poniedziałek, 8 lutego 2016

Valrhona Blond Dulcey 32% biała karmelowa


Valrhona to bardzo prestiżowa i rozpoznawalna na całym świecie francuska marka, której czekoladowa tradycja sięga 1922 roku. Znana jest przede wszystkim z dostarczania powtarzalnego i sprawdzonego surowca do ekskluzywnych restauracji. Od dawna chciałam przetestować tabliczki spod skrzydeł arcy profesjonalnej firmy z Doliny Rodanu, jednakże mieszane odczucia Kimiko i Czoko związane z jej wyrobami spowodowały, że miałam duże obawy co do mojego debiutu z Valrhoną. Postanowiłam zdać się na wybór specjalisty - Piotr z Sekretów Czekolady polecił mi na początek dwie tabliczki, w tym dziś opisywaną. Z radością przyklasnęłam tej poradzie, bowiem przeglądając ofertę Valrhony zawsze śliniłam się na myśl o Dulcey Blond 32%. Wszak to bardziej wykwintna wersja tak lubianej przeze mnie i mojego Męża Karmellove (jednej w niewielu udanych serii czekolad od Wedla). To wręcz MUSIAŁO być niebiańsko smaczne!


Internetowe opinie na temat Dulcey Blond 32% są jednoznaczne - czekolada jest wyjątkowa, boska, zachwycająca (1, 2, 3, 4, 5). . Wszyscy z czystym sumieniem polecają tabliczkę nawet antyfanom białych czekolad. Szczególnie ciekawe jest rozpatrywanie Dulcey jako materiału do tworzenia deserów. Na chocablog odnajdziemy interesujące porównanie Dulcey z Nestle Carmac, który NIE jest czekoladą (brak surowców kakaowych), ale również może kusić jako karmelowy element deserów (jak się okazuje - marna to pokusa w obliczu kunsztu Valrhony).


Ja mając w posiadaniu jedną jedyną tabliczkę ani myślałam o jakichkolwiek deserowych testach. Moja tabliczka była dla mnie skarbem, którego degustację chciałam celebrować wraz z moim Mężem bez jakichkolwiek eksperymentów. Rozpakowana z prostego i eleganckiego opakowania Dulcey momentalnie zachwyca wyglądem. Wprawdzie irytuje mnie podział na nierówne kostki, ale przepiękny kolor tabliczki wynagradza wszystko. Karmelki, ciasteczko, morele. Ta barwa jest wręcz królewska, pieszcząca wzrok, o wiele bardziej dystyngowana niż w Karmellove. Nie mogłam się na nią napatrzeć!


Czekolada nie jest jednak do oglądania, lecz przede wszystkim do jedzenia! Zapach zapowiada niezwykle smakowitą przygodę, ale nie będę się nad nim rozwodzić, przejdę od razu do smaku... Cały bowiem zestaw karmelowo-maślanych przyjemności, jaki występuje w sferze zapachu, odnajdujemy także w smaku.

Na początek po prostu mamy wrażenie, że właśnie wgryźliśmy się w słodką króweczkę. Po chwili jednak odczuwamy, że Valrhona funduje nam o wiele więcej... Usta zalewa karmelowość, karmelowość do potęgi entej, absolutnie idealna. Pomyślałam sobie, że bądź co bądź lubiane przeze mnie Karmellove to taki karmel dla ubogich - Dulcey to mistrzostwo. Dlaczego tak jest?



Diabeł tkwi w szczegółach, czyli jakości starannie dobranych składników. W Dulcey roi się od przetworów mlecznych i od razu czuć, że są one tutaj pierwszej klasy. Mleko w proszku, masło i serwatka - muszą być pierwszorzędne, bowiem w tej czekoladzie nie odnajdziemy ani krzty proszkowatości, nieświeżości, bylejakości. Ta tabliczka jest niczym sama gładka śmietanka - tak, gładkość i niebywała jednolitość tej czekolady odznaczają się zarówno w smaku, jak i w wyglądzie (także w przekroju).

Zachwycamy się doskonałością czekolady samej w sobie - 32% masy kakaowej to nie jest byle co jak na białą czekoladę, przy dobrej jakości maśle kakaowym ma to ogromny wpływ na całość. Nie wątpię w ową jakość - spod karmelowych nut wyraźnie wypływa tutaj specyficzne bogactwo, które nieco skojarzyło mi się z niesamowitą Willie's Cocoa El Blanco.



