piątek, 31 lipca 2015

Zotter Miraculous Chokeberry mleczna nadziewana kremem aroniowym, galaretką z aronii i białą czekoladą


 W wieczór po degustacji ciemnej Vivani z chili przyszedł czas na dalszą część odstresowywania się - kolejna impreza, tym razem już z moim Lubym, no i do rana. Rzadko zdarza mi się spać do samego południa, a jeszcze rzadziej nie jadać śniadania - ale czasem po prostu trzeba sobie pozwolić na beztroskie lasowanie się w łóżku. Brak śniadania? Do teraz nie wiem, co nas podkusiło, aby po grillowym wieczorze wybrać się o czwartej rano na... kebaba. Kebaba, którego nie jedliśmy od lat. Apetyt podsycony lambikami i whisky kazał mi jeść to świństwo, choć podczas konsumpcji klęłam jak szewc - takie to było paskudne. Przynajmniej wiem, że przez lata nic się nie zmieniło i nadal nie ma sensu tykać takiego żarcia. Przez ten pieprzony kebab nie mieliśmy miejsca na naszą niedzielną jajecznicę, która przecież na dodatek jest idealnym śniadaniem na kaca! Ok, kisić się w łóżku można, nie zjeść śniadania można - ale kawę sobie odpuścić? Co to, to nie! A przecież do weekendowej kawy musi być czekoladka... I tak oto można uznać, że Miraculous Chokeberry została przez nas zjedzona na śniadanie.



Miraculous Chokeberry to kolejna tabliczka Zotter Handscooped należąca do tegorocznej kolekcji Spring Specials. Wykorzystanie akurat tego owocu jako dominujący element nadzienia było dla mnie miłym zaskoczeniem. Bezsprzecznie, aronia jest zapomnianym owocem, a już w ogóle pomija się ją jako dodatek do słodkości. Zotter jednak pamięta o aronii, w końcu umieścił ją także w H2O Superfood. Jakby nie patrzeć, aronia to rzeczywiście nasze rodzime superfood i warto o tym wiedzieć w dobie poszukiwań źródeł zdrowia w egzotyce. Cudze chwalicie, swego nie znacie! Aronia to ogromna bomba witaminowa i antyoksydacyjna. Smak? Owszem, jest cierpka, ale ja bardzo bardzo lubię smak aronii. Moim zdaniem świetnie komponuje się z wieloma deserami jako przełamujący dodatek. Przepadam za kompotem aroniowym, jaki robi moja Teściowa. Zawsze wyjadam wszystkie owoce po otwarciu słoika z kompotem.

 Aronie użyte do wyrobu tej czekolady pochodzą z austriackiej Styrii. Zostały umieszczone w nadzieniu pod postacią soku aroniowego (aż 17% całości składu), co jednak nie oznacza, że nadzienie jest monotonnie aroniowe. Wręcz przeciwnie! Pod otuliną mlecznej czekolady o 40% zawartości kakao położone są naprzemiennie różnorodne warstwy nadzienia. W dwóch rodzajach warstw aronia grała pierwsze skrzypce, a w trzecim królową była... biała czekolada. Chcecie szczegółów? Czytajcie dalej!



Najpierw wgryzamy się w przepyszną mleczną czekoladę. To ona wiedzie prym w kwestii zapachu tej tabliczki - aroniowe akcenty tylko przebłyskują przez bogaty aromat samej czekolady. Okazuje się ona być bardzo delikatną i maślaną kakaową pysznością, której nutki kwaśnych owoców nadają dodatkowego uroku. Aksamitna słodycz mlecznej czekolady przechodzi stopniowo w przyjemną kawową goryczkę, typową dla tabliczek mlecznych o wyższej zawartości kakao. Całość podkreślona jest wyraźną, duszno-dziką kwiatowością.

