czwartek, 11 grudnia 2014

Pichler Azteken ciemna nadziewana kremem czekoladowym z wanilią i chili


Dzisiaj przed Wami kolejna czekolada wyprodukowana w rodzinnej manufakturze państwa Pichler. W ogromie kolorowych nadzień bogatych w owoce, jakie atakowały mnie z lewa i z prawa na stoisku Pichlera w sklepie R.Rajsigl w Innsbrucku - dostrzegłam tą stonowaną elegantkę. Pierwotna klasyka, można by rzecz. Kakao, chili, wanilia. Prostota mezoamerykańskich, pionierskich mistrzów czekolady. To właśnie dlatego czekolada nazywa się Azteken. Wybrałam ją, chcąc poczuć żywy ogień w czekoladzie - bo czyż nie tak powinna wyglądać aztecka czekolada?

Wczytując się w skład widzimy, że państwo Pichler znów nie poszaleli z zawartością masy kakaowej. 53 procenty dają nam zwykłą deserówkę, a to oddaliło mnie od wizji czekolady pierwotnej. Cóż, nazwa Azteken to przecież tylko chwyt. Być może ja mam po prostu jakąś dziwną skłonność do poszukiwania ekstremum. Podobny zawód poczułam, zamawiając całkiem niedawno w kawiarni gorącą czekoladę po aztecku. Dostałam zwykłą słodką czekoladę, muśniętą szczyptą chili na wierzchu. A chciałam czegoś wręcz narkotycznego w intensywności smaków i mnogości substancji psychoaktywnych. No ok, może w popularnej kawiarni nie chciano ryzykować, by któryś z klientów dostał nagle palpitacji serca. Uprzedzając fakty - Pichler Azteken też mnie do nich nie doprowadziła (a szkoda).

Po rozwinięciu złotka dostrzegamy 100-gramową taflę, niepodzieloną na kostki. Po coraz to częstszym obcowaniu z Zotterem, nóż stał się już wiernym kompanem naszych czekoladowych degustacji ;). Z przyjemnością zaciągnęłam się głębokim i wilgotnym aromatem kakao, jaki unosił się nad tabliczką. Oceniając sam zapach wydawało mi się, że warstwa czekolady jest jeszcze wyższej jakości, niż w przypadku Sanddron-Marzipan. Było to zapewne tylko złudzenie, wynikające z tego, co znajdowało się wewnątrz czekolady...


Gęsty czekoladowy mus. Soczysty, wilgotny, aromatyczny. Bardzo, ale to bardzo przyjemny w obcowaniu. Zdominował wszystko - nawet pomimo tego, że nie był bogaty w mnogość aromatów, jakie może z natury nieść z sobą kakao. To było po prostu przyzwoite nadzienie wykonane na bazie deserowej czekolady. Muszę przyznać, że jego konsystencja była obłędna i jest to dla mnie ogromny plus tego produktu. Ten mus czekoladowy chciało się jeść całą twarzą! :)

 W szaleństwie czekoladowego musu wyczuwalna była delikatna nutka wanilii. Ot, drobny smaczek łagodzący sprawę. Nie była to wyrazista przyprawa, jak w Mount Momami - ale najzwyczajniejszy w świecie mały dodatek, który niepostrzeżenie koryguje to i owo. Niestety, chili jest równie subtelne, jak wanilia... Wielka szkoda, bo spodziewałam się czegoś innego. Przepadła nadzieja na choćby mały element, który mógłby mnie zbliżyć do boskiego ekstremum. 

Rozkoszując się konsystencją musu, rozcierając go językiem po całym wnętrzu buzi - nic nas piecze ani nie drapie. Dobrze, bo możemy cieszyć się musem bez dodatkowych fajerwerków. Źle, bo to jednak miała być czekolada z chili. Dopiero na samym końcu, tuż po przełknięciu wymiętego kęsa - pojawia się chili. Jest go na tyle dużo, że jesteśmy w stanie zidentyfikować jego obecność - na całe szczęście nie musimy oddawać się w naiwne ramiona autosugestii. A tak poza tym, to jest go o wiele, wiele za mało. Nie uderza po czaszce kapsaicyną, nie podkreśla mocy teobrominy. Jest zwyczajnym muśnięciem, które trudno nawet nazwać pikantnym. To już więcej chili wyczuwałam w Lindt Excellence Chili i Heidi SummerVenture Mexico (że nie wspomnę o mocarnych wariacjach od Wild Ophelia).

