wtorek, 15 września 2015

Lindt Mango-Maracuja mleczna nadziewana mango, marakują i mlecznym kremem

 

 Po niezbyt udanej Acai Beere, czas na dalsze rozpracowywanie egzotycznych nadziewanych nowości od Lindta. Jako drugą wypróbowaliśmy Mango-Maracuja. Będąc jeszcze w Polsce, skosztowaliśmy inną lindtowską nowość bazującą na mango, a mianowicie Mango Lassi. Bardzo chciałam, aby w Mango-Maracuja mango mocniej doszło do głosu, niż w Mango Lassi. Wiedząc jednak, co reprezentowała sobą Acai Beere, miałam pewne wątpliwości, czy moje marzenie zostanie spełnione.

Mango-Maracuja otworzyliśmy we wtorkowe południe, będąc na szczycie Hatis 2558 m n.p.m. Góra ta leży pomiędzy Masywem Aragacu a Górami Gegamskimi, toteż jest dobrym miejscem do podziwiania widoków obu pasm, po których wcześniej wędrowaliśmy. W pełnej krasie widać tu także Erywań, a przy lepszej widoczności bosko musi prezentować się Ararat. Podejście na Hatis było naprawdę spokojne, zresztą góra ta zimą jest dość popularna wśród narciarzy.


 


To jak było z tą czekoladą? Wylewający się na zewnątrz dość rzadki dżem, zaraz po rozgryzieniu kostki - nie zapowiadał niczego dobrego. Konwencja wykonania tej lindtowskiej serii zupełnie mnie nie przekonuje. Od razu chciałam przeprosić Was za wspaniały manicure ze zdjęć - do Armenii nie wzięłam lakieru do paznokci, ale zmywacza też nie... Zresztą, czułam się przeszczęśliwa izolując się od wszelkich kolorowych kosmetyków podczas tego wyjazdu.

To, co przede wszystkim dotyka naszych kubków smakowych podczas spożywania Mango-Maracuja, to intensywna słodycz. Poza górami byłabym w stanie zjeść za jednym podejściem góra dwie kostki. I tak egzotycznych nadziewańców od Lindta nigdy nie jadłam na współę z Mężem, zawsze jeszcze dzieliliśmy się z naszym przewodnikiem Serzhem. Wysoki poziom słodkości dominuje wszystko, każdy niuans smakowy to tylko nieliczący się w ostatecznym rozrachunku szczególik.

Mleczne zbite nadzienie jest nijakie i słodkie, dżem również jest bardzo słodki, a do tego lepiący. Mango i marakuję można zidentyfikować, ale nie bombardują owocową świeżością tak jakbym sobie tego życzyła. Mango swą intensywnością na pewno nie przebiło Mango Lassi. Ponadto mam pewne zastrzeżenia co do naturalności owocowych smaków w Mango-Maracuja, ale być może jest to kwestia cukru, który wszystko przyćmiewa. Jedynym ratunkiem jest dobra jak zawsze lindtowska mleczna czekolada, która jednak traci na swej delikatności w konfrontacji z cukrowym wnętrzem.

Po zjedzeniu Mango-Maracuja mój apetyt na wersję z papają spadł niemal do zera... Trzeba było jednak się z nią zmierzyć już kolejnego dnia, na którego opis zapraszam do dalszej części wpisu.



W środę pożegnaliśmy się z Erywaniem i wsiedliśmy do samochodu Serzha by przesuwać się coraz bliżej granicy z Gruzją. Najpierw pojechaliśmy nad jezioro Sewan. Znajdujący się nad nim monastyr Sevanavank możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Śmiałam się, że w przypadku Sewan spacer dookoła jeziora nabiera zupełnie nowego znaczenia - nie byłby to spacerek jak nad Kari czy Akna. Sewan to największe jezioro Kaukazu, o powierzchni 1260 km2. Jego ogrom robi niesamowite wrażenie i świetnie pasuje do spostrzeżenia, że Armenia to dla mnie kraj olbrzymich surowych przestrzeni.