Jak wygląda środek? Przyjrzyjcie się dokładnie zdjęciom. Kremowa aronia, biała czekolada, aroniowa galaretka, biała czekolada, kremowa aronia. Spożywając wszystkie warstwy na raz doznajemy unikalnych odczuć - charakterystyczna cierpkość i kwaśność aronii zostają tutaj umiejętnie złagodzone przez bogactwo mlecznej czekolady, słodycz białej i miły migdałowy posmak. Nie tylko w sferze smaku i zapachu wiele się tu dzieje - Zotter funduje nam również małą przejażdżkę po świecie różnych konsystencji.





 Aksamitna, lecz zwarta i stabilna mleczna czekolada chowa zaraz pod sobą kremowe aroniowe nadzienie, które jest najdelikatniejszą strukturalną częścią czekolady. Ten jasnofioletowy krem jest gładki i nieco mazisty, tłustawy w sposób maślany, mocnomleczny z wyraźnym migdałowym akcentem - a wszystko to ukoronowane jest odświeżającą aroniową głębią. Z tej tłusto-słodkomlecznie-cierpkiej gładzi nagle przechodzimy do cienkiej warstwy przypominającej namoknięty, lecz nadal spoisty wafelek - oto płaty białej czekolady. Jest ona oczywiście słodsza od aroniowego kremu, aczkolwiek cukier nie przysłania tego, co można w niej odnaleźć. Również ma sobie wiele posmaków migdałów i mleka, przypieczętowanych dość intensywną wanilią.

Ze słodkiego białego opłatka przechodzimy do centrum i gwoździa programu - oto aroniowa galaretka! Moi mili, to już jest aronia bez kompromisów. Choć nigdy nie jadłam 100% aroniowej konfitury - przypuszczam, że właśnie tak ona smakuje. Poprzez dodatek pektyny jabłkowej aroniowy mus pozostaje w zwartej konsystencji, co stanowi dodatkowe urozmaicenie w strukturalnej kompozycji tej czekolady. Superowocowa rześkość, kwaśność, cierpkość, słodycz - sama natura.

Gdyby całe moje życie polegało na spaniu i chlaniu, z chęcią jadałabym częściej takie śniadania. Jeśli i Wasze życia wymagają od Was więcej codziennego wysiłku - z czystym sumieniem mogę polecić Wam Miraculous Chokeberry jako przepyszny deser. Zotter ponownie urzekł mnie dopracowaniem innowacyjnej kompozycji. Takie nadziewane czekolady po prostu je się wszystkimi zmysłami. Nie sądziłam, że aronia może być aż tak uwodzicielska. W towarzystwie wspaniałych czekolad: mlecznej i białej, będąca królową kremu i galaretki - pretenduje do miana drogocennej czarnej perły, a nie zapomnianego kwacha z opuszczonych ogródków działkowych. Mistrzowska kreacja. Miraculous Chokeberry!

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sok z aronii 17%, pełne mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, miazga kakaowa, koncentrat cytrynowy, słodka serwatka w proszku, migdały, odtłuszczone mleko w proszku, pełen cukier trzcinowy, pektyna jabłkowa, sól, wanilia, lecytyna sojowa, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy (cytryna, skrobia kukurydziana).
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g. 
Wartość energetyczna w 100 g: 450 kcal.
BTW: 5,1/28/45

wtorek, 28 lipca 2015

Vivani ciemna Ekwador 70% z chili

 

Po recenzji tabliczki z Manufaktury Czekolady, przyszedł czas na odkrywanie kolejnej karty w talii czekolad z chili. Dziś pragnę Wam przedstawić tabliczkę z pozoru podobną do koleżanki wykonanej na naszym rodzimym padole. Czekolada wypuszczona spod skrzydeł niemieckiego Vivani posiada ekologiczny certyfikat i jest stworzona z kakao odmiany Arriba (nie jest jednak tabliczką bean-to-bar, tak jak czekolady z naszej polskiej firmy). Obie pikantne dziewczyny składają się w 70% z kakao ekwadorskiego. Dopiero co opisywana papryczkowa propozycja z Manufaktury zawierała w sobie zwykły cukier buraczany, natomiast panienkę Vivani osłodzono nierafinowanym cukrem trzcinowym. W Vivani nie wyróżniono, jakiej odmiany papryczek użyto - w przypadku Manufaktury były to peri peri. Niby podobnie wyroby, ale jednak odmiennie. Jak Vivani zniosła porównanie z tak mocno polubioną przeze mnie pikantną czekoladą z Manufaktury?

