piątek, 15 stycznia 2016

Lindt Creation Amarettini mleczna nadziewana kremem migdałowym, migdałami i kawałkami ciastek

 

29 grudnia zapuściliśmy się w zupełnie inny rejon Gór Kaczawskich (a właściwie - Pogórza Kaczawskiego), bliżej miasta Jawor. W jego bliskości znajduje się znaczna część Parku Krajobrazowego Chełmy, na którego terenie położonych jest pięć rezerwatów przyrody. Trzy z nich mieliśmy obejść tego dnia, zaś dwa kolejne następnego. Ze Świerzawy podjechaliśmy autem z samego rana do Myśliborza, gdzie rozpoczęliśmy naszą wtorkową wędrówkę. Pierwszym punktem na trasie tego dnia był szczyt Rataj wraz z dawnym kamieniołomem i niesamowitym bazaltowym czopem wulkanicznym zwanym Małymi Organami Myśliborskimi. Ta piękna rzeźba natury stworzona z zakrzepłej lawy liczy sobie bagatela 30 milionów lat!


Z Rataja udaliśmy się na Bazaltową Górę. Na jej zboczach również znajduje się dawny kamieniołom (z pięknymi bazaltowymi słupami), zaś na szczycie - poniemiecka wieża widokowa. Dziś Bazaltową Górę porasta wysoki las i szczyt nie ma żadnych walorów widokowych (jego zbocza już tak). Nie mniej jednak - sama wieża jest bardzo urokliwa i to przy niej postanowiliśmy zatrzymać się na kawę z termosu. Towarzyszką do kawy była Lindt Creation Amarettini.


150-gramową mleczną tabliczkę nadziewaną kremem migdałowym, migdałami i kawałkami ciastek zakupiłam swego czasu w niemieckim markecie Edeka (razem z m.in. tą czekoladą). Szłam do Edeki z zamysłem kupienia tego wariantu smakowego i bardzo się ucieszyłam, gdy zastałam go na półce. Znając już dość dobrze asortyment i styl Lindta, w mojej głowie ułożyła się wizja smaku tej czekolady. Czułabym się bardzo zawiedziona, gdyby rzeczywistość znacznie odbiegała od tego wyobrażenia. Wcale nie oczekiwałam od produktu obecności alkoholu w składzie, choć przecież w oryginalnych makaronikach amarettini musi znajdować się amaretto. W tej czekoladzie jakoś zupełnie tego nie widziałam.

Na szczęście, Creation Amarettini okazała się być kubek w kubek odzwierciedleniem mojego marzenia. Poczułam to już w momencie rozwinięcia czekolady ze sreberka. Ciepły i jasny brąz tafli, nad którą rozpościerał się delikatny migdałowo-mleczny zapach, momentalnie wprowadził uśmiech na moją twarz. Już wiedziałam, że miałabym dylemat, gdyby postawiono mnie przed wyborem ponownego spróbowania Amarettini lub Weihnachts Orangen-Truffel.



Creation Amarettini jest czekoladą niezwykle przystępną, obowiązkową dla każdego miłośnika migdałów. Mleczna czekolada okalająca nadzienie jest klasycznie lindtowsko pyszna - mleczność jest tutaj błogo głęboka, a kakao nieustannie brzmi w tle. Jedyne co mogłabym jej zarzucić to fakt, iż mogłaby odrobinę lepiej rozpuszczać się w ustach. Być może była to po prostu kwestia temperatury na dworze.

Biały krem wypełniający jej wnętrze nie jest tłuszczowo-cukrowym tworem. W końcu trafiłam w Lindcie na białe nadzienie, które praktycznie nie wzbudziło żadnych moich zastrzeżeń. W konsystencji nie jest ono ani maziste, ani też zbyt zbite - stanowi po prostu zwarty krem pełen drobinek. Czuć w nim wyraźną mleczność, bez proszkowatości - podszytą mocnym akcentem migdałowego olejku. Jest słodko, ale niebanalnie. Właśnie coś takiego chciałam czuć w tej czekoladzie!



