czwartek, 3 września 2015

Lindt Acai Beere mleczna nadziewana acai i mlecznym kremem

 

 Dzisiaj przed Wami pierwsza z trzech nowych, egzotycznych czekolad od Lindta. Gdy parę miesięcy temu zobaczyłam tą barwną  trójcę w niemieckim katalogu Lindta ślina pociekła mi do pasa. Opakowania i połączenia smakowe podziałały na moją wyobraźnię. Przypomniałam sobie wszystkie pyszne Lindty z owocowymi nadzieniami i nie mogłam już doczekać się letniego sezonu, aby wybrać się do niemieckiej Edeki i kupić egzotyczną serię. Nie łudziłam się, że te tabliczki trafią na polski rynek. Jakież było moje zdziwienie gdy daliście mi cynk, iż te czekolady dostępne są w Carrefourze! Ich regularna cena była jednak według nieźle przesadzona... Koniec końców, nie czekałam na promocję, tak czy siak kupując trio w niemieckiej Edece. Taniej. Wszystkie poleciały z nami do Armenii. Liczyłam, że przyniosą nam na szlaku owocowe odświeżenie i przyjemnego słodkiego kopa. Jak spisała się pierwsza z wypróbowanych czekolad, czyli wersja z acai?

Acai w czekoladzie Lindta spotkałam już w tegorocznej serii Excellence, która pojawiła się w Niemczech i składała się z trzech deserówek (acai z jeżyną, granat, physalis). Wersja z acai zasmakowała mi wtedy najbardziej, dlatego spośród mlecznych wariantów nadziewanych najpierw sięgnęłam po propozycje z właśnie tą jagodą. Kolejnego dnia po zdobyciu Aragacu kierowaliśmy się znad jeziora Kari w stronę fortecy Amberd, skąd mieliśmy wędrować dalej aż do drogi. Tam przyjechać miał po nas samochód i zawieźć do Erywania. Spokojny spacer, delektowanie się górzystymi przestrzeniami... Gdzieś po drodze przystanęliśmy przy wodopoju dla wypasanych zwierząt i właśnie tam otworzyliśmy czekoladę. Choć nie była ona darem od niebios, to można powiedzieć, że od niej wszystko się zaczęło...

Hola, zaciągam wodze i powstrzymuję się przed snuciem dalszych opowieści górskiego łazika. W końcu trzeba opisać czekoladę! Po rozpakowaniu z podłużnego kartonika i rozdarciu fioletowej folii aluminiowej zauważyłam, że również i ta tabliczka została nieco uszkodzona podczas podróży. Nie połamała się ani nie roztopiła, ale miejscami na zewnątrz wyciekły pasemka dżemu. Tak, dżemu... Nie wiem, jak inaczej mogłabym nazwać owocową część nadzienia w Lindt Acai.


 Nad czekoladą roztaczał się tak lubiany przeze mnie charakterystyczny aromat mlecznej lindtowskiej czekolady. Coś jednak odrobinę go zaburzało, nie dając mi pełni satysfakcji. Zmysł węchu naprowadzał na trop, że pod warstwą czekolady znajduje się coś o wiele bardziej słodkiego. Lampka alarmowa zapaliła się w mojej głowie, ale pewnie sięgnęłam po pierwszą kostkę, najpierw rozgryzając ją.


Teraz dość gruba kostka ukazała przede mną swoje wnętrze. Na spodzie znajdowała się solidna warstwa zbitego białego nadzienia, zaś nad nią rozmytym filmem roztaczała się cieńsza część - fioletowy dżem z pomarańczowymi refleksami. "Mleczne" nadzienia to coś, czego zawsze nienawidziłam w Milkach i Wedlach. Margarynowa paćka wymieszana ze starym mlekiem w proszku zawsze pozostawiała w moich ustach paskudne odczucie. U Lindta to nadzienie na szczęście takie nie było, ale nadal pozostawiało wiele do życzenia. A może po prostu nie dane mi jest rozkoszować się tego typu nadzieniami... Biała warstwa jest wyraźne mleczno-cukrowa, z naciskiem na cukrowa. Daleko jej do aksamitności czy lekkości. Solidnie zasładzała, co w innych warunkach niż górski szlak niechybnie mocno by mi przeszkadzało.

Dżem nie przybrał totalnie nieznośnej konsystencji - wprawdzie jest dość rzadki, ale nie wylewa się namolnie - tak jak dzieje się to w wyżej wspomnianych Milkach i Wedlach. Również jest bardzo słodki, wręcz syropowy. Na dodatek jest to taki syrop, gdzie cukier wydaje się być nie do końca równomiernie scalony z resztą składników. W końcu aż cztery rodzaje cukrów w składzie tabliczki do czegoś zobowiązują...

Smak acai nie wychodzi w tej czekoladzie na pierwszy plan. O wiele bardziej podobał mi się zabieg poczyniony w Lindt Excellence Acai Brombeere. Wprawdzie przez cukrowy atak przebijały się pewne jagodowe niuanse, nadając tabliczce choćby drobny odcień owocowej świeżości i tajemniczości lasu - ale i tak silniejsze były skojarzenia z przesłodzonym, nieco sztucznym syropem.

