niedziela, 15 października 2017

Zotter Peru 45% mleczna


Po przykrym doświadczeniu z mleczną Panamą od Zottera mimo wszystko nie obawiałam się degustacji innych mlecznych Labooko od Zottera, jakie posiadałam w swojej kolekcji. Powód? Zawierały one więcej kakao niż nieszczęsna Panama (45 a 35% to już spora różnica). Dziś przygotowałam dla Was recenzję mlecznej interpretacji peruwiańskiego kakao, które to Zotter często bierze na tapetę w opcjach ciemnych, a ja już sporo z nich spróbowałam i opisałam. Będzie to swoiste zwieńczenie ostatnich recenzji peruwiańskich wyczynów Zottera, choć nie ich zakończenie - w między czasie Zotter zdążył wypuścić kolejne czekolady z kakao z Peru (a ja zakupiłam je w biokredens.pl i teraz czekają na swoją kolej).


Szkoda, że wewnątrz opakowania producent nie uściślił, z jakich regionów Peru pochodzą użyte w tej czekoladzie ziarna. Dopiero po odwiedzeniu strony internetowej dowiadujemy się, że mamy do czynienia z blendem Criollo i Trintario wyhodowanym w kooperatywie Oro Verde. Ciemną tabliczkę Peru Oro Verde 75% miałam już okazję wypróbować. Była przepyszna i... przez to wysoko ustawiła poprzeczkę wersji mlecznej.


Mleczna wersja nie zniosła presji porównania z tabliczką ciemną. Wprawdzie Peru 45% okazała się miliard razy lepszą mleczną czekoladą od Panamy 35%, lecz przede wszystkim dlatego, że było w ogóle CZUĆ w niej kakao. Nie zachwyciła nas jednak dynamiką, jaką zafundowała nam ciemna Oro Verde. Była też mniej ciekawa od niedawno próbowanych mlecznych Tibitó z Kolumbii, zawierających podobną ilość kakao. Prawdopodobnie więcej czadu uzyskano by, gdyby to było Peru 55%, a nie 45%. Ale do rzeczy.


Peru 45% jest poprawną, smaczną mleczną czekoladą. Jest jednak ponad wszech miar spokojna i mocno wypośrodkowana. Pachniała waniliowym budyniem i deserem ryżowym, ale z wyraźnym kakaowym tłem kawowo-palonym. Na podniebieniu prezentowała odrobinę pudru i bezy, ale w zupełnie innym wydaniu niż bezowość Amedei - tu chodziło bardziej o drobnopiaskowość struktury. Trudno było się tu doszukać charakterystycznych nut znanych z Oro Verde 75%. Tamta ciemna czekolada budziła deserowe skojarzenia, ale bardziej szalone i tropikalne. Peru 45% jest zaś leniwym urlopowym śniadankiem jedzonym w polskiej agroturystyce, bez cienia dziczy.


To tort dakłas posypany kakao oraz świeżymi malinami. To ciasto naleśnikowe, lekko przypalone, przekładane kremem bananowo-śmietanowym. To kawa z tłustym mlekiem i nutą wanilii.  W zeszłym roku Peru 45% otrzymało srebro w kategorii mlecznych czekolad na Academy of Chocolate. Za co? Na pewno nie za odurzający i obezwładniający bukiet, bo ten posiada chociażby Zotter Nicaragua 50%. Tymczasem Peru 45% to spokój i poprawność, bardzo swojska wykwintność mlecznej czekolady stworzonej z dobrego kakao. Dla mnie to za mało, bym mogła prawdziwie pokochać tę czekoladę.


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, pełny cukier trzcinowy, sól, wanilia.
Masa kakaowa min. 45%.
Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 504 kcal.
BTW: 5,5/34/43

piątek, 13 października 2017

Tibitó Meta mleczna 42%


Gdzieś w poprzednich wpisach wspominałam, iż jeszcze powrócę do porównań mlecznych i ciemnych kolumbijskich tabliczek pochodzących z kakao wyhodowanego w tych samych departamentach. Taką możliwość oferuje nam bogotańska marka Tibitó. Na moim blogu pojawiło się już takowe porównanie czekolad z okolic Tumaco (ciemna, mleczna). Niestety, z departamentu Putumayo udało mi się dorwać jedynie wersję ciemną (i to o mniejszej gramaturze). O ile tabliczki Tibitó występują w formie zarówno 40 gramowych, jak i 80 gramowych tafli, większość z zakupionych podczas wyprawy do Kolumbii czekolad tej firmy znalazłam jedynie w mniejszej formie. W przypadku tej i najbliższej recenzji porównawczej musiałam zmierzyć się z dysproporcją: mała czekolada mleczna i duża czekolada ciemna. Zaraz przekonacie się, jak bardzo nie będę mogła odżałować małego formatu czekolady mlecznej...