Było na tyle smacznie, że naprawdę nie przeszkadzał mi mały rozmiar zatopionych w kremie dodatków. Drobno posiekane migdały i okruchy migdałowych ciastek stanowią dobry umilacz degustacji. Przyjemnie chrupią, są smaczne, wyraziście migdałowe i nie za twarde. Świetnie wkomponowały się zarówno w krem, jak i w mleczną czekoladę. Wydaje mi się, że gdyby były większe, cała kompozycja zyskałaby pewnej ordynarności.

Nie daje mi spokoju jedynie jedna rzecz - mam świadomość, że gdyby w składzie nadzienia zastosowano tłuszcz mleczny zamiast palmowego byłoby jeszcze smaczniej. Nie mniej jednak, ten nadziewany Lindt naprawdę się udał i z chęcią bym do niego wróciła jeszcze kiedyś na szlaku. Smak amarettini został podjęty prosto i na temat, bez zbędnych kombinacji. Jakże to miłe, gdy coś spełnia nasze oczekiwania (a w końcu wcale nie wymagałam od Lindta cudów)...



Po Bazaltowej Górze czekał na nas kolejny szczyt - Radogost. Na nim również znajduje się poniemiecka wieża widokowa, z której tym razem dane nam było podziwiać piękny okoliczny krajobraz.


Z Radogostu skierowaliśmy swe kroki w stronę wsi Grobla, przy której położony jest Rezerwat Nad Groblą. Podążając zielonym szlakiem podziwialiśmy jego teren, by następnie niemalże płynnie (jedynie mijając szosę w Siedmicy) przejść do kolejnego rezerwatu - Wąwóz Siedmicki.

Oba powyższe rezerwaty leżą w dolinie rzeki Młynówka. Z góry przyznam, że Wąwóz Siedmicki wywarł na mnie największe wrażenie spośród rezerwatów Parku Krajobrazowego Chełmy. Piękne rzeźby skalne jak chociażby Zbójecki Zamek oraz ogólny niesamowity urok tego zacisznego miejsca sprawił, że poczułam się jak w bajce...



Doszliśmy do skrzyżowania szlaków. Dalej mogliśmy się kierować na przykład w stronę Wąwozu Lipa lub Wąwozu Myśliborskiego. Tego dnia naszym kolejnym celem był Wąwóz Myśliborski, w którym to płynie rzeka Jawornik. Kolejny wąwóz pełen piękna i tajemnic... Ze szczytu Golica i znajdujących się na nim Skałek Elfów podziwiać można z góry niemałą głębokość tego wąwozu. Mijając biwakową Słoneczną Łąkę powróciliśmy do Myśliborza. To jednak nie był koniec naszej wtorkowej wyprawy...



Wracając autem z Myśliborza do Świerzawy zatrzymaliśmy się przy kolejnym powulkanicznym wspomnieniu - Czartowskiej Skale, będącej stożkiem pozostałym po dawnym rdzeniu komina wulkanicznego. Rozpoczęliśmy wyścig z czasem. Słońce nieubłaganie chyliło się ku zachodowi, a my chcieliśmy bez przeszkód przyjrzeć się skale i obejrzeć widoki rozpościerające się ze szczytu. Choć co do widoków - nie było to takie oczywiste, bowiem widoczność tego dnia wcale nie zbliżała się ku ideałowi. Warto jednak było pędzić na Czartowską, by przekonać się, jak zachód pięknie podświetlił Karkonosze i Góry Kaczawskie... Śnieżkę, choć ze sporej odległości, podziwialiśmy w pełnej krasie i szkoda, że na zdjęciach tego nie widać... Z sekundy na sekundę aura zmieniała się, Czartowska Skała piękna sama w sobie nabierała coraz to większej tajemniczości, a widoki wokół niej mieniły się milionem barw. Na długo zapamiętam ten pospieszny marsz na Czartowską, który dostarczył nam tylu wizualnych wrażeń.


 Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, olej palmowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, śmietanka w proszku, mąka pszenna, lecytyna sojowa, ekstrakt słodu jęczmiennego, białka jaj, migdały, pestki moreli, aromaty, syrop glukozowo-fruktozowy, sól.
Masa netto: 145 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 558 kcal.
BTW: 6,8/36/51

środa, 13 stycznia 2016

Zotter Eco Rosa wieloowocowa z marakujowym dyskiem i chrupiącymi owocowymi płatkami

 

28 grudnia wstaliśmy ponownie sporo przed świtem, by ze zasmuceniem stwierdzić spoglądając przez nasze okno z widokiem na Wielisławkę, iż siąpi deszcz. Z dwojga złego - jeśli musiał, to dobrze, że wybrał sobie akurat ten dzień. Po obfitym śniadaniu wsiedliśmy do samochodu i wyruszyliśmy z Sędziszowej na przedmieścia Złotoryi. Gdy dojechaliśmy na parking znajdujący się pomiędzy Kruczymi Skałami a rzeźbami skalnymi w pobliżu Wilkołaka okazało się, że już nie pada. Choć zachmurzenie i mgła utrzymywały się przez cały dzień, deszczu już nie było. Mieliśmy szczęście!

Było jeszcze ciemnawo, co nie sprzyjało długiemu przyglądaniu się niezwykłym Kruczym Skałom, Wilczej Jamie, Niedźwiedziej Jamie i Skalnemu Wodospadowi. Jeśli kiedyś traficie do Złotoryi w przyjaźniejszej aurze i o bardziej ludzkiej porze, polecam przyjrzeć się tym miejscom. U nas przed ósmą rano chęć ich eksploracji doprowadziła do kłótni, a nie zachwytu. Kiepskie oznakowanie dotarcia do poszczególnych skałek nie sprzyjało delektowaniu się ich niezwykłością, a słabe światło nie pozwoliło nawet na wykonanie zdjęć. Czas naglił, a my w obawie o dalsze oznakowanie szlaku, ruszyliśmy wzdłuż zielonych znaków w stronę rezerwatu Wilcza Góra.

Nasze obawy były słuszne. Zielony szlak urywa się, gdy podchodzimy pod ogrodzenia kopalni bazaltu na terenie Wilczej Góry. Dalej musimy radzić sobie na własną rękę. Wilkołak to dawny wulkan, rozebrany do połowy przez działalność powyższej kopalni. Góra piękna i charakterystyczna, widoczna z daleka, za czasów niemieckich z pięknym schroniskiem na szczycie - dziś rozgrzebana i rozgrabiona. Rezerwat funkcjonuje tylko w małym obrębie góry - reszta to wielka dziura w ziemi. W sumie nie dziwię się, że Złotoryja nie kwapi się o lepsze turystyczne oznakowanie wokół Wilkołaka. Takie niszczenie przyrody, w tym unikatowej róży bazaltowej - to prawdziwy wstyd. Wilkołak to dziś góra piękno-brzydka, smutna i nadal tajemnicza. Smutna również przez wzgląd na fakt, że sporo popełniono tam samobójstw oraz... morderstw na zwierzętach.




Spod Wilkołaka udaliśmy się w stronę Kostrzy - innego wzgórza znajdującego się nieopodal, będącego również dawnym wulkanem. Kostrza to dziś niczym nie wyróżniające się maleństwo (313 m n.p.m.) położone pośród pól uprawnych. Z jego szczytu rozciągał się widok na Wilkołaka, towarzyszącą mu kopalnię oraz sąsiednie fabryki. W mglistej aurze był to widok upiorny. Zupełnie przewrotnie, właśnie tego dnia postanowiłam sięgnąć po zotterowską czekoladę o nazwie Eco Rosa. Kolorowa i radosna Eco Rosa, w towarzystwie tak przygnębiającego krajobrazu...


Eco Rosa to jedna z najnowszych zotterowskich propozycji w serii MitziBlue. Jej nazwa powstała na cześć matki Josepha Zottera - Rosy. Skończyła ona 80 lat i mieszka zaraz naprzeciwko czekoladowej manufaktury. Przedrostek "eco" jest oczywisty dla wszystkich produktów Zottera - wszak bodaj każdy z nich posiada ekologiczny certyfikat.

