środa, 23 grudnia 2015

Zotter Red Wine Rush ciemna nadziewana czekoladowym ganaszem z rodzynkami, czerwonym winem i brandy z winogron Olivin



Red Wine Rush była jedną z tych czekolad w nowej ofercie Zottera, która od razu przyciągnęła moją uwagę. Wszystko przez charakterystyczną grafikę na opakowaniu przedstawiającą wulkaniczną skałę. Wśród wielokolorowych opakowań Zottera, taka prosta elegancja rzucała się w oczy. Poza tym, dodatkowy napis po prawej stronie frontu, skłaniał do dociekliwości czym właściwie jest rzeczona czekolada.

Jak się okazało, powstała one we współpracy z austriacką winnicą Winkler Hermaden, położoną właśnie na powulkanicznych glebach w regionie Styrii (ten sam rejon, w którym znajduje się manufaktura Zottera). Olivin to jedno z najbardziej reprezentatywnych win styryskiej winnicy - opakowanie Red Wine Rush inspirowane jest etykietą powyższego trunku. Powstaje ono z rodowitego austriackiego szczepu winogron o nazwie Zweigelt. Zachęcam Was do odwiedzenia strony internetowej Winkler Hermaden - choćby po to, by obejrzeć zdjęcia i przekonać się, w jak pięknej okolicy położona jest winnica.


Źródło: http://austrovin.pl/austria/1280-olivin-2006.html



Uwielbiam czerwone wytrawne wino, choć nie znam się na nim i nie wydaję fortuny na butelkę. Nie mniej jednak, dobra czekolada z winnym wsadem była dla mnie bardzo kuszącym kąskiem. W jaki sposób Zotter połączył czekoladę z winem? Otóż, pod kuwerturą z ciemnej czekolady o 70% zawartości kakao umieścił czekoladowy ganasz z dodatkiem czerwonego wina Olivin oraz brandy z tychże winogron. Ponadto, w czekoladowo-winnym kremie zatopione zostały rodzynki Zweigelt skąpane w winie. To brzmi jak połączenie idealne dla każdego fana wytrawnego wina i ciemnej czekolady!



Chcąc obfotografować czekoladę przez rozpoczęciem konsumpcji rozpracowałam nożykiem swoją część tabliczki zauważając, że dość gruba warstwa czekolady bardzo łatwo odchodzi całym płatem od pozornie zbitego i masywnego ganaszu. Sama ciemna czekolada w istocie nie odznacza się wyjątkowo ciemną barwą - jest to raczej jaśniejszy, radośniejszy odcień pełen czerwonawych refleksów. Ganasz znajdujący się w środku jest podobnego koloru - od gładkiej kuwertury odznacza się przede wszystkim bardziej ziarnistą strukturą. Po odkryciu ganaszu z czekoladowej pierzynki zauważamy, że rodzynek jest naprawdę niewiele - raptem kilka na całą tabliczkę.

Zapach Red Wine Rush mocno świdruje w nozdrzach, uderza do głowy. Daje do zrozumienia, że jest to tabliczka charakterna, bez zbędnych ułagodzeń. Od początku odczuwamy tu bardzo bogatą, wytrawną kwaśność i sugestię cierpkości, z drobną nutą alkoholowości. Aspekty winne i czekoladowe przeplatają się i stają trudne do rozróżnienia. W końcu aluzja sfermentowanych czerwonych owoców, dojrzałych czerwonych porzeczek, esencjonalnego syropu z owoców leśnych - może pochodzić zarówno od wina, jak i od kakao. Nie mniej jednak - woń ta jest naprawdę smakowita i intrygująca.




Przegryzając się przez wszystkie warstwy najpierw niwelujemy opór dźwięcznie łamiącej się ciemnej czekolady. Już od pierwszego kontaktu sama w sobie wydaje się ona być bardzo winna. Ma w sobie lekką nutkę taninowej cierpkości i kawowej goryczki, będąc przy tym kwaśna w owocowy sposób, a do tego jakby odrobinę orzechowa. Na początku odkrywamy moc samej czekolady, a dalej czekoladowego ganaszu, rozpływając się w kakaowym bogactwie. Dominacja mimo wszystko stricte czekoladowych smaków występuje mniej więcej do połowy kontemplowania pierwszego kęsa prowadzącego przez wszystkie warstwy.