Przenosimy się do jednego z większych departamentów Kolumbii, położonego w centrum kraju. Meta od wschodu ograniczona jest Andami, zaś zdecydowaną większość powierzchni regionu stanowią równiny zwane llanos, przez które przepływa szereg z nich. Największa z nich również nazywa się Meta. Jeśli chodzi o uprawę kakao, dla Mety jest to swego rodzaju nowość, czy raczej prężny okres rekultywacji. Na przestrzeni ostatnich lat uzysk ziaren kakao w departamencie Meta sukcesywnie rośnie (źródło). Byłam bardzo ciekawa, czym charakteryzuje się tamtejsze kakao.



Porównanie zaczęliśmy nietypowo od czekolady mlecznej. Wszystko przez wieczorną ochotę na słodkie, jaka pojawiła się u mojego Męża pewnej soboty. Zaproponowałam mu właśnie mleczną Tibitó Meta, obawiając się jednocześnie, że 40 gramowa tabliczka na pół to może być trochę za mało na jego głód... Nie mniej jednak, sięgnęłam po nią. Mleczna Meta składa się podobnie jak mleczna Tumaco w 42% z kakao, 25% z mleka. Reszta to cukier (zapewne trzcinowy) oraz lecytyna (tutaj sojowa, w innych Tibitó częściej słonecznikowa).

 Mleczna neta okazała się o parę tonów jaśniejsza od mlecznej Tumaco. Jej odcień brązu był niesamowicie żywy i soczysty, przez co czekolada zdawała się być uosobieniem błogiej, radosnej słodyczy. Ciekawość podkręcał zapach, jaki unosił się nad tabliczką. Mleczna Meta pachniała... słodkim twarożkiem, świeżym i gęstym.


Po pierwszym kęsie już wiedziałam, że posiadanie Mety 42% w wersji tylko 40 gramowej to olbrzymia strata. Podobnie jak mleczna Tumaco, Meta rozlewała się w ustach z wielką błogością i aksamitem, jednak jej smakowitość wkroczyła na zupełnie nowy pułap w odkrywaniu walorów dobrych czekolad mlecznych. Tumaco poprzez mleczne złagodzenie intensywnej paloności stała się po prostu uwodzicielska, nadal mając w sobie wiele powagi i dystyngowania. Kosztowanie Mety do skok na główkę w słodkie szaleństwo, w tak niewyobrażalną mleczną głębię, że czekolada zdaje się być bardziej mleczna od mleka. 

 Nuty kakao z Mety przebijając się przez 25% udział mleka prezentują nam całą gamę akcentów serowych. Najpierw, podobnie jak w zapachu, wyczuwałam tłusty i gęsty twarożek, delikatny zarazem, doprawiony wanilią i trzcinowym cukrem. Potem zaczęły pojawiać sie nuty przydymione i lekko wędzone, sugerujące oscypki, a może bardziej świeży bundz i bryndzę robione gdzieś w klimatycznej góralskiej chacie - po prostu przesiąknięte jej wonią. Wszelkie próbowane przeze mnie góralskie sery przemykały przez moją głowę w zastraszającym tempie. Meta była ich uosobieniem w formie idealnie gładkiej i rozkosznie słodkiej. Bez pardonu dałam się wkręcić w to potwornie smakowite serowe szaleństwo tak, że... Po chwili zarówno ja, jak i mój Mąż, nie mieliśmy już ani okruszka czekolady. Nie mogliśmy uwierzyć, że to niecodziennie doznanie tak prędko nam umknęło.


Mleczna Tumaco była przepyszna, ale Meta wprowadziła mnie na zupełnie inny pułap. To zdecydowanie jedna z najsmaczniejszych i najbardziej zaskakujących mlecznych czekolad, jaką było mi dane jeść ostatnimi czasy. Jeśli kiedyś powrócę do Kolumbii (a trudno mi sobie wyobrazić, by mogło być inaczej), na pewno jeszcze raz skuszę się na to mleczne wariactwo. Jak dobrze, że na kolejne przedpołudnie zaplanowałam degustację wersji ciemnej... Po takim popisie w czekoladzie mlecznej, 70-tka musiała też mieć się czym wykazać! Ale o tym poczytacie dopiero za kilka dni...