Potem przejeżdżając przez miasto Dilidżan, zwane ze względu na malownicze położenie ormiańską Szwajcarią - kierowaliśmy się w stronę monastyru Haghartsin. Żeby tam dotrzeć, musieliśmy przejechać przez dość długi tunel. Wyjeżdżając z niego przeżyliśmy szok - pogoda po jego drugiej stronie była diametralnie inna, niż nad Sewanem. Mgła, wilgoć, zimno i bardzo kiepska widoczność. Choć Haghartsin nabrał we mgle niezwykle tajemniczego uroku, to i tak wolałabym oglądać go w słonecznej i ciepłej aurze.


Kolejnym punktem wyprawy był monastyr Goshavank. Po wzgórzach go otaczających mieliśmy odbyć trekking, ale przekropna pogoda skutecznie nas zniechęciła. Na dodatek mój Ukochany kiepsko się czuł. Po zwiedzeniu Goshavank zdecydowaliśmy się na skierowanie się do naszej kwatery w pobliskiej wsi Hovk.


Trudną górską drogą dojechaliśmy do gościńca prowadzonego przez przyjaciela Serzha. Bez auta terenowego dojazd tam jest praktycznie niemożliwy. Tam poznaliśmy gospodynię Wirginię i dwójkę jej dzieci. Grzejąc się przy kominku, pijąc herbatę i jedząc Lindt Papaya (o której poczytacie pojutrze) poczułam, że nogi rwą mi się do dalszej wędrówki. Godzina nie była jeszcze późna i już nie padało, choć widoczność była nikła. Wraz z Serzhem i Mężem wybrałam się na trzygodzinny spacer po błotnistych górskich ścieżkach wokół Hovk. Nic nie było widać i aż serce mi krwawiło, gdy po powrocie pokazano mi zdjęcie gościńca w Hovk podczas słonecznej pogody. Niesamowity widok.

Wirginia tego wieczoru ugościła nas przepyszną kolacją. Baranina w towarzystwie mnóstwa wspaniale doprawionych warzyw była prawdziwą rozkoszą dla mojego podniebienia. Do dziś wspominam smak genialnie przyrządzonego mięsa czy bakłażanów pieczonych wprost na piecu...



Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 15%, cukier inwertowany, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku 3%, olej palmowy, koncentrat soku z marakui 1,5%, mango 1%, syrop glukozowy, koncentrat soku z mango 0,5%, koncentrat soku cytrynowego, lecytyna sojowa, laktoza, pektyna, naturalne aromaty.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 512 kcal.
BTW: 6,1/28/58

niedziela, 13 września 2015

Ritter Sport Buttermilch-Zitrone biała jogurtowa z nadzieniem cytrynowo-maślankowym


 Buttermilch-Zitrone to ostatnia czekolada z tegorocznej letniej kolekcji Ritter Sport, jakiej było nam dane wypróbować. Mam bardzo miłe wspomnienia z maślankowo-cytrusowym wariantem smakowym w białej czekoladzie, w wszystko to za sprawą Lindta. Mam na myśli dwie tabliczki, a mianowicie Lime Splash oraz Zitrone-Buttermilch. Obie bardzo mi smakowały, stąd wiem, iż kwaskowato-orzeźwiające nuty bardzo dobrze komponują się z białą czekoladą. Z tego powodu, dziś opisywanego Rittera obawiałam się mniej, niż Eiscafe oraz Erdbeer-Minze. Choć z drugiej strony, sam fakt wykonania czekolady przez Ritter Sport budził we mnie małe wątpliwości... Wszak ostatnio częściej się zrażałam i miałam tą myśl w głowie nawet pomimo faktu, że Eiscafe i Erdbeer-Minze wyszły nie najgorzej.