Skład Eco Rosy jest niesamowicie zróżnicowany, co ma swoje odzwierciedlenie w niecodziennym wyglądzie czekolady. Oczywiście, jak każda MitziBlue, jest ona okrągła i posiada w środku mały dysk o odmiennym smaku. Duży dysk to szalony owocowy koktajl na bazie tłuszczu kakaowego, cukru trzcinowego, jogurtu i mleka krowiego oraz ryżowego. W skład koktajlu wchodzą banany, ananas oraz truskawki. Mały dysk to dominacja marakui, dokładnie tak jak w dużym dysku próbowanej już wcześniej przeze mnie MitziBlue Hip Hop. Ponadto, duży dysk został obsypany pszenno-ryżowo-orkiszowymi płatkami z dodatkiem malin, cytryn, pomarańczy i kokosa. To zapowiada eksplozję owocowych smaków!




Tabliczka pachnie rzeczywiście bardzo koktajlowo, przywodząc na myśl drinki z palemką i słoneczną plażę. Wprawdzie nie są to zupełnie moje klimaty (tym bardziej totalnie rozbieżne z towarzyszącym degustacji widokiem), ale jednak zrobiło się miło. Przyjemny mleczno-waniliowy aromat miesza się z owocową feerią i bardzo zachęca do konsumpcji.

Pierwszy kęs jest jak najbardziej przyjemny. Czekolada dość opornie rozpuszcza się w ustach, będąc produktem dość zwartym i odrobinę suchym (ale nie proszkowym). Gdy już roztoczy na podniebieniu swoje walory, czujemy wyraźnie ryżowo-mleczny deser wzbogacony w liczne owoce i doprawiony wanilią. Banany, ananasy i truskawki połączyły się w tak spójną całość, że trudno je tu wyodrębnić i opisywać z osobna.


Kolorowe chrupki, którymi został obsypany duży dysk, są lekko chrupiące, świeże, niezbyt twarde, o idealnej konsystencji. Ich smak niestety nie jest bardzo wyrazisty. W zasadzie najwięcej tu kwaskowatości malin i cytryn, ze zbożowym posmakiem i nikłym kokosem majaczącym gdzieś w tle.

Mały dysk to naprawdę wyrazista marakuja, okraszona jogurtowym kopem. Mając w pamięci Hip Hop wiem, że tam duży marakujowy dysk smakował podobnie (to znaczy równie dobrze), lecz w Eco Rosa wydaje się on mieć głębszy mleczny posmak. Nie wiem, czy nie wolałam, jak był po prostu czysto kwaskowato-orzeźwiający.



Wszystko wydaje się być ładne i piękne, jednakże Eco Rosa ma pewien wyraźny mankament. Gdy już zapoznamy się z kawalkadą owocowości i chrupkości, przychodzi do nas dziwny posmak, który przemienia cały magiczny koktajl w... syrop dla dzieci. Owo ziołowo-lekowe odczucie odbierało magię całej kompozycji i naprawdę irytowało, choć na szczęście nie był to mocno nasilony akcent. Wczytanie się w skład odsłania wszystkie karty - pod koniec długiej listy składników figuruje olejek miętowy. Olejek miętowy, którym moim zdaniem został tu dodany zupełnie niepotrzebnie. Sprawił, że końcowe wrażenie, jakie pozostawia po sobie Eco Rosa jest raczej niezbyt przyjemne. Miał zapewne podkręcać orzeźwiający efekt, ale to wyszło nie za dobrze. Cóż, pozostało mi liczyć na to, że inna nowa wieloowocowa tabliczka od Zottera, którą miałam wypróbować parę dni później, lepiej się spisze...


Idąc od Kostrzy w stronę miejscowości Leszczyna minęliśmy jeszcze dwa dawne wulkany: Dębinę i Kopczynę - dziś również będące jedynie maleńkimi pagórkami. W Leszczynie znajduje się Skansen Górniczo-Hutniczy. Pechowo pojawiliśmy się tam akurat w poniedziałek, kiedy to skansen jest nieczynny. Nic nie stało jednak na przeszkodzie w odbyciu spaceru ścieżką dydaktyczną Synklina Leszczyny, towarzyszącą skansenowi. Czekało tam na nas mnóstwo ciekawostek historycznych i przyrodniczo-geologicznych. Aż dziw, że na ledwie trzykilometrowej trasie może pomieścić się tyle ciekawych miejsc!