Skład: masa kakaowa, cukier, mleko 25%, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 42%.
Masa netto: 40 g.

środa, 11 października 2017

Zotter Panama 72% ciemna


Z nadzieją i ulgą sięgnęłam po ciemną czekoladę Zottera wykonaną z panamskiego kakao. Jej wersja mleczna, której recenzja ukazała się niedawno na moim blogu, ani trochę nie spełniła moich oczekiwań. Nie zaprezentowała bukietu kakao z Panamy, uprawianego w kooperatywie Cocabo. Wiedziałam, że w opcji ciemnej musi być inaczej. Nawet panie zdobiące opakowania obu panamskich czekolad dawały zrozumienia, że tabliczki będą posiadały zupełnie odmienne charaktery. Dzięki Zotter i biokredens.pl miałam zamiar w końcu całkowicie zagłębić się w przepastną panamską dżunglę. Tak, bo przecież kooperatywa Cocabo, o której pisałam już poprzednio, prowadzi swe uprawy pośród lasów deszczowych Panamy. Kakaowce rosną tam w towarzystwie bananów i ananasów.


Przez głęboką i soczystą barwę czekolady przebłyskiwały wiśniowe i fioletowe refleksy. Woń tabliczki zapowiadała cudne czekoladowe bagienko rozpuszczające się w ustach. Dzięki zapachowi, w smaku spodziewałam się nut słodkich i wybitnie czekoladowych. Przeplatały się aromaty ananasa i korzennych przypraw, zachęcając do wbicia zębów w kuszącą taflę.


Rzeczywiście, kęs rozpuścił się w ustach najpierw gęstą gliną, a następnie gładkim czekoladowym musem. Tak, jakby z początku czekolada odrobinę się buntowała przed ciepłem języka, by dopiero po chwili wybuchnąć cudną słodyczą, idealnie czekoladową. Słodko-ziemiste nuty przechodziły w soczystego, owocowego kopa, nieco kojarzącego się z peruwiańskimi Zotterami. Wyczułam tu zarówno ananasy, jak i brzoskwinie - skąpane w wyżej wspomnianym aksamitnym czekoladowym musie, podanym z odrobiną jogurtu bądź delikatnego twarożku.


Rozkoszna słodka soczystość z licznymi ziemistymi i owocowymi nutami sprawiły, iż zamarzyłam o spróbowaniu tej czekolady w wersji do picia, na gorąco. Motywy ziemi przewijały się ze swą lekką palonością, raz po raz przywołując na myśl kawę. Przede wszystkim Panama 72% wykazała się dynamiką owoców. Prócz dominujących brzoskwiń i ananasów, dalej pojawił się wyraźnie także pieczony banan. Mocno inwazyjnie narzucała się nam soczystość dżungli, wilgotny wiatr smagający świeże drewno, pachnące ciepłem tropiku. Pod koniec degustacji, jako dopełnienie, kropkę nad i postawiła iluzja masła z orzechów laskowych.


Ziemia i owoce, potem orzechy i drewno, wszystko osnute przyprawioną kawą i świeżą bryzą. Panama pokazała tropikalny charakterek, dosadnie i mocno, a przy tym niemalże klasycznie czekoladowo. Mam wrażenie, że byłaby jeszcze smaczniejsza przy chociażby 82% zawartości kakao. Jedno jest pewne - Zotter wyrządził wielką krzywdę kakao z Cocabo, wykonując z niego tabliczkę mleczną 35%. To panamskie kakao zasługuje na większe wyróżnienia.

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 72%.
Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 591 kcal.
BTW: 9,8/45/35

poniedziałek, 9 października 2017

Akesson's Madagascar Ambolikapiky Plantation 75% Trinitario & Wild Voatsiperifery Pepper ciemna z dzikim pieprzem


 Nadal pozostajemy na Madagaskarze! Wiedziona ciekawością po wypróbowaniu Akesson's z czarnym pieprzem, postanowiłam prędko sięgnąć po następną tabliczkę z pieprznej serii. Wariacje na temat kakao i pieprzu w wykonaniu utytułowanej marki Akesson's zakupicie w sklepie Sekretów Czekolady. Porównanie z ostatnio próbowaną tabliczką zdawało się o tyle ciekawe, że obie czekolady nie różnią się niczym, oprócz rodzaju zastosowanego pieprzu. 