Szkoda. Zatęskniłam za prawdziwie udanymi owocowymi nadziewańcami Lindta, choćby takimi jak Kasekuche-Mandarine czy Berry Affair. Moje rozczarowanie było jednakże tylko chwilowym uczuciem. Puste opakowanie po czekoladzie trafiło do plecaka, a nam trzeba było iść dalej. Gdzie? Przewodnik poprowadził nas do wyjątkowo małej pasterskiej osady. Zresztą, czy jedna wiata, ledwo co okryta przed warunkami atmosferycznymi - to w ogóle jest pasterska osada?


Dwa kadry z wędrówki znad jeziora Kari do "pasterskiej osady".



Przewodnik ostrzegł nas, gdy zbliżaliśmy się do zagrody - nie mieliśmy wyciągać swojego lunchu, bo gospodyni się obrazi. Chociaż od czerwca do września mieszka wraz z synem na środku pustkowia, musi nas ugościć po swojemu.

Zaciekawieni podeszliśmy tuż pod prowizoryczną furtkę. To była pasterska zagroda inna niż wszystkie. U wejścia przywitał nas syn gospodyni, który na początku sprawił wrażenie groźnego, co po chwili okazało się tylko złudzeniem. Groźne nie były również psy pasterskie kręcące się wokół. Merdały ogonem i łasiły się, szczególnie jeden stary wyleniały kaukaz. Zupełne przeciwieństwo napotkanych wcześniej w drodze psów, od których musieliśmy się odganiać.

Zostaliśmy usadzeni na ławce pod wiatą, przy stole - umieszczonym pomiędzy dwoma łóżkami. Obok wiaty znajdowała się mała kuchnia i... to wszystko. Z naszego miejsca dokładnie mogliśmy obserwować inwentarz hasający na leżącej tuż obok łące. Wesołe psy, spokojne bydło i... rewelacyjne dwie świnki kłócące się z psami o jedzenie. Do zaparkowanego koło wiaty starego auta terenowego przywiązana była kasztanka, a obok niej trzymał się źrebak. Gdzieś w dali pasł się jeszcze jeden koń.

Po dosłownie kilku zamienionych zdaniach, na wpół tłumaczonych przed przewodnika, a na wpół wyartykułowanych dziwnymi sposobami - na stół wjechała gorąca jajecznica pełna aromatycznych ziół i chrupiącej cebulki. W jednej z misek czekały na nas dorodne pomidory, a w drugiej oczywiście kawałki soczystego arbuza - tym razem białego. Były też dwa rodzaje białego sera, z czego jeden z dodatkiem świeżo zerwanego koperku. Nie zabrakło energetycznej i przepysznej suszonej wołowiny, zwanej przez Ormian basturma. Do przegryzania chleb oraz lavash. Pojawiła się tradycyjna ormiańska słodka kawa (plus miska cukierków z Grand Candy, ale kto by je tykał wśród takich naturalnych pyszności), a także klucz do międzynarodowej integracji - domowej roboty gruszkówka o mocy 60%.



 

Gruszkówka lała się, toast za toastem - tak po prostu, z prostymi ludźmi, którzy na wiosnę opuszczają wieś i idą w góry wypasać swoje zwierzęta. Nagle, gdzieś pomiędzy jednym a drugim kieliszkiem, usłyszałam tętent kopyt. Oto zza wzgórza dumnie przygalopowuje bliżej nas stado koni. To również ich zwierzęta. Eh, nie umiem tego opisać, jak piękne w swej prostocie i autentyczności było to, co widziałam i czułam. Co jakiś czas wstawialiśmy od stołu, a Armen (bo tak miał na imię pasterz) opowiadał o swoich zwierzętach i dziwnym trafem jakoś się rozumieliśmy.

Potem mój Ukochany śmiał się, że Armenowi włączyło się szwendanie - osiodłał kasztankę i postanowił wybrać się z nami do fortecy Amberd. Wyruszyliśmy, żegnając się z jego matką staruszką. Po drodze zauważyliśmy ślad wielkiej niedźwiedziej łapy. Część drogi do Amberd pokonałam konno. Wprawdzie Armen nie był zbyt chętny do puszczenia mnie i swej klaczy samopas, ale i tak z końskiego grzbietu wszystko wyglądało jeszcze piękniej. Podczas tej przejażdżki zadzwonił do mnie niezorientowany w temacie mojego urlopu kolega z pracy pytając, czy będę w tym tygodniu w firmie. "Nie, jestem w Armenii. Właśnie jadę konno, a przed chwilą piłam bimber z pasterzem". Takiej odpowiedzi raczej się nie spodziewał :). Przy fortecy Amberd pożegnaliśmy się z Armenem i udaliśmy się na luźne zwiedzanie. Tam nastąpiło moje pierwsze spotkanie z monastyrem. Potem czekała nas jeszcze wędrówka wzgórzami do drogi.