Następnie udaliśmy się czerwonym szlakiem rowerowym w stronę szczytu Rosocha. Po drodze nabraliśmy ogromnej ochoty na drugie śniadanie, ale nigdzie nie było odpowiedniego miejsca na biwak. Mój Mąż wpadł na pomysł, aby usiąść w nowej ambonie myśliwskiej położonej pośrodku łąki, z rozciągającym się z niej pięknym widokiem na okoliczne miasta. Niezbyt ochoczo przystałam na tą propozycję wiedząc, że do ambon myśliwskich się nie wchodzi. Gdy już spożywaliśmy posiłek osłonięci od wiatru, przez okienko zauważyłam, iż łąką zbliża się do nas samochód. Zatrzymał się wprost pod amboną. Zrobiło mi się niedobrze na myśl zbliżającej się konfrontacji z myśliwym - prędko zebraliśmy się do wyjścia z ambony, przeklinając niesamowitego pecha. Wtem okazało się, że to kto inny miał większego pecha, niż my. Pakując w pośpiechu plecak zauważyłam, jak z auta wychodzi kierowca i przesiada się na tylne siedzenie. Z siedzenia pasażera po chwili wyłoniła się kobieta, która również udała się do tyłu. Pięknie! Para postanowiła znaleźć sobie ustronne miejsce z widokiem, a tutaj ktoś im przeszkadza wychodząc z ambony. Śmialiśmy się z owej sytuacji całą dalszą drogę tego dnia.

W końcu dotarliśmy do szczytu Rosocha, na którym to znajdują się ruiny poniemieckiej stacji radiolokacyjnej Rudiger II. Przy ładnej pogodzie musi to być wspaniały punkt widokowy. Rosocha ma być również miejscem położenia schronu PTTK Marianówka, choć my, pomimo usilnych starań, nie mogliśmy go odnaleźć. Zeszliśmy do wsi Stanisławów, a stamtąd obraliśmy szlak przez las w stronę Wilkowa. Musieliśmy rozdzielić się, bo rozgałęzień dróg w lesie było sporo, a oznakowanie szlaków słabe... Na szczęście po drodze znajdowały się punkty charakterystyczne - ruiny pieców wapiennych, które pozwoliły nam odnaleźć właściwą drogę.

Przez Wilków maszerowaliśmy, gdy słońce już chyliło się ku zachodowi. Podziwialiśmy niesamowite sudeckie budownictwo, w większości niestety bardzo zaniedbane, a wręcz opuszczone. Pod Wilkołaka wróciliśmy już o zmierzchu, okrążając górę zaopatrzeni w czołówki. Do auta wróciliśmy w zupełnych ciemnościach, pozbawieni szansy na powrót do Kruczych Skał i okolicznych jaskiń. Może innym razem...

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, suszone banany 3%, suszony ananas 3%, suszone truskawki 3%, suszona marakuja 2%, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka, lecytyna sojowa, płatki orkiszowe 1% (orkisz, sól), płatki ryżowe 1% (ryż, sól), płatki pszenne 1% (pełnoziarnista mąka pszenna, cukier, sól), napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), suszone maliny 0,2%, proszek cytrynowy 0,2% (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), wiórki kokosowe 0,2%, pełen cukier trzcinowy, maliny w proszku 0,1%, pomarańcze w proszku 0,1% (koncentrat soku pomarańczowego, mąka ryżowa), kokos w proszku (mleko kokosowe, maltodekstryna), wanilia, cukier puder, sól, olejek miętowy, lecytyna słonecznikowa.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 565 kcal.
BTW: 2,8/36/56

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Lindt Edelbitter Mousse Schwarze Johannisbeere ciemna nadziewana musem z ciemnej czekolady i czarnymi porzeczkami

 
Czas na kontynuację relacji z naszej wyprawy w Góry Kaczawskie! 27 grudnia wstaliśmy równie wcześnie co dnia poprzedniego i udaliśmy się samochodem z Sędziszowej do Wojcieszowa. Wojcieszów to przede wszystkim zakłady wapiennicze, które niesamowicie prezentowały się przed świtem, gdy mijaliśmy je wchodząc już na nasz szlak. Niestety, w rzeczywistości czynią sporo szkody, dewastując piękną górę Połom 667 m n.p.m. (widoczną na jeszcze kolejnym zdjęciu). Na terenie Połomu znajdował się niegdyś rezerwat chroniący m.in. liczne tajemnicze jaskinie. 