Potem do głosu dochodzi wino, dzięki któremu jeszcze bardziej zapadamy się w czekoladową głębię. Mocno odznaczają się taniny, lecz mamy tu również do czynienia z jakby pikantną owocowością. Znajdujemy tutaj nuty bardzo gęstego, naturalnego soku z wiśni i malin, solidnie doprawionego. Czekolada wraz z ganaszem poddawana ciepłu ust bosko się rozpuszcza, bardzo łatwo i lekko. Pozornie zbity ganasz okazuje się być tłuściutko gładki, w maślano-mleczny sposób. Dzięki temu wszystkiemu, bombardowani rozkosznymi winno-kakaowymi doznaniami odnosimy wrażenie, jakbyśmy po prostu popijali dobrą ciemną czekoladę czerwonym wytrawnym winem. Czujemy się ekskluzywnie dopieszczeni.



Jak już wyżej wspomniałam, rodzynek jest w całej czekoladzie naprawdę mało. Uważam, że to wbrew pozorom duża zaleta Red Wine Rush. Drobne owoce stanowią bowiem jedynie małe urozmaicenie i w żaden sposób nie zakłócają przyjemności płynącej z boskiego rozpuszczania się czekoladowo-winnej, zgranej fuzji. Co ważne - są to zdecydowanie inne rodzynki, niż te do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Doskonale widać, iż są to owoce szczepu winiarskiego, a nie przeznaczonego typowo pod suszone owoce. Są bardzo małe, krępe, pękate, a przy tym z mocno zbitą treścią. Ich kształt jest zaskakująco regularny. Ich wnętrze jest jędrne, aczkolwiek niezbyt soczyste. W zasadzie wydają się być w smaku mocno esencjonalne, ale uważam, że jest to skutek solidnego skąpania w winie.


Red Wine Rush bardzo, ale to bardzo mi smakowała. To proste połączenie dwóch niesamowicie silnych mocy - wina oraz czekolady - urzeknie każdego fana obu specjałów. Godnym pochwały jest fakt, że Zotter promuje swój styryjski region tworząc połączenia z tradycyjnymi produktami w tych okolic (ta czekolada nie jest jedynym przypadkiem). Dzięki temu, polecę ją każdej osobie lubiącej podróże i pragnącej odkrywać specyfikę konkretnych miejsc. Jest tylko jeden warunek - musi kochać wino i ciemną czekoladę. Bez tej miłości lepiej nie zbliżać się do Red Wine Rush. My rozkoszowaliśmy się nią z wielką radością, a na dodatek w dzień, gdy RUSH (gorączka) mocno trawiła nasze rozpalone sobotą ciała i umysły. Hedonizm, proszę państwa, czysty hedonizm.


Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, czerwone wino Olivin, cukier inwertowany, brandy z wytłoczyn winogron Olivin, pełne mleko w proszku, masło, rodzynki 3%, sól, wanilia.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 480 kcal.
BTW: 5,8/33/33

niedziela, 20 grudnia 2015

Menakao Fruity & Spicy ciemna 70% z bird chili


 Sporo czasu minęło od momentu, gdy zdradziłam Wam moją chęć odnalezienia idealnej pełnej czekolady z chili. Lindt Excellence Chili, choć smaczny, odpadł w przedbiegach ze względu na zbyt niską zawartość kakao. Recenzując dwie ekwadorskie siedemdziesiątki: sprawiającą mi zawód Vivani oraz urzekającą Manufakturę Czekolady, miałam już w Magicznej Szufladzie dziś opisywaną tabliczkę, oraz czekoladę, po którą dla porównania sięgnęłam dzień później (lecz na blogu pojawi się za 10 dni). Tym razem, na pikantne degustacje wybrałam bardziej adekwatną porę roku, niż upalne lato.