 

Gruszkówka trochę uderzyła mi do głowy, co zostało spotęgowane przez słońce - ale nie, nie byłam pijana. Przełączyłam się na jakiś wyższy poziom percepcji. Raptem parę razy w dotychczasowym życiu odczuwałam takie pojednanie z naturą. Wprost miałam ochotę tarzać się razem z tymi psotnymi warchlakami w piachu. Wbijanie palców pomiędzy kosmyki końskiej grzywy było doznaniem metafizycznym. Wszystko było mocniejsze, wyraźniejsze, a przy tym tak niewyobrażalnie harmonijne. I będąc już przy drodze gdzie czekaliśmy na auto do Erywania - położyłam się w trawie, ba, rzuciłam się na nierówną skarpę pełną dzikich, wysuszonych słońcem roślin. Pierwszy raz muchy i inne robactwo obłażące mnie w ogóle mi nie przeszkadzało.

Ten niecodzienny stan zintensyfikowania doznań i pojednania ze światem zapamiętam na długo. Tym bardziej mogłam się nim swobodniej delektować mając świadomość, że przecież to dopiero początek naszej wyprawy...





Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 15%, cukier inwertowany, miazga kakaowa, koncentrat soku z acai 5%, odtłuszczone mleko w proszku 3%, olej palmowy, syrop glukozowy, koncentrat soku cytrynowego, lecytyna sojowa, laktoza, naturalne aromaty, pektyna, wanilina.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 494 kcal.
BTW: 5,9/27/56

wtorek, 1 września 2015

Ritter Sport Eiscafe mleczna z nadzieniem kawowo-waniliowym


 Zgodnie z obietnicą rozpoczynam prezentację letnich limitek od Ritter Sport. Po ostatnich przykrych doświadczeniach z tą popularną marką (Honig-Salz Mandel, Haselnuss-Cookies, Kaffee + Nuss) poważnie zastanawiałam się, czy w ogóle sięgać po najnowszą serię. Jednakże w zeszłym roku nie udało mi się zakupić wariantu Eiscafe, który bardzo mnie ciekawił. Pojawił się on również w tym roku i tym razem mimo wszystko nie chciałam go przegapić (choć obawy po paskudnej Kaffee + Nuss miałam wielkie). Pozostałe propozycje smakowe czyli Erdbeer Minze oraz Buttermilch Zitrone mogły być albo smaczne, albo tragiczne - zdecydowałam się podjąć ryzyko i zakupiłam całą trójkę w niemieckim markecie Edeka.

Letnie trio poleciało z nami do Armenii i podczas podróży samolotem nieco się zmęczyło. Zresztą, jeszcze w domu, sprawdzając stan czekolad w Magicznej Szufladzie w czasie upałów widziałam, że jedynie Ritter Sporty znoszą je niezbyt dobrze. Wysoka zawartość tłuszczu palmowego jako bazy nadzienia robiła swoje... Najciężej podróż zniosła Eiscafe, toteż po nią sięgnęliśmy na górskim szlaku w pierwszej kolejności. Wygięła się tak, iż obawiałam się widoku prawdziwej tragedii po otwarciu opakowania. Na szczęście nie było tak źle - warstwa czekolady nie wymieszała się z nadzieniem zastygając następnie w jedną masę - i mogę Wam nawet zaprezentować zdjęcia produktu. Zdjęcia robione z dna krateru góry Aragac.

Eiscafe była częścią naszego paliwa energetycznego podczas 10 godzinnej wyprawy na Aragac - najwyższy szczyt Armenii, o którym wspominałam już w poprzednim wpisie. Nim jednak zdam relację z samej wędrówki, skupmy się na czekoladzie. Po jej otwarciu i przełamaniu ujrzałam jasnobrązowe zbite nadzienie, w istocie przypominające barwą kawę z mlekiem. Poczułam zapach niestety nadal słabej jakości mlecznej czekolady, ale towarzyszył mu aromat kawy z dużą ilością mleka, okraszony nutą wanilii. W końcowym efekcie, zapachowo Eiscafe rzeczywiście kojarzy się z mrożoną kawą - z chlustami niezbyt górnolotnych syropów: czekoladowego oraz waniliowego.



 Mój Ukochany po pierwszym kęsie zwrócił się do mnie z pytaniem: "Ej, co to w ogóle jest?" i wcale nie było ono zadane w pejoratywnym tonie. Osobiście, ja przed pierwszą kostką skierowaną do ust wzięłam głęboki oddech, bowiem spodziewałam się cukrowo-margarynowej masakry. Oboje zostaliśmy pozytywnie zaskoczeni. Oczywiście nie było to szaleństwo dla kubków smakowych, ale bez problemu dało się zjeść kilka kostek - bez chęci wyszorowania zębów po.

Otoczka z mlecznej czekolady nie jest wybitna. Kakao wyczuwalne jest na słabym poziomie, bardzo wysoko trzyma się za to cukrowo-mleczna słodycz - na szczęście Ritter na tyle odnalazł umiar, że nie prowadzi to do całkowitego obrzydzenia. Nie łudzę się, że Ritter poprawi jakość swojej mlecznej czekolady, więc wielkich rozważań w tej kwestii prowadzić nie będę. Było znośnie w porównaniu do moich ostatnich doświadczeniach z tą marką.