 

 

Z Wojcieszowa udaliśmy się na Skopiec 724 m n.p.m., będący najwyższym szczytem Gór Kaczawskich (należy do Korony Gór Polskich). Znacznie atrakcyjniejszy widokowo okazał się sąsiadujący ze Skopcem nieco niższy Baraniec, z którego to zbocza mogliśmy podziwiać wspaniałą panoramę Rudaw Janowickich, Karkonoszy oraz Gór Izerskich. Zresztą, podobny widok (lecz z nieco innej perspektywy - na tyle unikatowej, że plasującej Śnieżkę pomiędzy Sokolikiem i Krzyżną Górą) odsłonił się nam gdy schodziliśmy już w dół do wsi Radomierz, która łączy Kaczawskie z Górami Ołowianymi. To właśnie na łąkach Przełęczy Radomierskiej zatrzymaliśmy się na posilenie dziś opisywaną czekoladą (zresztą, w Radomierzu znajduje się wieża widokowa, ale nie zahaczyliśmy o nią, bowiem czas naglił, a już na samej Przełęczy widoki były wymarzone!).


Lindt Edelbitter Mousse Schwarze Johannisbeere zakupiłam w listopadzie w Niemczech wraz z dwoma innymi Lindtami. Rzeczonego wariantu nigdy nie spotkałam w Polsce. Na zakup zdecydowałam się przez wzgląd na fakt, że próbowane niegdyś czekolady z tej serii (jak żurawinowa, pomarańczowa, truskawkowa czy jagodowo-lawendowa) bardzo mi smakowały. Miałam nadzieję, że i w tym przypadku sukces się powtórzy. Ciemna czekolada o 70% zawartości kakao, nadziewana ciemnym czekoladowym musem i czarnymi porzeczkami - to brzmiało klasycznie i po prostu dobrze!

 150-gramowa tabliczka znacznie ciemnego koloru, podzielona na duże kostki - wyglądała imponująco. Przybliżając nos do jej powierzchni już nie byłam tak pełna podziwu. Aromat czarnej porzeczki przewijał się, lecz sama czekolada nie pachniała zachwycająco. Powiedziałabym, że pachniała bardzo zwyczajnie i płasko, bez jakiejkolwiek głębi. Jeszcze raz sprawdziłam w składzie, czy aby Lindta nie podkusił dodatek odtłuszczonego kakao w proszku, lecz na szczęście tak nie było. Pozostało przekonać się, jak produkt spisze się w kwestii smakowej.

Przegryzając kostkę obnażamy wnętrze czekolady. Składa się ono z dwóch warstw. Dolna to ciemnoczekoladowy niby-mus, który jest zbity i o kilka tonów jaśniejszy od okalającej go czekolady. Górna warstwa jest dżemowata i prawie płynna, jednak ostatkami sił trzyma się w ryzach. Posiada ładną, granatowo-fioletową barwę.



Kęs umieszczony w ustach nie rozpuszcza się chętnie. Nawet podczas pomagania sobie językiem nadal pozostaje chłodny i zdystansowany. Ciemna czekolada powtarza to, co zaoferowała w sferze zapachu - nie zachwyca niczym. Mam wrażenie, że kiedyś smakowała mi o wiele bardziej, ale być może po prostu spróbowałam już wielu lepszych ciemnych czekolad.

Na domiar złego, mus wcale nie jest musem, ale takiego stanu rzeczy się spodziewałam. Wiele Lindtów z podwójnym nadzieniem ma właśnie taki pseudo-mus, zbity i suchawy. Pomimo nie najgorszego składu, nic wykwintnego i ponadprzeciętnego się tutaj nie zadziało. To nie był czekoladowy kop, choć pozornie tak wiele w tym produkcie kakao.

Nawet porzeczkowość górnej warstwy nadzienia nie była w pełni oczywista. Choć łącznie mamy w produkcie 8% wyrobów z czarnych porzeczek, a jakimkolwiek innym owocem obecnym w składzie jest majaczący na jego końcu sok z cytryny - porzeczka była stonowana i przygaszona. Ot, zwykły sklepowy dżem, bez polotu.