Wspaniały aksamit, smakowita maślaność - te dwie cechy przywodzą na myśl również karmelowy krem w Zotter Coffee Toffee. Dulcey jest jednak od owego kremu o wiele bardziej poważna i elegancka, przede wszystkim przez wzgląd na wyraźną, acz wyważoną paloność karmelu. Spod boskiej krówkowo-mlecznej słodyczy wypływa bowiem lekka podpalana goryczka. Zwieńczona jest ona wyrafinowanym słonym akcentem, co dziwi tym bardziej, że w składzie soli nie ma! Udział delikatnej goryczki i słoności sprawia, że pomimo tak niebywałej delikatności czekolada posiada naprawdę mocny charakter. Może ten efekt to częściowa sprawka wanilii?


Bogactwo smaku w tak prostym produkcie, niezwykła przystępność, a przy tym odczucie, że je się coś naprawdę luksusowego - wszystko to funduje nam Dulcey Blond 32%. Nie wątpię, że rzeczywiście idealnie nadawałaby się jako baza do doskonałych deserów, jednak szkoda by mi było łączyć tą czekoladę z jakimkolwiek innym jedzeniem. Ona sama w sobie jest idealna i dopracowana do najmniejszego szczegółu. Z wielką chęcią bym kiedyś do niej powróciła i bez przeszkód mogę ją polecić WSZYSTKIM - niezależnie od tego, jakie czekolady lubią. Pierwsze doświadczenie z Valhroną uważam za bardzo udane, aby dalej nie było gorzej...


Skład: tłuszcz kakaowy, cukier, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, serwatka, masło, lecytyna sojowa, naturalny ekstrakt z wanilii.
Masa kakaowa min. 32%.
Masa netto: 70 g.

piątek, 5 lutego 2016

Zotter Ecuador Arriba Los Rios 75% ciemna



Dzień przed degustacją Domori Arriba Hacienda Victoria sięgnęliśmy po zotterowską, o 5% bogatszą w kakao interpretację ekwadorskiego ziarna Arriba. Tym razem, kakao pochodzi z prowincji Los Rios, która wprawdzie sąsiaduje z prowincją Guayas (od lat ziarna były tam zresztą transportowane z Los Rios, bowiem Guayaquil jest miastem portowym) - lecz już taka pozornie nieduża odległość wiążę się z odmienną charakterystyką kakao rosnącego w obu regionach.

Za Sekretami Czekolady, Arriba z Los Rios to przede wszystkim: "figi, lukrecja, drewno, cytrusy, lekkie owoce". Niestety nie mam zbyt dużej możliwości porównania swoich wrażeń z innymi czekoholikami publikującymi recenzje w sieci, bowiem dziś opisywana czekolada to świeżynka w ofercie Zottera. Na szybko wyszukałam, iż tabliczki z ziaren Los Rios wykonuje także Pacari i Valdivian, z czego Pacari wydaje mi się łatwiej uchwytne - może kiedyś pojawi się u mnie porównanie z Zotterem.




We wnętrzu opakowania znajdujemy sporo informacji na temat wyjątkowego kakao, jakim jest Arriba. Wszak zajmuje ono szczególne miejsce wśród odmiany Forastero, cechując się wyjątkowo bogatym smakiem, a także... historią. Zotter Arriba Los Rios 75% to ukłon w stronę ekwadorskiej tradycji - region Los Rios słynął ze swego kakao już w siedemnastym wieku. Czas konszowania tej czekolady w mojej ulubionej austriackiej manufakturze wynosił 20 godzin. Tak jak w przypadku Domori Arriba Hacienda Victoria, producent przy opisie wyrobu zwrócił szczególną uwagę na kwiatowe nuty w nim występujące.

Gdy dwie 35-gramowe tabliczki ukazały się już nam w pełnej krasie zauważamy, że są one wyjątkowo ciemne - podobnie jak w przypadku ekwadorskiej Domori. W miarę dobrze oddaje to jedynie drugie zdjęcie w tym wpisie.



