niedziela, 22 marca 2015

Fin Carre Crusti Choc mleczna z chrupkami zbożowymi


Staram się unikać sytuacji, gdy na moim blogu dwa razy pod rząd ukazują się produkty tej samej marki. Z drugiej strony lubię, gdy kolejność publikacji wpisów jest zbieżna z kolejnością wypróbowanych czekolad. Przedwczoraj zaprezentowałam Wam żurawinową deserówkę od Fin Carre, a już dziś mam dla Was słynną Crusti Choc z Lidla, również wyprodukowaną przez niemiecką firmę Solent. Słynną? Owszem. Gdy jeszcze dość intensywnie śledziłam forum Wizaż, wiele dziewczyn rozpływało się nad tym produktem. Zawsze sceptycznie podchodzę do takich opinii - w końcu Milka również jest bogiem dla tłumów, nieprawdaż? Z Fin Carre moje doświadczenia były jednak w większości pozytywne, dlatego nie obawiałam się wypróbować Crusti Choc.

Jak to się stało, że sięgnęłam po Crusti Choc? Odsyłam Was do poprzedniej notki, gdzie przeczytacie, że wraz z żurawinową koleżanką, chrupiąca pannica sporo naczekała się na swoją kolej w Magicznej Szufladzie. A gdy w końcu przyszła kryska na Matyska, obie tabliczki otworzyłam w jeden dzień. Do jednej kawy. W przeciągu pół godziny. Ja, która uwielbia delektować się dłuuugo jedną kosteczką czekolady, rozkładając ją na części pierwsze, chłonąc wszystkimi zmysłami. Tak, ja też miewam słodyczowe fanaberie. Połowa żurawinowej Fin Carre nie usatysfakcjonowała tamtego dnia mojej ciągoty do fuzji cukru z kakao, a w końcu drugą połowę grzecznie odłożyłam dla mojego Mężczyzny. Nie było rady, trzeba było jak najprędzej otworzyć kolejną tabliczkę! ;)



Czy Was również denerwuje fakt umieszczania tabliczek w opakowaniach w ten sposób, że dopiero po rozdarciu całego plastiku/papierka możemy obrócić czekoladą na drugą stronę i podzielić na kostki? Uchylając lekko opakowanie, dostrzegamy najpierw gładszą warstwę czekolady, co niezmiernie mnie irytuje - a ja lubię równo połamać sobie tabliczkę wzdłuż kostek. Dzielenie czekolad na kostki jeszcze przy zamkniętym opakowaniu, na czuja - jest dla mnie czynem barbarzyńskim. Nie mogę patrzeć, gdy ktoś tak robi - nawet gdy traktuje tak najpodlejsze czekolady. Przecież tabliczkę trzeba obejrzeć w całości, powąchać, pogłaskać, przywitać się z nią... ;)

Mnogość zbożowych chrupek jaka ukazała się moim oczom zaraz po otwarciu opakowania nieco mnie przeraziła. Momentalnie wyobraziłam sobie, że czeka mnie przedzieranie się przez ocean wysuszonych cząstek a'la preparowany ryż, ledwo tylko muśniętych czekoladą. Nic bardziej mylnego! Gdy tylko odwróciłam czekoladę i dojrzałam nietypowy, sympatyczny podział na wielokąty - już wiedziałam, że chrupki owszem, występują w tym produkcie w dużej ilości - ale tylko na spodzie tabliczki. Tak w zasadzie, to mogłam już taki wygląd wyrobu wywnioskować z obrazka na opakowaniu - ale ile już razy okładka swoje, a życie swoje ;)... W tym wypadku producent dość wiernie odzwierciedlił rzeczywistość na okładce, a to się ceni.

Biorąc pod uwagę niską cenę wyrobu, mleczna czekolada o standardowej 30-procentowej zawartości kakao pachnie nadzwyczaj przyjemnie. Mocno mlecznie i świeżo, bez nachalnej słodyczy, z subtelną nutką kakao i wanilii. Chrupki zbożowe są wariacją na temat ryżu, pszenicy i kukurydzy - nie mają jakiegoś bardzo wyrazistego smaku. Nie są twarde ani suche - okazały się być bardzo łatwe w obcowaniu. Wprowadzają odrobinę urozmaicenia bez specjalnych fajerwerków. Nie ziębiły mnie ani nie grzały - po prostu sobie były i lekko chrupały, nie zaburzając przy tym smaku czekolady samej w sobie. No, może wprowadzały subtelną nutkę słoności, co czyniło słodycz czekolady jeszcze bardziej znośną.