Niemieckie czekolady Vivani są dość łatwo dostępne w naszym kraju. Można je zakupić w wielu sklepach ekologicznych (w gro z nich są to jedyne występujące tam czekolady), oraz w delikatesach z przysmakami z różnych stron świata. Ja swoją tabliczkę zakupiłam w poznańskiej Arkadii Smaku. Spośród oferty tej marki interesuje mnie jeszcze zbierająca z blogosferze bardzo pochlebne opinie pełna biała czekolada (recenzja Czoko). Chociaż z drugiej strony... Śmiem przypuszczać, że i tak obecnie posiadam z Magicznej Szufladzie pewne białe cacuszko, które wygra smakowo nad bielą od Vivani.


  
 Czas wybrany na degustację pikantnej Vivani nie był zbyt dobry. Zresztą, nie byłby dobry chyba również na każdą inną czekoladę. To było intensywne i przełomowe zakończenie tygodnia. Mętlik w głowie, ważne decyzje, poczucie obciążenia tym, jak jestem doceniana. Wszystko to wyciągnęło ze mnie siły, potrzebowałam naładowania, zresetowania.  Piątkowe wyjście na miasto z Przyjaciółką, pełne euforii dyskusje, wspomnienia. Kolejne emocje, aż... Zamiast balować do rana już po pierwszej upiłam się na smutno i zamarzyłam o własnym łóżeczku. A następny dzień... Znów zero sił. Choć mój Mężczyzna i ciemna czekolada z chili powinny dodać mi energii, dał mi ją tylko sen. A po wyspaniu się sobotnia impreza... Tym razem już do rana.

Tak, ta degustacja odbyła się z łóżku. Pomimo połączenia mocnej kawy i na pozór intensywnej czekolady - zaraz po skonsumowaniu swojej połówki tabliczki zapadłam w głęboki oczyszczający sen. Mam jednak wrażenie, że po pikantnej koleżance z Manufaktury Czekolady tak prędko bym nie zasnęła, nawet pomimo wyczerpania. Zdradzam więc już na wstępie istotną informację - to polska poprzedniczka mocniej mnie znarkotyzowała swoją azteckością.




Cieniutka, podzielona na duże kostki Vivani została zapakowana w klasyczne i lubiane przeze mnie połączenie sreberka z kartonikiem. Po wyjęciu jej na zewnątrz czujemy wonie sugerujące dużą dawkę słodyczy, bardziej kojarzące się z czekoladą deserową. Zapachy Vivani są aksamitne, gładkie, delikatne, bardzo proste. W tej sferze nie ma ani śladu chili. Ani odrobiny nutki, która mogłaby sugerować jego dodatek.

Przy dzieleniu na części czekolada łamie się łatwo i miękko, bez wyraźnego trzasku. Chili wyczuwamy już na początku obcowania kęsa z językiem, jednak pojawia się ono najpierw bardzo łagodnie i nieśmiało. Sama czekolada jest znacznie słodka, na początku lekko proszkowa, lecz koniec końców okazuje się być gładka. Dodatek chili nie jest wyczuwalny niemalże wcale w strukturze, widocznie zostało ono drobno zmielone. Bardzo rzadko trafiamy na większe cząstki, przez co czekolada praktycznie zupełnie pozbawiona jest paprykowego posmaku. Sama pikantność jest tutaj o wiele delikatniejsza niż w czekoladzie z Manufaktury. Owszem, czuć chili bez dwóch zdań, czasami jest to zmasowany atak - ale bez aż tak intensywnej i dzikiej inwazji, jak we wcześniej recenzowanej tabliczce.



