sobota, 23 maja 2015

Zotter Peru Criollo 70% ciemna 16 godz. vs. 20 godz. konszowania



Trudno stwierdzić, która składowa w procesie tworzenia czekolady jest najważniejsza. Każdy element: od uprawy i zbioru ziaren kakao, przez suszenie i fermentację, po konszowanie i temperowanie – ma istotne znaczenie dla jakości finalnego produktu. Konszowanie jest jednak tym procesem, gdzie jednym z najistotniejszych czynników (prócz parametrów fizycznych) jest CZAS. A że czas to pieniądz, większość popularnych czekolad jest konszowana szybko, byle by zwiększyć wydajność produkcji. Skoro jedną z najistotniejszych funkcji konszowania jest EMULGACJA (o czym poczytacie szczegółowiej w kolejnym akapicie), to chyba już wiecie, po co w tak wielu czekoladach znajdują się lecytyny (będące emulgatorami). Stanowią po prostu istotne ułatwienie (i absolutnie tego faktu nie tępię!).

Czym tak właściwie jest konszowanie? Postaram się wyjaśnić Wam to pojęcie krótko i obrazowo. W fabryce czekolady znajdują się różnej konstrukcji maszyny zwane konszami, które w podwyższonej temperaturze pieczołowicie mieszają  surowce kakaowe wraz z cukrem (lub nie), a wypadku czekolad smakowych także z innymi dodatkami (np. z mlekiem). Dzięki ciepłu tarcia wszystkie te składniki pozostają płynne. Podczas konszowania  odparowywana jest woda, oraz częściowo wytracany kwas octowy i garbniki – przez to czekolady nie są zazwyczaj aż tak nieznośnie kwaśno-gorzkie jak potrafią być ziarna kakao. Dochodzi  również do ujednolicania całej masy i nadawania jej gładkości  - dzięki temu jedząc czekoladę odczuwamy kakao i cukier jako jedność. Przy bardzo długim konszowaniu dochodzi do coraz to mocniejszych zmian w przenikaniu się cząstek, co ma istotny wpływ na strukturę i smak czekolady.

Oczywistością jest różnica w smaku pomiędzy konszowaną kilka godzin tanią deserówką z dolnej półki a chociażby Zotter High-End 96%, gdzie proces konszowania trwał 34 godziny. Przy takich skrajnościach wszystko przedstawia się inaczej i basta. Czy jesteśmy jednak w stanie wychwycić niuanse dwóch  czekolad o identycznej zawartości  kakao jednej odmiany, pochodzących z tego samego regionu – różniących się jedynie czterema godzinami konszowania? Do takiego degustacyjnego eksperymentu zachęca nas Zotter, oferując duet czekolad z 70-procentową zawartością kakao odmiany Criollo z peruwiańskiego regionu Amarru. Jedna z czekolad była konszowania przez szesnaście, a druga przez dwadzieścia godzin. Musiałam podjąć to wyzwanie, tym bardziej, że przecież to czyste Criollo… Boskie Criollo!

Do degustacji przystąpiliśmy tuż przed powrotem z Majówki w Beskidzie Małym. Nie wątpiłam, że doznania związane z tymi czekoladami będą wyjątkowe – co miało ulżyć nam w opuszczaniu gór na kolejny miesiąc. W tym miejscu chciałabym zaznaczyć, że Zotter mógłby pokusić się w serii Labooko Contest o małe nadruki na złotko-papierkach z nazwą konkretnej czekolady. O ile odróżnienie od siebie czekolad ryżowych było oczywistością, to w przypadku wyglądających niemalże identycznie tabliczek łatwo o pomyłkę (różnica w odcieniach dziś opisywanego duetu była w rzeczywistości jeszcze mniejsza niż na zdjęciu – praktycznie żadna). Bardzo nie chciałabym pomieszać kiedyś dwóch tabliczek i nie wiedzieć, jak się do której ustosunkować. Przecież cała seria Labooko Contest ma w dużej mierze służyć porównaniom!




