wtorek, 15 maja 2018

Kacau Ecuador Mango & Maras Salt ciemna 74% z mango i solą


30 kwietnia, dzień moich kolejnych urodzin - czy mogłabym go spędzić lepiej, niż na górskim szlaku? Wędrując nadal bieszczadzkiej Pasmem Granicznym, przysiedliśmy gdzieś na cienistej polanie, aby posilić się kolejną czekoladą. Specjalnie wcześniej sięgnęłam po czystą ekwadorską Kacau 74% w domowych pieleszach, aby sprawdzić, czy warianty z dodatkami będą nadawać się na górski szlak. Stwierdziłam, że bazowa tabliczka tej marki dostępnej w sklepie Sekretów Czekolady jest na tyle niewymagająca refleksji w swym bukiecie smakowym (pomimo wykonania ze szlachetnego kakao Arriba), iż bez problemu mogę raczyć się pozostałym asortymentem Kacau właśnie w górach.


Opakowania Kacau to prawdziwy skarb. Są przepiękne, dzikie, barwne. Podczas naszej pierwszej czekoladowej przerwy tego dnia, sięgnęliśmy po ich tabliczkę wzbogaconą o suszone mango oraz kryształki soli. Prezentowała się bardzo apetycznie z licznymi kawałkami mojego ulubionego mango i z wyraźnie widoczną solą, która obiecywała mocne smakowe urozmaicenia.

Względem samej czekolady niczego nowego nie odkryłam. Już nawet jej zapach był dość zwyczajny, odrobinę bombonierkowaty, a w połączeniu z wonią mango sprawiał wrażenie Delicji pomarańczowych (przywodząc skojarzenia także z samym ciastkiem). Czekolada była znów mocno herbaciano-kawowa, palona, z tropikalną słodyczą w tle - dość surowa, powściągliwa, twarda. Nie urzekała mocno, po prostu była niczym więcej ponad smaczne paliwo.


Najciekawszym dodatkiem okazała się sól, choć mocno liczyłam na mango. Sól była wyczuwalna od razu, wyraziście, doskonale przełamywała dość siermiężną interpretację Arriby. Tak, była wyrazista, choć jednocześnie nienachalna i bardzo spójna. Po prostu przyjemna.

Kawałki mango natomiast wydawały mi się za nadto gumowate. Nie robiły szału, aczkolwiek ja przyzwyczaiłam się do turbo soczystego i orzeźwiającego mango w pysznościach Zottera. Tutaj sam charakterystyczny smak mango był jedynie delikatnie wyczuwalny i na dobrą sprawę mógłby to być każdy inny owoc.

Tak naprawdę dopiero dwie kolejne Kacau z dodatkami, które miałam również ze sobą - napawały mnie większą ciekawością... Ich recenzje pojawią się już wkrótce.


Po zwinięciu obozu za Głębokim Wierchem udaliśmy się na nasz pierwszy szczyt tego dnia - Wysoki Groń.


Dalej maszerowaliśmy do stacji kolejki wąskotorowej położonej w okolicy szczytu Balnica. Jeszcze przed Balnicą sięgnęliśmy po dziś opisywaną czekoladę - trasa była długa i cały czas wiodła przez cudownie rozbudzany przez wiosnę las. W sklepiku w Balnicy nie omieszkałam kupić piwa i pepsi, celem uczczenia własnych urodzin. Jako przerywnik takie orzeźwienie było jak znalazł.


Dalej skierowaliśmy się ku szczytom Czerenin i Stryb, z których to rozciągały się widoki na zieloną Słowację oraz bardzo lubiane przeze mnie polskie pasmo Hyrlatej (które przeszliśmy rok temu).




Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, suszone mango 16,33%, sól 2,04%.
Masa kakaowa min. 74%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 600 kcal.
BTW: 10/40/50

niedziela, 13 maja 2018

Naive Peanut Butter mleczna 42% z masłem orzechowym


Litewska marka Naive intryguje mnie, choć znam ją jeszcze słabo. Szykuję się jednak na przetestowanie całej jej oferty (z pomocą sklepu Sekretów Czekolady) - uważam, że jest tego warta. Moje pierwsze doświadczenie z Naive było mocne i kontrowersyjne - Porcini, czyli tanzańska ciemna mleczna 62% z borowikami, okazała się prawdziwym cacuszkiem. Dalej postanowiłam sobie dawkować Naive, stopniowo odkrywając ich asortyment. Tak się złożyło, że niemal rok temu po Porcini sięgnęłam po jakąś drugą ich czekoladę. Marka zdążyła w międzyczasie zmienić szatę graficzną opakowań na bardziej barwną. Na bieszczadzkim szlaku rozsmakowaliśmy się w Peanut Butter.