Ekwadorska czekolada sama w sobie smaczniejsza okazała się być w wykonaniu Manufaktury Czekolady - zarówno dla mnie, jak i dla mojego Ukochanego. Niestety, w Vivani o wiele mniej jest bogactwa kakao. Pikantność została tutaj bardzo mocno przełamana prostą słodyczą czekolady - zawierającej w sobie nieco mlecznych posmaków - będącą tabliczką bardzo spokojną, a ubogą w tajemnicę i dzikość kakao.

W porównaniu tych dwóch czekolad z chili - dla mojego Ukochanego wygrało Vivani, a dla mnie Manufaktura Czekolady. Vivani to po prostu zdecydowanie łagodniejszy wariant tabliczki z takim wyrazistym dodatkiem. Nie dość, że sama czekolada jest o wiele łagodniejsza i słodsza - to jeszcze przyprawy nie sypnięto tak solidnie, jak zrobili to chłopaki z Manufaktury. Mojego Mężczyznę tabliczka z Manufaktury męczyła ostrością, była dla niego przesadzona - a mnie za to Vivani usypiała zbytnią delikatnością. Moim zdaniem zabrakło jej charakteru. Nie mniej - każda osoba mająca chętkę na wypróbowanie czekolady z chili znajdzie w tym duecie coś dla siebie.

To nie jest koniec odkrywania świata kakaowo-pikantnych smaków. Inny duet czekolad z chili czeka już w Magicznej Szufladzie na degustacje. Na ich recenzje musicie jednak jeszcze sporo poczekać... 


Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy nierafinowany, tłuszcz kakaowy, suszone chili.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 591 kcal. 
BTW: 6,6/45,7/33,1

sobota, 25 lipca 2015

Zotter Goji Berries in Sesame Nougat sojowa nadziewana nugatem sezamowym, jagodami goji i zieloną herbatą


Zapewne niejeden raz mieliście tak, że po zobaczeniu fotografii jakiegoś produktu w sieci zapragnęliście go mieć - i nie mam tutaj na myśli atrakcyjnego opakowania. Chodzi o wygląd jedzenia, który momentalnie doprowadził Was do ślinotoku. I choć zdecydowana większość czekolad Zottera ma bardzo apetyczny wygląd, to zdjęcie przekroju dziś opisywanej czekolady doprawadzało mnie do szaleństwa. Goji Berries in Sesame Nougat w internetowym sklepie Zottera przedstawiało się po prostu bosko. Wiedziałam, że muszę ją nabyć przy najbliższym zamówieniu z Czekolady Zotter Polska. Nie tylko sam wygląd był kuszący - połączenie orientalnych smaków również trafiało w moje gusta.

Wprawdzie nigdy dotąd nie próbowałam jagód goji solo (nie ulegając modzie na superfoods), ale za to sezamowy nugat w czekoladach Zotter Handscooped kosztowałam już nie raz. Ayurveda Genusskur, Yummy! Meals For Schools, Hummus Stret Art... Za każdym razem było to smakowite doświadczenie. Sojowa czekolada otaczająca bogate nadzienie jest mi dobrze znana z fenomenalnie oryginalnej Soy Dark & White, poza tym pełniła taką samą formę polewy jak tutaj w genialnej, wspomnianej już wyżej Ayurveda Genusskur. Zieloną herbatę w czekoladzie kosztowałam dotąd jako wyraźny dodatek do białej Wagner Traum Des Zenji, subtelny do mlecznej z Dolphin oraz symboliczny w Zotter H2O Superfood. Jako dominujący składnik nadzienia - zielonej herbaty nie spotkałam jeszcze nigdy. Pijam ów napój codziennie, co najmniej dwa duże kubki - takie nadzienie jest mi więc bardzo w smak.