Białe ritterowe szaleństwo rozpakowaliśmy już w Erywaniu, w naszym pokoju - kiedy pewnego popołudnia naszła nas ochota na coś słodkiego. Czekolada nie wyglądała źle, choć wiedziałam, że kilka razy się nadtopiła. Zdjęcie wyszło fatalnie, ale miałam problem z złapaniem ostrości w telefonie, a nie chciałam się bawić godzinę nad zrobieniem fotki na bloga. Mąż by mnie zabił, w końcu chciał już spróbować czekolady. Przyłożona do nosa pachniała całkiem przyjemnie, kwaskowato-słodko-mlecznie. Cytrusowa nuta odrobinę kojarzyła się z płynem do mycia naczyń, ale nie była to sugestia w pełni odrzucająca i dominująca nad tym, co wydawało się miłe dla nosa.

Wprawdzie na zdjęciu nie jest to wyraźnie widoczne, ale nadzienie nie bardzo odróżnia się barwą od samej białej czekolady. I to i to jest żółtawo-kremowe, zaś nadzienie w swej konsystencji balansuje pomiędzy zbitością, a mazistością. Koniec końców, konsystencja wnętrza oceniam pozytywnie - nie była ani zbyt ordynarna, ani za nadto ślisko-margarynowa. Cóż, jakoś Ritter musi zawładnąć plasującym się na drugim miejscu w składzie tłuszczem palmowym - tak, aby całość nie przypominała aromatyzowanej kostki margaryny...



Sama biała czekolada jest bardzo słodka, lecz nie trąci taniością z kilometra. Wprawdzie nawet Lindtowi nie dorasta do pięt, a co dopiero innym lepszym producentom - ale nie bez kozery miło wspominam ritterowe Weisse Cocos i White Whole Hazelnut. Może to dziwne, ale wolę je od niejednej mlecznej nadziewanej Ritter Sport. Mleczna słodycz podnosi poziom cukru we krwi bardzo skutecznie, a połowa tabliczki na łebka to zdecydowane maksimum. Próba zjedzenia 100 g naraz przez jedną osobę niechybnie skończyłaby się totalnym zamuleniem. Wtedy rzeczywiście mogłoby się zrobić niedobrze.

 Nadzienie przyjemnie rozpuszcza się w ustach i odejmuje nieco całości ze słodkości. Ma w sobie wiele rześkich, kwaśnych nut, przypominających jogurtowo-cytrynowe lody. Konsystencja nie przeszkadza, pasuje do gładkiej białej czekolady. Dzięki maślankowości nadzienie rzeczywiście kojarzy się lindtowską Zitrone-Buttermilch, ale mimo wszystko Ritter jest od niej bardziej ordynarny. Wszystko to ze względu na cytrynę, która już w zapachu wzbudzała małe podejrzenia. Po kilku kostkach odnosimy wrażenie, że do głosu dochodzi pewna sztuczność. Irytujący element, przez którego nigdy nie lubiłam wafelków z cytrynowym kremem.

Podsumowując, czekolada nie została spieprzona, ale szału też nie zrobiła. Zresztą, ja po Ritterze już nie oczekuję szału. Dla mnie ważne, że tabliczka okazała się być zjadliwa. Koniec końców, cała letnia seria Rittera taka jest. W porównaniu do moich ostatnich doświadczeń - jest naprawdę dobrze. W górach te smaki sprawdziły się nieźle, choć przy leniwej weekendowej kawie nie chciałabym się nimi rozkoszować. Nadmierne skupianie się nad każdą kostką mogłoby w końcu przynieść rozczarowanie. Tymczasem otrzymałam trzy cukrowe kopy w oryginalnych i poprawnie jak na Rittera wykonanych smakach. Oby tak dalej.



Poniedziałkowy poranek po powrocie z Gór Gegamskich przywitał nas w Erywaniu deszczową pogodą. Z tego względu, pozmienialiśmy nieco plan wypraw i wsiedliśmy do samochodu Serzha celem zrealizowania planu wtorkowego. Czekała nas dość długa droga autem, podczas to której na szczęście zaczęło się rozpogadzać. Jechaliśmy drogą w stronę granicy z Iranem, mijając coraz to kolejne pasma górskie. Cały ogrom szczytów, po których nikt nie chodzi, które nawet nie mają nazw... 