Nie wiem, czy bogatsza o doświadczenie z tą czekoladą, sięgnęłabym po nią powtórnie w sklepie R.Rajsigl. Miałam wobec niej zupełnie inne oczekiwania - tymczasem wszystkiego było tutaj za mało. Było smacznie, ale zbyt delikatnie - a ja po chili nie oczekuję delikatności. Cała nadzieja w paru propozycjach Zottera, które czekają na swoją kolej w Magicznej Szufladzie. Być może one pokażą mi, jak wielką moc potrafi mieć chili połączone z czekoladą.

Skład: krem z deserowej czekolady 60% (deserowa czekolada, syrop glukozowy, wanilia burbońska, chili), miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia.
Masa  kakaowa min. 53%.
Masa netto: 100 g.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Zotter Typisch Österreich ciemna mleczna nadziewana kremem makowym, nugatem z orzechów włoskich i cynamonem

Źródło: www.genuss-region-shop.at

Jeszcze niedawno obawiałam się, że wraz z publikacją tej notki będą musiała Wam obwieścić smutną nowinę. To była ostatnia nadziewana tabliczka Zottera zakupiona w Innsbrucku. Z austriackich zakupów ostały mi już tylko pełne czekolady tej marki. Wizja Magicznej Szufladzy, w której nie czekają już na mnie boskie grubaśne nadzienia otoczone wyśmienitą czekoladą - była nie do wytrzymania ;). Na szczęście jest Galeria Słodyczy, gdzie złożyłam zamówienie na kolejne Zottery sprawiając, że ich obecność w Magicznej Szufladzie można uznać jako constans ;). Uff, od razu mi lżej. To jest już Prawdziwa Miłość i trzeba ją pielęgnować! ;)

O ogromnym poślizgu w publikowaniu kolejnych recenzji na moim blogu niech świadczy fakt, że Typisch Österreich rozkoszowaliśmy się w tym samym tygodniu, w którym wszyscy zajadali się rogalami świętomarcińskimi. Tym bardziej uważałam, że wybór czekolady z makiem i orzechami włoskimi będzie jak najbardziej na miejscu w takim okresie (co z tego, że od degustacji do publikacji wpisu minął już prawie miesiąc... :P). Ta czekolada powinna nazywać się Typowy Poznań! ;) Swoją drogą, lubicie rogale świętomarcińskie? Ja lubię, ale w tym roku nie zjadłam ani jednego :P. Zjadłam za to Typisch Österreich! :D

Warstwa mlecznej czekolady o wysokiej (bo 50-procentowej!) zawartości masy kakaowej, otaczająca dwuczęściowe nadzienie: krem makowy (32% całości) oraz nugat z orzechów włoskich (28% całości). Wszystko to okraszone przyprawami korzennymi, z przewagą cynamonu. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to brzmi jak obietnica raju. Typisch Österreich niezwykle trafnie uderzyła w moje gusta i byłam pewna, że oszaleję na jej punkcie tak samo mocno, jak w przypadku Ayurveda Genusskur.

Zapach rozwiniętej ze sreberka tafli czekolady dał mi jednoznacznie do zrozumienia, że rzeczywiście czeka mnie RAJ!!! Piałam z zachwytu zaciągając się aromatami obłędnych przypraw korzennych, świeżego rogala marcińskiego, wilgotnego makowca i doskonałej czekolady...

 
 Źródło: http://www.zotter.at/de/schoko-shop/sortimentsfilter/product/typisch-oesterreich.html

Po rozkrojeniu tabliczki próbowałam zrobić zdjęcie wnętrzu, ale fotografia wyszła nieostra - widocznie byłam zbyt podekscytowana i trzęsły mi się ręce ;). Robię więc dobry uczynek dla leniwych i wrzucam fotkę apetycznego środeczka, pożyczoną z oficjalnej witryny Zottera.