Edelbitter Mousse Schwarze Johannisbeere na szlaku spisała się nie najgorzej, choć jedzony poprzedniego dnia świąteczny Lindt był zdecydowanie smaczniejszy. Nie chciałabym wracać do tej czekolady i nie jestem pełna entuzjazmu aby ją komuś polecać. Zjeść i zapomnieć - zero górnolotnych wrażeń. No, może prócz panoramy Sudetów, która towarzyszyła degustacji.



Po zejściu do Radomierza udaliśmy się na szlak prowadzący przez Góry Ołowiane, będące już częścią Rudaw Janowickich. Dalej, przez miejscowości Płonina i Mysłów, zatoczyliśmy pętlę w stronę Wojcieszowa. Mijaliśmy piękny zamek Niesytno, który o dziwo (i na szczęście!) jest właśnie w trakcie remontu. Znaleźliśmy również starą zrujnowaną kaplicę wraz z cmentarzem z początku XX wieku. Do Wojcieszowa wracaliśmy przez rezerwat Góra Miłek. Niestety nie było czasu na jego dokładniejszą eksplorację chociażby za pomocą niedawno otwartej ścieżki dydaktycznej (choć o stary kamieniołom zahaczyliśmy), bowiem zapadał już zmrok...




Skład: miazga kakaowa, cukier, syrop glukozowy, czarne porzeczki 6%, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, sok z czarnych porzeczek 2%, cukier inwertowany, koncentrat soku cytrynowego, naturalne aromaty, lecytyna sojowa, wanilia.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 150 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 516 kcal.
BTW: 6,4/33/44

sobota, 9 stycznia 2016

Domori Lattesal mleczna 45% Ekwador Arriba z solą Guerande


Zaraz po degustacji zanadto uładzonej jak na mój gust Domori Javagrey, przyszedł czas na konfrontację z inną mleczną czekoladą od włoskiego mistrza Franzoni. Tak jak w przypadku poprzedniczki, mamy do czynienia z 25-gramową tabliczką o 45% zawartości kakao, lecz tym razem zamiast jawajskiego kakao użyto ekwadorskiego Arriba. Przy Lattesal nie zostajemy już poinformowani o rasie krów od których pochodzi mleko - mamy za to pełną wiedzę na temat zastosowanego dodatku.

Mowa o soli. Lattesal, jak sama nazwa wskazuje, jest bowiem mleczną czekoladą z solą. Wielu z Was się skrzywi - tak, wiem. Mam jednak nadzieję, że wszyscy doczytają recenzję do końca bowiem... naprawdę warto. Soli do naszej Domori dodano nie byle jakiej - jest to francuska sól Guerande, znana na całym świecie. Co w niej wyjątkowego? Cóż, godna uwagi jest sama tradycja pozyskiwania soli w tym rejonie, która trwa już od czasów rzymskich. Rozległy teren solnisk na atlantyckim wybrzeżu Bretanii, użytkowany tradycyjnymi metodami od tak dawna, wytworzył własny specyficzny ekosystem, który jest obecnie prawnie chroniony.



Sól z Guerande jest gruboziarnista, nierafinowana i posiada charakterystyczną szarą barwę. Nigdy nie próbowałam jej solo, ale wierzę, że różni się smakiem od powszechnej soli spożywczej (co zresztą w jej opisach jest nieustannie podkreślane). Zresztą, bogactwo wyjątkowych soli na świecie naprawdę zadziwia. Będąc osobą prawie w ogóle nie używającą soli w kuchni nie przywiązywałam nigdy do tego wielkiej wagi. Nie mniej jednak, sól Guerande jest jednym z tych rodzajów soli, który jest bardzo bogaty w minerały inne niż oczywisty sód i chlor.


Rozpakowując Lattesal do zdjęć i mając obok również obnażoną Javagrey zauważyłam, że o ile na sreberkach 50-gramowych single-origin widoczne są napisy z nazwą konkretnej czekolady, tak tutaj brak tego drobnego druczku. Drobnego druczku, którego brakuje mi również przy duetach Zotter Labooko Contest. Kładąc tabliczkę na samym sreberku naprawdę nie chciałabym się pomylić porównując podczas jednej degustacji dwie czekolady. Mały szczegół, ale jednak dla mnie irytujący. Nie mniej jednak, w porównaniu Javagrey i Lattesal wystarczy jeden kęs by rozpoznać, która czekolada jest która...