Nadzienie okazuje się być znacznie zbite, nieco proszkowe (choć nie jest suche) - co w tym wypadku stanowi plus. Obawiałam się mazistego, margarynowego pseudokremu. Smak okazał się być w miarę zgodny z zapachem. Przyrównać ją można do mrożonej caffe latte, robionej w niezbyt wykwitnej kawiarni - ale jednak nadal dość dobrze sprawdzającej się jako słodki napój w upały. Wprawdzie nie gustuję w tego typu kawach i pijam je bardzo rzadko, ale czasem nachodzi mnie ochota na mleczny wynalazek. Ten zaklęty w tabliczkę czekolady okazał się być połączony z waniliowym syropem. Tak, waniliowy smak przebłyskuje gdzieś pomiędzy wierszami. Nie jest to wyrazista i mocno przyprawowa wanilia, bardziej dominuje jej słodka nuta tak dobrze znana z etylowanilinowych serków. Na szczęście nie została ona nadwyrężona i nie czyni nadzienia totalnie sztucznym ulepkiem.



Kamień spadł mi z serca, nie było tak źle! Moja ciekawość dotycząca dwóch pozostałych czekolad z letniej serii jeszcze bardziej się podkręciła. Miałam nadzieję, że okażą się równie nieinwazyjnymi dosładzaczami co Eiscafe. Eiscafe spełniło wszak swoją docukrzającą rolę idealnie - nasz cel Aragac został tego dnia zdobyty!

O szóstej rano wyruszyliśmy ze schroniska nad jeziorem Kari, podążając za naszym przewodnikiem. Zdjęcie poniżej zostało wykonane dzień wcześniej, kiedy to po przyjeździe nad Kari spędzaliśmy wieczór popijając Kilikię i spacerując wokół jeziora. Od samego początku naszego pobytu w Armenii urzekły mnie przeogromne górzyste przestrzenie zajmujące cały teren kraju. Podchodząc pod pierwsze siodło Aragacu, leżące pomiędzy południowym a zachodnim szczytem, nieustannie oglądaliśmy się na coraz bardziej otwierającą się za nami przestrzeń - z każdym krokiem wyżej było widać coraz więcej...


Aragac to góra pochodzenia wulkanicznego - jej cztery szczyty (wschodni, zachodni, południowy i północny) okalają duży krater będący wspomnieniem po dawnej aktywności. Przez to Aragac wygląda trochę niczym dziurawy ząb przed założeniem plomby. Naszym celem był najwyższy szczyt północny o wysokości 4090 m n.p.m. Aby go zdobyć, po osiągnięciu wspomnianego w poprzednim akapicie siodła - musieliśmy zejść na dno krateru, a następnie podejść na siodło leżące pomiędzy północnym a wschodnim szczytem. Wędrówka pomiędzy oboma siodłami była naprawdę niełatwa. Wszystko przez zsuwający się zewsząd miałki, powulkaniczny piach i niestabilne lekkie kamienie. Starte podeszwy moich nieco zużytych już butów częstokroć nie dawały rady, przez co kilkukrotnie zaliczyłam glebę. Sprawiało to, że mój respekt do góry jeszcze bardziej wrastał, a przecież najtrudniejsze było jeszcze przede mną...

Powyżej widok z "pierwszego" siodła na północny szczyt Aragacu.


 Za mną widoczny jest wschodni szczyt Aragacu 3916 m n.p.m.


Podchodząc już na północny szczyt podziwiamy wnętrze krateru oraz szczyt południowy. Powiększając zdjęcie w lewym górnym rogu możecie dostrzec boski Ararat.

 Po dotarciu na idealne do odpoczynku kamieniste i bezpieczne miejsce na, jak mogłoby się wydawać, północnym szczycie - wiedzieliśmy, że prawdziwy atak na szczyt dopiero przed nami. Krzyż umieszczony na samym wierzchołku góry znajdował się jeszcze ok. 100 metrów przed nami. Ponoć niektórzy przewodnicy przedstawiają turystom prawdziwy szczyt jako nierealny do zdobycia. Prawda jest taka, że niebezpiecznie jest się na niego wybierać w większej grupie, bowiem końcowy etap drogi na właściwy szczyt prowadzi wąską granią, zgubną dla zuchwalców i osób z lękiem przestrzeni. Nasz przewodnik zadbał o bezpieczeństwo chuchając na zimne, zaopatrując nas w linę i uprzęże. To był mój debiut z tym tałatajstwem na sobie i nim postawiłam pierwszy krok pomiędzy skałami wąskiej grani nieźle trzęsłam portkami ze strachu. Po zdobyciu szczytu, przed powrotem na "fałszywy szczyt" czułam już pełnię relaksu i satysfakcji wiedząc przy tym, że ów etap pokonałabym również bez zabezpieczeń, choć o wiele wolniej. Tak naprawdę, o wiele więcej problemów tego dnia sprawiał mi sypki piach, a nie skały i przestrzeń.