Dojechaliśmy do słynnego monastyru Khor Virap, położonego u stóp Araratu. W słoneczną pogodę roztacza się z niego boski widok na Ararat, który jest tutaj na wyciągnięcie ręki. Tamtego dnia chmury odsłoniły przed nami jedynie szczyt Małego Araratu. Niestety, to wyciągnięcie ręki jest tylko złudzeniem... Ararat znajduje się tuż za przebiegającą nieopodal granicą z Turcją, która jest całkowicie zamknięta i pilnie strzeżona. Wyobrażam sobie, jak wielki musi to być ból dla Ormian - mieć swoją świętą górą, symbol państwa - tuż za zamkniętą granicą. Zaraz po rzezi Ormian jest to dla nich bodaj największe historyczne cierpienie. Wracając o samego Khor Virap, poczytajcie o tym, jak wielkie znaczenie ma to miejsce dla ormiańskiego Kościoła. Tak, zlazłam do lochu, w którym kilkanaście lat więziony był Grzegorz Iluminator, brrr...



Kolejnym punktem do odwiedzenia tego dnia był trzynastowieczny monastyr Noravank (zdjęcia powyżej i poniżej). Nad wejściem do niego widnieją płaskorzeźby postaci o mongolskich twarzach - wszystko po to, by podczas najazdu Mongołów budowla nie została zburzona. Jak widać podziałało i do dziś możemy podziwiać ten przepiękny monastyr położony osiem kilometrów w głąb niesamowitego kanionu. W jednej z jaskiń leżących w tym kanionie znaleziono najstarszy but świata, liczący sobie 5500 lat. Widzieliśmy go w muzeum w Erywaniu.

 

Po odwiedzeniu dwóch monastyrów udaliśmy się do wioski Areni, w której praktycznie wszyscy mieszkańcy trudnią się produkcją wina z rosnącej tutaj odmiany winorośli i nie tylko... W ofercie kilku winiarni znajdowały się zaskakująco dobre wina owocowe, w tym genialne wino z owoców granatu. My na degustację win zatrzymaliśmy się w małej winiarni położonej na uboczu, gdzie różnymi winami częstowała nas prześliczna Ormianka. Do dziś kręci mi się w głowie, gdy wspomnę boski zapach roztaczający się w piwniczkach pełnych beczek z winem...


Skład: cukier, tłuszcz palmowy, tłuszcz kakaowy, dekstroza, maślanka w proszku 8%, pełne mleko w proszku, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka 6%, maltodekstryna, koncentrat soku cytrynowego 8%, lecytyna sojowa, naturalny aromat cytrynowy i inne naturalne aromaty.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 585 kcal.
BTW: 7,7/39/51

piątek, 11 września 2015

Ritter Sport Erdbeer Minze mleczna z nadzieniem truskawkowo-jogurtowo-miętowym i kawałkami truskawek


 Dziś przed Wami kolejna Ritterka z tegorocznej letniej edycji. Muszę przyznać, że tej wersji smakowej obawiałam się  najbardziej. Truskawki z miętą? To połączenie wydaje się być ok w chłodnym koktajlu, gdzie świeżo zmiksowane z jogurtem truskawki zostaną umieszczone w wysokiej szklance i udekorowane listkiem mięty. Jak jednak owa fuzja smaków przestawi się w otoczce ze słodkiej mlecznej czekolady od Rittera? W nadzieniu, gdzie prócz truskawek, jogurtu i aromatu miętowego mamy jeszcze mnóstwo nieszczęsnego tłuszczu palmowego? Miałam stracha, czy nie będę tym pluła, naprawdę.

