Już parę miesięcy temu, przypadkiem przebywając na znienawidzonym przeze mnie nowym Dworcu Głównym w Poznaniu - zahaczyłam o znajdujący się w przyległej galerii handlowej Skład Kawy. Wiedziałam, że znajduje się tam asortyment czekolad z Manufaktury Czekolady i chciałam kupić parę sztuk. W moje ręce wpadło trio tabliczek z ekwadorskiego kakao, o różnej zawartości masy kakaowej, każda z innym dodatkiem.
Odwiedzając niedawno ponownie Skład Kawy ze smutkiem zauważyłam, że Manufaktura już stamtąd zniknęła. Zamiast tego mamy jakąś inną polską markę na M. (zapomniałam nazwy...), bazującą na belgijskiej czekoladzie. Pani ekspedientka bardzo, ale to bardzo mnie do tych czekolad przekonywała, że ręcznie robione, że piękne dodatki, ale... ja wiedziałam, iż czekoladom bean-to-bar taki kolejny prezentowy wynalazek nie będzie dorastać do pięt. Przejdźmy jednak do opisu wyjątkowej mlecznej tabliczki, jaką wcześniej udało mi się tam kupić.
To było upalne czerwcowe popołudnie. Wróciłam w ramiona mojego Ukochanego z genialnego służbowego wyjazdu. Snując opowieści na temat tej delegacji, zaparzyłam kawę i marzyłam o jakiejś odświeżającej, a przy tym jak najmniejszej gramaturowo czekoladzie. 50-gramowa tabliczka z Manufaktury zdawała się być idealną zwłaszcza, że posiadała bezpieczną 60% zawartość masy kakaowej. Dodatek mleka i wanilii miał nas wprowadzić do krainy delikatności. To miała być chwilka słodkiej przyjemności i zapomnienia. Muszę przyznać, że ta czekolada zaskoczyła nas o wiele większą złożonością.
Powyżej możecie zobaczyć szczelnie zgrzane opakowanie, w jakim znajdowała się tabliczka. To bardzo dobry pomysł na zachowanie aromatów i struktury wyrobu, ale po zabraniu go ze sobą w podróż można nabawić się problemów z dostaniem się do środka. Osobiście, musiałam sięgnąć po nożyczki.
Seria niespodzianek ciągnąć się będzie przez całą degustacje tej tabliczki. Po pierwsze łamała się ona z naprawdę głośnym trzaskiem, a przy zrzucaniu podzielonych kostek jedna na drugą z małej wysokości - upadała jak domino, tępo-głucho grając. Niemal identyczne doznanie słuchowe, jakie spotkało nas przy Morin Panama 70%. Z wierzchu czekolada sprawia wrażenie plastikowej - i chociaż jest lekka, nadaje jej to specyficznej siermiężności. Jej zapach jest doprawdy śliczny - przede wszystkim głęboko kawowy z nutą kwiecistości. Mleko? Hmm, nie bardzo. Jeszcze nie teraz.
Podzielenie tabliczki na części ujawnia nam jej wnętrze - i tutaj znów zostajemy zaskoczeni. Struktura tej czekolady wizualnie jest porowata, proszkowa, szorstka. Nie ma tu ani krzty zapowiedzi mlecznej gładkości. Pierwsze wrażenia smakowe są zbieżne z cechami wyglądu - czujemy szorstkie ziarnka piasku lub tynk zanurzone w czekoladzie. Coś podobnego pojawiło się również w mlecznej Menakao 44%.
Następnie wyraźnie pojawia się kwaskowatość. O ile we wspomnianej Menakao również następowała zaraz po szorstkim odczuciu, to charakter kwaśności w tych dwóch czekoladach jest zupełnie odmienny. W Menakao były to cytrusy, natomiast w Manufakturze mamy schłodzone, mleczne napoje fermentowane. Jogurt, maślanka, kefir - o tak, szczególnie gęsty kefir! Taki z grudkami. Orzeźwiający i sycący zarazem. Z maleńką szczyptą kwiatowo-pleśniowej duszności.
Pomimo upału czekolada nie była ani trochę mazista i miękka - pozostawała zwarta nawet w ustach. Nad każdym kęsem trzeba dość mocno popracować językiem, aby rozpuszczał się z buzi. Nie pozostawia po sobie zalepiającego błotka, a piaskowo-kefirowe orzeźwienie. Typowa, znana nam mleczność, a także przyprawowość wanilii schodzą na dalszy plan - po pierwszych kęsach nie odgadłabym, że w składzie znajduje się mleko. Nieraz spotkałam się już w tym, iż czekolady smakowały bardziej mlecznie, nie mając w sobie ani odrobiny mleka (jak chociażby Morin Sao Tome Uba Budo 63%).
W zasadzie to spodziewałam się większej mleczności, gładkości i ostrawej, wyrazistej wanilii. To nie znaczy jednak, że zawiodłam się na tej czekoladzie. Po Nikaragui 50% i Ekwadorze 50% od Zottera moje spojrzenie na mleczną czekoladę z wyższą zawartością kakao już nigdy nie będzie takie samo. Tabliczka od Manufaktury była od nich zupełnie odmienna. Przypuszczałabym nawet, że ma w sobie nieco więcej kakao, niż te 60%.
To jeszcze nie koniec moich wrażeń związanych z tą czekoladą. Po szorstkości i kwaśności kefiru nie mamy przecież pustki! Dalej pojawia się odczucie czegoś podprażonego czy smażonego - na przykład orzechów ziemnych. Z czasem kwaskowatość staje się coraz mniejsza, oddając miejsce tej słodkiej mleczności z odrobiną wanilii. Trzeba jednak na nie poczekać, aż wybiją się ponad kakaowe, kwaskowo-kwiatowe nuty.
Przy ciamkaniu kęsa w dalszej części degustacji pojawiają się pewna soczystość, jak ze zmoczonych płatków kwiatów. W pobocznym posmaku pojawia się przez moment odrobina goździków. Finisz jest delikatny, lekko ściągający, z baaaardzo intensywnym posmakiem kawy zbożowej. Posmak ten pozostaje w ustach na długo po degustacji i to koniec końców właśnie z nim będzie mi się kojarzyć ta czekolada.
Ekwador 60% mleko + wanilia to czekolada, którą zapamiętam przede wszystkim ze względu na dość nietypową strukturę. Nie jest to tabliczka bardzo bogata, aczkolwiek wyraźnie ewoluuje podczas degustacji, dostarczając ciekawych wrażeń. Na pewno jest to kolejny produkt, którego nie należy bać się latem - nie zalepia, odświeża, nie przytłacza. A fani kefiru oraz kawy zbożowej już w ogóle powinni być zadowoleni ;).
Kolejne cacuszka z Manufaktury Czekolady pojawią się u mnie już wkrótce (jedno z nich jeszcze w tym miesiącu).
Skład: ziarna kakao z Ekwadoru 60%, cukier, mleko w proszku, laski wanilii.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 50 g.