Po triumfie, schodząc znów do krateru, posililiśmy się nad potokiem kończąc również naszego Ritterka Eiscafe. Przewodnik zadecydował, że wrócimy do schroniska inną drogą, a mianowicie omijając szczyt południowy od strony przeciwnej do zaśnieżonego siodła (warto wspomnieć, że w armeńskich górach nie ma żadnych wytyczonych szlaków, więc przewodnik był dla nas niczym kompas i mapa). To był bardzo dobry wybór. Wprawdzie podejście na grzbiet południowy było od tamtej strony naprawdę strome, ale miałkiego piachu było już mniej przez co czułam większą pewność pod stopami. Gdy po drugiej stronie grzbietu znów otwarły się przed nami kolejne przestrzenie, skierowaliśmy się na grań ciągnącą się od szczytu południowego aż za jezioro Kari. Rewelacyjnie się tamtędy szło. Ponadto, była to droga krótsza od tej prowadzącej przez siodło, przez co zdążyliśmy zejść do dołu nim dogoniła nas gradowa burza. Pod koniec wędrówki pojawiła się na horyzoncie nie stąd ni zowąd i goniła nas w zastraszającym tempie, koniec końców nie wyczyniając nam większych szkód. Nie zazdroszczę polskiej grupie turystów, których spotkaliśmy schodząc do krateru po zdobyciu szczytu. Oni szli w drugą stronę... Zdecydowanie za późno wyszli w góry jak na taką wyprawę, przez co niechybnie grad złapał ich wysoko w górach...

W schronisku byliśmy po godzinie szesnastej. Wraz z przewodnikiem opędzlowaliśmy pysznego arbuza, po czym udaliśmy się na trzygodzinną drzemkę celem ochłonięcia z olbrzymiej ilości wrażeń. Wstaliśmy na kolację, a przy niej niekończące się rozmowy: w miksie języków angielskiego, polskiego, ormiańskiego i rosyjskiego. A wiatr tak cudnie szumiał wzbijając fale na jeziorze...



Skład: cukier, tłuszcz palmowy, laktoza, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, pełne mleko w proszku, śmietanka w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, kawa w proszku 0,4%, naturalny aromat wanilii burbońskiej, ekstrakt z wanilii, naturalne aromaty.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 585 kcal.
BTW: 5,4/39/51

niedziela, 30 sierpnia 2015

Alpen Gold ciemna 44%



 Wróciłam z urlopu cała i zdrowa, bogatsza o wiele nowych doświadczeń. Chyba nic nie wzbogaca człowieka i nie poszerza horyzontów tak jak podróże. Niemalże cały wrzesień będzie na moim blogu miesiącem stopniowego relacjonowania naszej wyprawy, dla którego tłem będą zabrane ze sobą w podróż czekolady. Tak, tym razem to czekolady będą jedynie tłem. Tabliczki wzięte na urlop były typowymi dosładzaczami, o których ciężko mi już pisać elaboraty - zwłaszcza w obliczu relacji z wyprawy. Myślę jednak, że czytelnicy żądni na moim blogu bardziej popularnych i powszechnie dostępnych marek czekolady będą zadowoleni z najbliższych wpisów - zdominują je Lindt, Ritter Sport i Studentska, pojawi się także Toblerone.

Dziś na blogu pojawia się Alpen Gold - marka z rodziny Mondelez, znana przede wszystkim z przereklamowanych Nussbeiser, hejtowana przeze mnie ze względu na coraz to gorszy skład swoich tabliczek (coraz mniej kakao, coraz więcej tłuszczy roślinnych, mnóstwo chemicznych dodatków). Dziś opisywana deserówka o 44% zawartości kakao nieco wyróżnia się na tle całej rodziny wad marki Alpen Gold. Wprawdzie mamy tu dwa emulgatory i etylowanilinię, ale nie dosypano kakao w proszku, a zamiast margaryny posłużono się o wiele wdzięczniejszym masełkem. Nie jest to jednak tabliczka wypuszczona na rynek polski, przez co może zrzednąć Wam mina. No właśnie... Przecież ja jeszcze nie zdradziłam, gdzie tak właściwie mnie wywiało na urlop!

Byłam w Armenii. Z Warszawy polecieliśmy do Gruzji, a stamtąd autem dostaliśmy się do Armenii. Dwa tygodnie eksplorowania tego przepięknego, górzystego kraju to zdecydowanie za mało! Opiekował się nami górski przewodnik, mieszkaniec Erywania - i to u niego w domu spędziliśmy większość nocy. Poza tym - z noclegami czekały na nas górskie schroniska i namiot. Ale o tym później... W końcu obiecałam, że cały wrzesień będzie poświęcony relacjom z tej wyprawy!

Na opakowaniu dziś opisywanej tabliczki widnieją napisy w językach: rosyjskim, kazachskim, gruzińskim i ormiańskim - stąd moja wiedza, na jakich rynkach można spotkać tą tabliczkę. Nie wiem, czy aktualna polska oferta Alpen Gold zawiera pełną tabliczkę deserową - jeśli posiadacie takie informacje proszę o cynk. Alpen Gold jest generalnie bardzo popularną marką w erywańskich sklepach - na czele z Nestle. Nawet Milkę spotykałam relatywnie rzadko (za to tak pożądane przez wielu z Was Snickersy z masłem orzechowym oraz Rockin' Nut Road często widywałam przy kasach).