Zapach jest zgoła odmienny od Domori - o wiele bardziej żywiołowy. Woń sugeruje, że czekolada będzie słodziutka i mocno soczysta. Kwiaty rzeczywiście prędko przychodzą na myśl, lecz tym razem absolutnie nie jest to pogrzebowy wieniec, a raczej świeżo rwany kolorowy bukiet ze słonecznych, zroszonych rabatek. Po kwiatach do głosu dochodzą pomarańcze, które szybko oddają miejsce miętowej sugestii oraz innym ziołom. Czekolada zdaje topić się w rękach, tak przyjemnie subtelną ma konsystencję - bo w rzeczywistości wcale się łatwo nie roztapia pod wpływem dotyku. Odkrywanie tej czekolady jeszcze przed posmakowaniem napawa radością, wprowadza w stan ekscytacji. A co dalej?


Dalej jest jeszcze bardziej dynamicznie i ekscytująco! W smaku momentalnie uderzają nas bardzo wyraziste orzechy laskowe. Całą swą mocą i naturalnością rzucają się na pierwszy plan. Są podprażone, a przy tym nieprzesuszone i idealnie jędrne. Spod nich wychodzi kwaśność, niezwykle soczysta i wilgotna. Jest to kwaskowatość świeżych i pełnych płatków róż, wilgotnych od rosy. Jest to również rześkość owocowego sadu, w których rosną aromatyczne morele oraz dojrzałe wiśnie. Pojawia się tu również nieco pomarańczy, a także grejpfrut - choć ten nie jest aż tak oczywisty, jak to zdarza się w niektórych czekoladach.

Tak, czekolada jest jakby słodko-kwaśna, a także przyjemnie tłusta - w orzechowy sposób. Czuć, że zastosowano tutaj tłuszcz kakaowy najwyższej jakości. Kakaowa masa rozpuszcza się w ustach z niezwykłą łatwością, jest gładka na maksa, a przy tym lepi się w gliniany sposób. Na końcu, pozostawia na języku coś drapiącego, jakby pieprznego. Z każdym kęsem odkrywałam te doznania na nowo i nie mogłam się nimi nacieszyć!



Pomimo radosnej owocowości jest w tej czekoladzie również sporo mroku - a wynika on z licznych palonych nut. W połączeniu z gliniastym zalepianiem kojarzyły mi się one z bryłami węgla, a także z ogniskiem palonym w wilgotnym lesie. Palone nuty płyną po części z orzechowości, ale w dalszych etapach degustacji przybliżają się one do mocno palonej kawy z dodatkiem orzechowego aromatu.

Czekolada zostawia w buzi pełną, głęboką karmelowość i leciutką mleczną słodycz. Goryczka w finiszu pojawia się bardzo lekka, po przełknięciu, co jest konsekwencją paloności i mimo wszystko znacznej kwaśności. Ponadto, na koniec pojawia się dziwna szorstkość, przypominająca drobinki przypraw. To właśnie ów pieprzowy akcent, ale także odrobina chili - wszystko przed odczucie przyjemnego drapania w gardle. Może jest tu też nieco gruboziarnistej ziołowej soli, która zdaje się buzować wraz z wodą górskich strumieni. Generalnie, w połączeniu z dominującą w tej czekoladzie tłustą aksamitnością - tekstura okazuje się być niesamowicie intrygująca, po prostu świetna. Dzięki połączeniu gładkości i strukturalności, dodatkowo sprawia wrażenie sycącej.



Zotter Arriba Los Rios 75% jest energetyzująca, żywa, euforyczna! Niesamowicie dużo się w niej dzieje, odnajdujemy tu wiele różnych smaków i struktur, co chwila zmieniających się. Czekolada smakowała mi coraz bardziej z każdym kęsem, fundując naprawdę niesamowitą rozkosz, niewyobrażalną przyjemność. Jestem bardzo zaskoczona, bowiem nie spodziewałam się, że ten niepozorny Zotter wywrze na mnie tak ogromne wrażenie. Ja po prostu się zakochałam! Nawet mój Mężczyzna, obserwując mnie rozkoszującą się każdym kawałeczkiem czekolady - ekhm, no jakby to napisać - odleciał. On sam nie ekscytował tym Zotterem tak bardzo jak ja, nie mniej również uznał ją za wyjątkowo smaczną i głęboką.

W mojej opinii Zotter totalnie pozamiatał tą czekoladą, tworząc kompozycję diabelsko żywiołową. Domori zaprezentowało Arribę w totalnie innym stylu - bardziej poważnym i esencjonalnym. Tym razem, to Zotter ujął mnie mocniej. Naprawdę mnie zachwycił...