Przygodę rozpoczęliśmy od czekolady konszowanej 16 godzin, zwanej dalej pieszczotliwie 16-stką. Wzięta w dłoń wydaje się krucha i gładka, a pachnie właśnie gładziutkim, słodkim masełkiem. Identyfikujemy również woń czerwonych owoców oraz kawę z mlekiem. Co dalej, co więcej? Po prostu przejdźmy do smaku.

Pierwszy kęs 16-stki rozpoczyna niekończącą się salwę westchnień. W ustach rozpościera się bowiem niewyobrażalnie pyszna i aksamitna słodycz, wręcz szokująca. Wyczuwamy słodziutkie truskawki, rwane prosto z ogrodu – jeszcze z rosą, pachnące żyzną glebą. Potem do akcji wkracza solidnie wykonane cappuccino. To mocne espresso otwierające przed nami bogactwo dobrej kawy, przyozdobione ubitym tłustym mlekiem, lekko posłodzone surowym cukrem trzcinowym. Dalej pojawia się drobna sugestia czarnej porzeczki, a następnie wyraźne uderzenie moreli. Moreli, których nie kupicie w markecie. Tutaj wyczułam nasze polskie morele, ze starego ogrodu, krucho-soczyste, bosko aromatyczne i wspaniale dojrzałe.

Ahh… Przez cały czas degustacji tej czekolady zanurzamy się w niezwykłym aksamicie, bez cienia szorstkości. Na końcu pojawia się gładka gęstwina bitej słodkiej śmietany. Finisz, będący idealną ozdobą dla deseru ze świeżych owoców, spożywanego w pogodnym letnim ogrodzie, w towarzystwie pysznego cappuccino.

Mój Ukochany bezapelacyjnie stwierdził, że jeżeli ktoś ma wyraźne obiekcje wobec czekolad „gorzkich”, to po degustacji 16-stki na zawsze się ich wyzbędzie. Ta tabliczka zdaje się być nawet lepszą „terapeutką gorzkości” od Morin Sao Tome Uba Budo – ponieważ słodycz w niej zawarta jest prawdziwie wykwintna i delikatna, bez żadnych ostrzejszych nut. To czysty słodki aksamit. Wbrew pozorom w tej czekoladzie nie działo się nie wiadomo jak dużo , lecz swoimi wyraźnymi nutami smakowymi idealnie uderzała w nasze czułe punkty. To było genialne…

Jeszcze nie zdążyliśmy wyjść z szoku po 16-stce, a już wyciągnęliśmy ręce w stronę 20-stki. Jak porównywać, to porównywać – raz po razie. Od pierwszego niuchnięcia dłużej konszowana koleżanka wydała się nam być odrobinę mroczniejsza. W strukturze zdaje się mieć również coś z kruchości (ale jednocześnie sprawia wrażenie bardziej zwartej niż 16-stka) i wydaje się być mniej gładka. Kęs wzięty do ust przekonuje nas o tym, że 20-stka jest bardziej szorstko-oblepiająca niż 16-stka. Ta szorstkość wydaje się być absurdalna biorąc pod uwagę cel technologiczny wydłużonego konszowania. Jest to jednak ta specyficzna „gładka szorstkość”, spotęgowana przez uczucie lepkiej gęstwiny.

W 20-stce odnajdujemy również wiele słodyczy, ale ma ona inny wymiar niż w poprzedniczce. Bardzo wyraźnie wyczuliśmy banany. Dojrzałe, lecz nie sczerniałe. O tak, to zdecydowanie była bananowa słodycz – wraz z charakterystycznym dla konsumpcji tych owoców odczuciem zamulenia. Słodycz w 20-stce była bowiem nieco przytłumiona, jakby przypudrowana. Kolejnym owocem, jaki pojawia się w tej czekoladzie jest czarna porzeczka z całą swoją intensywnością i naturalną kwaskowatością . Ta sugestia jest bardzo wyraźna. Znów mamy więc owocowy deser, ale złożony z zupełnie innych składników. O ile 16-stka była jedynie lekko porzeczkowa, tak tutaj wraz z bananem czarna porzeczka gra pierwsze skrzypce w kwestii owocowych nut.