O ile nad Javagrey unosi się jedynie wonna mgiełka, tak Lattesal otulona jest intensywnie aromatycznym obłokiem. Naprawdę, po tak delikatnej poprzedniczce, zapach Lattesal momentalnie nas zaskoczył. Pomimo bardzo podobnej barwy, tutaj wszystko pachnie jakby kilka razy mocniej. Uderza nas bogactwo, którego rozwinięcie mamy znaleźć w smaku. Mniej tu typowej, subtelnej słodyczy mleka - więcej gęstej świeżej śmietany i nieprawdopodobnego, lejącego się karmelu. Tak, właśnie takie obrazy przewijały mi się w głowie gdy zaciągałam się wonią Lattesal.

Pierwszy kęs jednoznacznie dał nam do zrozumienia, kto jest w tym duecie faworytem. Lattesal nie bawiła się z nami w delikatne podchody tak jak Javagrey, która jawajskie kakao w pełni przykryła niezbyt zdecydowanym mlekiem. Tu od razu atakuje nas aksamitna gęstwina, bez jakiegokolwiek śladu szorstkości. Nawet sama tabliczka wydaje się być grubsza. Pierwszym wrażeniem smakowym jest cudowne, świeże tłuste mleko prosto od krowy, a właściwie śmietana. To już nie jest sterylna pracownia czekoladnika, który dokładnie wymytą chochelką przelewa pasteryzowane mleko. To esencja i wyrazistość pierwotnej natury.



Lattesal również jest bardzo słodka, ale jest to słodycz niebywale głęboka. Zaraz po aksamitnej gęstej śmietanie przychodzi do nas zapierająca dech w piersiach karmelowość. Ów karmel ciągnie się w nieskończoność i w nim możemy zatracać się bez reszty. Czekolada o wiele łatwiej topi się niż Javagrey, wydaje się też być bardziej tłusta i gładka. Tutaj palono-kwiatowe nuty kakao są wręcz uwypuklane przez mleko. Stop, czy tylko przez samo mleko?

Właśnie, nie wspomniałam jeszcze ani słowa o soli. Sól w Lattesal okazuje się być bardzo ciekawą historią. Pojawia się ona po śmietanowo-karmelowej feerii i jest bardzo nietypowa. W zasadzie, to sprawia ona wrażenie, jakby wcale celowo jej tam nie dodano. Słoność tak idealnie wpasowała się w kompozycję, iż można by przypuszczać, że płynie z bogactwa świeżego mleka. Charakterystyczny słony posmak wraz z całym bogactwem pozostałych nut budzi skojarzenia z owczym mlekiem.



Tu po raz kolejny kłania się problem związany z niemożnością spróbowania dodatku zastosowanego w czekoladzie solo. Nie wiem, jakie nuty smakowe wnosi ze sobą sama sól Guerande. Z chęcią rozebrałabym Lattesal na czynniki pierwsze. Postawiłabym obok siebie ekwadorskie kakao, zastosowane tu mleko oraz francuską sól. Wynotowałabym, co każdy ze składników wnosi do kompozycji, a dopiero potem spróbowała tego magicznego połączenia. Mając do dyspozycji jedynie maleńką tabliczkę Lattesal po prostu się gubię. Dużo się tu dzieje, ale nie wiadomo, co jest tego główną przyczyną.

Wiele bym dała, żeby móc rozkoszować się tą czekoladą w większym formacie. Podzielenie się z Mężem doprowadza do tego, że do własnej dyspozycji miałam jedynie 12,5 grama. 12,5 grama wyrafinowanej i intensywnej rozkoszy. Lattesal w fenomenalny sposób osiada na języku i w gardle, rozpościerając tam gęsty, słonawy aksamit. Domori pozamiatało tą tabliczką. Od dziś stawiam ją w ścisłej czołówce ulubionych mlecznych czekolad, ponieważ to jest coś naprawdę unikatowego. Zostałam oczarowana przez sztukę magika Franzoni.



Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 20%, miazga kakaowa, sól Guerande 0,4%, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 45%.
Masa netto: 25 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 602 kcal.
BTW: 7,5/43/45,5