Tak, jak zapach tak taniej mlecznej czekolady od razu przypadł mi do gustu - tak również smak okazał się być całkiem w porządku. Ba, kostkę za kostką pochłaniałam bardzo napastliwie - świetnie zaspokajała mój apetyt na słodkości, miękko rozpuszczając się w ustach. Czekolada jest barrrdzo słodka, ale nie jest to słodycz zatrważająca, masakrująca i rozrywająca trzewia. Słowem - nie wali cukierniczką aż tak brutalnie, jak polskie Milki. Cukier nie zakrywa w pełni walorów, jakie niosą ze sobą dobrej jakości składniki mleczne i kakaowe. Dodatek masełka robi swoje - czekolada jest fajnie aksamitna. Solent tym razem nie przeholował z naturalnym aromatem - wanilia ładnie podkreśla całość tej prostej, a jakże smacznej kompozycji. Przyjemna mleczna czekolada harmonijnie okala nienarzucające się (pomimo swej mnogości) zbożowe chrupki - tworząc produkt naprawdę godny polecenia w swoim przedziale cenowym. Zwyczajnie, prosto, przystępnie - smacznie. W sam raz, gdy mamy chęć po prostu na coś słodkiego, bez większych bajerów.

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, chrupki zbożowe 16% (mąka ryżowa, cukier, mąka kukurydziana, słód pszenny, gluten pszenny, kakao w proszku, sól, odtłuszczone mleko w proszku), miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat waniliowy.
Masa kakaowa min. 30%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 515 kcal.
BTW: 6,8/26,4/51,6

piątek, 20 marca 2015

Fin Carre ciemna z żurawiną


Od moich masowych zakupów niemieckich czekolad Fin Carre minęło już tyle czasu, że Lidl zdążył ponownie ogłosić promocję na tą grupę produktów. Z racji, że te tabliczki marki własnej nie znalazły się na mojej liście weekendowych degustacji, która ułożona została przede wszystkim według kryterium jakim jest termin ważności - Fin Carre czekały grzecznie w Magicznej Szufladzie na moment, w którym to zechcę zabrać je ze sobą do pracy. Po prostu, na czarną godzinę do pracy - na mniej rytualną degustację, niż te jakie uskuteczniam z Ukochanym w wolne dni. Czekały i czekały... Dwie ostatnie sztuki doczekać się nie mogły. Myślałam, że ich kres nastąpi dopiero podczas naszego wielkanocnego wypadu w góry. Aż tu pewnego dnia...

...w ciągu pełnego wrażeń tygodnia pracy udało mi się wcześniej niż zazwyczaj wrócić do domu. Czułam się zmęczona fizycznie i psychicznie, na dodatek zbliżały się babskie dni. Musiałam wykonać jeszcze parę telefonów służbowych, ale czułam, że wydobyłabym z siebie tylko bełkot. Chciałam iść pobiegać, ale miałam wrażenie, że szybciej pokonałabym obraną trasę idąc. Pozostawało jedno rozwiązanie. Szybko zrobiłam kawę (na dodatek zbożową - w tamtym tygodniu autentycznie przepiłam się normalną kawą, co rzadko mi się zdarza!), by zaraz drżącymi dłońmi sięgnąć do Magicznej Szuflady po czekoladową pigułkę na wszystkie dolegliwości.

Dziś opisywana Fin Carre to czekolada deserowa (57% zawartości kakao) z wsadem żurawinowym. Nieco obawiałam się tej tabliczki po dramatycznej konsumpcji jej imbirowej koleżanki. Sama czekolada miała skład identyczny, jak poprzedniczka - różnią się one wyłącznie dodatkami. Jak na deserówkę kosztującą grosze, skład naprawdę nie budzi zastrzeżeń. W kwestii dodatków - żurawina wydawała się o wiele bardziej przystępnym materiałem niż imbir, którym Solent nie potrafi umiejętnie dysponować... Nic nie zapowiadało, aby cokolwiek w żurawinowej Fin Carre mogło przeszkodzić w prymitywnym zaspokajaniu głodu na kakaową słodycz.