Wypróbowanie tej czekolady było niczym przysługa dla Was - czy warto ryzykować zakup? Moja tabliczka nadtopiła się nieco, co widać na zdjęciu poniżej - ale wyglądała i tak o wiele lepiej niż Eiscafe. Po podzieleniu jej na paski moim oczom w pełnej krasie ukazało się to kontrowersyjne nadzienie. Muszę przyznać, że o dziwo wyglądało całkiem ładnie jak na nadziewaną czekoladę tego typu. Choć odcień różu kojarzył mi się z barwnikiem wymieszanym z margaryną, to spore cząstki liofilizowanych bądź suszonych truskawek robiły pozytywne wrażenie. Zapach również nie sugerował wielkiej tragedii, toteż poczułam się pewniej.



Przegryzając warstwę mlecznej czekolady poczułam dokładnie to samo, co w Eiscafe - znaczną, lecz znośną słodycz. Było to odrobinę przyjemniejsze doznanie, niż smak mlecznej czekolady zaserwowany w poprzednich limitkach. Bardziej od słabej czekolady ciekawił mnie jednak test nadzienia, no i jego zestawienie z samą czekoladą.

Zestawienie jogurtowego posmaku z truskawkami naprawdę się Ritterowi udało... Paskudny tłuszcz palmowy został ukryty pod intensywną słodyczą oraz wyważoną kwaskowatością jogurtu, więc absolutnie nie zbierało mi się na plucie. Wielkim plusem są lekko chrupkie i wyraziście naturalne kawałki truskawek. Przypuszczam, że poddano je liofilizacji  - chyba tylko ten sposób konserwacji potrafi tak wiernie odzwierciedlić smak świeżych produktów. Zaraz na myśl przyszła mi zjedzona kiedyś w Rudawach Janowickich Strawberry Yogurt, którą miło wspominałam przede wszystkim przez wzgląd na truskawki. Zresztą, smak truskawek w tym Ritterze przypomniał mi również o białej Pelczar z truskawkami i wanilią. Swoją drogą, w sklepie wolnocłowym w Warszawie widziałam zestawienie mini-czekolad od Pelczara inspirowanych różnymi gatunkami wina. Muszę sobie to kiedyś kupić!


No dobra - przyjemne truskawki, jogurt maskujący tłuszcz palmowy, słabawa słodka czekolada... Ale co z miętą? Wszak to ona mogła tu pasować jak pięść do nosa. Tymczasem zostałam totalnie zaskoczona. Tabliczka ma bardzo lekki miętowy posmak, rześki i miły. Aromatu miętowego użyto tu z wielkim wyważeniem, w przemyślany sposób. W niczym nie przeszkadza, nie drażni, a wręcz stanowi kropkę nad i. Jest dokładnie taka, jak ów wieńczący koktajl listek mięty, o którym wspomniałam wcześniej. Taki eksperyment w wykonaniu Rittera mógł wyjść naprawdę paskudnie, ale o dziwo - udało się! 

Koniecznie dajcie znać, jeśli próbowaliście Erdbeer Minze - z chęcią poznam Wasze wrażenia. Choć Ritter ostatnio mnie zawodził, to tutaj całkiem nieźle jak na swój poziom poradził sobie z trudnym połączeniem smakowym. Podsumowując: póki co letnia limitowana seria Rittera to 2:0 dla producenta!


Nasza niedzielna wyprawa wiązała się z ostatecznym złożeniem namiotów - pozostałe noce mieliśmy spędzać w łóżkach, w domach. Obawialiśmy się, że po nocnej burzy namioty będą długo schły i pakowanie mocno się nam przedłuży. Okazało się, że śladu po burzy praktycznie nie było, tak bardzo ziemia spragniona była wody. Ponadto, wszystko łatwo wyparowywało, bowiem rankiem przywitała nas słoneczna pogoda i piękny widok na Ararat.