W dziś opisywanej czekoladzie również mamy do czynienia z 75% udziałem madagaskarskiego trinitario wyhodowanego na plantacji Ambolikapiky w dolinie rzeki Sambirano, w okolicach miasta Ambanja. Użyto jednak nie czarnego pieprzu, tak jak ostatnio, lecz prawdziwego madagaskarskiego skarbu - dzikiego pieprzu Voatsiperifery. Połączenie tego pieprzu z madagaskarską kakao zaowocowało większym utytułowaniem tej czekolady, niźli tej z czarnym pieprzem (która i tak wiele razy została doceniona na światowych konkursach).


 Dobrze wiemy, co do czekolady może wnieść madagaskarskie kakao. W wersji z czarnym pieprzem, jego dodatek ciekawie zmodyfikował typowe madagaskarskie nuty, takie jak cytrusy, czerwone owoce, kefir, ziemia, kawa... Wprawdzie ów czarny pieprz również pochodził z madagaskarskiej ziemi, jednak nie zlał się wprost w jedność z tamtejszym kakao. Czytając recenzję Kimiko, w przypadku dzikiego pieprzu efekt zdawał się być inny. Wszak Voatspierifery można nazwać bardziej madagaskarskim, bowiem rośnie jedynie na tej wyspie. Jak wraz z Mężem odebrałam tę kombinację zaproponowaną przez Akesson's?


 Już po rozpakowaniu czekolady uderzył mnie soczysty aromat mandarynek i dojrzałych czerwonych porzeczek (a może nawet słodziutkiej drożdżówki z tymi owocami), niezwykle namacalny i zadziwiający. W pierwszym kontakcie woń nie zapowiadała nam zarówno Madagaskaru, jak i pieprzu. Dla mojego Męża zapach wydawał się perfumowy bądź kadzidlany - orientalne przyprawy położone na owocach. Dalej, eksplorując świat smaku, okazało się, że wyczuł czekoladę doskonale.

W gładkiej czekoladzie, ale nie rozpuszczającej się w mgnieniu oka, wyczuwamy delikatne drobinki pieprzu. Pieprz zdaje się podkreślać kakaową goryczkę wpadającą w akcenty drewniane, kawowe i ziemiste, bardziej wonne niż zwykle, a zaraz po nich przychodzi zadziwiające miętowe orzeźwienie. Ostatecznie dziki pieprz wywraca charakterystyczne madagaskarskie kakao do góry nogami. Ta tabliczka okazuje się być zupełnie inną, niż wersja z czarnym pieprzem. Dziki pieprz modyfikuje całą czekoladę i podczas tej degustacj ani razu nie odczułam jego nachalności. Tak świetnie spoił się z madagaskarską czekoladą, iż stworzył ją zupełnie na nowo.



 Mocno kwaśne cytrusy zamieniły się w słodziutką mandarynkę i soczyste mango. Kefir stał się tutaj lepkim lukrem na dobrze wypieczonej drożdżówce, z grubą kruszonką i wielkimi czerwonymi porzeczkami. Ziemia i drewno stały bardziej przydymione i przyprawowe. Degustując czekoladę, na soczystym owocowym podkładzie ciągle odkrywaliśmy nowe orientalne przyprawy, korzenie i kadzidła. Na pewno była tu mięta, ale i anyż z koprem, a także mnóstwo bardziej słodkawych przypraw, jak cynamon, wanilia czy kardamon. To w istocie nie była ani typowa pieprzność, ani też typowa pikantność, lecz soczystość harmonijnie zmieszana z kadzidłem.

Zamiast rozbrajająco swojskich smaków wyczuwalnych w wersji z czarnym pieprzem (mizeria, cukinia), tym razem Akesson's przeniósł nas w dalekie, tajemnicze krańce świata. Ta czekolada ani przez chwilę mnie nie męczyła, choć była bardzo intensywna. Obawiałam się, że którymś momencie może nadejść przesycenie, jakaś dziwna modyfikacja i nieczysta nuta, ale nie... Czekolada do końca pozostała szlachetna, dystyngowana, bogata niczym dobre perfumy. Zdecydowanie bardziej smakowała mi od wersji z czarnym pieprzem. Ciekawe, jakie wrażenie przyniesie jeszcze jedna pieprzna tabliczka Akesson's, jaką mam w swojej kolekcji...



Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, dziki pieprz Voatsiperifery 2%.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 60 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 575 kcal.
BTW: 9,3/45,81/31,37