...ale na jeszcze większe zachwyty przyjdzie dopiero czas. Nastał bowiem czas przygody! Przez najbliższe dwa tygodnie kolejne wpisy na moim blogu będą publikowały się automatycznie, bowiem wyjeżdżam z Mężem na urlop, spełniać nasze kolejne górskie marzenia. Trzymajcie kciuki za powodzenie naszej wyprawy!


Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól.
Masa kakaowa min. 75%. 
Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 545 kcal.
BTW: 8,3/43/29

środa, 3 lutego 2016

Domori Arriba Hacienda Victoria Ecuador ciemna 70%


Po porównaniu kolumbijskich czekolad od Zottera i Domori, czas na kolejne takie zestawienie. Tym razem przenosimy się do Ekwadoru, w którym to rządzi Arriba Nacional - lokalna odmiana Forastero słynąca z niezwykłego bogactwa aromatów. W kolumbijskim duecie każda z czekolad pochodziła z innego rejonu kraju - w przypadku ekwadorskiej pary również mamy do czynienia z różnymi regionami. Ziarno Arriba interpretowane przez Domori pochodzi z plantacji Hacienda Victoria położonej półtora godziny drogi od największego ekwadorskiego miasta - Guayaquil. Plantacja posiada piękną stronę internetową, na której to przybliżona została jej historia i idea. 

Ziarna Arriba wykorzystane do stworzenia dziś opisywanej czekolady idealnie wpisują się w koncepcję Giancluca Franzoni dotyczącą pieczołowitej kultywacji konkretnych szczepów kakao. Kakao z Hacienda Victoria to czysta genetycznie Arriba. W rejonie Guayaquil właśnie to kakao naturalnie rosło od wielu tysięcy lat. W ramach rozwoju cywilizacji lasy tropikalne zaczęły się kurczyć, ale Hacienda Victoria jest dziś z namaszczeniem pielęgnowanym, przywróconym do życia, wręcz świętym miejscem. Miejscem, gdzie na nowo rodzi się pierwotny "owoc bogów".


Za Sekretami Czekolady: Arriba z Guayaquil to "silne, ciężkie, mocne uderzenie czarnej porzeczki i śliwek". W sieci ekwadorska Domori również jest przede wszystkim opisywana jako ta z cięższych - ziemisto-palona, pełna ciemnych owoców, oleiście orzechowa (1, 2, 3, 4). Wprawdzie kwiatowość również przewija się w powyższych recenzjach, ale i tak czy siak wydają się one sprzeczne z opisem Arriba Hacienda Victoria umieszczonym przez producenta na odwrocie opakowania. "Ekstremalna elegancja" - ok, jestem skłonna się zgodzić. "Delikatne nuty białych kwiatów" - hmm... W trakcie osobistej degustacji mi do głowy przychodziły tylko ciężki jaśminowy olejek i pogrzebowe kalie. Ok, są to białe kwiaty, ale czy rzeczywiście tak delikatne? Stop, zacznijmy od początku.


Wyjęta z jak zawsze eleganckiego opakowania tabliczka wydaje się być wyjątkowo szorstka i surowa jak na Domori. To nie jest gładka i idealnie wypolerowana wręcz tafla, jaką znamy z poprzednich degustacji. Ponadto, jej barwa jest naprawdę mocno ciemna, jakby przydymiona i osmolona - niestety zdjęcia ani trochę tego faktu nie oddały.

Warto zaznaczyć, że gdy tylko uchyliłam sreberko, od razu dopadł mnie z niesamowitą siłą bardzo esencjonalny kwiatowy aromat, który momentalnie skojarzył mi się z... wieńcem pogrzebowym wykonanym z miąższystych kalii. Nie był to zapach niezwykle bogaty, ale za to naprawdę mocny, bombardujący. Do głosu dochodziła tu również kawa, czy raczej syrop z niej, smolisty do granic możliwości. Iluzja słodyczy unosząca się w powietrzu przywodziła na myśl syrop z melasy. Nos został osaczony przez lepką i gęstą kompozycję, bardzo mroczną i tajemniczą.




Czekolada okazuje się być zaskakująco twarda. Po przegryzieniu rozlewa w ustach gęste, bardzo gęste błoto, a w zasadzie ścieli się niczym mokra glina. Jest bardzo zwarta - wcale nie rozpuszcza się w ustach z niebywałą łatwością, ale za to zalepia tak szczelnie, że aż wchodzi między zęby.