Po śniadaniu i kawie z Toblerone u Timura załadowaliśmy na siebie plecaki i ruszyliśmy w drogę. Schodziliśmy w dół przez pustkowia do wioski Geghard. To był spokojny kilkugodzinny spacer, podczas którego totalnie się wyłączyłam. W Geghard czekała na nas taksówka, która zawiozła nas do monastyru o tej samej nazwie. Jak już jesteśmy przy autach - warto zaznaczyć, że Armenia jest motoryzacyjnym krajem kontrastów. Widywałam tam auta bardziej luksusowe niż spotykam w Polsce, oraz rozpadające się Łady, które u nas nie przeszły by za nic przeglądu.




Geghard był drugim po Amberd monastyrem, jaki odwiedziliśmy. Pięknie położony, niestety zrobił na mnie niemiłe wrażenie. Powód był jeden - okupywały go olbrzymie tłumy. Wszystko ze względu na dzień tygodnia i fakt, że akurat odbywał się tam ślub. Nie mniej jednak, chciałam stamtąd uciekać - w przepoconych od wędrówki górskich ciuchach szwendałam się pomiędzy wychuchanymi gośćmi weselnymi, nie mogąc nawet w pełni poczuć klimatu czwartowiecznego monastyru. I gdy wieczorem usiedliśmy przy piwie i układaliśmy plan na kolejne dni, na rzucone hasło "monastyry" mina mi zrzedła. Jak się potem okazało - zupełnie niesłusznie... Ale o tym już w kolejnych wpisach.

Z Geghard taksówka zabrała nas do wsi Garni, w której znajduję się naprawdę unikatowa budowla. Mowa o... greckiej świątyni! Tak, w tym pięknym miejscu zbudowano w pierwszym roku naszej ery najprawdziwszą grecką świątynie dedykowaną bogowi słońca. W prawdzie nie przetrwała ona do czasów współczesnych w nienaruszonej formie - w międzyczasie trzeba było ją odbudować również z udziałem nowych surowców, gdyż część z elementów świątyni zaginęła. Nie mniej, i tak jest to cenny zabytek. Ponadto roztacza się spod niego wspaniały widok, no ale takich w Armenii nie brakuje. Na ostatnim zdjęciu zobaczycie, jak ktoś się genialnie wybudował na skarpie. Hah, codziennie podziwianie takiego krajobrazu z tarasu było by luksusowe nawet w o wiele bardziej skromnym domu.




Skład: cukier, tłuszcz palmowy, tłuszcz kakaowy, dekstroza, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, laktoza, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka 2,5%, śmietanka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny, truskawki 1%, naturalne aromaty, maltodekstryna, lecytyna sojowa, kwas cytrynowy, naturalny aromat miętowy.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 567 kcal.
BTW: 5,4/37/52

środa, 9 września 2015

Toblerone Crushed Corn mleczna z soloną kukurydzą, miodem i nugatem migdałowym


Toblerone Crushed Corn dostrzegłam już jakiś czas temu w sklepie wolnocłowym w rodzinnej miejscowości mojego Męża. Upatrzyłam sobie tą czekoladę jako idealną na górski urlop, mając w pamięci Toblerone Crunchy Almonds jaką zabraliśmy ze sobą zeszłego lata w Alpy Otztalskie (a wcześniej kupiliśmy ją w tym samym sklepie). Do Toblerone mam podobny sentyment, co do Studentskiej - mając pełną świadomość nie najlepszego składu (28% kakao w czekoladzie mlecznej?) i przynależności do korporacji (Toblerone pod Mondelez, Orion pod Nestle) - wiem, że te tabliczki po prostu idealnie nadają się jako paliwo w górach. Ponadto Toblerone nawet ideowo jest górską tabliczką - w końcu inspiracją kształtu kostek jest Matterhorn. Do dziś pamiętam też, jak w którymś z widzianych przez nas starych fabularyzowanych dokumentów o górach ratownik częstował strudzonego wędrowca właśnie tą czekoladą.