Peanut Butter to mleczna czekolada o 42% zawartości kakao (pochodzącego, jak to ujął producent - "z okolic równika") z dodatkiem orzechów arachidowych i soli morskiej. Jak ma to w zwyczaju Naive, tabliczka nie została podzielona na kostki. Tafla w odcieniu przytłumionego brązu sprawiała wrażenie dość tłustej, pachniała natomiast znacznie palonymi orzechami - nie tylko arachidowymi, choć oczywiście przede wszystkich (skojarzenia z innymi orzechami musiało przynieść samo kakao).

 Szybciutko topniała w dłoniach, prędko i gładko rozpuszczała się w ustach. Od razu zalewała wyrazistą orzechowością, aż odrobinę gorzkawą, mocno przypaloną. To intensywne masło z orzechów arachidowych, lekko posolone. Im dalej w las, tym przez wzgląd na nuty z kakao - sprawiała wrażenie również mocno prażonego masła migdałowego. Przy całej swej goryczce i paloności - tak paradoksalnie orzeźwiającej (!) - była też intensywnie mleczna, przyjemnie mlecznie słodka (lecz nie za słodka). Przywiodła również na myśl czekoladowe przypalone ciasto gofrowe.


Dodała nam ogromu energii na dalszy marsz, zwłaszcza, że sięgnęliśmy po nią, jak zdecydowanie potrzebowaliśmy naładowania akumulatorów. To niebanalny orzech, w najlepszym wydaniu. Chcę więcej Naive, jeszcze...


I dalej niebieskim szlakiem między Polską a Słowacją... Dochodząc do szlaku prowadzącego z Łupkowa - weszliśmy tym samym na ścieżkę, którą dane już nam było iść rok temu. A nawet, ponad tunelem kolejowym, znów spotkaliśmy konie huculskie - tak jak rok temu.





A gdzieś pomiędzy Głębokim Wierchem i Wysokim Groniem, na przytulnej polance, rozbiliśmy swój pierwszy obóz. W nocy obudziła nas... rozdzierająca cisza.


Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, orzechy arachidowe, sól morska.
Masa kakaowa min. 42%.
Masa netto: 55 g.

piątek, 11 maja 2018

Hoja Verde ciemna 72% Ekwador Arriba


 Pierwszą czekoladą otwartą już na bieszczadzkim majówkowym szlaku (bardzo wyjątkowym, ale o tym za chwilę) była kolejna propozycja od ekwadorskiej Hoja Verde. Hoja Verde jest marką, której eksplorację zaczęłam od setki. Z racji, że wyjątkowo przypadła mi do gustu, zamówiłam w Sekretach Czekolady pełen przekrój asortymentu ich tabliczek pełnych, bez dodatków. Różniły się tylko zawartością kakao (bądź obecnością mleka), wszędzie zastosowano ekwadorskie ziarna Arriba. Z każdą kolejną degustacją okazać się miało, że przy różnej ilości kakao prezentuje ono swoją inną twarz... Inna kwestia, że podczas mojej wizyty w Ekwadorze (już po zakupie Hoja Verde w Polsce) okazało się, że ich produkty z łatwością można nabyć tam w wielu sklepach - są powszechne, podobnie jak Pacari.


Nasza 72-ka cechowała się wyjątkowo ciemną barwą i aromatem wyraziście kawowym, co mnie zaskoczyło... Biorąc pod uwagę, jak bardzo kwiatowo-owocowe, a specyficznie surowe przy tym, były uprzednio degustowane Hoja Verde. Rozpuszczała się dobrze, gładko, a przy tym sprawiała wrażenie pełności w ustach. Lekko maślana i lekko szorstka - pozwalała rozkoszować się paletą doznań już na poziomie samej konsystencji.




Tak mocna kawowość, palona i głęboka - przełamywana była pięknie słodyczą karmelu. Całokształt kojarzył mi się z mieszanką lodów Magnum Black Espresso i Double Caramel - czyli generalnie moich ulubieńców. Ta Hoja Verde budziła skojarzenia z elegancką kawiarnią utrzymaną w barwach ciemnego drewna. Niesamowicie urokliwe było złudzenie pieprzu majaczące gdzieś w tle, które namacalnie dodawało pikanterii duetowi kawy i karmelu. O dziwo, dopiero na samym końcu myślałam o ledwo iluzjach owoców i kwiatów. Arriba pokazała swą kolejną twarz - i przyznam, że Hoja Verde prezentuje to kakao o wiele lepiej, niż chociażby Kacau.