Menakao Fruity & Spicy pojawiła się już na blogu Kimiko. Dla niej wydała się ona bardziej pikantna od tabliczki z Manufaktury Czekolady, toteż spodziewałam się prawdziwego killera. Jak w rzeczywistości odebrałam 70% czekoladę z madagaskarskiego kakao, wzbogaconą w chili odmiany bird's eye? Nim się o tym przekonacie - najpierw tradycyjnie parę słów o postaci z opakowania. Jest nim mężczyzna Bara, człowiek otwartych przestrzeni, koczowniczy pasterz z południowej części Madagaskaru. Wyłapywanie bydła zebu jest głęboko zakorzenioną tradycją wśród Bara, będącą okazją do udowodnienia swojej odwagi. Dla wielu z Was, sięgnięcie po ciemną czekoladę z chili to też wyczyn godzien nie lada odwagi... ;)

 

 Przyszedł czas na rozpakowanie naszej tabliczki. Podziwiać możemy jej taflę podzieloną na klasyczne dla 75-gramowych Menakao kostki - nie muśnięte nawet śladem jakiekolwiek dodatku (w przeciwieństwie do pikantnej propozycji Manufaktury, obsypanej suto papryczkami). Jak zwykle urzeka nas ciemnobordowy odcień madagaskarskiej czekolady.

Dzieleniu na kostki towarzyszy głośny, dźwięczny trzask. W zapachu czekolady nie ma ani odrobiny zapowiedzi chili. Jest to aromat bardzo delikatny, z wielością nut czerwonych owoców i lekko palonego drewna. Typowe, ukochane i urokliwe Menakao - z tymże, teraz w woni wyczuwamy przede wszystkim łagodną, słodką stronę czerwonych owoców - mocno dojrzałe maliny, soczyste truskawki, wygrzane na słońcu porzeczki. Łagodność zapachu była pewnym zaskoczeniem.

 

 Przy pierwszym kontakcie z zębami odczuwamy przyjemną chrupkość. Dalej, gdy poddajemy kęs jedynie pracy języka, do głosu dochodzi charakterystyczna surowość i szorstkość, mająca jednak w sobie mnóstwo przyjaznej słoneczności. Przez chwilę zdaje się być odrobinę proszkowo, ale owe wrażenie prędko łagodnieje, choć do samego końca tej czekolady nie można nazwać kremową.

W kwestii smaku, spod słodkich czerwonych owoców tak mocno odznaczających się w zapachu, przechodzimy w bardziej typową dla Menakao owocową dzicz. Mimo wszystko, nadal czekolada jest dość znacznie słodka, ale do głosu dochodzi również kwaśność. Stara dobra dzika róża, borówki, dereń i cała ekipa dzikiej owocowości kakao z doliny Sambirano. Słodko-kwaśny owocowy kop jest pierwszym smakowym wrażeniem, jakiego doświadczamy. I jest to wrażenie samo w sobie bardzo bogate.

 

 Czekolada zaczyna się rozwijać w swoim tempie. Do głosu chcą dojść: aromatyczne drewno palone w kominku, mocno skarmelizowany cukier, lekka kawowa goryczka. Coś je jednak zatrzymuje. Spod całej mocy kakao, nagle wynurza się chili. Uderza bez zapowiedzi. Robi to w sposób tak nagły i desperacki, jakby chciało w ostatniej chwili przypomnieć o swej obecności - urzeczone i początkowo onieśmielone bogactwem samego kakao. Porywcze chili nie staje się jednak odszczepieńcem. Łaskawe kakao od razu porywa je do harmonijnego tańca. I to kakao tutaj prowadzi.

Chili w tej czekoladzie jest świetne. Jego pikantność jest wyraziście wyczuwalna - o wiele bardziej niż w Vivani - a przy tym nie przytłacza ono bogactwa kakao (a to stało się w Manufakturze Czekolady, gdzie chili totalnie przejęło stery). Pomimo nagłego wyskoku chili, kompozycja jest bardzo wyważona. Utwierdzałam się w tym przekonaniu z każdą kolejną kostką.

 

Pomimo tego, że chili nie zmasakrowało mi buzi, Fruity & Spicy zaspokoiła mój głód na pikantną czekoladę. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że znam już w miarę dobrze smak kakao od Menakao i wiem, że chili po prostu piękne i zgrabnie się w niego wkomponowało. Stało się wisienką na torcie, która nadal swobodnie pozwalała mi nacieszyć się klasycznymi nutami smakowymi zawartymi w Menakao. Dwa słowa: Fruity & Spicy idealnie opisują tą tabliczkę. Owocowość madagaskarskiego kakao, pikantność bird chili - a oprócz tego, znalazło się jeszcze miejsce dla palonego drewna, karmelu i kawy. Początkowo zepchnięte na dalszy plan przez desperackie wyjście z cienia w wykonaniu chili - później znów dochodzą do głosu. Ponadto, bardzo często przewija się również tak lubiana przeze mnie w Menakao szorstka nabiałowa słodycz, kojarząca się z kefirem. Wszystko jest takie świeże i lekkie.