Toblerone Crunchy Almonds świetnie poradziła sobie w Alpach nawet pomimo masakry cieplnej, jaką przeszła wcześniej.  Po skwarze w Górach Gegamskich i wyglądzie zabranych w nie Studentskich spodziewałam się, że i w tym roku Toblerone zamieni się w bezkształtną masę. O dziwo nie było tak źle, dzięki czemu mogłam podziwiać czekoladowe miniaturki Matterhorn w 3/4 tabliczki. Ów smakołyk zabraliśmy ze sobą w niedzielny poranek do namiotu Timura jako poczęstunek do pożegnalnej kawy, na którą nas zaprosił.



Dziś przybliżę Wam jednak naszą wyprawę sobotnią. Nim to nastąpi - parę słów o Toblerone. Znam wiele osób, którym przeszkadza nadmierna słodycz tych czekolad oraz wchodzący między zęby twardy i lepki nugat wypełniający środek. Ja nigdy nie miałam z tym problemu, choć w innych produktach często mi to przeszkadza. Toblerone, tak jak Studentska, to dla mnie wyjątek od reguły w hejtowaniu czekolad o miernym składzie i przesadzonych pod względem cukru oraz konsystencji. Jednakże Toblerone pomimo jedynie 28% zawartości kakao nie posiada w składzie tłuszczy roślinnych innych niż kakaowy. Zamiast tego jest tłuszcz mleczny, być może użyty także jako element nugatu. Tajemnicą dla mnie pozostaje obecność ekstraktu z rozmarynu na ostatnim miejscu w składzie.

Podzielona na charakterystyczne kostki tabliczka rozpościerała nad sobą aromat słodkiej mlecznej czekolady z kukurydziano-miodowym zacięciem. Ugryzienie górnej części kostki przenosi nas w jakże prosty i beztroski świat a'la milkowej mlecznej czekolady - bardzo słodkiej, jednak nie plastikowej i nieznośnej jak Milka, z maślanym posmakiem. Przyznam, że taki smak odpowiada mi w górach, ale po trzech kostkach miałam już dosyć. Ciekawa jestem, między kogo Timur rozdzielił kostki, które pozostały na stole, gdy opuściliśmy jego namiot...

Ciekawe też, jak ormiańskim kobietom i dzieciom przypadł do gustu niecodzienny w czekoladzie dodatek, a mianowicie solona i prażona kukurydza. Dzięki jej obecności lepkie kawałki miodu i nugatu migdałowego nie dominowały smakowo w dolnej, grubszej części kostki. Tu do głosu dochodziła przede wszystkim kukurydza. Jej kawałki nie były zbyt duże, lecz większe od migdałowej kruszonki. Nie przeszkadzały nadmierną twardością - były solidnie podprażone, choć nie zmienione w popcornowe wydmuszki. Posolone zostały znacznie, lecz nie przesadnie. Stanowiły ciekawy dodatek, ale na dłuższą metę męczyły tak samo, jak specyficzna w smaku mleczna czekolada. Dla mnie było to zdecydowanie doświadczenie na jeden raz i gdybym miała stanąć przed wyborem: Crunchy Almonds czy Crusted Corn - wybrałabym pierwszą opcję.



Powyżej możecie podziwiać szczyt Spitakasar 3560 m n.p.m., czyli główny cel naszej sobotniej wyprawy. Droga spod petroglifów pod Spitakasar była dość długa, wiodła przez przeogromne puste przestrzenie, przerażała mglistą pogodą. Nieprzyjemne chmury na szczęście zostały dość skutecznie przeganiane przez wiatr, toteż koniec końców mogliśmy cieszyć się nienajgorszą widocznością. Skały zdobiące Spitakasar mój Mąż przyrównał do kostek ciemnej czekolady. W rzeczywistości były to przepiękne obsydiany, którymi obsypana była cała góra. Niestety ze szczytu widoku w stronę jeziora Sewan praktycznie nie było, ale za to mogliśmy obserwować przestrzeń rozpościerającą się w drugą stronę... a z prawa górował nad nią nasz Azhdahak. Patrząc w lewo widzieliśmy oddzielony dość głębokim kanionem również imponujący szczyt, zwany małym Spitakasarem.