Jak widzicie, powłoczka z mlecznej czekolady o 50% zawartości kakao nie jest zbyt gruba. Wystarczy jednak, by czuć moc, jaką ze sobą niesie. I tak czy siak nie mogłam odmówić sobie przyjemności odkrawania płatów czekolady i konsumowania ich solo - prócz próbowania wszystkich warstw na raz. Wnętrze tabliczki jest genialne, ale czekolada również - chce się chłonąć wszystko razem, jak i z osobna delektować się każdym szczegółem...

Zacznijmy od nugatu z orzechów włoskich. Generalnie jest on delikatniejszy niż w przypadku Walnuss-Marzipan. Nadal z łatwością wyczuwamy, że są to właśnie orzechy włoskie - ale nie odurzają one taką intensywnością, jak w wyżej wspomnianej tabliczce. Być może wynika to z faktu, że wszechobecne przyprawy korzenne ostro dają po garach. Oj tak, cynamon jest potwornie intensywny - do tego stopnia, że mój Mężczyzna doszukiwał się w składzie czekolady pieprzu. Rozgrzewał, rozgrzewał tak bardzo... Gorąca rozkosz z orzechową nutą.

Krem makowy jest bardzo maślany, aksamitny, kremowy. Jego gładkość zaburzają liczne ziarenka maku. Jest ich na tyle dużo, aby charakterystyczny smak maku był wyczuwalny - i na tyle mało, by nie doszło do nieprzyjemnych chrzęstów między zębami. Gdy dodamy do makowo-mlecznej masy ten booooski cynamon wraz z wanilią, imbirem i odrobinką (ale tylko tyci szczyptą!) anyżu - odnajdziemy NIEBO. 

Typisch Österreich trafia do mojej czołówki próbowanych dotychczas czekolad Zotter Hand-Scooped. Każda warstwa była potwornie charakterna, a razem stworzyły coś niepowtarzalnego. Szkoda, że mojemu Lubemu  ta czekolada podeszła bardziej, niż Ayurveda Genusskur - może wtedy też przypadłoby mi więcej smakołyku do zjedzenia ;). Produkt godny polecenia dla wszystkich fanów jesienno-zimowych wypieków typu pierniki i makowce. Ja zakochałam się bez reszty w tej czekoladzie i będę dłuuuuugo ją wspominać... A świąteczna oferta Zottera to tyyyyle orzechowo-korzennych pyszności!!! Jak żyć??? ;)

 Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, orzechy włoskie 9%, miazga kakaowa, mleko, mak 3%, syrop glukozowo-fruktozowy, odtłuszczone mleko w proszku, cynamon 0,9%, masło, migdały, proszek sojowy (soja, maltodekstryna, syrop kukurydziany), pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, wanilia, imbir, anyż.
Masa kakaowa min. 50%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 536 kcal.
BTW: 7,3/38/39

piątek, 5 grudnia 2014

Fin Carre biała z płatkami kukurydzianymi


Będąc na zakupach w Lidlu podczas promocji na czekolady Fin Carre najdłużej wahałam się nad wyborem dziś opisywanego produktu. Zawsze obawiam się próbowania nowych białych czekolad, a zwłaszcza tych tańszych. Wiem, jak paskudna potrafi być zła tania czekolada... W tym przypadku postanowiłam zaryzykować i dobrze zrobiłam. Zresztą, po pochlebnej recenzji mlecznej Fin Carre z mielonymi orzechami laskowymi mój strach stał się mniejszy. Udany początek doświadczeń z firmą Solent sprawił, że nieco zaufałam już tej niemieckiej marce.

Nie zawierzyłam jej jednak aż tak mocno, by zostawić kolejną czekoladę Fin Carre na weekendową degustację przy kawie z Ukochanym. Postawiliśmy na opcję zabrania po połowie tabliczki przez każdego z nas do pracy. Wróć, z zasadzie to tylko ja zabrałam swoją połowę do pracy. Mój Mężczyzna miał akurat wolne i na spokojnie skonsumował białe szaleństwo do kawy.