Kolejnym skojarzeniem jest ziołowość. Akcenty lekko cierpkie i kwaskowate podlane sporą dozą słodyczy. Na myśl przychodzi napar z górskich ziół pity w schronisku we włoskich Alpach Retyckich parę lat temu. Albo – jeszcze bliżej – marokańska zielona herbata z miętą, tym hojniej posłodzona, im wyżej nad poziomem morza się znajdowaliśmy.

Obie tabliczki łączyły nuty czarnej porzeczki i wyjątkowa słodycz, choć zaprezentowana w innych wymiarach. Choć po 20-stce z definicji spodziewałam się większej gładkości, okazała się bardziej szorstka i wytrawniejsza niż 16-stka. Być może przez to, że nie znalazłam w 20-stce tylu nut mlecznych, co w 16-stce, a kawa została tutaj zastąpiona przez zioła. W obu czekoladach odnalazłam również nuty słodkich orzechów: nerkowców, makadamia, migdałów.

Te czekolady łączy tak wiele, a dzielą je jedynie cztery godziny. Tak dużo i tak mało. Nie spodziewałam się, że poczyni to naprawdę istotną różnicę – a na dodatek inną, niż mogłabym przypuszczać. Niesamowite jest to, jak można bawić się czekoladą – zmieniając pozorną drobnostkę w procesie jej wytwarzania, znacznie modyfikujemy całość. Dlatego właśnie świat czekolady jest magiczną krainą, którą można odkrywać bez końca. Duet czekolad z Peru Amarru zafundował nam niezapomniane doznania, to było naprawdę przepyszne...

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 608 g.
BTW: 10/46/35

czwartek, 21 maja 2015

Lindt Excellence Acai Brombeere ciemna z jeżynami i acai


Dziś pragnę Wam zaprezentować drugą z trzech nowych deserowych tabliczek Lindt Excellence, w których przewodnią inspiracją są egzotyczne owoce. O pierwszej z nich, z dodatkiem cząstek granatu, możecie poczytać tutaj. Przede mną jeszcze degustacja tabliczki z dodatkiem physalis. 

O ile nasze rodzime jeżyny bardzo lubię i cenię, o tyle modnych jagód acai nigdy nie miałam okazji spróbować solo (nie liczę dodatków w ilości 0,1% w sokach czy herbatach). Biorąc pod uwagę fakt, że ponoć dla mieszkańców brazylijskich dżungli acai stanowią niemal połowę diety - to naprawdę nikłe doświadczenia. Nie wątpię w dobroczynną moc wszelkich ciemnych jadalnych owoców, ale szczerze powiedziawszy boom na egzotyczne superfoods jakoś bardzo mnie nie jara. Wolę pozostać przy naszych porzeczkach, jagodach, winogronach czy właśnie jeżynach - acai zostawiając dla mieszkańców Ameryki. Niemniej jednak - nowego Lindta zawsze warto wypróbować, nieprawdaż?

W tym miejscu chciałam zatrzymać się na chwilę przy całej otoczce związanej z degustacją Lindt Excellence Acai Brombeere. Ten akapit dedykuję właścicielce bloga rude-wloczykijowanie - na pewno ucieszy się z tego górskiego akcentu. Dziś opisywana czekolada ruszyła z nami na ostatni szlak podczas naszej Majówki w Beskidzie Małym. Z Rzyk Parciaków wspięliśmy się żółtym szlakiem w okolice Anuli, skąd wyruszliśmy na Leskowiec zdobywając go drugi raz podczas tej wyprawy. Nie dochodziliśmy już do schroniska, lecz przed nim zeszliśmy na czerwony szlak prowadzący do Krzeszowa. Podążając tym szlakiem zdobyliśmy Żurawnicę, będącą najwyższym szczytem Pasma Żurawnicy ciągnącego się po Suchą Beskidzką (w zasadzie to ta góra należy już do Beskidu Makowskiego). Czerwony szlak prowadzący z Krzeszowa na Żurawnicę był mocno zarośnięty i jak widać naprawdę rzadko uczęszczany. A przecież na samej Żurawnicy znajdują się ciekawe Kozie Skałki, a schodząc ze szczytu zielonym szlakiem (znów do Krzeszowa) mogliśmy obserwować przepiękny widok na Jałowiec, Babią Górę, Pilsko, Romankę i inne - moim zdaniem o wiele ładniejszy krajobraz, niż ten obserwowany z Leskowca! Warto było zahaczyć o Żurawnicę, naprawdę warto! Z Krzeszowa podchodziliśmy zielonym szlakiem przez Czarną Górę z powrotem w stronę Anuli, a dalej żółtym do Parciaków. Lindt Excellence Acai Brombeere została skonsumowana na polanie u stóp wyjątkowo urokliwej Żurawnicy.


