oregano


Nczekolada to warszawska pracownia czekolady, której wyroby nabyć można w Delikatesach Alma. O małej rodzinnej firmie, w której z pieczołowitością dba się o jakość surowców oraz elegancję wykonania, więcej przeczytać możecie na stronie internetowej. W najnowszej gazetce Almy pojawiła się promocja na asortyment Nczekolad, toteż warto było w końcu sięgnąć do Magicznej Szuflady po tabliczki zakupione jeszcze przed Świętami Bożego Narodzenia. Dodatkowo, podczas ostatniej wizyty w Almie, podkuszona ceną, zakupiłam kolejne produkty tej firmy do kolekcji. Z tego powodu, w najbliższym czasie możecie spodziewać się kilku recenzji Nczekolad.

Pierwsze doświadczenie z warszawską pracownią miało być doznaniem ekstremalnym - sięgnęliśmy po białą czekoladę z suszonym pomidorem, czosnkiem, solą, bazylią i oregano. Od dawien dawna czaiłam się na ową tabliczkę w Almie, jednak dopiero parę miesięcy temu odważyłam się ją zakupić. Nie ukrywam obaw, jakie zawsze towarzyszą mi przed degustacją tego typu słodkości. Nietypowy wyrób może się wszak okazać się rajem dla podniebienia, jak to było w przypadku mocno ziołowej Lauenstein Confisiere, czy też mięsnej oraz chipsowej Wild Ophelia. Z drugiej strony, możemy mieć do czynienia z przerostem formy nad treścią, co stało się w przypadku niezjadliwej Violet Kangaroo. Bazylia w czekoladzie stała się zaś nie do przejścia dla mojego Ukochanego, w  eksperymencie Heidi z tą przyprawą. Mimo wszystko, do odważnych świat należy, a my nie boimy się nowości.

Nczekolady mają formę wydłużonych 100-gramowych tabliczek sprawiających wrażenie, że gramatura produktu jest wyższa niż standardowe 100 g. Opakowane są w proste, aczkolwiek eleganckie kartoniki z okienkiem, przewiązane białą wstążką. Sama czekolada otulona jest zwykłą przezroczystą folijką. Rozrywaliśmy ją z ogromnym zaciekawieniem...

Od spodu tabliczka podzielona jest na kostki, obecny jest również wzór z logo firmy. Z wierzchu czekolada suto posypana jest przeprawami. Proporcje poszczególnych dodatków wydają się być zgodne z kolejnością składu surowcowego. I tak, najbardziej widoczne na tabliczce są cząstki suszonych pomidorów, dalej płatki czosnku oraz kryształy soli. Zielonych drobinek suszonego oregano i bazylii jest najmniej. Tak barwnie udekorowana biała tabliczka wygląda niezwykle estetycznie.

Bierzemy oryginalny wyrób do rąk, zbliżamy do nozdrzy, zaciągamy się. Wow. Tego jeszcze nie było. Gdyby ktoś związał mi oczy i podstawił tabliczkę pod nos obstawiałabym, że mam do czynienia z pizzą. Pomidory i czosnek z nutą bazylii i oregano bardzo wyraźnie dają się we znaki. Mleczno-waniliowe aromaty charakterystyczne dla białej czekolady pozostały niezauważalne, daleko w tyle.

Pierwszy gryz jest szokiem dla zmysłu smaku, ale bardzo szybko się w owym szokiem oswajamy. Po pierwsze (i bodaj najważniejsze) - biała czekolada jest bardzo dobra. Niczego nie można jej zarzucić - ani nadmiernej słodyczy, ani posmaku starego tłuszczu. Jest wysokiej jakości, co czyni ją dobrą bazą pod jakiekolwiek dodatki. Przyprawy są bardzo intensywnie wyczuwalne, jednakże nie przyćmiewają swym smakiem białej czekolady - pozwalając jej choć odrobinę wykazać się własnymi walorami. Pierwsze skrzypce grają soczyste pomidory, dalej aromatyczny czosnek, a następnie sól. Bazylia i oregano są znacznie przytłumione poprzez resztę towarzyszy. Biała czekolada i niezwykle mocne przyprawy - z wielkim zdziwieniem odkrywamy, że tutaj wszystko do siebie pasuje. W życiu bym nie przypuszczała, ale ten pierwszy szok bardzo szybko przeradza się w harmonię. Nie da się tego opisać - po prostu trzeba spróbować. Wszystko się ze sobą zgrało... Jak oni to wymyślili? ;)

Wydaje się być idealnie - kolejny eksperyment udał się. A jednak mój entuzjazm po zjedzeniu pierwszych kostek zaczął spadać niczym po równi pochyłej. Każdy kolejny kęs był drogą to przesycenia bardzo intensywnymi doznaniami smakowymi. I nagle, musiałam powiedzieć pas. Nie byłam w stanie zjeść swojej porcji do końca. Było mi niedobrze, a przyprawy zaczęły wykręcać mi twarz. Jak widać, nie musi być to regułą, bowiem mój Ukochany z chęcią przyjął resztkę mojej porcji i zjadł łącznie ponad połowę tabliczki z prawdziwym smakiem. Ta czekolada jest idealna do degustowania jej po kosteczce - chęć spożycia większej ilości na raz może się skończyć tak jak w moim przypadku. Przegryzienie jabłkiem, umycie zębów i żucie gumy nadal nie pozbyło mnie na kilka godzin charakterystycznego posmaku w ustach. 