Ja za to stopniowo, kostka po kostce, rozpracowywałam swoją część w okolicznościach widocznych na zdjęciu powyżej ;) (i ten zrypany lakier na paznokciach, fu! ;)). Czekolada całe szczęście nie topiła się w palcach tak jak poprzednio próbowana Fin Carre. Być może częściowo był to efekt licznych kawałków kukurydzianych płatków, które zanurzone były w jej wnętrzu.

Chwilą prawdy było dla mnie już same powąchanie czekolady. Nie był to zapach zapowiadający coś super ekskluzywnego, ale w żaden sposób mnie też nie odrzucał. Śmietankowa słodycz z nutą wanilii i jakimś zbożowym akcentem. Całkiem ok. Teraz to już wcale nie bałam się pierwszego kęsa ;).

Pamiętacie płatki Nestle Snow Flakes? Takie z niedźwiedziem polarnym na opakowaniu. Zwykłe kukurydziane płatki w cukrowej posypce. Za dzieciaka rodzice rzadko mi je kupowali, bowiem uważali, że wystarczy do normalnych kukurydzianych płatków dodać cukru. Ale to przecież nie było już to samo! ;) Jeśli kojarzycie smak tych płatków to wyobraźcie sobie, że jecie je z tłuściutkim pysznym mleczkiem, okraszonym odrobiną wanilii. Dokładnie taki obraz utworzył się w mojej głowie, gdy przymykając oczy rozpuszczałam w buzi pierwszą kostkę (tak, wiem, że w tym momencie mogłam wywołać zagrożenie na drodze ;)).

Biała czekolada Fin Carre posiada wyższą zawartość masy kakaowej, niż niektóre popularne czekolady mleczne. W smaku czuć bardzo wyraźnie, że nie przyoszczędzono na żadnym ze składników i dobrano je starannie. Wszystko jest świeże i zgrane ze sobą. Oczywiście jest bardzo słodko, ale przy tym także śmietankowo i waniliowo. Bez ordynarnego przesłodzenia, bez cuchnących staroci. Same pozytywne wrażenia zwłaszcza, że przecież zakupiłam ten produkt za śmieszne pieniądze. 

Nie spodziewałam się także, że płatki kukurydziane okażą się tak udanym dodatkiem. Obawiałam się, że będą twarde i odstające swoją strukturą od delikatnej całości. Wcale tak nie było. Płatki okazały się być lekko chrupkie, miękkie (lecz nie rozmoczone), nie stanowiły wyraźnego kontrastu wobec rozpływającej się w ustach czekolady. Ich struktura była mocniejsza niż w przypadku wafelków w karmelowym Wedlu, ale nadal daleko im do twardości. Poza tym, ich smak jest bardzo wyrazisty. Przyjemny posmak kukurydzy pojawia się na samym końcu rozpuszczanego w ustach kęsa. Tworzy wraz ze smaczną białą czekoladą połączenie proste, a jednak niebanalne.

Jeśli moje dalsze doświadczenia z Solent będą tak samo pozytywne, to Lidl ma u mnie kolejnego wielkiego plusa. Ten dyskont pozwala na łatwy dostęp do tanich i smacznych produktów. Inna sprawa, że od paru lat Lidl zaskarbia sobie moją sympatię Tygodniami DeLuxe. Uwielbiam przeglądać ich bogatą przedświąteczną ofertę i wybieram sobie z niej najciekawsze rzeczy. Zawsze zakupuję sporo serów, na słodycze stawiam rzadko. Mam nadzieję, że mieszanka orzechów i suszonych owoców oblanych różnymi rodzajami czekolady, jaką dostałam wczoraj na imieniny od kolegów z pracy - przysporzy Lidlowi jeszcze więcej plusów :D.