W 2013 roku na Academy Of Chocolate Fruity & Spicy otrzymała brązowy medal w kategorii czekolad z dodatkami. Great Taste Awards dwukrotnie nagrodziło ją złotym medalem. Ja od siebie również wręczam jej złoto. Wszystko tutaj idealnie mi pasowało. To była dzikość, jaką sobie wymarzyłam. Chili po prostu wzbogaciło i tak obfity bukiet madagaskarskiej czekolady. Szkoda tylko, że po zmianie szaty graficznej opakowań czekolad Menakao, producent uciął temu wariantowi 7% zawartości kakao. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że wyszło to jemu na dobre...


Skład: ziarna kakao z Madagaskaru, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa non-GMO, bird chili.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 75 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 620,66 kcal
BTW: 10,30/46,38/40,51
  
PS Kolejna dawka madagaskarskiej radości została zaaplikowana oczywiście dzięki Sekretom Czekolady! :)

czwartek, 17 grudnia 2015

Zotter Liquorice De Luxe ciemna mleczna nadziewana czekoladowo-lukrecjowym ganaszem z karmelem, anyżem, olejkiem miętowym i białą czekoladą


Nie ma ludzi obojętnych wobec lukrecji - albo się ją kocha, albo nienawidzi. Wróć... Postawiłam odważną tezę, a w zasadzie samą siebie mogłabym ulokować gdzieś po środku. Nie mam aż tak dużych doświadczeń z lukrecją, bym mogła wydać ostateczny wyrok o miłości - bowiem do nienawidzenia lukrecji naprawdę bardzo mi daleko. Owszem - potrafię wyczuć jej nuty w czystej czekoladzie, piwie i winie. Piłam piwo z rzeczywistym dodatkiem lukrecji, jadłam też lukrecjową czekoladę, nie mówiąc już o pijaniu mieszanek ziołowych z udziałem lukrecji - ale zawsze lukrecjowość trzymała się w ryzach, nie bombardowała kubków smakowych z olbrzymim nasileniem. Cukierków lukrecjowych nie jadłam chyba od dzieciństwa (oczywiście wtedy ich nie lubiłam). Chyba czas to zmienić. Pierwszym krokiem milowym w mojej prawdziwej lukrecjowej inicjacji miała być nowa tabliczka Zotter Handscooped - Liquorice De Luxe. Czekałam na lukrecjową czekoladę w ofercie Zottera, zadając sobie pytanie - dlaczego dopiero teraz zdecydował się na jej wypuszczenie?

 Odnoszę wrażenie, że wielu ludzi myli lukrecję z anyżem. I choć rzeczywiście nuty smakowe tych dwóch przypraw łączy podobna specyfika, to są to w końcu dwie zupełnie odrębne rośliny. W świecie przypraw używany jest korzeń lukrecji, natomiast przyprawiając anyżem stosujemy jego ziarna. Oba posiadają wiele dobroczynnych właściwości działających głównie na układ pokarmowy, ale także na inne części organizmu. Zarówno tytułowa lukrecja, jak i anyż znalazły miejsce w nowej czekoladzie Zottera. Żeby było jeszcze bardziej kontrowersyjnie - producent sięgnął również po olejek miętowy.


Pomimo otoczenia przez mleczną czekoladę o wysokiej 60% zawartości kakao, zatopienia w czekoladowym ganaszu i przyozdobienia płatkami białej czekolady - taki zestaw przyprawowych składników znacznie zawęża listę konsumentów, którzy świadomie sięgnęliby po tą czekoladę. Zotter zupełnie się tym nie przejmuje i jedzie z Liquorice De Luxe tam, gdzie lukrecja jedzona jest tonami przez wszystkich. Skandynawia ma fiksację na punkcie lukrecji. Nie bez kozery, próbowany przeze mnie wcześniej lukrecjowy Toms pochodził z Danii. 24 listopada ekipa Zottera odwiedziła Cafe Chocolat w norweskim Harstad, gdzie częstuje Liqorice De Luxe w wersji dwumetrowej, ważącej dwadzieścia kilo. Każdy może skosztować kawałek. Oczywiście wielka tabliczka rozchodzi się jak świeże bułeczki, a wszyscy są zachwyceni.