Po otwarciu zgrzewanego, plastikowego opakowania okazuje się, że Solent znów nieźle zabawił się naturalnym aromatem. Super, że aromat jest naturalny, ale nawet ten można przedawkować. Wyrób pachnie czymś na kształt owocowych galaretek w czekoladzie. Muszę przyznać, że w przypływie prostackiej chętki na słodkie, ten aromat całkiem mi odpowiadał. Nie był odrzucający, a raczej nieco nęcący zapowiedzią przystępnego produktu. W końcu tanie galaretki w czekoladzie są dobre, bo są dobre i tanie ;). Tak przynajmniej myślałam kilkanaście lat temu, gdy słodkości utrzymane w podobnej konwencji pochłaniałam na tony. Jak widać, w okolicy babskich dni odezwał się we mnie ten dziecięcy zew.

Deserowa czekolada Fin Carre nie jest ani twarda, ani miękka. Nie rozpuszcza się miękko w ustach, nie ma w sobie wyrazistej kakaowej goryczki, nie jest również przesłodzona - jest po prostu przeciętna, lecz smaczna i zjadliwa. Cieszę się, że w tej wersji smakowej miałam możliwość w ogóle poczuć smak tej czekolady - w opcji z imbirem ów dodatek przysłonił wszelkie cechy typowe dla czekolady. Dawno nie jadłam innych deserowych tabliczek w tym przedziale cenowym, więc trudno mi określić, na jakim poziomie w tej kwestii utrzymuje się Fin Carre. Jedno jest pewne - spośród wyrobów tej lidlowskiej marki własnej mocniej do gustu przypadły mi czekolady mleczne, niźli deserowe. O dziwo!

Wsad żurawinowy przybrał formę nieregularnych kostek, dość mocno scukrzonych. Ich smak i konsystencja ponownie przywodzi mi na myśl owocowe galaretki. Cukier zrobił swoje i żurawina jest w tym produkcie zdecydowanie słodsza, niż kwaśna. Trochę szkoda, bowiem cenię sobie naturalny smak owoców - kwaskowatość i cierpkość specyficzna dla żurawiny zupełnie mi nie przeszkadzają (o czym mogliście poczytać na przykład przy recenzji pewnej Karmello). Nie zmienia to jednak faktu, iż kostka za kostką żurawinowej Fin Carre znikały bardzo prędko.

Imbirowa Fin Carre była niewypałem, żurawinowa całkiem dała radę - pozostało mi jeszcze wypróbować pomarańczową deserówkę, ale póki co nie mam jej w swojej kolekcji. Po wpałaszowaniu dokładnie połowy tabliczki, drugą część odłożyłam z powrotem do Magicznej Szuflady - aby zgodnie z tradycją podzielić się nią z moim Ukochanym. A co stało się później? O tym dowiecie się już pojutrze ;).

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, wsad z żurawiny 18% (suszona żurawina 60%, cukier, olej słonecznikowy), lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat.
Masa kakaowa min. 57%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 537 kcal.
BTW: 4,5/32/53,1

środa, 18 marca 2015

Zotter Bouquet Of Flowers nugat z nerkowców z polnymi kwiatami i nugat z migdałów z pąkami róż


Bouquet of Flowers od Zottera zakupiłam za pośrednictwem Galerii Słodyczy. Pod tą nazwą kryją się dwie odrębne kwiatowo-orzechowe tabliczki, występujące w jednym zestawie. Nie można ich nabyć osobno, dlatego zdecydowałam się zrecenzować je w jednym wpisie. Decyzja o zakupie Bouquet of Flowers była dla mnie oczywistością, gdy tylko ujrzałam ów produkt dostępny w sklepie internetowym. W tym wyrobie kusiło mnie wszystko. Piękne opakowanie, nugaty, kwiaty... Bardzo oryginalne i stylowe połączenia, które musiałam wypróbować. Moment na degustację Bouquet of Flowers wybraliśmy idealny - przedpołudnie w Dniu Kobiet. Te czekolady to najpiękniejszy bukiet kwiatów, z jakim mogłam mieć do czynienia w to święto ;).