 

Czekolada pachnie w sposób mocno wytrawny i przyprawowy, trochę jak orientalna potrawa. Przekrój wyrobu nie został wyidealizowany na fotografii w sklepie internetowym Zottera - rzeczywiście zauważyć tu możemy unikalny kontrast beżowej i  naturalnie zielonej warstwy, pomiędzy którymi umieszczono jędrne i soczyste jagody goji. Wspaniały widok!

Zagłębiając się najpierw w grubą warstwę sojowej czekolady o 40-procentowej zawartości kakao, odczuwamy dokładnie ten sam charakterystyczny posmak, jak w Soy Dark. Mocno orzechowa, a następnie ziołowa i kwiatowa, z sugestią kawy. Sojowa czekolada w tej tabliczce była jednak bardziej kremowa, zdecydowanie mniej sucha niż w Soy Dark. Zapewne wynika to z przesiąknięcia nadzieniem od spodu. Oprócz tego, przebija się tutaj również wyraźna przyprawowość nadzienia (przede wszystkim wyczuwalna jest kolendra i wanilia).


 

Na zwiększoną kremowość czekolady na pewno wpływ miała tłustość nadzienia znajdującego się pod spodem. A pod grubszą, górną warstwą czekolady - leży solidnym płatem tłuściutki sezamowy nugat. Jest on mocno zbity, a przy tym znacznie sypki w swej strukturze, przez co sprawia wrażenie naprawdę surowego. Ów sezamowy nugat ze spokojem przyrównać można do dobrej jakościowo, nieprzesłodzonej chałwy. Prawdziwa gratka dla każdego fana chałwy, będącego jednocześnie zwolennikiem zdrowego odżywiania. Jakiż to był cudny, naturalny smak! Pełna głębia sezamu, która została w umiejętny sposób doprawiona szczyptą kolendry, wanilii, anyżu i cynamonu.

Poniżej, w kontraście do szorstkawego wręcz nugatu - znajduje się zielony herbaciany krem. Jest o wiele gładszy w konsystencji, ale również niezbyt słodki i z wyraźnie wyczuwalnymi przyprawami. Niesie ze sobą charakterystyczny cierpkawy posmak, przyjemny dla każdego miłośnika herbaty. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy dotąd nie odczułam tak mocno w czekoladzie posmaku zielonej herbaty. To było naprawdę ciekawe doznanie, coś świetnie pasującego do całej reszty smaków.

W przekroju tabliczki szczególną uwagę zwracają jagody goji. Wyglądają fenomenalnie - chyba wszyscy się z tym zgodzą. Są to bowiem autentyczne świeże owoce zanurzone w nugacie i herbacianym kremie! Duże, jędrne, soczyste. W smaku są lekko cierpkie i gorzkawe, skojarzyły mi się w owocami dzikiej róży. Stanowiły idealne dopełnienie całej kompozycji, nadając jej nuty owocowej świeżości - a przy tym nadal ortodoksyjnie pozostając w orientalnym klimacie.


 

Warto zauważyć, że Goji Berries In Sesame Nougat ma bardzo prosty i krótki skład jak na Zotter Handscooped. Kolejna ważną cechę stanowi fakt, iż jest to produkt w pełni wegański. Otwiera to drogę do degustacji nie tylko weganom, ale i osobom, które po prostu nie tolerują mleka krowiego. Tak bogate nadzienie bez ani grama surowców mlecznych to  niemalże fenomen.

Mojemu Ukochanemu zabrakło w tej czekoladzie przełamania jakimś odmiennym smakiem. Mnie natomiast prawdziwie urzekła spójność Goji Berries In Sesame Nougat. To piękna esencja smaków Dalekiego Wschodu. Całość ma niezwykle wytrawny charakter. Przez cały czas konsumowania czekolady utrzymuje się sojowy posmak, świetnie komponujący się z sezamem, a także całą resztą składników. Goji Berries In Sesame Nougat to dla mnie perfekcyjnie przemyślana i dopracowana czekolada tematyczna, która w wykwitny sposób przenosi osobę degustującą do odległych krain. Smakowita podróż zmysłów.