 Pomysł o przejściu polskich Bieszczadów z namiotem kiełkował nam w głowach od zeszłej majówki, kiedy to pierwszy raz odwiedziliśmy te piękne góry. Frustrowało nas, że nie mieliśmy jak przejść kilku ich części, a rozwiązaniem na to zdawało się przejście tygodniowej pętli z Komańczy do Komańczy, z ciężkimi plecakami, śpiąc pod namiotem lub w schronach. Tak też zrobiliśmy podczas tej majówki...

Gdy po całym dniu jazdy samochodem dotarliśmy wieczorem 28 kwietnia do schroniska Leśna Willa w Komańczy, podekscytowani nadchodzącą przygodą sączyliśmy ciemne piwo w klimatycznym wnętrzu, by i tak wcześnie udać się spać na wolnych pryczach na poddaszu budynku. 


W niedzielę 29 kwietnia po wciągnięciu o szóstej rano jajecznicy na śniadanie opuściliśmy schronisko udając się w stronę pobliskiej Dołżycy. Stamtąd doszliśmy do granicy ze Słowacją, wchodząc tym samym na niebieski przygraniczny szlak, którym mieliśmy poruszać się przez najbliższe dni. Minęliśmy przełęcz oddzielającą Karpaty Zachodnie i Wschodnie, dopiero wtedy tak naprawdę wkraczając w Bieszczady.




Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 72%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 574 kcal.
BTW: 10/40/42

środa, 9 maja 2018

Republica del Cacao Ecuador Galapagos Islands ciemna 75% z kawą


Kolejna po Manabi ciemna ekwadorska czekolada od Republica del Cacao, jaką zakupiłam w Quito - jest prawdziwą perełką. Nie dość, że została wykonana z kakao uprawianego na wyspach Galapagos, to jeszcze posiada dodatek kawowych nibsów. Namiary GPS umieszczone na froncie kartonika wskazują nawet dokładne położenie plantacji na Isla de san Cristobal. Sreberko bezpośrednio otulające czekoladę zawiera za to nadruk, który może wprowadzać w błąd - sugeruje on bowiem, że kakao użyte do wykonania czekolady pochodzi z ekwadorskiego regionu Los Rios, a tylko sama kawa z Galapagos.


Szczególnie nadzieje wiązałam z tą tabliczką także dlatego, że kolumbijska czekolada od Republica del Cacao stworzona z dodatkiem kawowych nibsów, wywarła na mnie piorunujące wrażenie. Wprawdzie w niej użyto zarówno kolumbijskiej kawy, jak i kakao, co czyniło wielką różnicą, nie mniej jednak... Wyobraźnia została rozpalona, tym bardziej, iż ekwadorska wersja pachniała masakryczną soczystością owoców, przełamaną cierpką, ziemistą nutą palonej kawy. No i na szczęście wersji ekwadorskiej miałam 50 g, a nie trzy pięciogramowe neapolitanki.

 
Bardzo drobne nibsy widoczne były szczególnie na spodzie tabliczki. Sama czekolada bardzo dobrze rozpuszczała się w ustach, zostawiając w nich soczystą gładkość, co bardzo mi się podobało. W pierwszej chwili soczystość była tłumiona przez natłok goryczkowych nut kakao, kawowych samych sobie - a wzmocnionych przez dość delikatne w teksturze, maleńkie nibsy. Goryczka paradoksalnie zaczyna sprawiać wrażenie suchości, ściągania. W czasem jednak narasta wilgotna ściana słodyczy tropikalnych owoców - przede wszystkim dojrzałego mango i marakui. Pychota, prosta pychota. Ściągania na końcu nie ma wręcz wcale, pozostaje wypełniająca łagodność, bogata. Po mocnym początkowych uderzeniu czekolada w finiszu jawi się jako bardziej kompleksowa.


Mój sąd jest jednak jednoznaczny - specyfika kolumbijskiej kawy i kolumbijskiego kakao robiła jednak swoje. Może bardziej byłam jeszcze odurzona Kolumbią, gdy jadłam wersję z tego właśnie kraju, ale... tamta mocniej mnie ujęła, mimo wszystko. A po degustacji interpretacji kakao i kawy z Galapagos wsiedliśmy w samochód i udaliśmy się po kolejną, majówkową przygodę...


Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, nibsy kawowe, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 50 g.