Po niezbyt udanej Acai Beere, czas na dalsze rozpracowywanie egzotycznych nadziewanych nowości od Lindta. Jako drugą wypróbowaliśmy Mango-Maracuja. Będąc jeszcze w Polsce, skosztowaliśmy inną lindtowską nowość bazującą na mango, a mianowicie Mango Lassi. Bardzo chciałam, aby w Mango-Maracuja mango mocniej doszło do głosu, niż w Mango Lassi. Wiedząc jednak, co reprezentowała sobą Acai Beere, miałam pewne wątpliwości, czy moje marzenie zostanie spełnione.
Mango-Maracuja otworzyliśmy we wtorkowe południe, będąc na szczycie Hatis 2558 m n.p.m. Góra ta leży pomiędzy Masywem Aragacu a Górami Gegamskimi, toteż jest dobrym miejscem do podziwiania widoków obu pasm, po których wcześniej wędrowaliśmy. W pełnej krasie widać tu także Erywań, a przy lepszej widoczności bosko musi prezentować się Ararat. Podejście na Hatis było naprawdę spokojne, zresztą góra ta zimą jest dość popularna wśród narciarzy.
To jak było z tą czekoladą? Wylewający się na zewnątrz dość rzadki dżem, zaraz po rozgryzieniu kostki - nie zapowiadał niczego dobrego. Konwencja wykonania tej lindtowskiej serii zupełnie mnie nie przekonuje. Od razu chciałam przeprosić Was za wspaniały manicure ze zdjęć - do Armenii nie wzięłam lakieru do paznokci, ale zmywacza też nie... Zresztą, czułam się przeszczęśliwa izolując się od wszelkich kolorowych kosmetyków podczas tego wyjazdu.
To, co przede wszystkim dotyka naszych kubków smakowych podczas spożywania Mango-Maracuja, to intensywna słodycz. Poza górami byłabym w stanie zjeść za jednym podejściem góra dwie kostki. I tak egzotycznych nadziewańców od Lindta nigdy nie jadłam na współę z Mężem, zawsze jeszcze dzieliliśmy się z naszym przewodnikiem Serzhem. Wysoki poziom słodkości dominuje wszystko, każdy niuans smakowy to tylko nieliczący się w ostatecznym rozrachunku szczególik.
Mleczne zbite nadzienie jest nijakie i słodkie, dżem również jest bardzo słodki, a do tego lepiący. Mango i marakuję można zidentyfikować, ale nie bombardują owocową świeżością tak jakbym sobie tego życzyła. Mango swą intensywnością na pewno nie przebiło Mango Lassi. Ponadto mam pewne zastrzeżenia co do naturalności owocowych smaków w Mango-Maracuja, ale być może jest to kwestia cukru, który wszystko przyćmiewa. Jedynym ratunkiem jest dobra jak zawsze lindtowska mleczna czekolada, która jednak traci na swej delikatności w konfrontacji z cukrowym wnętrzem.
Po zjedzeniu Mango-Maracuja mój apetyt na wersję z papają spadł niemal do zera... Trzeba było jednak się z nią zmierzyć już kolejnego dnia, na którego opis zapraszam do dalszej części wpisu.
W środę pożegnaliśmy się z Erywaniem i wsiedliśmy do samochodu Serzha by przesuwać się coraz bliżej granicy z Gruzją. Najpierw pojechaliśmy nad jezioro Sewan. Znajdujący się nad nim monastyr Sevanavank możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Śmiałam się, że w przypadku Sewan spacer dookoła jeziora nabiera zupełnie nowego znaczenia - nie byłby to spacerek jak nad Kari czy Akna. Sewan to największe jezioro Kaukazu, o powierzchni 1260 km2. Jego ogrom robi niesamowite wrażenie i świetnie pasuje do spostrzeżenia, że Armenia to dla mnie kraj olbrzymich surowych przestrzeni.
Potem przejeżdżając przez miasto Dilidżan, zwane ze względu na malownicze położenie ormiańską Szwajcarią - kierowaliśmy się w stronę monastyru Haghartsin. Żeby tam dotrzeć, musieliśmy przejechać przez dość długi tunel. Wyjeżdżając z niego przeżyliśmy szok - pogoda po jego drugiej stronie była diametralnie inna, niż nad Sewanem. Mgła, wilgoć, zimno i bardzo kiepska widoczność. Choć Haghartsin nabrał we mgle niezwykle tajemniczego uroku, to i tak wolałabym oglądać go w słonecznej i ciepłej aurze.
Kolejnym punktem wyprawy był monastyr Goshavank. Po wzgórzach go otaczających mieliśmy odbyć trekking, ale przekropna pogoda skutecznie nas zniechęciła. Na dodatek mój Ukochany kiepsko się czuł. Po zwiedzeniu Goshavank zdecydowaliśmy się na skierowanie się do naszej kwatery w pobliskiej wsi Hovk.
Trudną górską drogą dojechaliśmy do gościńca prowadzonego przez przyjaciela Serzha. Bez auta terenowego dojazd tam jest praktycznie niemożliwy. Tam poznaliśmy gospodynię Wirginię i dwójkę jej dzieci. Grzejąc się przy kominku, pijąc herbatę i jedząc Lindt Papaya (o której poczytacie pojutrze) poczułam, że nogi rwą mi się do dalszej wędrówki. Godzina nie była jeszcze późna i już nie padało, choć widoczność była nikła. Wraz z Serzhem i Mężem wybrałam się na trzygodzinny spacer po błotnistych górskich ścieżkach wokół Hovk. Nic nie było widać i aż serce mi krwawiło, gdy po powrocie pokazano mi zdjęcie gościńca w Hovk podczas słonecznej pogody. Niesamowity widok.
Wirginia tego wieczoru ugościła nas przepyszną kolacją. Baranina w towarzystwie mnóstwa wspaniale doprawionych warzyw była prawdziwą rozkoszą dla mojego podniebienia. Do dziś wspominam smak genialnie przyrządzonego mięsa czy bakłażanów pieczonych wprost na piecu...
Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 15%, cukier inwertowany, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku 3%, olej palmowy, koncentrat soku z marakui 1,5%, mango 1%, syrop glukozowy, koncentrat soku z mango 0,5%, koncentrat soku cytrynowego, lecytyna sojowa, laktoza, pektyna, naturalne aromaty.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 512 kcal.
BTW: 6,1/28/58