Identyfikujemy orzechy, ale nie do końca oczywiste - przyćmione ogromem asfaltu i smoły. Nie jest ani mocno owocowo, ani mocno kwaśnie - całość sprawia wrażenie słodkawego gęstego syropu, z kwaśno-gorzkim posmakiem. Rozpoznawalne nuty smakowe: czarne porzeczki, esencjonalne bryły świeżo mielonej kawy, mandarynkowy olejek, melasa, duszne kwiaty, orzechowy syrop - zlewają się w jedno. Nie pojawiają się raz za razem, lecz tworzą jedność.



W tej czekoladzie nie ma przeciwstawnych nut - wszystko ciągnie nas w mroczną głębię, jedną drogą. To ściągające w dół bagno. Mimo wszystko, praktycznie nie ma tu cierpkiego ściągania. Ewentualna goryczka wydaje się być tylko iluzją po przeładowaniu kubków smakowych ziemisto-oleistą kwaśnością.

Jedząc Arriba Hacienda Victoria miałam perfidne wrażenie wyciskania kropelka po kropelce gęstej esencji z ekwadorskiego kakao, aż do przesady, aż po sam kraniec. Nie jest to jednak uczucie przytłaczające, bowiem nie ma tu żadnych przeszkadzających smaków - wszystko jest słodkawe, mocniej kwiatowe i orzechowe niż owocowe. Podczas rozpuszczania się w ustach ta oleisto-ziemista esencja jest niczym zalepiający wszystkie zakamarki dym piętrzący się przy podłodze. Dopiero na końcu, gdy czekolada już swobodnie rozścieli się na podniebieniu - dym lekko unosi się ku górze kwiatowym akcentem.



Przez skompresowanie smaków Arriba Hacienda Victoria nie bucha bogactwem. Jest mocna, wyrazista, bardzo konsekwentna. Przy tym wszystkim jest stonowana, bowiem kryje w sobie dziwaczną delikatność. Wynika ona z tego, iż przy konsumpcji tej czekolady nie doznajemy ani odrobiny szorstkości. To jest niczym... olejek z kakao.

Uff, uff... Przyznam, że bardzo ciężko mi się opisywało tą urokliwą czekoladę. Ta jej esencjonalność i skompresowanie smaków skupiło moją uwagę bardziej na konsystencji, niż na samych aromatach. Ponadto, naprawdę trudno mi było wrócić wspomnieniami do tej Domori, skoro w tyle głowy wciąż krzyczał do mnie jedzony dzień wcześniej ekwadorski Zotter. Zotter, którego recenzja pojawi się już pojutrze i myślę, że dopiero wraz z jej publikacją opis Domori Arriba Hacienda Victoria będzie pełniejszy.


PS Domori szukajcie w sklepie Sekretów Czekolady.


Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 551,5 kcal.
BTW: 11/36,5/40,5

poniedziałek, 1 lutego 2016

Zotter Graumohn-Kirsch ciemna mleczna nadziewana wiśniami, makiem, marcepanem, cynamonem, wanilią i imbirem


Kolejną nowością spośród nadziewanych czekolad Zottera na którą to miałam wyjątkową chrapkę jest Graumohn-Kirsch. Pierwszy rzut okiem na ten wariant smakowy od razu wywołał we mnie ogromną chęć jego spróbowania. Dlaczego? Przede wszystkim, pragnęłam na nowo odkryć mak w czekoladzie Zottera, mając doświadczenie z genialną Typisch Osterreich. Gdy zamawiałam Graumohn-Kirsch, byłam jeszcze przed degustacją Stress Stopper, lecz nie wiedzieć czemu byłam przekonana, że to makowa opcja z wiśniami i marcepanem mocniej podbije moje serce.


Ciemna mleczna czekolada o 60-procentowej zawartości kakao kryje w sobie dwie warstwy nadzienia. Na górze znajduje się wiśniowy mus o pięknej, naturalnej barwie - już na pierwszy rzut oka widzimy, że ta część nadzienia ma przewagę ilościową. Na dole położona jest dość cienka warstwa marcepanu, w którym to zatopione są niezbyt liczne ziarnka maku (liczyłam na więcej...). Warstwa okalającej wnętrze czekolady jest gruba, spoista, dźwięcznie łamiąca się.