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, proszek sojowy (soja, maltodekstryna, syrop kukurydziany), sezam 12%, miazga kakaowa, jagody goji 9%, syrop glukozowo-fruktozowy, olej sezamowy 1%, zielona herbata w proszku, lecytyna sojowa, kolendra, wanilia, anyż, cynamon.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 489 kcal.
BTW: 5,5/35/36

środa, 22 lipca 2015

Manufaktura Czekolady ciemna Ekwador 70% z chili Peri Peri



Stali czytelnicy mojego bloga wiedzą, że jakiś czas temu jako cel obrałam sobie odnalezienie idealnej czekolady z chili. Wprawdzie kilka niedawno próbowanych przeze mnie Zotter Handscooped (na przykład: Ribisel Chili Rock, H2O Superfood czy Namaste India) w swym bogactwie smaku uraczyły mnie między innymi wysokim poziomem pikantności - jednak nie było to do końca to, czego naprawdę szukam. Dlaczego? Marzy mi się tabliczka, która będzie idealnym odzwierciedleniem czekolady Azteków. Dla Azteków czekolada była tworem boskim i narkotycznym, a ja właśnie coś takiego pragnęłam poczuć. To miało być coś ekstremalnego. Tutaj możecie zobaczyć, jakieczekolady z chili było mi dane dotąd spróbować. Nie jest to bardzo bogata kolekcja i dotąd nie było w niej ani jednego egzemplarza, który choćby dorastał do pięt mojej wizji narkotycznej czekolady.

Idealna czekolada z chili to dla mnie przede wszystkim czekolada pełna (najchętniej bean-to-bar), o wysokiej zawartości kakao pierwszorzędnej jakości. Surowa i pierwotna w smaku oraz konsystencji, pełna dzikich nut w aromacie, orgazmicznie stymulująca kubki smakowe. Chili ma być w niej intensywne i bezkompromisowe, uderzające do głowy. Ta czekolada ma być czystym morzem endorfin! Inne przyprawy? Owszem, wanilią nie pogardzę. Resztę można pominąć. Niby to takie proste, ale jednak... Mam wrażenie, że intensywne przyprawy często stosuje się w słodyczach zachowawczo, bojąc się zbyt spektakularnego efektu. Tak stało się na przykład w Zotter Jazz & Blues, po której bardzo wiele oczekiwałam. Nie mówiąc już o Pichler Azteken (nazwa zobowiązuje!), która okazała się być bardzo łagodną czekoladką.

W mojej Magicznej Szufladzie pojawiło się ostatnio kilka czekolad z chili, które mają szansę pretendować do konkursu na idealną narkotyczną tabliczkę Basi. Pierwsza z nich pochodzi z naszego rodzimego podwórka - została stworzona przez ekipę Manufaktury Czekolady. Skład ma bardzo prosty: ziarna kakao z Ekwadoru składające się na 70% całości, cukier oraz chili Peri Peri. Jak wszystkie tabliczki z Manufaktury, jest to oczywiście wyrób bean-to-bar.



Na degustację tej tabliczki wybraliśmy sobie naprawdę ekstremalny dzień. Na dworze piekło +35 stopni Celsjusza, a nam zachciało się faszerować się chili. Szaleństwo! Cóż, to była w ogóle barrrdzo gorrrąca sobota, więc musiała nią być w każdym aspekcie - także w tym czekoladowym. Przebrnęliśmy przez degustację bez ofiar poparzenia i udaru, na szczęście.