Gdy powracaliśmy ze Spitakasaru mieliśmy zajść na kawę do pasterzy, których spotkaliśmy przed zdobyciem szczytu. Kusiła nas jednak kolejna góra, a mianowicie Vischapasar 3157 m n.p.m., zwana Smoczą Górą. Jej zielony szczyt był przepięknie ozdobiony żlebami, ciągnąc za sobą grań przypominającą ogon smoka. Pomimo tego, że Vischapasar jest niższy niż Spitakasar, widok z grani i ze szczytu był chyba jeszcze bardziej niesamowity. Dlatego też, kolejne ujęcia zaprezentują Wam właśnie przestrzenie widoczne ze Smoczej Góry oraz grani Smoczego Ogona.




Sobotnia wędrówka była jedną z najdłuższych, jakie odbyliśmy w Armenii. Dla mnie doskonale, bowiem uwielbiam niekończące się górskie włóczęgi. Przewodnik nieco zaniepokojony drogą, jaka czekała nas jeszcze do przejścia po zejściu z Vischapasar (widoki na jej zbocza umieszczam poniżej), postanowił złapać stopa. Na takich bezdrożach przejeżdżające auto zdaje się być fatamorganą. Trafiliśmy jednak na Ziła, który wiózł z gór mleko odebrane od pasterzy. Ził to jedyny samochód, który da radę poruszać się po takim terenie, dajcie wiarę. Zatrzymany kierowca zaprosił nas do kabiny, a tam leżała... owca. Nie martwcie się, była żywa. Wraz z Mężem usiedliśmy w kabinie, trzymając pomiędzy nogami owieczkę. Nasz przewodnik Serzh jechał na stopniu obok kabiny, trzymając się drzwi. Przejechaliśmy w ten sposób dobrych parę kilometrów, pokonując naprawdę ekstremalne przechyły. Wysiedliśmy nieopodal wodopoju, skąd skierowaliśmy już swe kroki w stronę góry zwanej Podkową, pod którą znajdowało się obozowisko Timura.

Ostatnia noc pod namiotami była bardzo kapryśna. Na kolację zachciało się nam kaszy jaglanej, którą gotowaliśmy oczywiście na gazowym palniku. Trwało to na tyle długo, że zdążyła rozpętać się burza, choć na tym terenie nie padało od miesiąca. Kaszę (podaną z dżemem morelowym oraz matsun - legenda na końcu wpisu*) skonsumowaliśmy siedząc w trójkę w namiocie, targanym na wszystkie strony przez deszcz, grad i podmuchy wiatru. Pioruny trzaskały jeden za drugim, tworząc oślepiającą łunę. Gdy przenieśliśmy się już do naszego namiotu, burza w ciągu nocy powracała jeszcze dwa razy. Ziema tak bardzo spragniona była wody, że o poranku nie było widać żadnych śladów burzy... Przywitało nas błękitne niebo, widok Araratu i prażące słońce.

*Matsun to fermentowany napój mleczny w smaku podobny do miksu jogurtu z maślanką. Jest on bazą dla wielu potraw. Idealnym ormiańskim napojem na upały jest tan, czyli matsun rozcieńczony wodą. Zupa wykonana z matsun nosi nazwę spas. U Timura jedliśmy ją z pszenicą oraz ziołami, zaś w Erywaniu u Serzha zamiast pszenicy pojawił się ryż, a oprócz ziół w środku znajdowała się podsmażana cebulka. Bardzo przyjemne smaki, idealne na kolację.




Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, kukurydza 6%, tłuszcz mleczny, miód 2,5%, olej słonecznikowy, migdały 1,3%, lecytyna sojowa, sól, białko jaja, aromaty, ekstrakt z rozmarynu.
Masa kakaowa min. 28%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 530 kcal.
BTW: 5,8/29/60,5