Źródło: facebook norweskiej Cafe Chocolat

Kimiko zdążyła już wcześniej opublikować swoją opinię na temat Liqorice de Luxe - teraz przyszedł czas na mnie. Już sam zapach rozpakowanej ze sreberka tabliczki bardzo zaskoczył mnie i mojego Męża - woń zapowiada głównie słodycz i głęboką mleczność. Było w niej coś, co kojarzyło się z kakaowym jabłecznikiem przyprawionym cynamonem. Lukrecjowo-anyżowe klimaty przebrzmiewały gdzieś w tle, lecz były na tyle dyskretne, że w ciemno nie posądziłabym tej tabliczki o dodatek tak charakterystycznych przypraw.


Po przekrojeniu ciemnej tabliczki o łagodnym mlecznym odcieniu wyraźnie zauważamy dwa płaty białej czekolady znajdujące się u góry i dołu nadzienia. Środek wypełnia ciemnobrązowy ganasz sprawiający wrażenie zbitego i szorstkiego, nieco piernikowego. Już pierwsze zatopienie zębów we wszystkich warstwach przekonuje nas jednak, że szorstkości tutaj nie spotkamy. Uderza nas kolejne zaskoczenie - w smaku pojawia się orzechowość, choć w składzie orzechy są nieobecne.

Następnie rodzą się ewidentne skojarzenia z czekoladowym ciastem piernikowym. Wśród korzennych akcentów przychodzi do nas lukrecja - lecz mimo wszystko przyprawowość ganaszu utrzymana jest w akcentach piernikowych, z anyżowym zacięciem. Cała kompozycja zdaje się być zaskakująco słodka, co zapewne podkręcone jest przez warstwy białej czekolady. Dopiero po przełknięciu kęsa wyraźnie pojawia się charakterystyczny słonawo-korzenny posmak lukrecji, pozostający na języku. W połączeniu z całą resztą nut smakowych jest on bardzo przystępny. Ba, mój Mąż baaardzo sceptycznie podchodzący do lukrecji uznał, że taką lukrecjową czekoladę może jeść non stop.



Skosztowanie samej ciemnej mlecznej czekolady prowadzi do konkluzji, że jest ona gładka, słodka i bardzo orzechowa - stąd zapewne orzechowe wrażenia już od samego początku konsumpcji. Ma też w sobie wiele paloności, które z mlecznym posmakiem tworzą bardzo przyjemne wrażenie orzechów prażonych w karmelu, zatopionych następnie w dobrej czekoladzie. Wraz z ganaszem czekolada tworzy baaardzo czekoladowy deser, gdzie jeszcze bardziej uwypukla się paloność. Wszak w ganaszu występuje dodatek karmelu, ale bogactwo kakao jeszcze bardziej intensyfikuje karmelowość, dodatkowo uwypuklając iluzję orzechów. Jak już wyżej wspomniałam, ganasz okazuje się bardzo gładki, w maślany sposób rozpuszczający się w ustach - choć nie można mu odmówić zbitej treściwości.


Gdy każdy z nas zjadł już nieco swojej części, nuty lukrecji i anyżu odznaczały się na podniebieniu coraz wyraźniej. Muszę przyznać, że zawartej tutaj lukrecjowości towarzyszyła przyjemna kawowa goryczka, co bardzo mi się podobało. Zapewne kakao po prostu tak zgrabnie połączyło się z lukrecją. Olejek miętowy zawarty w składzie pojawia się pod koniec, intensyfikując wrażenie lukrecjowości i... nieco je oszukując, przekształcając. Dziwna miętowa nuta nieco mi przeszkadzała i wolałabym więcej lukrecji bądź anyżu zamiast jakiegokolwiek udziału mięty w tej kompozycji. Miętę pozostawmy świetnej Chocolate Mint. Trudno oddzielające się od reszty warstw płaty białej czekolady są mleczno-słodkie i miło waniliowe, stanowią przede wszystkim o zwiększeniu poziomu słodyczy - czyniąc Liquorice De Luxe jeszcze bardziej przystępną i mniej ekstremalną.