Po wyjęciu 50-gramowego prostokąta z kartonika, a następnie wypakowaniu go z hermetycznej srebrnej powłoczki - dojrzeliśmy naprawdę piękną czekoladę. Klasycznie podzielona na nieduże kostki, po gładkiej stronie obficie posypana została kawałkami suszonego chili. Strona wizualna dostała ode mnie 10/10. Od razu wiadomo, czego można się spodziewać po takiej czekoladzie!

Aromat samej czekolady wydaje się być przede wszystkim słodki, łagodnie kwiatowy i aksamitnie kremowy, kojarzący się z truskawkowym musem. Dopiero przy mocniejszym zaciągnięciu się coś zaczyna świdrować nam w nosie... Mój Ukochany padł ofiarą porządnego sztachnięcia się - po paru solidnych niuchach nie mógł przestać kichać. Zanosiłam się śmiechem patrząc na niego. Wiedziałam, że będzie ostro!


Trudno jest trafić na kęs czystej czekolady bez posypki, ale przy napoczęciu tabliczki udało nam się dokonać tego czynu. Czekolada jest w istocie bardzo podobna smakowo do tego, co wyczuliśmy w sferze zapachu. Nie jest wybitnie kremowa, ma w sobie sporo surowości i nieco szorstkości, lecz niesie w sobie całe mnóstwo spokojnych i łagodnych smaczków. Jędrne płatki wilgotnych wiosennych kwiatów, truskawkowy mus, odrobina kawy z mlekiem. Bardzo dobra czekolada, w której można by było sporo odnaleźć - z chęcią spróbowałabym jej w wersji bez dodatków.

Z każdym kolejnym kęsem coraz mniej można było delektować się samą czekoladą. Nuty dla niej charakterystyczne zaczęły się bowiem mieszać z tym, co serwuje posypka. Wkroczenie w strefę chili następuje z ogromną mocą i z sekudny na sekundę odczuwamy coraz to mocniejszą pikantność. Wiem, że każdy ma swój poziom tolerancji smaku pikantnego - my doznaliśmy już naprawdę intensywnego pieczenia. Dla mojego Ukochanego było to aż nadto przytłaczające, ja natomast poczułam pełnię satysfakcji. Ideału dopełniał fakt, że nie była to sama tępa pikantność - pośród niej wyraźnie wyczuwalna była po prostu paprykowość, co niezwykle mi przypadło do gustu.


Paradoksalnie, spożywanie swojej porcji szło o wiele szybciej mojemu Mężczyźnie, niż mi. Tłumaczył się, że chce już to mieć za sobą ;). Ja delektowałam się każdym kęsem tego ostrego odjazdu, choć pikantność chwilami naprawdę mocno uderzała do głowy, aż miałam ochotę zapić ją mlekiem. Nie uciekłam jednak do tego, zamykałam intensywność w sobie i zapadałam się w nią. Łzy mimo wszystko nie napłynęły mi do oczu.

Na mówienie o ideale jest jeszcze za wcześnie, ale muszę stwierdzić, że pikantna propozycja od Manufaktury Czekolady jest mniej więcej tym, czego poszukiwałam. Sprostała moim wymaganiom i chętnie sięgnęłabym po nią jeszcze raz, mając ochotę na coś ekstremalnego. Ta tabliczka pobudza, nakręca, podnieca - jest niezwykle wybuchowa. Choć mój Ukochany zarzucił jej monotonię - dla mnie była bardzo ekscytująca choćby z tego powodu, że pikanteria i posmak papryki świetnie kontrastowały z słodko-dziką ekwadorską czekoladą. Naprawdę ciekawa czekolada, która na dodatek przepięknie się prezentuje. Zdradzę, że próbowana tydzień później inna tabliczka z chili nie wywarła już na mnie tak pozytywnego wrażenia. A jakie jest Wasze nastawienie do tak mocnych przypraw w czekoladzie?

Skład: ziarno kakao z Ekwadoru 70%, cukier, chili Peri Peri.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.