Spoglądając na skład tej czekolady nie dziwi nas już 48-procentowa zawartość masy kakaowej. Deserówka od Lindta jest wszak tak przystępną i najzwyczajniej w świecie smaczną czekoladą, że nie ma się tu czego czepiać. Czepialstwo załącza się przy analizie cząstek jeżynowych, stanowiących 8% całego produktu. Dobrze chociaż, że koncentrat soku jeżynowego i puree z jeżyn stoją na dwóch pierwszych miejscach w składzie, ale dalsza litania dodatków już mniej mi się podoba. Naturalne susze z owoców zawarte w czekoladach - to jest to! 

Zaciekawił mnie proszek z acai umieszczony w samej masie czekoladowej, a nie owocowych cząstkach. Został on jednolicie wmieszany w tabliczkę w ilości 0,5% całości, co wbrew pozorom stanowi całkiem spory dodatek (bo spodziewałam się udziału acai na poziomie 0,00001% ;)). 

Tabliczka pachnie klasyczną przyjemnością, jaką zawsze oferuje lindtowska deserówka. Ten miły zapach wzbogacony jest o wyraźne nuty jeżynowo-jagodowe, niewzbudzające dziwacznych galaretkowatych skojarzeń (co miało miejsce we wcześniej wspominanej Excellence Granatapfel). Bardzo naturalne i zachęcające aromaty.

Tradycyjnie już nie powinnam się rozwodzić nad smakiem samej deserowej czekolady od Lindta, jednak w tym wypadku mamy do czynienia z pewną odmiennością. Wszystko to przez spójne wkomponowanie w czekoladę proszku z acai. Dzięki temu zabiegowi, cała czekolada nabrała subtelnego jagodowo-winogronowego posmaku. Jagoda acai stała się jednością z deserową czekoladą, czyniąc ją bardziej odświeżającą i owocową. Taka dawka nietypowej soczystości była czymś niezwykle wskazanym podczas wysiłku fizycznego. Lindt miał naprawdę fajny pomysł, nie spodziewałam się tak wyraźnie wyczuwalnego efektu.

Cząstek jeżynowych nie ma sporo, ale myślę, że ich ilość jest zupełnie wystarczająca. Ich konsystencja bardzo mi odpowiadała - nie były ani twarde, ani gumowate. Okazały się bardziej przystępne, niż cząstki granatu w Excellence Granatapfel. Były one bardziej płaskie niż w tamtej czekoladzie i nieco mocniej zwarte. Ich ciemny, lecz lekko blady kolor wydawał się być naturalny - choć i tak odnajdziemy w składzie barwiący koncentrat soku z czarnej marchwi. Smak to nienarzucająca się i nieprzesłodzona jeżyna. Nie jest to jeżynowy, chamski kopniak - ale coś wyważonego. W zasadzie to dobrze - łatwo byłoby tu przeholować z usilnym podrasowywaniem owocowości. Tymczasem końcowy efekt był zaskakująco naturalny.