Mimo wszystko, producentowi należą się brawa za stworzenie łamiącego reguły połączenia, w którym wszystko jest spójne. Po prostu co za dużo, to nie zdrowo... I nie dotyczy to mnogości zastosowanych przypraw (bo ich ilość była idealna, aby w pełni poznać walory szokującej fuzji smaków), ale mojego łakomstwa ;).

Skład: czekolada biała (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, lecytyna sojowa, wanilia), pomidor suszony, czosnek, sól, bazylia, oregano.
Masa netto: 100 g.

niedziela, 2 marca 2014

Mount Momami biała z migdałami i wanilią


 Dzisiaj opisywaną tabliczkę Mount Momami nabyłam za zachodnią granicą. W Almie (gdzie kupić można część asortymentu powyższej firmy) nie widziałam tej czekolady, a więc nie wiem, jak wygląda jej dostępność w Polsce. W niemieckim sklepie dłuższą chwilę przyglądałam się temu produktowi zastanawiając się, czy tak proste z pozoru połączenie składników będzie w stanie mnie czymś zaskoczyć. Czy dorówna harmonii smaków, z jaką spotkałam się w  Lindt Les Grandes? Czy też zaskoczy mnie czymś zupełnie odmiennym? Jedno wiedziałam - dotychczasowe doświadczenia z Mount Momami dawały mi pewność, że będzie ciekawie.

Jak to bywa z nietypowym kształtem tabliczek tej marki, do degustacji przystąpiliśmy ponownie uzbrojeni w nóż - inaczej nie dałoby się wydzielić dwóch (przynajmniej umownie) równych części. Cieniutka czekolada bardzo obficie wypełniona była słusznych rozmiarów migdałami. Prócz tego, na całej połaci upstrzona była fragmentami ziarenek wanilii. Wyglądała oryginalnie i naprawdę ładnie - już nie budziła na pierwszy rzut oka dziwnych skojarzeń, tak jak konsumowana przez nas wcześniej biała czekolada tej firmy. 

Zapach jest bardzo obiecujący, choć nie odkrywa przed nami wszystkich tajemnic tej czekolady. Subtelny mleczny aromat przełamany jest nęcącą migdałowością oraz naprawdę intensywną wanilią. Ale nadal, jeśli chodzi o zapach, kompozycja sprawia wrażenie bardzo delikatnej.

Smak. Najpierw wgryzłam się w samą białą czekoladą. Muszę przyznać, że pierwsze doznania smakowe sprawiły, że nieco się zawahałam. Biała masa wydawała się być naprawdę baaaardzo słodka, nie do końca przemyślana, nie taka jakiej szukam. A przecież pierwsza biała czekolada Mount Momami tak bardzo mi smakowała! Ale nie poddaję się, wgryzam się dalej... Całe szczęście, po chwili moje kubki smakowe odnalazły kojącą równowagę...

...która paradoksalnie nie wywodziła się z faktu, iż Mount Momami zaoferował nam niebiańsko delikatną białą czekoladę. O nie nie! Kto by się domyślał, że ta tabliczka harmonijnie łączy w totalnie SKRAJNE oblicza. 

Rażąca na początku słodycz, po chwili przemienia się w mleczną głębię. Myślę sobie, ok, jest dobrze, nie spieprzyli tej białej czekolady. Idę dalej, wgryzam się w migdał. Tak jak w przypadku drugiej białej Mount Momami, także tutaj migdały są wyborne. Pierwszego sortu, bardzo wyraziste w smaku, idealnie podprażone. Końcowy etap rozgryzania migdała przyprawia o szok. SÓL! I to jaka! Na początku tak słodko, przed chwilą ten cudny migdał, a teraz - jakże słono! Jak się okazało, migdały zostały solidnie posolone - a uzyskany efekt jest doprawdy genialny.

Ostatnim elementem tej na pozór prostej, a w rzeczywistości bardzo zmyślnej układanki jest wanilia. Obfitość jej fragmentów widoczna gołym okiem, znalazła odzwierciedlenie w smaku. Zazwyczaj w czekoladach spotyka się etylowanilinę, ewentualnie ekstrakt z wanilii. Cząstki prawdziwej laski wanilii robią ogromną różnicę. Chyba jeszcze nigdy nie spotkałam się z tak intensywnie waniliową czekoladą. Wanilia nie przebrzmiewa tutaj dalekim echem - została z premedytacją użyta jako podkręcająca zmysły przyprawa. Świetna rzecz.

Jeśli ktoś jest fanem białych czekolad typu Milka, może mieć problem z przebrnięciem przez tą tabliczkę. Zostałam bardzo zaskoczona przez Mount Momami, nie spodziewałam się aż takich kontrastów w czymś, co wydawało się spójne i oczywiste. Na początku obawiałam się nawet, że tabliczka sprawi nam zawód, ale ona zaraz odparła wszelkie zarzuty. Zaatakowała nas całą serią niespodzianek, co koniec końców pozwoliło nam odnaleźć satysfakcję. Huh, jedzenie czekolady potrafi być prawdziwą przygodą!
 
Skład: biała czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa), prażone i solone migdały (migdały, sól morska, guma arabska), wanilia burbon 0,5%.
Masa netto: 85 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 563 kcal.
BTW: 10,3/39,9/40,7