Ormiańska oferta Alpen Gold znacznie różni się od tego, co spotykamy w polskich sklepach - w Armenii na porządku dziennym była biała tabliczka z migdałami i kokosem, czy też mleczna z ciasteczkami i żelkami. Zupełnie innym tematem do rozważań jest ormiańska fabryka słodyczy Grand Candy - ale o niej rozpiszę się innym razem. Nastąpi to przy okazji recenzji trzech czekolad z Grand Candy, które dostałam w prezencie od naszego przewodnika - gdy tylko dowiedział się o mojej czekoladowej pasji. Jak możecie się domyślać - tej Alpen Gold również nie kupiłam sama. Dawno już przeszła mi mania zbieractwa wszystkiego, co nieznane (chociaż ormiańskiej zielonej lemoniady z estragonu musiałam spróbować!).

Warto napomknąć o innych ciekawych produktach jakie spotkałam w erywańskich sklepach. Zaskoczył mnie pyszny 100% sok z granatu, a także konfitury z morwy oraz młodych orzechów włoskich. Bardzo popularne są przetwory z dzikiej róży oraz z derenia. Urzekł mnie fakt możliwości zakupu różnych odmian ziarnistej kawy na wagę praktycznie na każdym kroku - u nas jest to do zrobienia jedynie w specjalistycznych sklepach, a w Erywaniu możliwe w najmniejszym sklepiku! Kolejnym zaskoczeniem było częste spotykanie na sklepowych półkach eksportowanych słodyczy Mieszko i Baron (szkoda, że Ormianie mają możliwość wypróbowania akurat tych polskich marek...), a także napoje Leon z Hortexu. 



 Deserową Alpen Gold poczęstował nas nasz gospodarz zaraz po przybyciu do Erywania. Podana w towarzystwie jabłek i brzoskwiń oraz słodkiej gotowanej kawy (ah, tęskniłam za moją dużą, mocną, czarną i gorzką kawą), była pierwszą okazją do rozmowy. Ledwo tknięta tabliczka pojechała z nami do schroniska nad jeziorem Kari, położonego obok częściowo opuszczonego ośrodka badającego promieniowanie kosmiczne - a wszystko to u stóp najwyższej góry Armenii - Aragac. Jej najtrudniejszy i najwyższy północny szczyt ma 4090 m n.p.m. i był naszym pierwszym (i najważniejszym) celem podczas wyprawy. Pozostała część tabliczki została skonsumowana gdzieś przy kolejnych śniadaniach i kolacjach nad Kari, w towarzystwie arbuzów i fig. Pisałam kiedyś, że nie przepadam za arbuzami i figami? Cofam to wszystko. Nic, co znajdziemy w naszych sklepach nie równa się świeżym i soczystym arbuzom oraz figom, wprost z ormiańskich upraw. W tym miejscu chciałam też przeprosić za fatalną jakość zdjęć tej czekolady - wykonywanych o dziwnych godzinach przy dziwnym świetle.

Jaka była deserowa Alpen Gold, dedykowana na wschodni rynek? Na pewno smaczniejsza od naszej słynnej wedlowskiej Jedynej... Co było w niej lepszego? Cóż, dla mnie odpowiedź jej prosta - brak kakao w proszku automatycznie procentuje in plus, ratuje przed sztucznawą szorstkością i proszkowatością. Wątpię, aby surowce kakaowe były w Alpen Gold górnolotnej jakości, ale dodatek tłuszczu mlecznego umiejętnie poprawia sytuację. Sprawia, że czekolada miło rozpuszcza się w ustach, roztaczając w nich słodkawo-kawową otoczkę. Co więcej? Właściwie, to nic więcej... To było proste, przyjemne, nie skłaniające do głębszych refleksji - ale też żadne wady nie wysuwały się na pierwszy plan. Zresztą, jak tu rozwodzić się nad banałem Alpen Gold stojąc w cieniu wielkiej góry... Relacja ze zdobywania Aragacu już w następnym wpisie. Tymczasem dwa kadry z potwornie upalnego Erywania. Niestety na żadnym ze zdjęć nie udało się naszym aparatem uchwycić, jak monumentalnie góruje nad miastem Ararat... Ale wystarczy, że wpiszecie Erywań w google i już będziecie wiedzieć, co mam na myśli...


Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu, wanilina.
Masa kakaowa min. 44%.
Masa netto: 90 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 510 kcal.
BTW: 5,3/29,5/55,5


czwartek, 27 sierpnia 2015

Zotter HimbeerBlut ciemna nadziewana galaretką z krwawnika i malinowo-krwistym ganaszem


Nie boję się eksperymentów. Może nie we wszystkich dziedzinach życia, ale patrząc ogólnikowo i pobieżnie - jednak się nie boję. Na pewno zaś nie lękam się eksperymentowania z czekoladą, a wręcz ochoczo przyklaskuję takim wariacjom. Z tego powodu, co jakiś czas na moim blogu możecie spotkać ekstremalnego dziwaka zaklętego w tabliczkę. Na przykład - niedawno opisywany Zotter z pstrągową pianką, który okazał się być dla mnie nie lada gratką. Gdy tylko spostrzegłam, że mój ulubiony Zotter wypuścił na rynek czekoladę z... krwią, od razu wiedziałam, że muszę jej spróbować (koniec końców stało się to dzięki Czekolady Zotter Polska).