W pierwszej kolejności sięgnęliśmy po jaśniejszą tabliczkę, czyli nugat z orzechów nerkowca posypany polnymi kwiatami. Czekolada ta zawiera w sobie 27% masy kakaowej - głównie tłuszcz kakaowy z dodatkiem miazgi, więc nie można w 100% nazwać jej wariacją na temat białej czekolady. Nerkowców mamy tutaj aż 23%, co pozwala stwierdzić, że te orzechy będą w smaku bardzo wyraźnie wyczuwalne - a to oznacza, że niezwykle się na ten wyrób napaliłam :D. W przetłumaczonym składzie produktu naklejonym na opakowanie przez wyłącznego dystrybutora Zottera w Polsce nie pasowała mi tylko jedna rzecz... Bo jak można przetłumaczyć "cornflowers" na kwiaty kukurydzy?! Przecież to chabry! ;)



Widok nerkowcowego nugatu nieco nas zawiódł - spodziewałam się większej ilości kwiatowej posypki, ale w dalszym obcowaniu z tym smakołykiem ta drobna oszczędność producenta przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Już sam zapach doprowadza nas bowiem do obłędu. Jest to bardzo delikatny aromat, mleczno-orzechowy. Wyraźnie czuć, że zastosowano tutaj akurat nerkowce. Przy przełamywaniu tabliczki okazuje się ona bardzo miękka, lecz nie namolnie roztapiająca się w palcach.

Smak to jeszcze większy obłęd. Jak na Zottera, czekolada jest bardzo słodka, ale jest to słodycz, której mogłabym kosztować bez końca. Intensywny boski smak drobno zmielonych nerkowców wspaniale wymieszał się z elementami mlecznymi i kakaowymi. Aksamitnie rozpuszcza się w ustach, pozostawiając w nich niebiańsko słodką orzechową moc. Charakterystyczny smak nerkowców został tu odważnie podkreślony sporą dawką cynamonu, co najpierw mnie zaskoczyło, a po chwili totalnie obezwładniło. Pomimo swej słodyczy, ten nugat nie był zamulający - był świeży, co uzyskano zapewne również przez dodatek proszku cytrynowego. Ponadto, aksamitną teksturę wyrobu urozmaicały często pojawiające się wewnątrz grubsze drobinki orzechów nerkowca, nadając całości nieco chrupkości. Rewelacja, no po prostu rewelacja! Życzyłabym sobie takiej czekolady o wiele grubszej i większej, a totalnie przepadłabym dla takiego wariantu smakowego w formie lodów... Ajajajajaj!

Kwiaty polne w gruncie rzeczy niewiele tu wnoszą, są tylko ozdobą, której wcale nie musiałoby być - a czekolada i tak pozostałaby rewelacyjna w smaku. Wydaje mi się, że gdyby Zotter solidniej posypał powierzchnię tabliczki tymi kwiatkami, byłaby ona bardziej pylista i sucha w odbiorze, co mogłoby zaburzyć harmonię tego wyrobu. Z drugiej strony, podczas rozpuszczania kęsa zawierającego płatki kwiatów, mój Mężczyzna odnotował dodatkową nutkę ziołowości. Dla mnie nie było to istotne, a więc może to była tylko jego autosugestia. Nieważne. I tak ten nugat ujął mnie nieprzeciętnie. Aż bałam się rozkoszy, jaka mną może zatrząść, gdy sięgnę po wariant migdałowo-różany...



Migdałowo-różanych fuzji w wykonaniu Zottera doświadczyliśmy już nie raz (Mandel Rosen,
Blossom Marzipan on Coffee Noisette, Marrakesh), ale nasz Bukiet Kwiatów miał być zupełnie odmiennym doświadczeniem. To niesamowite, jak odmienne wariacje na temat tych samych składników potrafi stworzyć Zotter.
Ciemniejsza część Bukietu Kwiatów zawiera w sobie nieco większą ilość masy kakaowej niż nerkowcowa poprzedniczka (32%), a migdałów mamy 21%. Suszone fragmenty pąków róż ozdobiły powierzchnię tabliczki.

Zapach jest o wiele bardziej intrygujący, wręcz niebezpieczny. Oznacza to, że nie każdemu różano-migdałowy nugat przypadnie dla gustu, choć dla mnie to kolejny obłęd. Jednakże zamiast rozpisywać się nad aromatem, przejdę od razu do smaku - bowiem wrażenia dostarczone przez zmysł smaku oraz zapachu były zbieżne. Tabliczka nie zawiera w sobie drobinek migdałów, bez najmniejszych przeszkód miękko rozpuszcza się w ustach, pozostawiając na języku same pąki róż. 