Liquorice De Luxe to przede wszystkim kompozycja mocno sycąca i dość ciężka - niczym solidny, piernikowo-czekoladowy tort. Na pewno nie ma tu mowy o strasznej, porażającej anyżowości i lukrecjowości. Przyprawy grają tu istotną rolę, ale więcej do powiedzenia ma bogactwo kakao - zarówno w czekoladzie, jak i ganaszu. Biała czekolada dodatkowo wszystko nam łagodzi, przez to lukrecjowe nuty stają się tutaj jeszcze bardziej wykwintne, nieco przewrotne, jak w jakimś luksusowym likierze. Jedyne, co mi tutaj ewidentnie przeszkadzało, to udział mięty.

Było smacznie, ciekawie, jak się okazuje całkiem przystępnie nawet dla antyfana lukrecji. Pewna ciężkość kompozycji czyniła ją wytrawnym deserem, choć z drugiej strony wykwintnej słodyczy tutaj nie brakowało. Mój wewnętrzny głos pragnący robienia wszystkiego na maksa był pomimo wszystko nieco zawiedziony, że Zotter nie pokusił się o prawdziwe turbolukrecjowe doładowanie, na anyż bijący po garach. Producent jednak nie pozwolił nam zapomnieć, że Liquorice De Luxe to nadal przede wszystkim czekolada.



Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, mleko, syrop cukru inwertowanego, lukrecja w proszku, proszek karmelowy (odtłuszczone mleko, serwatka, cukier, masło), anyż, pełen cukier trzcinowy, wanilia, lecytyna sojowa, cynamon, olejek miętowy.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 476 kcal.
BTW: 8,1/33/37 

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Domori Morogoro Tanzania ciemna 70%



Odkrywając świat tabliczek single-origin od Domori pozostajemy na afrykańskim kontynencie. Z madagaskarskiej doliny Sambirano przenosimy się Tanzanii. Ściślej - trafiamy do regionu Morogoro, położonego wśród gór Uluguru. Ziarna kakao pochodzące właśnie stamtąd zostały wybrane przez włoskiego mistrza czekolady Gianluca Franzoni do stworzenia tanzańskiej Domori.

Tanzania nie jest popularnym krajem pochodzenia ziaren (za Sekretami Czekolady - procentowy udział Tanzanii w światowej produkcji kakao wynosi 0,18%), jednakże poza Domori jest parę firm, które pokusiły się o wypuszczenie tanzańskich single-origin (np. Pralus, Lake Champlain, Askinosie). Muszę przyznać, że po degustacji interpretacji tanzańskiego kakao według Franzoni, nabrałam wielkiej ochoty na porównanie podobnej jednorodnej czekolady innej marki, najlepiej również z regionu Morogoro. Wszystko przede mną...




Tymczasem skupmy się na tym kawałku Tanzanii, którym mogłam rozkoszować się dzięki Sekretom Czekolady (Domori nadal do kupienia w ich sklepie!). 50-gramowa tabliczka wyjęta z jak zwykle niesamowicie eleganckiego opakowania urzeka wyjątkową, ciemnobrunatną barwą z granatowo-fioletowymi refleksami (przynajmniej takie wrażenie odniosłam). Tafla czekolady jest tak gładka, iż można się w niej przeglądać niczym w lustrze. Także dzięki temu niecodziennemu widokowi upewniamy się, iż Domori dopieszcza swoje czekolady do granic możliwości.

Zapach Morogoro totalnie mnie zachwycił. Najpierw w nozdrzach pojawia się pewna przyprawowa pikantność, która za chwilę przemienia się w lekki i rześki bukiet kwiatów. Pojawia się delikatny kawowy karmel, a następnie brzoskwinie oraz kandyzowane wiśnie. Aromat jest bardzo bogaty i dynamiczny, unoszący się wysoko do góry wzdłuż zboczy Uruguru, wręcz eksplodujący do nieba! Zaświdrował mi w nosie tak, że aż zakręciło mi się w głowie. Podekscytowana sięgnęłam po pierwszy kęs i...



Hmm, zrobiło się dziwnie. Po pierwsze - tabliczka łamie się miękko tak, jakby była zawilgocona. W smaku owo odczucie wilgoci towarzyszy nam również, i to już od pierwszej chwili. W momencie, gdy do gry dołączamy kubki smakowe - eksplodujący w górę zapach opada zszokowany w wilgotnej ciężkiej mgle. Czekolada w ekspresowym tempie zaczyna zalepiać, coraz mocniej i mocniej. Najpierw owe zalepianie kojarzy się z bardzo dobrą kawową esencją, syropem wręcz - ale początkowo wyzutym z jakiejkolwiek goryczki oraz ściągania. Zalepianie tworzy w buzi miękki film, otacza podniebienie delikatną mleczno-kawową słodyczą. Pomimo tej iluzji subtelności jest tutaj bardzo masywnie, smoliście, kleiście, błotniście. Gdy w ustach stworzy się już naprawdę solidne bagno, zaczynam dostrzegać poszczególne nuty smakowe.