Eksperymenty Zottera nie są wymyślnym widzimisię starszego gościa, któremu od dobrobytu się w głowie poprzewracało. Za każdą próbą stworzenia czegoś nowego i oryginalnego idzie niebywała rzetelność wykonania, wysoka jakość składników, a także... idea. Krew w czekoladzie od Zottera to nie jest marna prowokacja, pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Uprzedzając falę kontrowersji, Zotter tłumaczy, dlaczego postanowił stworzyć HimbeerBlut.

W wolnym tłumaczeniu (baaardzo wolnym), robi to tak: "HimbeerBlut powstała po prostu dlatego, że chcę kwestionować pewne granice tolerancji i wartości moralnych. Dlaczego przemysłowa hodowla zwierząt jest tolerowana, a kilka kropel krwi w czekoladzie to skandal? Zadaję sobie to pytanie: co jest bardziej skandaliczne? Stworzyliśmy świat organicznej hodowli w naszym Jadalnym Zoo, gdzie żyją najróżniejsze gatunki zwierząt - odpowiednio na świeżym powietrzu, malowniczo i prawdziwie. W ekorestauracji nasi goście mogą korzystać z żywności ekologicznej, która pochodzi bezpośrednio z naszych łąk i ogrodów. Krew w ogóle nie jest dla mnie obrzydliwa, jako dla zjadacza mięsa. Nie, to w rzeczywistości bardzo cenna substancja, która nie powinna być niepotrzebnie zmarnowana. To jest nasze holistyczne podejście i ludzie powinni ponownie stać się świadomi holistycznego wymiaru. Skąd pochodzi moje jedzenie i co za tym stoi?"



Z wykształcenia jestem zootechnikiem, stykanie się z hodowlą zwierząt to moja codzienność - i w pełni zgadzam się z ideą Zottera, traktując ją jako słuszną. Najważniejsza jest dla mnie świadomość tego co jemy - wybierając np. jaja z hodowli klatkowej lub ekologicznej wiedzmy, czym się różnią i z czym w ogóle związana jest produkcja jaj. Podejmujmy wybory świadomie, nie będąc przy tym heretykami. Zotter, przybij piątkę! Cieszę się, że trochę krwi od Twoich zwierzaków mogło trafić do mojej HimbeerBlut, zamiast do utylizacji. Na szczęście krew poubojową można wykorzystywać też w inne sposoby, przez co w rzeczywistości rzeźnej nie jest ona produktem w 100% zbytecznym i odpadowym.

Do degustacji HimbeerBlut przystąpiliśmy w popołudnie po naszych poprawinach, uskutecznianych w poznańskim multitapach piwnych do piątej rano. Krwista czekolada na znak zacieśnienia więzów krwi ;). Poza tym, zmyślny udział krwawnika w tej czekoladzie (brawo Zotter!), również bardzo przypasował do sytuacji. Krwawnik jest wszak bardzo aromatycznym ziołem o wielu dobroczynnych właściwościach - swoją nazwę nie zawdzięcza jedynie barwie kwiatów (choć w zasadzie tylko odmiany ogrodowe są intensywnie czerwone, odmiana dzika ma kwiaty białe). Jedną z funkcji tego gorzkiego zioła jest pobudzanie krążenia krwi (a przy tym działanie przeciwkrwotoczne), a także regulacja cyklu miesiączkowego i łagodzenie kobiecych dolegliwości. Jakże idealna czekolada na pierwszy dzień menstruacji! ;)



Pomimo upałów, nasza tabliczka trzymała się całkiem nieźle. Po jej rozpakowaniu dojrzeliśmy gładziutką, ciemnobrązowową taflę. Dopiero po podzieleniu na dwie części i percepcji dotykiem zaczęła poddawać się naporowi gorąca. Nie przeszkadzało to jednak w owocnej degustacji. HimbeerBlut pachnie bardzo nietypowo: barrrdzo ziołowo, wręcz leczniczo. Identyfikujemy koper, tymianek i kminek, mając przy tym skojarzenia z orientalnością oraz wonią sklepów z przyprawami w Marrakeszu. Spod wyrazistej przyprawowości i niemalże pikantności aromatu, nieśmiało przebąkuje kremowa ciemna czekolada wraz ze swoim kakaowym bogactwem.

W przekroju widzimy grubą warstwę pięknej ciemnej czekolady o 70% zawartości kakao, która okala występującą na spodzie i u góry tabliczki warstwę ganaszu krwisto-malinowego, o barwie bordowo-brązowej. Po środku soczystością urzeka ciemnoczerwona galaretka z krwawnika (u Kimiko zdjęcia HimbeerBlut wyszły chyba bardziej reprezentatywne, pewnie jadła ją w mniejszym skwarze niż ja). Jak zwykle dopada mnie chwila zawahania - najpierw spróbować wszystkich warstw naraz, czy rozdzielić się od siebie? Ostatecznie, w pierwszej kolejności przegryzam się przez całość.