Pomimo sporego udziału migdałów w składzie, zostały one w ogromnej mierze przyćmione przez potężną różę, doprawioną imbirem. Degustowanie tej czekolady to jak przechadzka po kwiaciarni pełnej świeżo zerwanych róż. To spijanie esencji różanej doprawionej pikantnością imbiru, muśniętej olejkiem migdałowym i kakaowym masłem. Na pewno ten wariant jest bardziej wytrawny od nerkowcowego, również przez wyższą zawartość masy kakaowej. Nietypowe doznanie, jakbym wkładała do ust świeże płatki róż, wyciskała z nich wszystkie soki, a następnie zagryzała dobrą, lecz delikatną czekoladą (w przybliżeniu białą ;)). Kolejne skojarzenie to czerwony różaniec pachnący różami, kiedyś był taki w moim domu... Całość jest bardzo przytłaczająca mocą aromatów i nie można by było zjeść tego wariantu smakowego tak dużo, jak nugatu z nerkowców. Co nie zmienia faktu, że również była to przepyszna czekolada, lecz po prostu diametralnie inna.

Bouquet of Flowers zszokował mnie swoją odmiennością, rozłożył na łopatki wybitną smakowitością. Obie tabliczki, z których składał się ten zestaw, dostarczyły całą moc skrajnie różnych doznań. Były to wyjątkowe smaki - takie, które długo się pamięta. Bardzo słodkie, jak na Zottera, ale przy tym absolutnie elektryzujące... Choć wolę dostawać kwiaty doniczkowe, niż bukiety - takim bukietem nie pogardziłabym nigdy! :)

Nugat z nerkowców z polnymi kwiatami.
Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, orzechy nerkowca 23%, pełne mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, miazga kakaowa, cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, chabry 0,3%, stokrotki 0,3%, nagietki 0,3%, sól, wanilia, cynamon, proszek cytrynowy.
Masa kakaowa min. 27%.

Nugat z migdałów z pąkami róż.
Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, migdały 21%, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, słodka serwatka w proszku, cukier trzcinowy, pąki róży 0,3%, lecytyna sojowa, sól, imbir, wanilia, cynamon, olejek różany 0,01%.
Masa kakaowa min. 32%.

Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 589 kcal.
BTW: 7,9/43/41

poniedziałek, 16 marca 2015

Morin Grenada 70% ciemna


Strzeżcie się - dziś znowu na moim blogu solidna dawka kakao, bez kompromisów. Każda moja kolejna decyzja o wyjęciu z Magicznej Szuflady jednej z kilku tabliczek z francuskiej czekoladziarni Morin, zakupionych na styczniowej degustacji w Pintej Klepce, to zawsze obietnica zapoznania się z kolejną odsłoną tajemniczego świata kakao, bez jakichkolwiek prób jego ulepszania innymi dodatkami. Tak bardzo polubiłam degustacje czekolad single-origin, że już wiem, iż przy planowaniu kolejnych zakupów będę zwracać na takowe egzemplarze szczególną uwagę. Generalnie miałam zamiar w następnych recenzjach czekolad Morin umieszczać krótkie opisy tabliczek spróbowanych na styczniowej degustacji, a nie zakupionych przeze mnie. Zrezygnowałam z tego bowiem... chciałabym je jeszcze kiedyś kupić :D. Wszystkie. I jeszcze raz pochylić się nad nimi.

Grenada to malutkie wyspiarskie państwo położone na Morzu Karaibskim. Niewielka powierzchnia tego kraju wcale nie przeszkadza temu, by produkował on taką samą ilość kakao, jaka uprawiana jest w rozległej Tajlandii. Uprawie kakao w tym karaibskim klimacie sprzyjają żyzne wulkaniczne ziemie. Szukając informacji o czekoladach z Grenady natrafiłam m.in. na tą stronę - nie muszę chyba pisać, że strasznie się napaliłam :D. Już sama prosta uroda opakowań tych czekolad mnie urzeka... Zresztą, buszując w sieci łatwo można natrafić na informacje, że kakaowy interes kręci się w Grenadzie naprawdę prężnie, i to z dużym naciskiem na fair-trade.