Nad tabliczką unosi się zapach bombonierki bogatej w różnorakie pralinki oparte na dobrej jakości czekoladzie mlecznej. Aromat jest iście świąteczny, a przy tym pełen subtelności: mamy cynamon, marcepan, wilgotny makowiec, jeszcze nie do końca zidentyfikowaną owocowość - może wiśnie, może śliwki. Od razu pomyślałam o moim ukochanym placku karaibskim z Cukierni Sowa.



Warstwa czekolady jest cudownie chrupka i gładka jednocześnie. Ma w sobie lekką mleczność, lecz odnajdujemy w niej więcej nut wytrawnych charakterystycznych dla ciemnych czekolad: nieco kawy, czerwonych dojrzałych owoców, kwiatów i ziemistości. Nie wykluczam, że część z tych nut to efekt przesiąknięcia od spodu wiśniowym musem i przyprawami.


Górna, bardziej obfita warstwa zachwyca nas naturalną kwaskowatością i cierpkością wiśni. Zotter stworzył genialny, domowy mus, w którym to uwypuklone zostały wszystkie naturalne cechy tych bardzo lubianych przeze mnie owoców. Mus jest bardzo gęsty i zbity, trochę jakby podsmażony (jest to efekt podobny do występującego w Pear Cardamom). Wiśnie ostro dają tu czadu! Ponadto, zastosowano świetny zabieg przyprawienia owego musu. Sypnięto tu sporo cynamonu, obecna jest również wanilia wraz z imbirem. Mus nabiera jeszcze wytrawniejszego, a jednocześnie jesienno-zimowego charakteru. Ponadto, zdaje się on mieć w sobie również pewien marcepanowy element. Rewelacja! Z chęcią zaopatrzyłabym się w kilka słoiczków tak dobrze przemyślanego i wykonanego musu.



Dolna warstwa nadzienia jest zdecydowanie cieńsza. Jej bazę stanowi marcepan, intensywnie migdałowy, bez udziału jakiegokolwiek alkoholu. Został on wzbogacony o mak, który przyjemnie chrzęści przy przegryzaniu. Czuć wyraźnie jego smak, który zgrabnie łączy się z marcepanem, ale... czegoś mi tu brakowało. Generalnie, choć marcepan występuje na drugim miejscu w składzie Graumohn-Kirsch - nie wydaje mi się, aby było go tu bardzo dużo. Na pewno nie dominuje w kompozycji - pierwsze skrzypce grają wiśnie i za nic nie chcą oddać pałeczki któremukolwiek ze współtowarzyszy.


Obie warstwy nadzienia są zbite i mocno strukturalne - nie ma tu aksamitności, same konkrety. Wprawdzie korzenny wiśniowy mus okazał się być przepyszny, to jednak w tej czekoladzie najbardziej liczyłam na popis maku i marcepanu. Zarówno jednego, jak i drugiego mogłoby być po prostu więcej, ponadto makowi przydałby się zabieg choćby lekkiego skarmelizowania, niczym w Stress Stopper. Mak i marcepan po prostu przegrywają w wyścigu z aromatyczną wiśnią, którą swoją niezwykłą mocą przytłacza wszystko. Łącznie z bardzo dobrą jakościowo czekoladą...


Przy tak niezwykłej intensywności wiśni z chęcią spróbowałabym, jak ów mus przedstawiłby się w połączeniu z innymi rodzajami czekolady - białą, mocno ciemną, mleczną o niższej zawartości kakao. Nie wspomnę już o tym, że z chęcią przekonałabym się, jakich nowych walorów nabrałaby kompozycja, gdyby solidną warstwę marcepanu z karmelizowanym makiem polać tym wybornym wiśniowym sosem...

Graumohn-Kirsch to czekolada bardzo smaczna, ale liczyłam na większe fajerwerki, na absolutny zachwyt. Najbardziej zadziwił mnie fakt, iż pod względem urokliwości maku ta tabliczka przegrała z Stress Stopper. Stress Stopper był natomiast czekoladą, na której posiadaniu nie zależało mi tak bardzo, jak na Graumohn-Kirsch. Proszę, jakie to psikusy płata nam los.



Skład: miazga kakaowa, marcepan (migdały, cukier, syrop cukru inwertowanego), surowy cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, syrop cukru inwertowanego, suszone wiśnie, pełne mleko, szary mak, migdały, cynamon, sól, strąki wanilii w proszku, lecytyna sojowa, pełen cukier trzcinowy, imbir w proszku.
Masa kakaowa min. 60%. 
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 476 kcal.
BTW: 8,4/30/40.