Bezapelacyjnie stwierdzam, że Acai Brombeere smakowała mi bardziej, niż Granatapfel. Swym brakiem nachalności i prostotą dobrych smaków idealnie skomponowała się z pięknymi widokami ze zbocza Żurawnicy. To była spokojna, lekka czekolada - tak jak spokojna i lekka jest moja dusza w górach.

Skład: cukier, miazga kakaowa, cząstki jeżynowe 8% (koncentrat soku jeżynowego 21%, puree z jeżyn 14%, cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, mąka ryżowa, olej palmowy, pektyna, naturalny aromat, skórka cytryny, koncentrat soku z czarnej marchwi, kwas cytrynowy), tłuszcz kakaowy, proszek z acai 0,5%, lecytyna sojowa, naturalne aromaty.
Masa kakaowa min. 48%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 510 kcal.
BTW: 5,7/29/52

wtorek, 19 maja 2015

Zotter Rice Dark & White ryżowa ciemna i biała


Zotter przynosi wielką ulgę dla wszystkich tych, którzy kochają mleczne i białe czekolady - a jednak nie mogą ich jeść z jakichś powodów. Nietolerancja na mleko krowie nie jest już przeszkodą dla zajadania się mlecznymi czekoladami - Zotter stworzył rewelacyjne tabliczki na bazie mleka owczego oraz koziego. To dla Was mało? Nie chcecie w swoich czekoladach żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego? A przy tym wcale nie macie ochoty na propozycje o bardzo wysokiej zawartości kakao? Nie ma sprawy! "Mleczne" i białe smakołyki znajdą się również dla Was. Jedną z całkowicie wegańskich propozycji wśród tabliczek z paramlecznym zacięciem jest zotterowska seria bazująca na proszku ryżowym (czyli tworem na kształt sproszkowanego mleka ryżowego). Składa się ona z dwóch czekoladowych tafli: białej oraz ciemnej o 50% zawartości kakao.


Nim przejdę do opisywania wrażeń smakowych, kilka słów ochrzanu dla osoby, która jest odpowiedzialna za tłumaczenie składu Zotterów na nalepkach. O ile "kwiaty kukurydzy" zamiast chabrów w Bouquet of Flowers można potraktować jako anegdotkę, o tyle błędy w tłumaczeniu składu Rice Dark & White to już grubsza sprawa.

Skład proszku ryżowego zamieszczony na nalepce przedstawia się inaczej, niż w rzeczywistości. Ponadto, kolejność poszczególnych surowców w całym składzie jest różna na oryginalnym opakowaniu i na nalepce. Nie chce mi się już nad tym rozwodzić i przytaczać szczegółów, ale dwa najbardziej irytujące błędy chcę Wam wyłuszczyć. Już wyżej wspomniałam, że ciemna tabliczka zawiera 50% masy kakaowej. Nie wiem, od kiedy cyfry arabskie pisze się inaczej po polsku i angielsku, ale na nalepce widnieje informacja o 40% kakao. Już zupełnie rozbroiła mnie lecytyna sojowa w składzie czekolady białej - skoro producent w opisie smakołyku umieszczonym wewnątrz opakowania (białe napisy na czarnym tle) wyraźnie zaznacza, iż z zamysłem zastosowano lecytynę słonecznikową. 


Porankiem w Beskidzie Małym, przed wyruszeniem na kolejny długi szlak - zdecydowaliśmy się na to ryżowe doładowanie energetyczne. Na pierwszy ogień poszła tabliczka biała. Czekolada w pięknym beżowym odcieniu, kusząco pachnąca... czym? Pachnąca ryżem gotowanym na śmietance z wanilią (choć przecież śmietanki tu nie ma, ale organizm daje się oszukać i odnajduje tutaj akcenty tłuściutkiego mleka. Przypuszczam, że jest to m.in. efekt użycia bardzo dobrego tłuszczu kakaowego). 