Najpierw wyczuwamy mega soczyste, kwaskowato-słodkie, autentyczne maliny. Eksplozję naturalnego owocowego smaku szybko detronizuje szalona przyprawowość, która wręcz gryzie w gardło. Szczególnie wyraźnie dochodzi do głosu tymianek, z pewną octową oraz kminkową sugestią. Takie akcenty ukryte w miękkim i gładkim ganaszu, zawierającym w sobie również nuty mleczne i migdałowe, wprowadzają kubki smakowe w niemałe zdziwienie. Po przebiciu się przez ten nietypowy ganasz natrafiamy na dość miękką galaretkę - zdecydowanie bardziej kruchą i plastyczną niż chociażby w Elderflowers. Ma ona w sobie sporo nietypowej goryczki podkręcającej tylko chwilę wcześniej wyczuwaną przyprawowość, a przy tym niesie ze sobą specyficzną rześkość. Po tych szalonych wrażeniach, robiącym papkę z mózgu, nagle usta zalewa przeogromna rozkosz ciemnej czekolady. Jest ona wybitnie kremowa jak na 70% kakao, słodko-kawowa, również ziołowa - ale w sposób delikatny. Bosko rozpuszcza się w ustach i sprawia, że totalnie się w nią zapadamy. Przynosi ulgę dla zmysłów skołatanych niecodziennym nadzieniem.

 Całość przypomina mocnoczekoladowe, pulchno-miękkie ciasto otoczone malinowym gęstym sosem, nietypowo przyprawione. Przyglądając się wszystkim warstwom po kolei, zauważamy jakże ciemnokrwista jest dusza tej czekolady. Absolutnie nie jest ona orzeźwiająca, ale też nie przytłaczająco ciężka. Swoją naturą kojarzy się z jesienią, nieuchronnie przechodzącą w wietrzno-wilgotną słotę. Błotnistość wyłaniająca się z tych wszystkich warstw rzeczywiście może budzić skojarzenie z krwią - gęstą, jeszcze wrzącą, aczkolwiek powoli zastygającą.


Krew w HimbeerBlut stanowi 2% całości i nie jest ona wyczuwalna w sposób dosadny i bezpośredni. Tak jak w Pink Coconut And Fish Marshmallow, Zotter bawi się z nami za pomocą gry konsystencji, kolorów i doboru przypraw. Poprzez doprawienie tymiankiem i kminkiem tak miękkiej, malinowo-mleczno-migdałowej masy - uzyskujemy nietypowy metaliczno-aptekarski posmak. Dodatkowo podkręcany jest on jeszcze gorzkawym krwawnikiem. Również miękka galaretka krwawnikowa to nie tylko zabawa konsystencją, barwą i smakiem, ale i ideą. W tym miejscu pragnę uspokoić antyfanów kminku - przyprawa ta nie jest tu wyczuwalna tak dosadnie jak np. w pieczywie czy kapuście doprawionej kminkiem. Najwyrazistsza jego nuta przepada w bogactwie występujących tu smaków, podrasowując jedynie krwiste skojarzenia.

Mój Ukochany uznał, że Zotter mógł się jeszcze bardziej popisać, jeszcze bardziej uplastycznić krew. Podczas degustacji nieustannie poszukiwał smaku krwi, jaki czuł w ustach po młodzieńczych bijatykach - czy też po prostu po przegryzieniu wargi. Twierdził, że tutaj było tego za mało. Jestem innego zdania. Zotter w tej krwistej kontrowersji znalazł równowagę, postawił na moc niedopowiedzeń i skojarzeń. Gdy dziś patrzę na zdjęcia przekroju HimbeerBlut to aż się wzdrygam, gdyż przypomina mi rozszarpaną ranę wypełnioną na wpół skrzepniętą krwią. Wspomnienie konsystencji HimbeerBlut rozpuszczającej się w ustach z całą tą swoją dziwaczną ziołowością sprawia, że  posądzam siebie o wampiryzm. Natomiast błogo orgazmiczna ciemna czekolada prowadzi nas nie tyle do nieba, co do krwią płynącą piekielnej krainy.

To czekolada na raz, eksperyment doświadczalny, skłaniający do refleksji, produkt ideowy. Warto spróbować, przekonać się na własnym podniebieniu. W HimbeerBlut mnóstwo jest niebezpieczeństwa, a przy tym tyyyle rzeczywistości. Idea stworzenia tej czekolady dotyka przecież każdego dnia, gdy stajemy przed wyborem naszego pożywienia, gdy czujemy się czymś obrzydzeni, gdy coś bezmyślnie deklasujemy i wyrzucamy. A przecież warto na to wszystko spojrzeć kompleksowo, z góry. Dziękuję Zotterze za HimbeerBlut.


Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, puree z krwawnika 8%, syrop glukozowo-fruktozowy, mleko, migdały, suszone maliny 2%, krew 2%, masło, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat cytrynowy, jabłkowy ocet balsamiczny, pektyna jabłkowa, koncentrat z jeżyn, lecytyna sojowa, sól, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), kminek, wanilia, olejek tymiankowy.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 437 kcal.
BTW: 5,2/27/41