Przede wszystkim jest tu całe mnóstwo nut ciemnego lasu, co niebywale kłóci mi się z żywym, energetycznym zapachem czekolady. Smak jednak ewidentnie kojarzy się z torfem. Pojawia się subtelna ziemista kwaśność i gliniasto-kawowa goryczka, jednak paradoksalnie nad tym wszystkim króluje gęsta słodycz. Jest w niej coś przytłumionego, błotniście rozmazanego - co tym bardziej sprowadza do parteru wrażenia zapachowe. Smak przepełniony jest mokrą ziemią i lekko zbutwiałym mchem, przez co staje się stateczny, trzymający się w dolnym pułapie, zupełnie nie tak szalony jak zapach.



Przedzierając się przez błoto w mrocznym lesie docieramy do miejsca, gdzie promienie słońca próbują przebijać się przez wilgotną gęstwinę. Pojawia się iluzja gruszkowej nalewki, scukrzonych elementów gruszkowego miąższu i bardzo dojrzałych, przejrzałych wręcz brzoskwiń (a może mango?). Wrażeniu temu towarzyszy duszna karmelowość. Po przypływie owocowości ponownie pojawia się esencjonalne espresso, tym razem ze wszystkimi swymi atrybutami goryczki, kwaśności i gęstej słodkości. Znów wszystko staje się ziemiste, fusiaste.

Pomimo tak zdawałoby się ordynarnych nut, całość sprawia wrażenie spokojnej prostoty - nie przytłacza i nie przerasta. Wszystko, co mogłoby tu przeszkadzać - zostało zrównoważone. Wyraźnie odczuwa się, że Mistrz Franzoni wycisnął z tanzańskiego kakao calutką esencję smaku, co do kropelki.



Morogoro nie rozpuszcza się w ustach tak błogo, jak wcześniej próbowana Sambirano - a jednak nadal robi to dobrze, gładko, a do tego niebywale wręcz błotniście. Choć w zapachu dusza czekolady umyka do nieba, smak okazuje się być zwalistym, przysadzistym, rozłażącym się cielskiem. Pod koniec degustacji na moment przychodzi do mnie skojarzenie piętrzącego się mocno zawilgoconego papieru. Zamiast typowej goryczki mnóstwo tu jest tajemniczego mroku. Im dalej w las, tym mocniej pojawiają się specyficzne akcenty wilgotnego dymu. Uwidacznia się również wspólny mianownik dla smaku i zapachu, a mianowicie pikantność - która tutaj przybiera postać gorącej, lejącej się lawy. Po tej erupcji przychodzi do nas słodka i gładka mleczność, która zadziwia swą łaskawością.

Po degustacji pozostaje w ustach jakby lekka cierpkość ciemnych winogron, pewna wytrawna winność. Jest ona niczym ślad po ziemistej granulkowatości, jawiąc się niby silenie się na ściąganie, którego jako takiego w tej czekoladzie nie ma. Finisz ten jest bardzo długi.



Nie mogę się nadziwić, ileż przewrotności znalazło się w tej tabliczce. Najbardziej przewrotny jest chyba fakt, że pomimo tych wszystkich skrajnych wrażeń nie była ona ani trochę przesadzona. Wszystko ułożyło się w jedną całość, którą mimo wszystko wraz z Mężem określamy jako nieprzekombinowaną, uładzoną, uspokojoną w pierwotnej dzikości. Mimo wszystko, jest w niej coś czekoladowo klasycznego.

Mając wybierać między Morogoro a Sambirano wybrałabym tą drugą, bowiem tanzańska tabliczka nie dostarczyła mi aż tak metafizycznych, orgazmicznych doznań jak madagaskarska. Nie zmienia to faktu, że zainspirowała mnie do dalszego odkrywania tanzańskiego kakao, które chyba skrywa w sobie wiele intrygujących sprzeczności...



Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 549,5 kcal.
BTW: 10,5/36,5/40,5