Słodycz tej czekolady jest bardzo zbalansowana, rzeczywiście kojarząca się z ryżowym deserem doprawionym waniliowym cukrem trzcinowym. Przygotowanym w domu, a nie kupionym w sklepie w plastikowym kubeczku. Wyczuwamy tutaj trochę proszkowatości, ale o dziwo koniec końców łatwo rozpuszcza się ona na języku. Przepyszna delikatna czekolada o wyjątkowej i wyrazistej nucie smakowej. Jedząc w ciemno taki smakołyk po chwili zastanowienia zapewne dojdziecie do tego, że jest w niej ryż. Tabliczka subtelna i zarazem nieco surowa.


W drugiej kolejności przyszedł czas na ciemną czekoladę ryżową. Posiadała barwę jaśniejszą, niż niejedna popularna deserówka - był to po prostu ciepły brąz o nieco pastelowym charakterze. Pachniała również w sposób ciepły, bogaty, orzechowo-kawowo-słodko-ziemisty. Po doświadczeniu z białą czekoladą zostaliśmy uderzeni czymś baaardziej sensualnie świdrującym w nosie, ale i tutaj bezapelacyjnie dawał znać o sobie ryż - przedzierając się przez feerię kakaowego bogactwa.

O ile biała wersja była nieco proszkowa, tak tutaj zostajemy zalepieni gęstą ryżowo-kakaową mazią. Tłustość i słodycz w wykwintnym wydaniu, rozwijają się wraz z paletą tych orzechowo-kawowo-ziemistych nut o których wspomniałam przy zapachu - ostatecznie zaklejając podniebienie (i mózg) mocnym ryżowym uderzeniem. Skojarzenie, które nie mogło mnie opuścić podczas degustacji tej czekolady, to ciamkanie bardzo gęstego kleiku ryżowego - w którym to oczywiście rozpuszczono bardzo dobrą czekoladę.

Zotter Rice Dark & White to nie są słodkości tylko dla wegan i osób unikających nabiału pod każdą postacią. To przede wszystkim czekolady dla każdego, kto poszukuje niebanalnych smaków i dodatków zawartych w pełnych czekoladach. Z chęcią powróciłabym do tej ryżowej pary - nie umiem ocenić, która jej część bardziej mi smakowała. Obie w zupełnie inny sposób pokazywały, co ryż może wnieść do świata czekolad. Kolejny mistrzowski eksperyment wypuszczony z rąk Zottera.

Biała czekolada ryżowa.
Skład: tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, proszek ryżowy 25% (ryż, woda, olej słonecznikowy, sól), lecytyna słonecznikowa, syrop glukozowo-fruktozowy, lecytyna słonecznikowa, sól, wanilia.
Masa netto: 35 g.

Ciemna czekolada ryżowa.
Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, proszek ryżowy 21% (ryż, woda, olej słonecznikowy, sól), wanilia, sól.
Masa kakaowa min. 50%.
Masa netto: 35 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 554 kcal.
BTW: 2,4/38/51

niedziela, 17 maja 2015

Ritter Sport Honig-Salz-Mandel mleczna z solonymi migdałami w miodzie


Co roku Ritter Sport wypuszcza na rynek jakąś nową tabliczkę, która po upływie 12 miesięcy znika (bezpowrotnie?) ze sklepowych półek. Na opakowaniach tych edycji widnieje napis "Unsere Sorte des Jahres". W 2012 roku był to Edel-Nuss Mix, w 2013 Kokos, a w 2014 Vanille-Mousse (po ten smak nie sięgnęłam, gdyż niespecjalnie mnie interesował). W tym roku Ritter wziął na warsztat solone migdały w miodzie, które postanowił zatopić w swej mlecznej czekoladzie.

Tak jak przypuszczacie, mój zakup Honig-Salz-Mandel to kolejna szansa dana Ritterowi. Czekolady z całymi migdałami zawsze mają u mnie większe prawdopodobieństwo na osiągnięcie punktu zjadliwości (koniec końców można przecież wydłubać z niedobrej tabliczki same migdały, nieprawdaż? ;)). Poza tym sól w czekoladzie działa na mnie jak lep na muchy. Mniejsza o to, że miód zawarty w tym produkcie to na bank wyrób sztuczny, ewentualnie mieszanka miodów spoza UE. Tak naprawdę najważniejsze dla mnie w degustacji tej czekolady było to, by choć odrobinę mi smakowała.