Dlaczego jedną z zakupionych bezpośrednio po poznańskiej degustacji czekolad była właśnie ta wykonana z kakao z Grenady? By znaleźć odpowiedź, wystarczy spojrzeć na notatki z tamtego smakowania czekolad: moje i mojego Lubego. Odczuliśmy wtedy tą czekoladę jako niezwykle spójną, lecz pomimo tego przy jej nazwie zapisaliśmy tak intrygujące skojarzenia jak: słona lukrecja, wołowina (!), ziołowa chemiczność (!). Koniecznie trzeba było te doznania zweryfikować jeszcze raz :D.

Organizatorzy poznańskiej styczniowej degustacji opisali czekoladę z Grenady tak: "Czekolada z Grenady pokazuje nam, co dzieje się, jeśli nasiona kakaowca fermentować będą za długo w zbyt wysokiej temperaturze. Pełna skomplikowanych, przeplatających się, ostrych aromatów, przez niektórych uznawana za prawdziwy przysmak. Tekturowa goryczka miesza się z nutami dymu, torfu, można wyodrębnić aromat czerwonych owoców i karmelizowanego cukru. Mocno kwaśna, przywodzi na myśl owoce róży, lekką ziemistość czy smak niedojrzałych orzechów laskowych. Finisz ostry, wytrawny, lekko pylisty, w tle bardzo słaby aromat wanilii." A co my wyczuliśmy w tej tabliczce, stykając się z nią po raz drugi - tym razem w zaciszu domowych pieleszy?


Pochylając się nad tabliczką przy porannej kawie, w aromacie czekolady wyczuwamy wiele przyjemnej słodyczy, kojarzącej się z dobrymi pralinkami. Troszkę jest tu owoców jagodowych, ale bardzo spójnie wbitych w wykwitną, soczystą pralinkowatość. Tabliczka jest twarda, łamie się z trzaskiem - ale nie aż tak topornie, jak na przykład peruwiańska koleżanka.

Rozpuszczając pierwszy kęs w ustach, rozpościeramy na podniebieniu niesamowitą harmonię. W swej teksturze czekoladowa nie jest sucha i szorstka, a raczej jednolicie gładka. Raz po raz gdzieś tam w tle wyczuwamy nieco pyłku, ale generalnie Grenada to aksamit i smukłość. Czekoladowy gęsty mus.

Organizatorzy degustacji, której byliśmy uczestnikami, bardzo bogato opisali czekoladę z Grenady. Z jednej strony muszę się z tym zgodzić - w jej smaku przeplata się wiele niuansów i praktycznie wszystkie możliwe smaki - od słodyczy i owocowości, przez kwaśność, ziemistość, słoność, pikantność aż po gorycz. Paradoksalnie, jest ona przy tym wszystkim niesamowicie SPÓJNA. Czułam w niej tak wiele, a jednocześnie wydawała mi się najprościej w świecie PYSZNĄ, BARDZO TYPOWĄ CZEKOLADĄ (zupełnie przeciwnie niż "nieczekoladowa" pannica z Jawy).

Mam wrażenie, że zbyt długa fermentacja ziaren kakao, z których zrobiono tą czekoladę, odjęła im krzykliwych nut, zamykając całe bogactwo smaków w spójnej masie. Grenada to spokojny wieczór po ciężkim dniu - podczas którego doznaliśmy wiele radości i przykrości - ale teraz koniec końców liczy się tylko relaks i miękkość pościeli. To niesamowite, jaki balans pomiędzy skrajnymi smakami został tutaj zachowany. W jednej kompozycji mieści się tu wszystko.

Ciężko jest mi tą czekoladę rozmieniać na drobne, wyłapać pojedyncze akordy, rozłożyć na czynniki pierwsze. Tak jakby początek, środek i finisz były jedną wielką rozkoszą. Nie wiem, co mam jeszcze o niej napisać poza tym, że bardzo mi smakowała. Pomimo tej dziwacznej, wykwintnej prostoty - czekolada nie sprawiła wrażenia nadzwyczaj przystępnej i muszę przyznać, że każdą kosteczkę rozpracowywałam bardzo długo. Bo na początku usilnie szukałam w niej chaosu, oczekując na atak ostrych kłów, a potem już tylko roztapiałam się w spokoju, który płynął z tej intensywnej czekolady. Piękne doświadczenie.

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 100 g.