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, płatki kukurydziane 10% (kukurydza, cukier, sól, ekstrakt słodu jęczmiennego), śmietanka w proszku, słodka serwatka w proszku, laktoza, lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat wanilii.
Masa kakaowa min. 29%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 543 kcal.
BTW: 6,2/31,9/57,6

wtorek, 2 grudnia 2014

Ritter Sport Kaffee + Nuss mleczna nadziewana kremem kawowym i kawałkami orzechów laskowych


Źródło: shop.ritter-sport.de

 W tegorocznej zimowej edycji Ritter Sport zaoferował nam tylko jedną nowość. Wiedziałam, że muszę jej spróbować. Powodów było wiele. Nie udało mi się trafić na letnią czekoladę Eiscafe, więc gdy tylko zobaczyłam Kaffee + Nuss na stoisku z niemiecką żywnością - od razu była moja. W słodyczowej blogosferze zimowa tabliczka zbierała same pochlebne opinie. To oczywiste, że mi jako fance kawy i orzechów ślinka ciekła na samą myśl o tym, co tam dobrego przygotował Ritter Sport. Zwłaszcza, że niejednokrotnie przekonałam się, iż czekolady Ritter Sport potrafią fajnie smakować.

 Ritter Sport Kaffee + Nuss pojechała z nami w Beskidy. Zostawiliśmy sobie ją na sam koniec (powtórka z rozrywki jak w przypadku Baiser-Nuss, którą jedliśmy ostatniego dnia majówkowego wypadu w góry. Zresztą, zawsze lubiłam zabierać Ritterki w góry. Już kilka smaków w ten sposób przerobiliśmy). Ostatni dzień, niespieszna kawa na tarasie w Węgierskiej Górce, tuż przed wyruszeniem w podróż powrotną. Można powiedzieć, że ta czekolada została wyróżniona okolicznościami, w jakich została spożywana. Niestety, ten zaszczyt przypadł jej niesłusznie... :(


Od samego początku wiemy, że będzie źle. Czekolada pachnie taniością i margaryną. Fuj. (A jeszcze rok temu pisałam, że w Ritterkach nigdy nie czułam nachalnej margaryny, pomimo wysokiego udziału tłuszczy roślinnych...) Przez to paskudztwo przebija się lekki zapach orzechów, ale ogółem kiepścizna na całej linii. Aromatu mielonej kawy można by tu ze świecą szukać. Aż mi się odechciało tego smakować. No cóż, powiedziałam A, to trzeba i powiedzieć B.

Smak zupełnie, ale to zupełnie nie współgrał z piękną scenerią jesiennych Beskidów. Odczuwałam dysonans, który jeszcze boleśniej nastawiał mnie do rozstania z górami. Ulepek. Albo nie - nawet ciężko nazwać to słodkim ulepkiem (w zasadzie słodycz nie jest tutaj skrajnie mocna). Mazista tłustość to dobre sformułowanie... Krem wypełniający znośną mleczną czekoladę powinien być kawowy, ale jak na mój gust to obok kawy nawet nie leżał. Nie wiem, może picie kilku kaw dziennie wypaliło mi kubki smakowe... Bardzo starałam się znaleźć tu kawę, ale nie dałam rady. Pięć razy rozcieńczone popłuczyny z kawy rozpuszczalnej. Poza tym, nadzienie jest dla mnie margarynowe i sztuczne. Jeśli ów tajemniczy "efekt chłodzenia" o jakim producent informuje nas na opakowaniu ma być równy smakowi kostki margaryny wyjętej z lodówki - no to ja rozumiem. Swoją drogą, co to za pomysł, aby zimowej czekoladzie nadawać efektu chłodzącego...

Kawałki orzechów laskowych ratują sytuację i moim zdaniem są jedynym pozytywnym akcentem w tej czekoladzie. Żałowałam, że nie wzięłam tej tabliczki na szlak, bo na szybki cukrowy dopalacz jako tako by się nadawała. Miałam duże oczekiwania co do Kaffee + Nuss, ale bardzo się zawiodłam. Zupełnie nie żal mi, że nie udało mi się zakupić Eiscafe - jeśli miałaby cechować się równie "intensywną kawowością". Generalnie, po tej tabliczce zupełnie straciłam ochotę na Ritterki i raczej długo nie sięgnę po żaden wyrób tej firmy... :( Aż się zastanawiam, czy nie przypadł mi jakiś trefny egzemplarz czekolady...

Skład: cukier, tłuszcz palmowy, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, laktoza, orzechy laskowe 3%, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny, miazga z orzechów laskowych, kawa mielona 0,7%, lecytyna sojowa, naturalne aromaty.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 599 kcal.
BTW: 5,8/42/46