Oczywiście, że Honig-Salz-Mandel została przez nas zabrana na górski szlak - raz, że trochę zachowawczo, dwa - że w końcu są tutaj sycące i wartościowe migdały. Otworzyliśmy ją już po wielu przebytych kilometrach, przysiadając na pieńkach gdzieś pomiędzy Leskowcem a Potrójną. Jak możecie zauważyć na wyżej dołączonym zdjęciu, tabliczka jest suto naładowana dużymi migdałami, co zachęca do sięgnięcia po pierwszą kostkę. Niestety, jej zapach był już dla nas mniej zachęcający. Wąchając tą mleczną czekoladę od Rittera nie czułam ani świeżości mleka, ani bogactwa kakao. Aromat podprażonych migdałów ledwo co przedzierał się przez pospolity zapach cukrowej gęstwiny. Tanio i płasko.

W kwestii smaku niestety niewiele się zmienia i nie zostajemy pozytywnie zaskoczeni. Ta mleczna czekolada po prostu mi nie smakowała. Była słodka, plastikowa i... to tyle. Więcej nie jestem w stanie o niej powiedzieć. Po odkryciu pierwszych wrażeń smakowych, gdy brałam kęs do ust pragnęłam, by czekolada jak najszybciej rozpuściła się i zginęła w czeluściach mojego żołądka. Ledwo tylko muskając kubki smakowe... Nie mogłam tak po prostu jej gryźć i połykać, bo przecież otoczone przez nią zostały migdały, które z definicji nie mogą być złe.


Migdały są dorodne, podprażone, niezbyt mocno skarmelizowane, delikatnie posłodzone. Skłamałabym, gdybym nie napisała, że były pyszne. Ritter Sport umiejętnie zajął się tym dodatkiem - to pokazał mi zmysł smaku - bo skład niestety mówi coś innego. Dla mnie absolutnie niewyobrażalne jest to, by umieszczony na opakowaniu skład "solonych migdałów w miodzie" był zgodny z realiami. Przecież to, co widzicie na zdjęciu powyżej to autentyczne migdały, a nie jakieś niezidentyfikowane migdałowe obiekty, w których zawartość rzeczonych orzechów wynosi jedynie 18%. Albo doznałam porażenia zmysłów, albo ktoś strzelił solidną gafę. Ewentualnie po prostu czegoś nie rozumiem ;).

Niestety sól, która pomogłaby mi przejść przez cukrowe morze tej mlecznej czekolady, była wyczuwalna w minimalnym stopniu. Odzywała się słabym echem gdzieś pod koniec przegryzania migdałów, nie wnosząc do kompozycji niczego innowacyjnego i ekscytującego. Antyfani miodu nie powinni mieć problemu z konsumpcją tej czekolady - migdałom nie towarzyszy typowy miodowy posmak, sprawiają wrażenie nadzwyczajniej w  świecie delikatnie skarmelizowanych. 

O tej czekoladzie musiałam myśleć w kategorii dopalacza energetycznego, ponieważ na jakiekolwiek górnolotne doznania smakowe nie było tu miejsca. To już Olympia była dla mnie łatwiejszą do przejścia ciekawostką, choć osiągnęła jeszcze wyższy poziom słodyczy niż Honig-Salz-Mandel. Stojąc kolejny raz przed wyborem: Haselnuss-Cookies czy dziś opisywana czekolada - bez wahania wybrałabym jednak Honig-Salz-Mandel. Mogę więc postawić tą tabliczkę pośrodku w mojej klasyfikacji wiosennych zmagań z marką Ritter Sport.

Skład: cukier, solone migdały w miodzie 23% (migdały 18%, cukier, miód 0,8%, oleje roślinne: rzepakowy, ostowy, słonecznikowy; sól, maltodekstryna), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, laktoza, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, naturalny aromat.
Masa kakaowa min. 30%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 562 kcal.
BTW: 8,7/35/51